Słyszeliście o wyprzedaży?

Od żółtej febry do czterech nóg krzesła z Nyon
Skoro sobotnia
Pierwsza Czarnowiecka Wyprzedaż Garażowa wzbudziła zainteresowanie
klientów, to chyba jest sens, żeby spisać dwa słowa o historii i sensie
wyprzedaży garażowych w ogóle…
Gorączka! Amok! Choroba jak
żółta febra… Tymi i innymi psychoepidemiologicznymi porównaniami
amerykańscy publicyści opisywali szał wyprzedaży garażowych, których
szczyt przypadł w USA na lata 80. i pierwszą połowę lat 90.
Powszechnie żartobliwie zestawiano wyprzedaże garażowe z… wielorybami,
bo w angielskim wyprzedaż i wieloryb się rymują. Ale nie tylko. Bo
gdyby amerykańską gospodarkę tamtych lat uznać za morze potrzeb i ocean
możliwości, to wyprzedaże garażowe śmiało mogłyby aspirować do miana
wieloryba.
Dwaj znawcy przedmiotu i autorzy kilku pasjonujących
prac na ten temat – Grethen Herrmann i Stephen Soiffer szacowali, że
pod koniec lat 80. XX wieku organizowano w Stanach co najmniej sześć
milionów wyprzedaży garażowych w roku, których całkowity obrót sięgał
miliarda dolarów. Trochę mało, bo wypada średnio po 166 dolarów obrotu
na jedną wyprzedaż, ale wierzmy, że badacze oszacowali to właściwie.
Jak to wyglądało w skali mikro? Zajrzeliśmy do lokalnej gazety „The
Bryan Times”, wychodzącej Bryan w stanie Ohio. Z wydania z 7 czerwca
1982 wynika, że w tym niespełna dziesięciotysięcznym mieście, regularnie
bądź okazjonalnie, odbywa się aż osiemnaście wyprzedaży garażowych.
Zaproszenia na nie znajdują się w dziale ogłoszeń drobnych w gazecie
[załączamy reprodukcję szpalty]
. Wiadomo – nie było wtedy internetu i
serwisów społecznościowych. Z ogłoszeń dowiadujemy się, że na
wyprzedażach garażowych w Bryan sprzedaje się dosłownie wszystko: meble,
książki, pościel, rośliny, sprzęt elektroniczny, okna na werandę i
oczywiście durnostojki różnego sortu.
W „Daily Reporter” (też
któreś z wydań z epoki szału) znajdujemy całostronicową reklamę
wyprzedaży garażowej. Są nawet… kupony rabatowe.
Wyprzedaże
garażowe w Stanach rozkręcają się więc, bo łączą dwie naturalne ludzkie
potrzeb. To one napędzają podaż i popyt. Podaż wynika z powszechnej
niechęci do bezsensownego wyrzucania niepotrzebnych, ale jeszcze całkiem
dobrych rzeczy. Popyt generowany jest zaś przez instynkt oszczędzania i
zysku. Na wyprzedażach garażowych można kupić towary w znakomitym
stanie, za ułamek ich rynkowej wartości.
Fantastycznym
świadectwem codziennego życia w minionych latach jest oczywiście prasa
lokalna. Po lekturze ogłoszeń drobnych w „The Bryan Times” zaglądamy
więc do „The Fort Scott Tribune”, wychodzącej w ledwie ośmiotysięcznym
miasteczku w stanie Kansas. W jednym z wrześniowych wydań z 1996 roku
miejscowy publicysta Richard Hedges porównuje gorączkę garażowych
zakupów do żółtej febry, która gnębiła budowniczych Kanału Panamskiego.
Nie może wyjść ze zdumienia po co komu analogowy wyświetlacz slajdów
zwany „karuzelą Kodaka” czy odbywa pouczającą rozmowę z młodą kobietą.
Musiała ona sprzedać na wyprzedaży garażowej więcej niż chciała (w tym
nowiutkie łyżwy), żeby mieć dolary na to wszystko co chciała kupić.
