Podzwonne dla dworku w Czarnowcu

Wstęp

Podczas lutowego spotkania w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Ostrołęce, gdy na zaproszenie Anny Wołosz oraz dyrektorki Katarzyny Kossakowskiej wespół z Jackiem Pawłowskim opowiadaliśmy o dworze Wyszomirskich, oraz o innych historycznych miejscach i zdarzeniach w Czarnowcu — usłyszeliśmy: gdzieś czytałam w Trybunie Mazowieckiej lub Naszej Trybunie o Czarnowcu…”
Powiedziała Anna Wołosz bibliotekarka MBP, która niebawem podesłała skany artykułów z 1980 i 1981 roku. Nie było to łatwe zadanie, bo obszerne segregatory Naszej Trybuny mieszczą kilkaset egzemplarzy tej gazety.
Udało się wyłuskać w gąszczu informacji kilka zdań o upadającym dworze.
Z tego miejsca serdecznie dziękujemy bibliotekarkom za pomoc w odkrywaniu kolejnych kart z historii naszej wioski.

1975 rok

18 stycznia 1980 rok. Nasza Trybuna publikuje krótki artykuł.

W rubryce „Z ukosa”
Zabytek czy ruina?
„W podostrołęckich gminach nie ma zbyt wielu obiektów zabytkowych. Z tym większym pietyzmem od paru lat mówiło się więc o potrzebie pełnego zagospodarowania tych, które ocalały do naszych czasów i wpisane zostały do konserwatorskich rejestrów jako świadectwa minionych epok. Taka właśnie budowla — zabytkowy dworek murowany znajduje się w Czarnowcu (gmina Rzekuń), kilka kilometrów od Ostrołęki, tuż przy drodze do Goworowa. Do niedawna w dworku w Czarnowcu mieszkali jeszcze lokatorzy. Ze względu na stan obiektu zostali oni wprowadzeni do innych pomieszczeń.
Były różne propozycje, związane z dalszymi losami czarnowieckiego dworku. M.in. miano tam urządzić zajazd turystyczny, później mówiło się o ośrodku wypoczynkowym, domu pracy twórczej itp. Ostatecznie zdecydowano, że murowany dworek w Czarnowcu przejmie Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa, przeznaczając go po niezbędnej adaptacji na cele kulturalne swoich członków.
Takie były plany. A rzeczywistość? Wystarczy pojechać do Czarnowca, aby naocznie przekonać się, iż opuszczony i zapomniany zabytek sypie się po prostu w ruinę. Jeśli nie zostanie natychmiast zabezpieczony, trzeba będzie, niestety, rozebrać resztę starych murów, wykreślić jeszcze jedną pozycję w konserwatorskich rejestrach.
Skąd my to znamy?…”

(WMS)

18 lutego 1980 r. kolejny artykuł w tej samej gazecie.

Śladem naszych publikacji” – tym razem decyduje się na przedstawienie kilku szczegółów więcej.
Historia jednego zabytku
„18 stycznia br. ukazała się na tym miejscu publikacja pt., „Zabytek czy ruina”. Pisaliśmy w niej o losie uznanego za zabytek dworku w Czarnowcu (gm. Rzekuń). Obiekt miał być odrestaurowany, tymczasem popadł w ruinę. Otrzymaliśmy w tej sprawie szybkie i rzeczowe wyjaśnienie od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Ostrołęce mgr. Stanisława Łojewskiego:
– Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce w porozumieniu z Centralnym Związkiem Budownictwa Mieszkaniowego, wyszła z inicjatywą odrestaurowania dworku w Czarnowcu w celu adaptowania go na Klub Budowlanych. Inicjatywą tą zainteresowały się również ostrołęckie zakłady pracy jak: Kombinat Budowlany, Beton-Stal.
– Rejon Budów w Ostrołęce, oraz „Prefabet” zgłosiły swój akces w procesie odbudowy.

Sztab odbudowy dworku złożony z kierowników ww. przedsiębiorstw i instytucji na swych naradach roboczych dokonał podziału zadań. I tak: Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa miała przejąć obiekt we władanie i sprawować rolę koordynatora robót oraz zlecić wykonanie inwentaryzacji i ekspertyzy technicznej obiektu. Przedsiębiorstwo budowlane podzieliły między siebie wykonanie robót remontowo-budowlanych.

WSM w 1978 r., sporządziła dokumentację fotograficzną obiektu, zaś jesienią tegoż roku ,,Prefabet” w uzgodnieniu z naczelnikiem gminy w Rzekuniu (bez uzgodnienia z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków), dokonał rozbiórki więźby dachowej i stropu. Ponieważ powstały wątpliwości co do dostatecznej wytrzymałości ścian konstrukcyjnych dyrektor „Beton-Stalu” zobowiązany do wykonania nowego stropu zażądał opracowania ekspertyzy technicznej stwierdzającej przydatność istniejącej konstrukcji do dalszego wykorzystania. W dniu 5.VI.1979 r. WSM zleciła wykonanie ekspertyzy technicznej przez uprawnionego rzeczoznawcę budowlanego. Jednak po zmianach, jakie nastąpiły w Zarządzie Spółdzielni (nowy prezes), we wrześniu zlecenie to zostało anulowane. W międzyczasie nastąpiły zmiany na stanowisku dyrektora w „Prefabecie” oraz w „Beton-Stalu”, które w decydujący sposób wpłynęły na wstrzymanie działalności sztabu odbudowy dworku.

Obecnie Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa po zasięgnięciu opinii w CZSBM, a także wobec aktualnej sytuacji finansowej — nie widzi możliwości pozostania udziałowcem przedsięwzięcia odbudowy dworku w Czarnowcu. Natomiast przedstawiciele pozostałych przedsiębiorstw wyrazili chęć dalszego współdziałania przy odbudowie zabytkowego dworku w Czarnowcu.

Wojewódzki Konserwator Zabytków w Ostrołęce zlecił wykonanie ekspertyzy technicznej obiektu (fundamenty, mury), przez uprawnionego rzeczoznawcę budowlanego. W oparciu o tę ekspertyzę podjęta zostanie decyzja (po uzgodnieniu w WKZ oraz władzami budowlanymi) co do dalszego remontu i przeznaczenia dworku.”
WMS

26 stycznia 1981 roku Nasza Trybuna pisze.

Podzwonne dla dworku w Czarnowcu
„Nie opodal rogatek Ostrołęki, do Goworowa tuż przy szosie jeszcze do niedawna stał stary uważany przez większość za zabytek, dworek. Obiekt w Czarnowcu nie wykorzystany, chylił się ku ruinie, o czym swego czasu pisaliśmy na lamach „NT”. Dziś pozostały li tylko smętne jego resztki.
Warto więc zaprezentować sprawie stanowisko, jakie w dawnego dworku w Czarnowcu zajmuje wojewódzki konserwator zabytków, mgr Stanisław Łojewski:

Na początek wyjaśnienie. Otóż W 1978 r. Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w porozumieniu z Centralnym Związkiem Budownictwa Mieszkaniowego wyszła z inicjatywą odrestaurowania dworku w celu adaptowania go na klub budowlanych. Inicjatywą tą zainteresował się również miejscowy Kombinat Budowlany, „Beton-Stal” i „Prefabet”, które zawiązały nieformalne porozumienie w sprawie remontu tego dworku.
Sztab odbudowy dworku, złożony z kierownictw tych przedsiębiorstw na swych naradach roboczych dokonał podziału zadań. I tak Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa miała przejąć obiekt od naczelnika gminy w Rzekuniu i sprawować rolę koordynatora robót oraz zlecić wykonanie inwentaryzacji i ekspertyzy technicznej obiektu, zaś przedsiębiorstwa budowlane podzieliły między siebie wykonanie robót remontowo-budowlanych. W ramach roboczych poza wymienionymi przedsiębiorstwami brał udział naczelnik gminy Rzekuń oraz jeden raz został zaproszony wojewódzki konserwator zabytków. Zgodnie z ustaleniami WSM w 1978 r. sporządziła dokumentację fotograficzną obiektu. Jesienią tegoż roku „Prefabet” w uzgodnieniu z naczelnikiem gminy w Rzekuniu dokonał rozbiórki więźby dachowej i stropu.
Ponieważ powstały wątpliwości co do wytrzymałości ścian konstrukcyjnych, dyrektor „Beton-Stalu” zobowiązany do wykonania nowego stropu, zażądał opracowania ekspertyzy technicznej stwierdzającej przydatność istniejącej konstrukcji do dalszego wykorzystania. W dniu 5 czerwca 1979 r. WSM zleciła wykonanie ekspertyzy technicznej przez uprawnionego rzeczoznawcę budowlanego. Jednak po zmianach kadrowych w zarządzie spółdzielni, nowy prezes we wrześniu 1979 r. anulował to zlecenie i wycofał się z całego przedsięwzięcia. W międzyczasie nastąpiły zmiany na stanowisku dyrektora w „Prefabecie” oraz w „,Beton-Stalu”, co również w decydujący sposób wpłynęło na wstrzymanie działalności sztabu odbudowy dworku.
Chociaż dworek nie został jeszcze wpisany do rejestru zabytków, wojewódzki konserwator zabytków złożył informację do Prokuratury Wojewódzkiej w Ostrołęce w sprawie ustalenia odpowiedzialności rozebranie dworku. W toku postępowania prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa.
W tej sytuacji na podstawie opinii technicznej Wojewódzkiej Dyrekcji Rozbudowy Miast i Osiedli Wiejskich w Ostrołęce oraz opinii biegłego z Ministerstwa Kultury i Sztuki stwierdzono, że istniejące resztki ścian dworku nie nadają się do dalszej odbudowy z powodu złego stanu technicznego (spękane i rozpadające się mury, brak izolacji poziomej i pionowej).
Koszt odbudowy, a raczej rekonstrukcji obiektu w poważnym stopniu przerastałby jego ewentualne, walory zabytkowe. Dlatego uznano, że resztki murów zostaną rozebrane. Decyzję w tej sprawie wystosował architekt wojewódzki do naczelnika gminy w Rzekuniu dnia 23 września 1980 r.
Natomiast Wojewódzkie Biuro Planowania Przestrzennego zaprojektuje najbardziej korzystne, z punktu widzenia ekonomicznego i społecznego, rozwiązanie zagospodarowania tego terenu. Jest między innymi propozycja wykorzystania terenu przez Koło Łowieckie nr 1 w Ostrołęce.”