Z kolei w „Rockmart Journal” z 14 lipca 1982 roku znajdujemy niezwykle
interesujący poradnik, żeby… pieluchy kupione na wyprzedaży garażowej
gotować co najmniej przez kwadrans, aby pozbyć się bakterii. Tu drobny
przypis: w tamtych czasach nie było pieluch jednorazowych. Były
wielorazowe, nadające się do prania, z luźno tkanej bawełny zwanej
tetrą. Poza tym ostrzegano, żeby na wyprzedażach garażowych nie
kupować: bielizny, strojów kąpielowych, szczotek i grzebieni, używanych
butów etc. Co w sumie wydaje się oczywiste, ale pokazuje, że na
amerykańskich wyprzedażach obracano dosłownie wszystkim.
Kres
szaleństwu wyprzedaży garażowych położył jednak internet. Dziś mało kto
uświadamia sobie, że współczesne serwisy aukcyjne wzięły się z
przeniesienia wyprzedaży garażowych do internetu. Na początku bowiem
handlowano w nich rzeczami używanymi, towarami z nieudanych zakupów czy
nietrafionymi prezentami. Dopiero z czasem serwisy aukcyjne rozwinęły
się ponad handel second hand.
Po latach wyprzedaże garażowe
powróciły jednak w tradycyjnej postaci. Choć już nie w takiej skali jak
kiedyś. Pełnią też zupełnie inną rolę. Spotkania towarzyskie są w nich
tak samo ważne jak handel. Organizują je więc lokalni społecznicy, ruchy
miejskie, stowarzyszenia. Słowem ci, którzy stawiają sobie za cel
integrację ludzi mieszkających w sąsiedztwie.
W Warszawie
wyprzedaże garażowe odbywają się regularnie na Saskiej Kępie, osiedlu
fińskich domków na Jazdowie, czy na ulicy Narbutta na górnym Mokotowie.
Odbywają się zresztą w różnych miejscach Polski. Stały się nawet
przedmiotem badań naukowych. Nie, nie ekonomicznych, a socjologicznych.
Teresa Chmiel i Andrzej Chmiel z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej opisują
(2017) „animatorów działających w społecznościach lokalnych”. Wśród
nich jest pani Elżbieta. Organizuje wyprzedaże garażowe. „Mam
satysfakcję, bo oni się tu spotykają” – mówi o swoich sąsiadach
przychodzących na wyprzedaże garażowe. „To były takie towarzyskie
spotkania” – opisuje ich charakter.
„Wypowiedź ta świadczy o
niezwykłej świadomości znaczenia relacji w prostym akcie handlowania,
które całkowicie modyfikuje kulturę rynku, przywracając mu ludzki
wymiar, służący człowiekowi, a nie systemowi. Daje do myślenia to, że
forma wyprzedaży zainicjowana przez panią Elżbietę rozprzestrzeniła się
na inne dzielnice. Tak jakby ludzie odkryli potencjał i sens rynku
opartego na ludzkich więziach i pozamaterialnych wartościach” –
podsumowują badacze.
Ci sami autorzy autorzy zwracają uwagę, że
wyprzedaż jak wyprzedaż, ale to że ludzie się spotykają i rozmawiają ze
sobą, jest najważniejsze.
„[Wyprzedaż garażowa] ujawnia inny
aspekt korzyści i zysku, który tkwi w samej przyjemności spotkania przy
okazji dokonywania transakcji czy zawarty jest w opowieściach związanych
z konkretnymi sprzedawanymi przedmiotami, a nie tylko z samym wymiernym
zyskiem”.
Istotę współczesnych wyprzedaży garażowych trafnie
oddaje podpis pod zdjęcie jednej z publikacji Fundacji „Ziemia i Ludzie”
(2012).
„Stare krzesła czekające na nowego właściciela na
festynie staroci w miasteczku Nyon w Szwajcarii mogą być symbolem
zrównoważonego rozwoju, bo w obu przypadkach stabilność zapewniają tylko
wszystkie nogi. Trzy obrazują środowisko, ekonomię i społeczeństwo, a
czwarta symbolizuje kulturę oszczędności, bo nawet w tak bogatym kraju
jak Szwajcaria pchle targi czy garażowe wyprzedaże cieszą się
popularnością”.

Jeżeli jeszcze więc nie wiedzieliście, że Czarnowiec jest w awangardzie światowego postępu społeczno-ekonomicznego, to teraz już wiecie.
Tekst (FB) Jacek Pawłowski