(E)

Zdjęcia, dokumenty, ekspertyzy z czasów wspomnianych prezentowaliśmy już w obszernym artykule z 18 maja 2021 r. – tu ->

W 1984 r. Wojciech Woźniak (dziennikarz i publicysta) podsumował krótko rozebranie dworu.

Na łamach Tygodnika Ostrołęckiego, który ukazał się 26 sierpnia 1984 r. Wojciech Woźniak rozważając o różnych historiach z przedmieść Ostrołęki wspomina również Czarnowiec.

Korzystając z notatek Henryka Ciszewskiego (w zasadzie o wsi Ławy) wspomina również o czasach założenia dworu w Czarnowcu:
„…W roku 1477 ksiądz Paweł Ławski, mając na wyposażeniu parafii dwór Rzekuń i dwór Ławy, założył dwór Czarnowiec…”
oraz w kolejnym akapicie, już z widocznym poirytowaniem:
„…(rozebranie XIX-wiecznego już dworku w Czarnowcu w ostatnich la­tach, dla zrzucenia z łysiny kłopotu z konserwacją zabytku, to osobna historia, nowiutka i na ćwierć kryminalna)…”

Co w 1984 r. autor miał na myśli określając rozbiórkę „ćwierć kryminalną”?

1986 rok

W 1987 r. Wojewódzki Konserwator Zabytków mówi: „…trudno skłonić do opieki nad zabytkami architektury właścicieli państwowych…”

Adam Gułajski na łamach Tygodnika Ostrołęckiego Nr 17 z dnia 26 kwietnia 1987 r. w rozmowie z Aldoną Rusinek „Zrujnowana Kultura” żali się na niemoc konserwatorów.

„…Każdy obiekt ma swego właściciela, prywatnego bądź państwowego. Większość tych budyn­ków jest wykorzystywana ale niestety; duża ich część jest obecnie w opłakanym stanie…”

AR – Tymczasem po pięknym dworku w Czarnowcu pozostał dziś zaorany ugór.
„Właśnie, i przykro by było, gdyby inne obiekty tego typu podzieliły smutny los Czarnowca…”

AR – Z tego co pan mówi wynika, że Wojewódz­ki Konserwator Zabytków ma raczej niewielki wpływ na stan swego posiadania. Nie ma sank­cji, więc nie ma władzy. Nie może nikogo zmu­sić do opieki nad zabytkami, sam nie może być inwestorem, bowiem nie ma ku temu uprawnień ani środków. Co zatem może?…

kliknij w obrazek aby przeczytać całą rozmowę.

Kto zatem dążył do odbudowy/ratowania, a kto nie chciał?

Kilka poczynionych ustaleń, kto w rzeczonym okresie zajmował najwyższe stanowiska w tak zwanym „komitecie odbudowy” bądź burzenia dworu w Czarnowcu.

Po zmianach podziału administracyjnego kraju w 1975 r. w Ostrołęce awansowanej na siedzibę nowego województwa powstała Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa. Pierwszym prezesem WSM został Mirosław Chełchowski łącząc przez pewien czas to stanowisko z funkcją prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej w Ostrołęce. Kolejni prezesi Wojewódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej (przemianowanej w 1982 r. na Wojewódzki Związek Spółdzielni Mieszkaniowych) to: Wiesław Podbielski, Zdzisław Sulmirski, Kazimierz ParszewskiRyszard Dragun.
Z dniem 1 stycznia 1982 r. Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce postawiona została w stan likwidacji, a w jej miejsce utworzono Wojewódzki Związek Spółdzielni Mieszkaniowych.

Kazimierz Głowala – jako dyrektor „Prefabetu” i społecznik podejmował próby rozmów z lokalnymi władzami na temat ratowania dworu w Czarnowcu. Stanowisko naczelnika gminy Rzekuń w tym czasie sprawował Paweł Sacewicz. Kazimierz Głowala, widząc postępującą ruinę dworu Wyszomirskich, interweniował u władz gminnych. Proponował m.in. zabezpieczenie obiektu lub przekazanie go na cele społeczne (np. izbę regionalną). Ówczesne władze gminne (w tym naczelnik Sacewicz) reprezentowały oficjalną linię polityczną, która nie sprzyjała ratowaniu „pańskich” zabytków. Czy naczelnik Sacewicz utrudniał działania „komitetu odbudowy” twierdząc, że obiekt nie przedstawia wartości lub że gmina nie ma funduszy na jego utrzymanie? Czy dyrektor Prefabetu oferował materiały lub pomoc, ale spotykał się z odmową lub lekceważeniem ze strony naczelnika?
Brak porozumienia i brak decyzji o zabezpieczeniu dachu doprowadziły do ostatecznej zagłady dworu. Należy wnioskować, że opieszałość władz była główną przyczyną utraty zabytku. Rozmowy miały miejsce, ale nie przyniosły efektu z powodu niechętnej postawy ówczesnego naczelnika, co doprowadziło do rozbiórki resztek dworu w latach 80.

Paweł Sacewicz – naczelnik gminy Rzekuń


Dzięki wielu, wspaniałym technologicznym narzędziom, przedstawiamy dziś obraz upadającego dworu. Na obrazach (zdjęciach) pozyskanych od Państwa Andrzeja i Wandy Piersów widzimy Syrenę 105, Skodę 1000MB, i Trabanta 601.
Czy we wrześniu 1975 roku była tak piękna pogoda, śpiewały ptaki? Przyroda na pewno nie zamierzała się poddawać.

Prosimy o zerknięcie na ożywione zdjęcia.

Do historii z tych lat pewnie nie raz jeszcze będziemy wracać…

Źródła:
– Nasza Trybuna – archiwum Miejskiej Biblioteki Publicznej w Ostrołęce – Anna Wołosz,
– Tygodnik Ostrołęcki – archiwum Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej,
– Andrzej i Wanda Piersowie z Czarnowca,
– Jan Trzaska – zdjęcia z 1986 r.
– Monografia OSM – 60- lat OSM, Jerzy Kijowski,
– Wikipedia org,

Marek Karczewski, 18.04.2026 r.




Spotkali się przy kamieniu – Czerniejewski i Jaworowski.

Tak kiedyś ustalono granicę pomiędzy Ostrołęką a Dzbeninem i Czarnowcem.

W dość już starej, bo z XX wieku gazecie wydawanej na ziemi łomżyńskiej „Kontakty” wypatrzyłem taki oto wycinek:

W pobliżu drogi wiodącej z Ostrołęki do Dzbenina leży nad rzeką Narwią głaz. Okoliczna ludność uważa go za niezwykły.

Dawniej stał na nim krzyż. Na płaskiej powierzchni wielkości 3-4 metrów kwadratowych posiada odciśniętą dłoń dziecka z szeroko rozstawionymi palcami.

Ów tajemniczy kamień znajdował się w przeszłości na terenach spornych.

W końcu XIX wieku o tutejszy las toczył się konflikt pomiędzy dziedzicem Dzbenina i Czarnowca, Czerniejewskim, a właścicielem gospodarstwa rolnego, pasieki oraz młyna wodnego, Jaworowskim, który posiadał grunty w obrębie granic miejskich.

Pewnego wiosennego dnia obaj gospodarze spotkali się przy kamieniu.

I wtedy zdarzyła się rzecz niezwykła. W wyniku powodzi woda zmyła wierzchnią warstwę ziemi i odsłoniła górną część głazu. Ku zdumieniu zauważyli na kamieniu odcisk ręki dziecka. Uznali, iż nie jest to wybryk natury, lecz znak Opatrzności. Doszli między sobą do porozumienia i ustalili granicę.

Na pamiątkę pojednania pan Jaworowski ustawił na kamieniu krzyż, który został zniszczony przez Niemców w 1915 roku.”

Na poniższym zdjęciu z lat 70-tych XX wieku widzimy siedzącą Gabriellę Kuderską z Jaworowskich, znaną ostrołęcką bibliotekarkę. Górna powierzchnia kamienia znajdowała się wtedy kilkadziesiąt centymetrów nad poziomem gruntu. Zdjęcie z kolekcji Pana Bohdana Wojciechowskiego.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Legenda o kamieniu świętojańskim i Milenie oraz o diable Chachluzie.

Legenda legendą, a kamień nadal leży w tym samym miejscu – od wieków nad brzegiem Narwi, który wciąż można podziwiać. Leżał także przed konfliktem granicznym Jaworowskiego i Czerniejewskiego. Leży dziś (w styczniu 2026 r.) przy obecnie budowanej w jego sąsiedztwie, bardzo potrzebnej przeprawy mostowej przez rzekę Narew. Z nadzieją liczymy, że w tym miejscu zostanie zabezpieczony, a lokalni sympatycy historii i legend będą mogli nadal na nim zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Na stronie stowarzyszenia Ekomena z Ostrołęki możemy znaleźć artykuł o głazie, który w 2019 r. „odgrzebano” dosłownie z zalegającej na nim ziemii.
W pracach odkrywkowych pomagał członek Ekomeny Paweł Niewiadomski (obecnie prezydent miasta Ostrołęki).
Zdjęcie z prac poniżej.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Członkowie Ekomeny o kamieniu piszą tak:

„Kamień legenda, magiczne miejsce” – tak o Kamieniu Świętojańskim pisał Witold Popiołek w swojej książce „Narew pełna wspomnień”. Niestety, nie napisał nic więcej. Kiedyś kamień powszechnie znany, od wielkiej powodzi w roku 1979 zapomniany, gdyż został przysypany warstwą ziemi. Równo 40 lat nie było wiadomo, gdzie się znajduje, lecz w roku 2019 członkowie naszego Stowarzyszenia go odnaleźli i odkopali. To ogromny granitowy głaz o nietypowej, płaskiej powierzchni. Na głazie znajdują się inskrypcje – wyryte dwa krzyże. Głaz ten intrygował nas od początku, a zwłaszcza tajemnicze słowa Witolda Popiołka o legendzie i magicznym miejscu. Wiele lat zbieraliśmy strzępki informacji o nim. Z pojedynczych fragmentów udało się napisać legendę o tym kamieniu:

Siedział sobie diabeł Chachluz na bagnisku i rozmyślał: – Jak to jest, że inne diabły dorobiły się a to opuszczonego młyna, a to rozlatującej się karczmy, a diabeł Boruta w Łęczycy miał już nawet swój zamek. Za to on, mimo wielu starań, jak był czartem błotnym, tak i dalej czartem błotnym pozostał. Czyli w hierarchii diabłów stał najniżej. Śmiały się z niego inne diabły, że taki nieporadny i tylko wychodzą mu niegroźne psikusy. A to czasem zaplącze w kołtun koński ogon na pastwisku, a to porozrzuca siano w stogach, a to ukradnie kurę. Ludzie się go nie bali, raczej żartowali, czasami straszono nim małe dzieci. A i te, gdy dorosły do słusznego wieku sześciu lat, naśmiewały się z niego.
Ściemniało się. Z oddali słychać było coraz głośniejsze dźwięki rytmicznej melodii. Nadchodziła Noc Świętojańska, zwana też Nocą Kupały. Na brzegu Narwi zajaśniało ogromne ognisko. Kto żyw zmierzał w jego stronę aby bawić się do białego rana. Ocknął się Chachluz z zadumy. Czuł, że to będzie jego noc…
Na święto wybierał się także Janko, sierota. Rodzice zmarli mu wiele lat temu, podczas epidemii. Wychowywała go babcia, ale też pomarła niedawno. Od tego czasu tułał się między gospodarzami, wykonując drobne prace. Pasał krowy, pomagał w pracach gospodarskich za wikt i opierunek. Janko wykombinował sobie, że na Święcie Kupały na pewno pozna jakąś miłą pannę. Miał w końcu 17 wiosen i czas już był najwyższy. Ubrał się zatem w swój najlepszy przyodziewek i ruszył w stronę rzeki. Zabawa już się rozkręciła na dobre. Z początku wszyscy tańczyli razem. Kiedy jednak zaczęli dobierać się w pary, Janka nikt nie chciał. Dziewczęta wyśmiewały jego biedny ubiór, nieśmiałość, brak pewności siebie. Po wielu próbach Janko zwątpił. Przeklął swój los, po czym wykrzyknął w przestworza: – Oddam wszystko, żeby być takim, jak inni młodzieńcy...”

„…Kamień pozostał do tej pory na starym miejscu. Bagno z biegiem lat wokół niego wyschło. Do lat 70-tych XX wieku kamień był ogólnie znany i często odwiedzany. W roku 1979 Ostrołękę nawiedziła wielka powódź. Aby ratować miasto, zdecydowano o budowie wału. Od strony Dzbenina wał bierze początek w pobliżu głazu. W to właśnie miejsce była zwożona ziemia na budowę wału. Niewykorzystana ziemia tak podniosła okoliczny teren, że na kolejne lata głaz znalazł się pod około 20-centymetrową warstwą ziemi. Na czterdzieści lat pozostał w zapomnieniu… Ludzie powiadają, że kamień ten ma cudowne moce, pomaga nieszczęśliwie zakochanym dokonać właściwego wyboru, a tym szczęśliwie zakochanym daje siłę na różne zmartwienia i frasunki. Bije od niego pozytywna energia. Bywa nazywany kamieniem zakochanych lub kamieniem świętojańskim...”

Tu można przeczytać pełną treść artykułu o kamieniu i legendy -> EKOMENA

Poniżej zdjęcie posiadłości Państwa Jaworowskich z początków XX wieku. Obecnie (po prawej) to dzika plaża przy moście kolejowym oraz miejsce budowy nowej przeprawy mostowej przez Narew. Z prawej strony od wiatraka znajduje się kamień świętojański. Kamień kiedyś wyznaczał granice posiadłości Jaworowskich i Czerniejewskich. W tej chwili przez kamień przebiega również granica Miasta Ostrołęki i gminy Rzekuń – wsi Dzbenin. Zdjęcie z kolekcji Pana Bohdana Wojciechowskiego.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Czesław Parzych, znany poeta, regionalista, kronikarz miasta

Czesław Parzych opisał historię sporu granicznego między Wojciechem Czerniejewskim a Tomaszem Jaworowskim w swojej publikacji zatytułowanej: „Dzbenin – wieś nad Narwią” (wydanej przez Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki).
W tej monografii Parzych przytacza historyczne dokumenty (m.in. z XVIII wieku), które obrazują życie dawnej szlachty zagrodowej w okolicach Ostrołęki. Spór właściciela Czarnowca Wojciecha Czerniejewskiego z Tomaszem Jaworowskim jest tam przedstawiony jako klasyczny przykład sąsiedzkich zatargów o miedzę i granice posiadłości w dawnym Dzbeninie, co rzuca światło na ówczesne stosunki własnościowe i krewkość lokalnych właścicieli ziemskich.

Parzych opisuje spór Wojciecha, a o Walentym, Tomaszu czy Władysławie (Czerniejewskich) nie. Czy wszyscy Czerniejewscy toczyli spór z Jaworowskimi? Czy od momentu ustalenia granicy na kamieniu spory ustały?

W historycznych zestawieniach właścicieli ziemskich (do których dotarliśmy) Wojciecha Czerniejewskiego trudno znaleźć jako właściciela głównego majątku w Czarnowcu, ale w sąsiednim Dzbeninie. Głównymi i najbardziej znanymi właścicielami majątku w Czarnowcu była rodzina Wyszomirskich, która zarządzała dworem do czasu nacjonalizacji po II wojnie światowej. Wcześniej wśród właścicieli wymieniani są również przedstawiciele rodzin Michniewiczów, Doberskich, Glinki, czy Iżyckich.
Wojciech Czerniejewski (szlachcic zagrodowy) posiadał swoje dobra, które graniczyły bezpośrednio z gruntami Tomasza Jaworowskiego. To właśnie na styku tych dwóch posiadłości w miejscowości Dzbenin dochodziło do opisywanych przez Czesława Parzycha sporów granicznych.
Obie miejscowości graniczą ze sobą (Dzbenin gmina Rzekuń i Ostrołęka), historyczne dokumenty według Parzycha przypisują Wojciecha Czerniejewskiego do szlachty dzbenińskiej, oraz właścicieli folwarku w Czarnowcu.

Ludwik Jaworowski (zm. 26 grudnia 1945 r. w wieku 62 lat). Przedstawiciel rozległej dziś rodziny Jaworowskich, przybyłej do Ostrołęki z Wołynia za króla Zygmunta III Wazy. Jaworowscy byli rolnikami i młynarzami, trudnili się też pszczelarstwem, a ich grunta obejmowały tereny od wsi Drężewo do fortu, część Otoku, teren obecnego osiedla Sienkiewicza, Jaracza, Łęczysk i Piaski, granicząc z gruntami Czerniejewskich, dziedziców dworów Czarnowiec i Dzbenin.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Źródła:
– Gazeta „Kontakty” str. 13, Nr 34 (825) 25.08.1996 r.
– strona www Ekomena org pl, dostęp 11.01.2026 r.
– Zeszyty Naukowe Nr III (1989)

Marek Karczewski, 11.01.2026 r.





Iżycki — ludowiec, senator, który administrował Czarnowcem.

Od 2018 roku, gdy razem z Panem Jackiem Pawłowskim — społecznikiem, postanowiliśmy przywrócić pamięć o naszych czarnowieckich przodkach oraz o ważnych wydarzeniach naszej małej wioski, co jakiś czas odkrywamy kolejne karty historii.

To czy wątek historyczny pojawi się na naszych łamach, często jest zwykłym zbiegiem okoliczności, który kieruje nas na inny grunt poszukiwań.
Dnia 4 grudnia 2025 r. tak bardziej z wieczora, przy doniosłym święcie górników „Barbórce”, spotykam w kolejce do kasy w naszej otwartej od października placówce spotkań — dr Marka Niewiadomskiego. Okazuje się, że w nowej miejscówce Czarnowca można spotkać się z grupą ludzi: prasy, historii, kultury, muzyki, sztuki oraz sportu.
Pan Marek mieszka w Olszewie-Borkach, a w I Liceum Ogólnokształcącym, w Ostrołęce jest nauczycielem historii.
Zadaję Panu Markowi proste pytanie: „Czyta Pan naszą stronę Czarnowiec.pl?” Odpowiada: „Nie”. „To zapraszam, bo w dziale historia może być coś, co Pana zainteresuje”.
Pan Marek mówi: „Piszę obecnie książkę o sprawach społecznych, pod roboczym tytułem „Ostrołęka i powiat ostrołęcki w latach 1908-1914″. „Mam w niej również parę zdań o zarządcy Czarnowca Aleksandrze Iżyckim”.
I już w tym momencie ciężko było wyjść z Biedronki, aż żona zainterweniowała — moja, bo Pana Marka oczekiwała cierpliwie w aucie. 🙂

Tyle wstępem do przedstawionej tu części historii o Aleksandrze Iżyckim — zarządcy majątku Czarnowiec.
Dzięki Panu Markowi Niewiadomskiemu i Jego podesłanych materiałach o Iżyckich, Michniewiczach, Doberskich, powstaje kolejny tekst o dotychczas nieodkrytych przez nas kartach z historii „naszego” czarnowieckiego dworu.

Urodził się w Ukrainie.

Iżycki Aleksander
Data urodzenia: 16 lipca 1866 r.
Miejsce urodzenia: Kuryłówka(1), pow. uszczycki, Podole
Imię ojca: Władysław
Imię matki: Maria z Kremerów

(1) – Nie ma miejscowości o nazwie „Kuryłówka” na Podolu, na dzisiejszym obszarze Ukrainy, ale jest znana wieś Kuryłówka w Polsce (województwo podkarpackie, powiat leżajski), która leży w historycznym regionie Galicji, niedaleko granicy z Ukrainą, co może być mylone z Podolem, będącym częścią tych ziem. Jeśli chodzi o miejsca historyczne, Podole obejmowało tereny dzisiejszej Ukrainy, ale polskie miejscowości o tej nazwie są w województwie podkarpackim, co nie jest Podolem.
Wieś Kuryłówka obecnie (23.12.2025 r.) jest siedzibą gminy Kuryłówka. Leży w powiecie leżajskim, województwa podkarpackiego.
Do Kuryłówki na Podolu w powiecie uszyckim będziemy jeszcze wracać na końcu wywodu.

Ożenił się z Zofią Koźmińską.
Aleksander Iżycki miał syna — generała brygady pilota Mateusza Iżyckiego (1898-1952).
Syn Mateusz podczas II wojny światowej był dowódcą Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie.

O Iżyckim Aleksandrze w dostępnych materiałach

Po wielu, wielu latach, gdy nadarza się okazja napisania kilku zdań o byłym właścicielu Czarnowca, w odszukanych materiałach prasowych i encyklopedycznych zauważamy rozbieżności, które mogły wystąpić z powodu braku dostępu do niektórych archiwów w okresie sporządzania.

W podesłanym skanie strony przez Pana Marka Niewiadomskiego, z książki „Kto był kim w drugiej Rzeczypospolitej” widzimy błędną informację o śmierci Aleksandra Iżyckiego w Oświęcimiu. Jest ona również błędnie? powielona na pamiątkowej tablicy w Senacie RP – (zdjęcia poniżej).

Iżycki Aleksander urodził się w 1866 r. Po ukończeniu Uniwersytetu w Odessie pracował w ruchu spółdzielczym oraz brał udział w pracach towarzystw: Rolniczego i Kredytowego Ziemskiego. Po odzyskaniu niepodległości pracował w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych. Związał się z PSL „Wyzwolenie”, gdzie przewodniczył Głównej Komisji Rewizyjnej. Z ramienia tej partii wszedł z listy państwowej do Senatu II kadencji. Następnie działał w SL, pełniąc tam w I[atach] 1931-1938 funkcję prezesa Głównej Komisji Rewizyjnej. Pisał o sprawach rolnych w prasie i periodykach fachowych. Był propagatorem idei spółdzielczości na terenie woj. lubelskiego. W czasie okupacji został aresztowany i 14 VIII 1940 r. wywieziony do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarł w nie ustalonym czasie i okolicznościach.

Poniżej wypunktowane informacje pochodzą od Pana Marka Niewiadomskiego. Są to przypisy w Jego pracy. Z tych informacji możemy dowiedzieć się jak kolosalnie wielki obszar w 1913 r. (gdy Iżycki nabył majątek) – prawie 638 hektarów, miało gospodarstwo w Czarnowcu. Wiemy o 70-ciu hektarach Wyszomirskich, co było też niemałym gospodarstwem. Co zatem stało się w latach 1913 – 1930? Gdzie podziało się około 568! ha majątku?

1) Iżycki Aleksander (1866-1940)[1941] W 1912 r. Iżycki miał majątek o pow. 1138 dziesięcin, czyli 637,14 ha!
2) W 1866 r. dobra Czarnowiec należały do Tomasza i Antoniny Czerniejewskich.
3) W 1899 r., jako właściciela wymienia się Maurycego Michniewicza.
4) Aleksander Iżycki został wybrany na przewodniczącego Towarzystwa Pożyczkowo-Oszczędnościowego „Kasa Staromiejska”.
5) W 1913 r. sprzedał posiadany na Podolu majątek Sorokany swojej kuzynce Laurze Koroszewiczowej, aby jeszcze w tym samym roku zakupić majątek Czarnowiec od Zygmunta Doberskiego, który to majątek wcześniej miała w dzierżawie Magdalena Glinka z Suska.
6) Aleksander Iżycki na stałe mieszkał w Warszawie, ul. Krucza 42, a w jego imieniu majątkiem kierował zarządca.
7) Jako członka rzeczywistego Polskiego Towarzystwa Geograficznego, wymienia się właściciela majątku w Czarnowcu Stanisława Chylińskiego, który przyjęty został w poczet członków 18 XI 1918 r.

A może Iżycki w 1913 r. zarządzał obszarem całego (dzisiejszego) sołectwa?
O granicach sołectwa pisaliśmy tu ->
Granice Sołectwa Czarnowiec w 2023 roku. Długość granicy: 11581 m, powierzchnia: 678.7538 ha. Obszar sołectwa prawdopodobnie istnieje od Reformy Rolnej, przeprowadzonej w latach 1944-1948.

Urzędnicy służby zagranicznej Rzeczypospolitej Polskiej

W Serii Wydawniczej: POLSKA SŁUŻBA ZAGRANICZNA 1918–1945 – materiały źródłowe odnajdujemy szerszy opis z życiorysu Aleksandra Iżyckiego.
W Przewodniku biograficznym wydanym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych p.t.: „URZĘDNICY SŁUŻBY ZAGRANICZNEJ RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 1918 –1945”, opracowanym przez Krzysztofa Smolana, Warszawa 2020 – czytamy:

Iżycki Aleksander. Urodzony 28.07.1866 r. w Kuryłówce, powiat uszczycki[uszycki], Podole; zmarł 14.02.1941 w Warszawie. Syn Władysława i Marii z domu Kremer.
W 1884 ukończył gimnazjum w Kamieńcu Podolskim. W latach 1884–1889 studiował na Wydziale Fizyczno-Matematycznym Uniwersytetu w Odessie, ale nie złożył egzaminu końcowego. Według niektórych opracowań w 1886 r. studiował na Uniwersytecie w Petersburgu. W latach 1889–1895 mieszkał w Odessie, w tym czasie był inspektorem Warszawskiego Towarzystwa dla Ubezpieczeń od Ognia, zarządzającym okręgiem odeskim, następnie inspektorem Petersburskiego Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia. W latach 1895–1905 gospodarzył we własnym majątku na Podolu. Był w tym czasie członkiem zarządu Kamienieckiego Syndykatu Rolniczego oraz Winnickiego Towarzystwa Rolniczego.

W 1905 przeniósł się do Warszawy, jednocześnie kupił w Łomżyńskiem majątek [Czarnowiec], który prowadził do 1914 r. W 1917 ukończył kursy organizowane przy Uniwersytecie Warszawskim dla pracowników wyższej administracji i 2.11.1917 r. wstąpił do służby państwowej w Ministerstwie Sprawiedliwości Tymczasowej Rady Stanu, w którym był początkowym referentem działu kontroli Wydziału Skarbowego, a następnie zastępcą naczelnika, naczelnikiem rachuby i radcą ministerialnym. Według niektórych opracowań w 1918 r. podjął pracę w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych. Od 1920 pracował w MSZ, początkowo jako naczelnik kancelarii Konsulatu Generalnego RP w Chicago, był nim przynajmniej do 1.04.1921 r. W sierpniu 1920 r. kierownik Wydziału Depozytowo-Kasowo Gospodarczego, a od 01. do 06.1921 r. kierownik Wydziału Prezydialnego Konsulatu Generalnego RP w Chicago. Nie udało się ustalić precyzyjnej daty zwolnienia z pracy w konsulacie. Podjął pracę w Towarzystwie „Palatine” w Chicago. W 1922 r. powrócił do Polski. W 1923 r. pracował jako urzędnik kontraktowy w Głównym Urzędzie Ziemskim. W 1924 r. przeszedł do pracy w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych. Według niektórych badaczy był związany z masonerią. Działacz PSL „Wyzwolenie”, w latach 1926–1927 członek Zarządu Głównego. W latach 1931–1933 członek Rady Naczelnej PSL, a w latach 1931–1938 prezes Głównej Komisji Rewizyjnej PSL. W latach 1928–1930 senator z listy PSL „Wyzwolenie”; pełnił funkcję wiceprezesa klubu PSL „Wyzwolenie”, pracował w komisji skarbowo-budżetowej.

W czasie II wojny światowej w nieznanych okolicznościach został aresztowany 15.06.1940 r. przez Niemców i 14.08.1940 r. wywieziony do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Według części źródeł miał tam zginąć, ale najprawdopodobniej zmarł w Warszawie. Żona Zofia Kuźmińska lub Koźmińska (zmarła w 1944 r.); syn Mateusz Iżycki „de Notto” (1898–1953), generał Polskich Sił Powietrznych, zmarł we Francji, ale pochowany został w Londynie.

Publikacje: oprócz artykułów do prasy, przed I wojną światową do „Dziennika Kijowskiego”, pisał do prasy polonijnej w USA. Opublikował broszurę pt. „Z pola walki o lepsze jutro”, Warszawa 1935, wydaną przez Towarzystwo Walki z Alkoholizmem „Trzeźwość”.

Publikację „Z pola walki o lepsze jutro” można przeczytać klikając ->

Zjednoczenie ruchu ludowego dokonane!

PIAST — Tygodnik Polityczny, społeczny, oświatowy, poświęcony sprawom ludu polskiego. Organ Stronnictwa Ludowego. Kraków — Lwów, dnia 22 marca 1931 r. pisze m.in.:
„Dzień 15 marca 1931 r. pozostanie na zawsze pamiętnym w dziejach ruchu ludowego. W dniu tym bowiem dokonało się zjedno­czenie stronnictw ludowych, a to P. S. L. „Piasta”, „Wyzwolenia” i „Chłopskiego Stronnictwa”.
Do Komisji rewizyjnej wybierają Aleksandra Iżyckiego

Wybory władz naczelnych Stronnictwa Ludowego.

Wybrany jednogłośnie: na prezesa Kongresu Malinowski Maksymilian, na wiceprezesów: Maj i Tabor, na sekretarzy: Jan Nosek, poseł; Dr J. Mężyk, Jan Tepper. Radę Naczelną wybrano w liczbie 150 delegatów, zaproponowanych przez Prezydjum Kongresu.

Na prezesa Rady Naczelnej został wybrany jednogłośnie poseł Wincenty Witos.
Na wiceprezesów: Błażej Stolarski, Andrzej Waleron. Na sekretarzy: Antoni Langer, Stan. Mikołajczyk, Konstanty Pac. Do naczelnego Komitetu Wykonawczego wybrani: 1) Kazimierz Bagiński, 2) Tomasz Czermicki, 3) Bruno Gruszka, 4) Dr Wład. Kiernik, 5) Dr MIieczysław Michalkiewicz, 6) Dr Józef Piitek, 7) Maciej Rataj, 8) Jan Smoła, 9) Stanisław Wrona, 10) Andrzej Waleron, 11) Michał Woźnicki, 12) Jan Zaleski; jako zastępcy: Władysław Dobroch, Zygmunt Graliński, Jan Madejczyk, Józef Mochniej, Nosek Jan, Stanisław Osiecki.

Do Sądu partyjnego wybrani: Wład. Fijałkowski, Adw. Dr Paulin Hyży, adwokat Wiesław Malinowski, Zygmunt Nowicki, rejent, Stanisław Thugutt, Stefan Urbanowicz, adwokat, Witold Ujazdowski, Sawicki Adolf. Do Głównej Komisji rewizyjnej: A. Drabich, Aleksander Iżycki, Jerzy Kuncewicz, Jan Krysa, Józef Karwan, Henryk Wyrzykowski.

Kalendarz Ludowca na 1946 r.

W tym powojennym, obszernym kalendarzu skierowanym do rolników i całej polskiej wsi oprócz porad i przepisów prawa jest również wiele wspomnień o czasach okupacji niemieckiej. Z oczywistych względów nie można wyczytać tam nic o okupacji sowieckiej. Znajdujemy tam wspomnienia o właścicielu Czarnowca w latach 1913-1919.

„…Zamykając… nieco obszerniejsze wspomnienia o najwybitniejszych działaczach ludowych, zmarłych lub poległych w latach 1939 – 1945, na zakończenie tej żałobnej kroniki wymienię jeszcze kilka nazwisk tych działaczy, o których była wzmianka bądź to w prasie ludowej, bądź też na Zjazdach wojewódzkich P.S.L. i „Wici”.
A więc zginęli lub pomarli podczas okupacji hitlerowskiej następujący dalsi działacze ludowi:
Iżycki Aleksander, b.[yły] senator i działacz Stron[nictwa], woj. Warszaw[skie]…”

Podsumowując straty wojenne, autor podkreśla o zdecydowanej, ale często anonimowej roli rolników jako obrońców Ojczyzny.

„…Oczywista, powyższa lista strat Ruchu Ludowego ani nie jest kompletna, ani też nie omawia wyczerpująco prac i zasług tych, którzy odeszli na zawsze. Stanowi ona jedynie pierwszą próbę zwrócenia uwagi na potrzebę opracowania życiorysów tych, których życie zasługuje na trwałą pamięć następnych pokoleń. Wprawdzie do tej pory chłop występował w dziejach naszych bezimiennie, o zasługach jego nie wiele się pisało i mówiło, a jeszcze mniej wiedziało, tym niemniej, teraz kiedy się o chłopie tyle deklamuje, należy społeczeństwu przypominać, że chłopi są, byli i będą, że pracują, a gdy tego zachodzi potrzeba, to również walczą i giną w obronie Ojczyzny…”

Działacz

Powyższe zdjęcie wykonane 24 maja 1931 r. z byłym właścicielem Czarnowca Aleksandrem Iżyckim odnalezione w Narodowym Archiwum Cyfrowym.
opis pierwszy:
Uroczystość poświęcenia lokalu Polskiego Towarzystwa Walki z Alkoholizmem „Trzeźwość” w Warszawie.
Uczestnicy uroczystości. Siedzą od lewej: delegat Departamentu Służby Zdrowia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Naczelni Wydziału doktor J. Kowalczewski, profesor Zofia Daszyńska-Golińska, Tomasz Nocznicki, ksiądz profesor J. Ciemniewski, dyrektor szkoły K. Wolska, członkini Narodowej Organizacji Kobiet Z. Guerquin, członkini Towarzystwa Trzeźwości I. Chojnacka. Stoją doktor A. Kuropatwiński, prezes Polskiego Towarzystwa Walki z Alkoholizmen „Trzeźwość” Jan Szymański, doktor St. Skalski, posłanka Irena Kosmowska, prezes K. Kalinowski, prezes doktor H. Zajączkowski, senator Aleksander Iżycki, senator Wojciech Wiącek, inspektor Brauliński, inżynier Kukła, doktor St. Leszkiewicz.
opis drugi:
Uczestnicy uroczystości. Siedzą od lewej: delegat Departamentu Służby Zdrowia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Naczelni Wydziału doktor J. Kowalczewski, profesor Zofia Daszyńska-Golińska, Tomasz Nocznicki, ksiądz profesor J. Ciemniewski, dyrektor szkoły K. Wolska, członkini Narodowej Organizacji Kobiet Z. Guerquin, członkini Towarzystwa Trzeźwości I. Chojnacka. Stoją doktor A. Kuropatwiński, prezes Polskiego Towarzystwa Walki z Alkoholizmen „Trzeźwość” Jan Szymański, doktor St. Skalski, posłanka Irena Kosmowska, prezes K. Kalinowski, prezes doktor H. Zajączkowski, senator Aleksander Iżycki, senator Wojciech Wiącek, inspektor Brauliński, inżynier Kukła, doktor St. Leszkiewicz.
Autor: Dulewicz Edward

Złożyli w grobie Aleksandra Iżyckiego — senatora, właściciela Czarnowca

Do dziś nie możemy ustalić miejsca pochówku Aleksandra Iżyckiego. W rozbieżnych informacjach można wyczytać, że jego ciało złożono jednakowo na Cmentarzu Bródzieńskim (Bródnowskim) lub Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Żadna z dostępnych obecnie wyszukiwarek internetowych (10.12.2025 r.) nie wyszukuje danych o mogile Iżyckiego.
Są również różne przekazy prasowe o tym, że zginął w Oświęcimiu, wywieziony 14 sierpnia 1940 r. Jednak w dostępnych materiałach znajdujemy wpis, że na podstawie aktu zgonu z Urzędu Stanu Cywilnego zmarł w Warszawie dnia 14 lutego 1941 r.

Powrót do rozważań o Kuryłówce

Wracając jeszcze do „wątpliwego” przedstawianego wcześniej miejsca urodzenia Aleksandra, to na Podolu (obecnie Ukraina) była (możliwe, że nadal jest) taka miejscowość jak Kuryłówka vel Burnakowce.
Gdyby ktoś był zainteresowany genealogią lub jest zainteresowany historią dziadów Aleksandra Iżyckiego, to odsyłamy do publikacji z 1913 roku, w której zawartych jest wiele treści o rodzinie Iżyckich z Podola.
Litwa i Ruś – miesięcznik ->

Gdy na samym początku artykułu piszemy, że Aleksander Iżycki urodził się w Kuryłówce, w powiecie „uszczyckim”, to w materiale prasowym, datowanym rokiem 1913 możemy odnaleźć wpisy o [pradziadach?] Aleksandra. Tu wpisano nazwę powiatu jako „Uszycki”.

…Mateusz Iżycki [pradziad Aleksandra?] marszałek pow. Uszyckiego.
Mateusz i Rafaelina Iżyccy [pradziadowie Aleksandra?]

Drążąc temat ustalenia dokładnego miejsca urodzenia Aleksandra Iżyckiego — właściciela Czarnowca, docieramy do tej samej? Kuryłówki, w której urodził się Ignacy Jan Paderewski? Przyszedł on na świat w 1860 roku w Kuryłówce na Podolu…
Czyżby o sześć lat młodszy Aleksander Iżycki z Kuryłówki na Podolu był kolegą Ignacego Jana Paderewskiego i razem biegali po łąkach, lasach i polach ucząc się sztuki myśliwskiej i kompozytorskiej zarazem?…
luźne myśli…

Czy lotnik Mateusz – syn Aleksandra bywał w Czarnowcu?

Mateusz Iżycki – Wikipedia, wolna encyklopedia

Wspomniany wcześniej syn Aleksandra i Zofii Iżyckich — Mateusz (urodzony 22.02.1898 r. w Odessie) miał bardzo bogaty życiorys. Nie wiemy, czy starczyło Mateuszowi czasu za swego żywota odwiedzić Czarnowiec. A może przylatywał tu samolotem?

W krótkich, kilku zdaniach odnalezionych na stronie bohaterowie1939.pl można przedstawić sylwetkę syna właściciela Czarnowca.

Mateusz Iżycki — generał brygady. Funkcja na 1 września 1939 – dowódca lotnictwa i obrony przeciwlotniczej polskiej armii.
Urodzony 22 II 1898 w Odessie /Rosja/, syn Aleksandra i Zofii z Koźmińskich. Po ukończeniu gimnazjum od 1916 rozpoczął studia na Akademii Rolniczej w Moskwie. W tym samym roku powołany do armii rosyjskiej i wcielony do 12 p. huzarów W II 1917 przeniesiony do szkoły oficerskiej kawalerii. Od II 1918 służy w 7 p. uł. III Korpusu Polskiego w Rosji. Od XI 1918 służy w Legii Akademickiej w Warszawie, od XII 1918 do I 1921 służył w 12 p. ułanów. Jako d-ca plutonu brał udział w szwadronie odsieczy Lwowa, potem w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920 był adiutantem pułku i z-cą d-cy szwadronu. Zweryfikowany po wojnie w stopniu por. sł. st. kaw. z starszeństwem od 1 VI 1919. Następnie instruktor w Centralnej Szkole Jazdy w Grudziądzu. Od XI 1922 do X 1924 był słuchaczem WSWoj. Warszawie. Awansowany do stopnia kpt. sł. st. 15 VIII 1924. Następnie oficer w Biurze Ścisłej Rady Wojennej. Przeniesiony do lotnictwa, ukończył kurs pilotażu. Jednocześnie kontynuował studia. Od 1926 do 1927 był d-cą eskadry liniowej w 1 p. lot., a od 1927 do 1929 attaché lotniczym w Turcji. Następnie w latach 1929- 1932 dowodził 31 eskadrą liniową w 3 p. lot. w Poznaniu. W latach 1932-1934 szef sztabu Grupy Lotniczej. Awansowany do stopnia mjr dypl. sł. st. lot. 1 I 1934 W latach 1934-1936 dowodził 1, potem 2 dywizjonem w 3 p. lot. W okresie 1936- XI 1938 był wykładowcą, potem dyrektorem nauk w WSLot. Do stopnia ppłk dypl. awansowany 19 III 1938. W okresie od XI 1938-VIII 1939 z-ca d-cy 3 p. lot. Podczas kampanii Wrześniowej 1939 był d-cą lotnictwa i obrony plot Armii Łódź”, a od 10 IX do 25 IX 1939 d-cą lotnictwa Armii „Warszawa”. W końcu IX 1939 przedostał się przez Węgry do Francji, gdzie od X 1939 do VI 1940 pełnił funkcję szefa Oddziału III Operacyjnego Dowództwa Lotnictwa. Od jesieni 1940 do początku 1942 był d-cą Polskiego Oddziału Transportowego w Afryce. Awansowany 1 IX 1941 na stopień płk dypl. lot. Od początku 1942 do IX 1943 Delegatem PSP na Środkowym Wschodzie. Od 14 IX 1943 do IV 1944 Inspektor Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie, potem od IV 1944 do I 1948 d-ca Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie. Mianowany gen. bryg. WP 1 III 1944. Po demobilizacji przyjął obywatelstwo brytyjskie i dodał do nazwiska „de Notto”.
Zmarł 12 II 1952 w m. Gemeppes k. Lyonu we Francji. Pochowany na cmentarzu Northwood pod Londynem.
Żonaty z Krystyną Kackowską, z którą miał córkę Ewelinę.

Od zawsze ludowiec

Aleksander Iżycki — właściciel Czarnowca od zawsze związany był z „ludowcami”.
Czy piosenka (patriotyczna) utworzona# z wiersza Jana Szwawieja „Marsz Polski Ludowej”, zamieszczonego w „Kalendarzu Ludowca” była śpiewana bądź recytowana przez Aleksandra, gdy doglądał swoich hektarów w Czarnowcu?
Czy może być aktualna także dziś w okresie niepewności płynącej zza wschodniej granicy kraju?
Posłuchajmy…
# – muzyka utworzona przez narzędzie „Suno”.

Senator uhonorowany na tablicy pamiątkowej

W Gmachu Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przy ul. Wiejskiej w Warszawie wisi okazała tablica pamiątkowa, na której znajdujemy nazwisko właściciela Czarnowca — Aleksandra Iżyckiego.

Czas Bożego Narodzenia

W 1907 roku, gdy Jan Adamowicz-Piliński tuż przed śmiercią pisał wiersz „Na Zmartwychwstanie”, Iżycki nie przebywał jeszcze w Czarnowcu, ale w publikacjach ludowców można wypatrzeć ten świąteczny tekst.
– „Kalendarz Ludowca na 1946 r.”
Posłuchajmy utworzonej# kolędy…
# – muzyka utworzona przez narzędzie „Suno”.

Złożylji w grobie i kamiennym głazem
zawarli ciężkie czeluście mogiły.
I straż przydali okrytą żelazem.
Czciciele martwej litery i siły!

W kamiennym grobie Chrystusa zawarli
Faryzeusze na duszy umarli.

I rzekli sobie: oto naszej mocy
Nic już nie ruszy. Nie masz marzyciela,
Który lud burzył Ale trzeciej nocy
Przyszły anioły, i duch Zbawiciela
Przywdział swe ciało zdeptał śmierci żmiję,
Wszedł między żywych i z żywymi żyje.
1907 rok.

Marek Karczewski, 23.12.2025 r.





Do Czarnowca przybył ze Śniadowa

Gdy Zygmunt Doberski, przybył z domu rodzinnego w Śniadowie, do majątku Czarnowiec, na początku XX wieku (możliwe, że był to rok 1906?)* zastał tu dobrobyt czy zadłużony majątek ziemski po Michniewiczach? Śniadowo i Czarnowiec, Rzekuń, Ostrołęka, znajdowały się wówczas w tej samej Guberni Łomżyńskiej – obok mapa Polski z 1907 r.
* edycja dnia 22.04.2025, gdy otrzymujemy wykaz aktów urodzenia/chrztu dziecka Zygmunta – Franciszka, który w akt urodzenia ma wpisaną datę 1904 i Czarnowiec. Zatem Zygmunt z rodziną musiał przybyć na folwark w 1904 roku.
Warszawa w tychże latach przechodziła burzliwe chwile – strajki ruchu robotniczego, zamieszki organizowane przez cukierników, malarzy, garbarzy czy metalowców, a także robotników różnego rodzaju przemysłu pod przywództwem Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy.
Pewną poprawę przyniosło dopiero ożywienie gospodarcze, zapoczątkowane w 1910 roku. Rozpoczął się także boom inwestycyjny i budowlany, który trwał aż do 1914 roku.

Niestety widmo I Wojny Światowej było coraz bliższe.

Jak zatem Doberski gospodarzył w Czarnowcu, w tak niepewnych czasach?

Mapa Polski z podziałem na Gubernie, ze strony www admhistorialomzy.pl – dostep18.03.2025 r.

We dworze w woły czy konie?

„Orka” w woły, Józef Chełmoński (1848-1914) – Muzeum Narodowe w Poznaniu
Orka w konie, fot. z albumu rodzinnego Tadeusza Kowańskiego, www m.muzeum.lasochow.pl

„Orka” jest jednym z obrazów o tematyce wiejskiej, które Chełmoński malował. Dzieło malowane było w plenerze.
Obraz ukazuje rolnika orzącego pole przy blaskach wstającego słońca. Na pierwszym planie, na ziemi widoczne są ptaki pożywiające się robakami, które zostały odkryte w trakcie przerzucania skib. Rolnik jest zgarbiony, widać jak wiele siły wkłada w dociśnięcie lemiesza w ziemię. Odziany jest w białą sukmanę, stopy ma bose. Woły ciągnące pług prężą się pod ciężarem wtopionego w ziemię żelaza. Z pochylonego łba kapie ślina, bucha para z nozdrzy pokazując, jak wielki to wysiłek. Za postaciami rozciąga się niezmierzona połać roli, nad którą góruje niebo w odcieniach niebieskości i zieleni. Centrum dzieła rozświetlone jest wschodzącym słońcem otoczonym różową poświatą. Na drugim planie, z lewej strony pola obrazowego, w oddali rysuje się wieś, przed którą widoczny jest stojący w polu krzyż.
Praca z wołami była wyjątkowo ciężka. Nie na darmo mówi się obecnie „uparty jak wół”. Aby zachęcić go do pracy, często trzeba mu było wiązkę siana do pyska podstawić. A jak już jemu biologiczny zegar o karmieniu przypomniał, to o pracy w ogóle nie mogło być już mowy. Było to zwierzę powolne, ale silne.

Na przełomie XIX i XX wie­ku gle­bę wzbo­ga­ca­no głów­nie ła­twy­mi do po­zy­ska­nia na­wo­za­mi na­tu­ral­ny­mi: by­ły to przede wszyst­kim od­cho­dy zwie­rzę­ce – by­dła ro­ga­te­go, trzo­dy chlew­nej, dro­biu, ko­ni a tak­że owiec, rza­dziej ludz­kie, w dal­szej zaś ko­lej­no­ści na­wo­zy po­cho­dze­nia ro­ślinnego – li­ście, pa­pro­cie i torf, ale tak­że sa­dza, po­piół, kom­post czy gips. Na prze­ło­mie XIX i XX w. do użyt­ku wcho­dzą rów­nież na­wo­zy sztucz­ne, głów­nie fos­fo­ro­we, w mniej­szym stop­niu azo­to­we i wap­no, sto­so­wa­ne po­cząt­ko­wo je­dy­nie w ma­jąt­kach ziem­skich, póź­niej tak­że, choć na mniej­szą ska­lę, na zie­miach chłop­skich.

W Czarnowcu, na gospodarstwie Zygmunta Doberskiego, które mogło mieć nawet ponad 500![1] ha orano ziemię w woły czy konie?
Odpowiedź na to pytanie dziś jest niemożliwa. Przed I Wojną Światową „we dworze”, w gospodarstwach ziemskich korzystano równocześnie z wołów i koni.

[1] – Ponadto majątki powyżej 500 ha należały do: Józefy Zambrzyckiej majątek Góry, Włodzimierza Górskiego – Jemieliste, Zdzisława Górskiego – Ponikiew Mała, wszystkie w gminie Goworowo i Franciszka Fiszera majątek Ławy, Władysława Glinki – Susk i Zygmunta Doberskiego – Czarnowiec w gminie Rzekuń; B. Szczerbińska, Ziemiaństwo w guberni łomżyńskiej na przełomie XIX i XX wieku, Łomża 2007, s. 358–359.

Jako jedną z ciekawostek, kto uprawiał rolę w Czarnowcu, w drugiej połowie XIX wieku – zachęcamy do lektury artykułu, w którym opisano Jak car Aleksander uwłaszczył czarnowieckich chłopów (jeszcze przed właścicielami: Doberskim i Michniewiczem). Czytaj tu ->

Czy gospodarstwo Doberskiego było w dobrej kondycji finansowej?

Katalog osobowo-miejscowy historycznej ziemi łomżyńskiej i pogranicza mazowiecko-podlaskiego – część I, pisze o Zygmuncie Doberskim tak:
„Zygmunt Doberski, stowarzyszony z guberni łomżyńskiej mający prawo uczestniczenia w zebraniu okręgowym Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Łomży dnia 14 kwietnia 1910 roku o godzinie 10 rano WP 2/1910; (NP1, s. 137).”

Jaką rolę pełniło Towarzystwo Kredytowe Ziemskie? – kilka cytatów

„Niejednokrotnie stowarzyszeni członkowie Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego wyrażali życzenie, iżby naczelne władze Towarzystwa starały się ujawniać, ile możności, działalność swoją, a tem samem utrzymywać ogół światłych i losami tej instytucyi intere sujących się obywateli kraju w świadomości o jej stanie i rozwoju. Żądaniu temu nie można odmówić słuszności; Instytucya bowiem Kredytowa, która przetrwała tyle różnego rodzaju wstrząśnień i przeciwności, a pomimo to pomyślnym cieszy się bytem i ogólnem w kraju i zagranicą uznaniem, obowiązaną jest objaśnić swych członków, jakiemi szła i idzie drogami, co osiągnęła, a do czego dojść nie była w stanie, i przedstawiając tym sposobem obraz przeszłej i obecnej swej działalności, dać możność poważnego badania, w czemby jeszcze w przyszłości do pomyślności krajowego rolnictwa przyczynić się mogła.”

„Towarzystwo Kredytowe Ziemskie w Królestwie Polskiem założonem zostało w roku 1825 w celu spłacenia ciążących na prywatnej własności ziemskiej długów, a temsamem zachowania przy ziemi ówczesnych dóbr właścicieli oraz w celu przyjścia z pomocą finansom Królestwa przez udzielenie pożyczki na dobra narodowe. Obdłużenie prywatnych dóbr, wobec zupełnej, tak dóbr, jak i produktów rolniczych bezcenności, stawiało znaczną część właścicieli ziemskich i ich wierzycieli w położeniu, wymagającem szybkiej i wyjątkowej pomocy.”

„Według cyfr w sposób przybliżony w roku 1824 zebranych, do czego przy urządzaniu hypotek dogodna nastręczała się podówczas sposobność, okazało się:
że w województwach po-pruskich szacunek dóbr ziemskich wynosił przeszło 66% szacunku hypotecznego;
że w województwach po-austryackich szacunek dóbr ziemskich wynosił przeszło 51% szacunku hypotecznego;

Czy w pierwszej dekadzie XX wieku dobra ziemskie w Czarnowcu, w Guberni Łomżyńskiej, w Królestwie Polskim były tak samo zadłużone i dlatego dość często zmieniali się właściciele majątku w Czarnowcu? Czy posiadanie danego majątku było „kadencyjne” ze względów zadłużeń w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim?

List Zastawny TKZ z 1899 r.
List Zastawny TKZ z 1932 r.

Powszechne wówczas było wypuszczanie przez Towarzystwo Kredytowe Ziemskie listów zastawnych. Zarówno przed I Wojną Światową jak i po jej zakończeniu. Wypuszczano tego typu papiery w celu finansowania i pomocy majątkom ziemskim.

List zastawny to forma papieru wartościowego (stosowany do dziś – 2025 r.), który jest emitowany przez dany bank hipoteczny. Przede wszystkim niesie on ze sobą niskie ryzyko inwestycyjne. Inwestorzy, którzy je kupili, zarabiają na odsetkach oraz na wynagrodzeniu z racji jego wykupu.
W hipotecznym liście zastawnym bank hipoteczny zobowiązuje się wobec posiadacza listu do spełnienia określonych świadczeń pieniężnych. Świadczenia pieniężne polegają na wypłacie odsetek i wykupie hipotecznych listów zastawnych w sposób i w terminach określonych w warunkach emisji.

Oprócz Zygmunta Doberskiego właściciela Czarnowca, w posiedzeniach okręgowych Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Łomży uczestniczyli również właściciele majątków gminy Rzekuń, Ław, Suska i Przytuł: Franciszek Fiszer, Antoni Glinka, Władysław Glinka, Roman Grochowski, Stanisław Grochowski, Zygmunt Grochowski.

O problemach w czasach Wielkiego Kryzysu oraz o hodowli Doberskiego pisaliśmy w artykule – Agrobiznes w Czarnowcu w czasach Wielkiego Kryzysu

Sytuacja ziemian przed wybuchem wojny

W Królestwie Polskim, znacząca część ziemian nie była jednak przygotowana na zmienioną niemal w jednej chwili rzeczywistość, czyli uwłaszczenie i likwidację pańszczyzny. Uwłaszczenie spowodowało nie tylko utratę ogromnych połaci ziemi, stającej się własnością chłopów, ale przede
wszystkim przyczyniło się do zasadniczej zmiany systemu gospodarowania, na co majątki ziemiańskie pozbawione pieniędzy na najem robotników folwarcznych, zakup inwentarza i narzędzi nie były gotowe. Gotówkę trudno było zdobyć ze względu na ogromne zadłużenie majątków, przewyższające nieraz nawet wartość szacunkową dóbr. Analiza ówczesnej prasy wskazuje, iż Towarzystwo Kredytowe Ziemskie wystawiało na licytację dziesiątki dóbr ziemskich, które zostały przez nie przejęte, gdyż ich właściciele nie byli w stanie spłacać obciążających hipotekę pożyczek. Nabywców nie było jednak wielu, gdyż najczęściej wymagały one ogromnego kapitału nie tyle na ich zakup, ale przede wszystkim na modernizację.
Położenie wielu majątków ziemskich stało się tak trudne, że ziemianie zaczęli wątpić w to, czy potrafią przetrwać w tych warunkach, i rację zaczęło mieć
pytanie wypowiedziane przez Józefa Godlewskiego wiele lat wcześniej: „Nie stałaż się ziemia wyraźnym dla właścicieli ciężarem?”.

Jednak zwolennicy modernizacji gospodarki rolnej w poszczególnych zaborach mogli zdobywać wiedzę, biorąc udział w pracach: Galicyjskiego Towarzystwa
Gospodarskiego we Lwowie, Krakowskiego Towarzystwa Rolniczego w Krakowie, Centralnego Towarzystwa Rolniczego W. Ks. Poznańskiego w Poznaniu
i Centralnego Towarzystwa Rolniczego w Warszawie, skupiającego istniejące już wcześniej towarzystwa okręgowe. Warto podkreślić, że pomiędzy tymi
towarzystwami miała miejsce międzyzaborowa współpraca, co stwarzało większą możliwość wykorzystywania doświadczeń i osiągnięć wzorowych „rolników” różnych regionów ziem polskich.

Czy modernizatorów majątków ziemskich na terenie ziem polskich przed wybuchem Wielkiej Wojny było wielu? Czy takim modernizatorem był również Zygmunt Doberski – właściciel Czarnowca?

Sam fakt, że środowisko ziemiańskie bez poważnych strat przetrwało ten trudny okres transformacji od feudalizmu do kapitalizmu świadczy o tym, że
musiało ono, z lepszym bądź gorszym skutkiem, wprowadzać nowinki agrotechniczne. Modernizować nie tylko gospodarkę folwarczną, ale i przejść określone przemiany mentalne związane z wszelkimi zmianami, będącymi konsekwencją wkraczającej na nasze ziemie cywilizacji przemysłowej. Pomimo to
środowisko ziemiańskie z herbem w tle zachowało swoje najważniejsze wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dwór nadal był trwałym elementem polskiego krajobrazu, symbolizując ciągłość tradycji, kultury i narodowej historii, chociaż jego właścicielowi przybyło więcej zajęć, trosk i obowiązków gospodarskich.

Niestety wybuch Wielkiej Wojny w 1914 r. stał się kolejnym poważnym ciosem dla polskiego rolnictwa. Tereny wiejskie Królestwa Polskiego i Galicji
zostały potraktowane przez walczące strony jako zaplecze służące uzupełnianiu wszelkich zapasów. Dokonywano rekwizycji, niszczono budynki, zasiewy,
maszyny rolnicze i zakłady produkcyjne wskutek demontażu żelaznych i miedzianych części. Nastąpił wyraźny regres w polskim rolnictwie i zostały zahamowane procesy modernizacyjne zachodzące w majątkach ziemiańskich od kilku dekad. Zmniejszył się ogólny obszar ziemi pozostającej pod uprawą
i obniżyły się plony. Działania wojenne spowodowały ogromne spustoszenie w hodowli zwierząt, niektóre gałęzie przemysłu rolno-spożywczego niemal
zamarły, a w innych produkcja znacznie obniżyła się. Spustoszenie majątków ziemskich na wschód od Wisły spowodowane było także poprzez działania
wojenne podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r.
To jednak działo się już po opuszczeniu przez Doberskich majątku w Czarnowcu. Zarządzali nim najprawdopodobniej, tylko do roku 1915.

Właściciel ze Śniadowa i hrabianka z Wołynia, w Czarnowcu

Doberski Zygmunt, syn Stanisława Franciszka i Józefy Teofili Blenau, urodzony w Śniadowie 3 maja 1868 r.
Żona Wanda Ludwika Józefa Mi(ą?)onczyńska (z hrabiów Miączyńskich), córka Józefa i Jadwigi z Wołłowiczów, urodzona w Krunach na Wołyniu 17.07.1873 r. Dzieci Zygmunta i Wandy nie urodziły się w Czarnowcu:
Jadwiga Józefa urodzona w majątku Krasiwa na Wołyniu 12.02.1897 r.;
Maria Wanda urodzona w Zawadach gubernia Piotrków 13.05.1898 r.;
Zofia Felicja Julia urodzona w Zawadach gubernia Piotrków 27.06.1900 r.;
Franciszek Zygmunt urodzony w Zawadach gubernia Piotrków 24.12.1901 r.
Można domniemywać, że rodzina Doberskich przybyła na majątek czarnowiecki w pełnym składzie, bo dzieci Doberskich w 1906 roku miały zaledwie 5, 6, 8, i 9 lat.
Zygmunt Doberski, właściciel Czarnowca miał trzech braci: Bolesława, Stefana i Wacława. Bracia urodzili się w Chomontowie i Śniadowie.

Hrabianka w Czarnowcu – czy tak mogła wyglądać? foto: Nowe Mody 1893, czasemancypantek.pl

Doberski prosi o paszport

DO JEGO EKSCELENCJI

Do Pana Łomżyńskiego Gubernatora.

Mieszkaniec majątku Czarnowiec, powiat Ostrołęka, Zygmunt Doberski

PROŚBA.
Przedstawienie starego paszportu zagranicznego do nr 455, pokornie proszę Waszą Ekscelencję o wystawienie mi nowego dokumentu na nazwisko mojej żony i dzieci na okres sześciu miesięcy.
Paszport proszę wydać Beru Giełczyńskiemu.
Miasto Łomża, 21 marca 1911 r.

Podpisano: CDoberski[?]

Artykuł powstaje przypadkowo, dzięki Pani Marcie Wojciechowskiej z Myszyńca, która podsyła i tłumaczy materiały genealogiczne.

Dzięki Pani Marcie możemy również posłuchać i obejrzeć materiał filmowy o ojcu właściciela Czarnowca w latach 1906-1914 Zygmunta Doberskiego – Franciszku.
Dziękujemy za podesłanie linku do strony.

Poniżej lista dotychczas ustalonych właścicieli dóbr Czarnowca (marzec 2025 r.).

Właściciele Czarnowca / folwarku / dóbr / dworu:

  1. Jan Żebrowski Sędzia Pokoju Obwodu Ostrołęckiego z Czarnowca. Ślub córki Jana Żebrowskiego: „MIECZYŃSKI Antoni Wincenty Kacper, dziedzic dóbr Chełchy Cibory w parafii Karniewskiej obwodzie Pułtuskim, syn Melchiora i Jadwigi Grabskiej dziedziców dóbr Pepłowa w parafii Święcienieckiej, urodzony tamże w roku 1798. Żona Julianna Żebrowska, córka (Jana Żebrowskiego)?, Sędziego Pokoju Obwodu Ostrołęckiego, dziedzica dóbr Czarnowca i Marianny, urodzona w Kaczce parafii Goworowskiej w roku 1811, w Jemielistem przy matce zamieszkała. Ślub 18.02.1828.”
  2. 1830 – Czerniejewski Tomasz? (1807-1840), s. Walentego i Rozalii Cybulskiej, Czerniejewski hrabia Korczak, vel Czerniejowski. Czerniejewscy zostali wylegitymowani ze szlachectwa w Królestwie Polskim w latach 1836-1862.
    Władysław Czerniejewski.
  3. 1894 – Michniewicz Maurycy
  4. 1900 – Michniewicz Antonina ->
  5. 1906 – Doberski Zygmunt
  6. 1915 – Iżycki Aleksander
  7. 1919 – Chyliński Stanisław ->
  8. 1920 – Skłodowski – od 1935 również dzierżawca folwarku w Susku
  9. 1930 – Wyszomirski Roman -> (1868.02.17-1935)
  10. 1935 – Wyszomirska Maria -> (1891.04.05-1956.11.05)
  11. 1945 – Komunistyczne Państwo Polskie pod wpływami sowietów
  12. 1978 – dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce ->
  13. 1979 – Gmina Rzekuń ->
  14. 1980 – rozsprzedanie majątku przez gminę Rzekuń, parcelacja[3] i likwidacja majątku.

Majątkiem w Czarnowcu przez pewien czas zarządzała również córka Władysława Glinki, właściciela folwarku w Susku – Magdalena Glinka (ok. 1913 roku).

UWAGA! Niektóre z podanych dat mogą się różnić od rzeczywistych okresów posiadania przez poszczególnych właścicieli. Daty są jedynie orientacyjne!

[3] – Parcelacja – dokonanie podziału większych posiadłości ziemskich na mniejsze działki (parcele) i oddanie ich w użytkowanie indywidualnym gospodarstwom w drodze sprzedaży; także unormowany ustawą podział większych gospodarstw rolnych poprzez sprzedaż bądź nadanie.

Marek Karczewski

Źródła:
– Pamiętnik Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Królestwie Polskim – Warszawa, 8 maja 1884 r.
– Ziemiaństwo polskie a modernizacja gospodarki rolnej do 1914 r., Jarosław Kita, Uniwersytet Łódzki Instytut Historii,
– katalogszlachty.com/metryki-szlacheckie/szlachta-zamieszkal-na-terenie-gminy-sniadowo-xix-wiek/ (dostęp: 17.03.2025 r.)
– name.lomza.pl/2018/12/09/katalog-osobowo-miejscowy-historycznej-ziemi-lomzynskiej-i-pogranicza-mazowiecko-podlaskiego-czesc-i/ (dostęp: 17.03.2025)
– narew.info/artykul/30146,pomnik-franciszka-doberskiego-w-sniadowie-bedzie-zrewitalizowany (dostęp: 17.03.2025 r.)
– powiatlomzynski.pl/index.php?wiad=4679 (dostęp: 17.03.2025 r.)
– Archiwum Państwowe w Białymstoku





Właścicielem Czarnowca był również Chyliński!

Skan z gazety Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

Właścicielem Czarnowca był również Chyliński!

11 listopada 1918 roku to ustanowiona, symboliczna data odzyskania przez Polskę niepodległości i zakończenie I wojny światowej. Polska po 123 latach zaborów powróciła na mapę, odzyskując niepodległość.

Jednak już 14 lutego 1919 roku doszło do pierwszych walk między oddziałami Wojska Polskiego i Armii Czerwonej. Był to początek wojny polsko-bolszewickiej. Polska ponownie walczyła o granice z Rosyjską Federacyjną Socjalistyczną Republiką Radziecką. Granice państwa Polskiego zmieniały się w tych latach dość często. W kraju nie było spokoju i stabilizacji.
Poniżej mapa granic w latach 1918-1919.

Tematy o I wojnie światowej i o wojnie bolszewickiej mogłyby być poruszane na naszych łamach, ale my skupiamy się wyłącznie na tym co w danym okresie działo się w Czarnowcu. Tak (poniżej) wyglądała mapa Polski z 1919 r., zamieszczona w „Księdze adresowej dla przemysłu, handlu i rolnictwa”. Oznaczyłem na niej Czarnowiec.

W tych niespokojnych czasach państwo Polskie musiało sprawnie funkcjonować, niezależnie od działań wojennych na frontach.

Tak jak granice państwa, tak i właściciele Czarnowca (folwarku-dóbr) zmieniali się w tym okresie dość często. Nie mamy dziś wiedzy, co było przyczyną dość częstej zmiany właścicieli majątku w Czarnowcu, ale dzięki poszukiwaniom internetowym i bibliotecznym dowiadujemy się o dotychczas nieznanym zarządcy majątku.

Kim był Stanisław Chyliński?

Z Dziennika Rozporządzeń (1919 r.) dowiadujemy się, że był ławnikiem Sądu Apelacyjnego oraz ławnikiem Sądu Okręgowego.

Dział Urzędowy.
209.
PROTOKUŁ
2 go posiedzenia Sejmiku powiatu Ostrołęckiego
dnia 11-go kwietnia 1919 roku, początek o godzinie 11-ej min. 15 rano.
Z 24 członków stawiło się 19-tu, oprócz przewodniczącego. Nieobecni pp. Antoni Pierzchała, Adam Żebrowski i Józef Siok.
Protokuł prowadził Jan Bartoszewicz.

XII. Stosownie do pisma Prezesa Sądu Okręgowego w Łomży, z dnia 7 kwietnia 1919 r. Nr 1107, na ławników Sądu Apelacyjnego zostali wybrani pp. Franciszek Babski, mieszkaniec miasta Ostrołęki, Stanisław Chyliński, właściciel majątku Czarnowiec, Stanisław Budny, właściciel majątku Pokrzywnica i Janusz Górski, właściciel majątku Ponikiew-Mała.
Na ławników Sądu Okręgowego zostali wybrani pp. Stanisław Krystosik, mieszkaniec wsi Czernie, gm. Goworowo, Bronisław Rutkowski, właściciel majątku Buczyn, Franciszek Babski, Jan Staroń i Marceli Pęski, mieszkańcy miasta Ostrołęki, Sta­nisław Chyliński, właściciel majątku Czarnowiec, Stanisław Budny, właściciel majątku Pokrzywnica, Roman Grochowski, właściciel majątku Przytuły i Antoni Glinka, właściciel majątku Szczawin.

Czy dowiemy się jeszcze o innych właścicielach majątku Czarnowiec?

Poniżej przedstawiamy listę dotychczas ustalonych (z dostępnych dokumentów) właścicieli dóbr Czarnowca.
UWAGA! Niektóre z podanych dat mogą się różnić od rzeczywistych okresów posiadania przez poszczególnych właścicieli. Daty są jedynie orientacyjne!

Właściciele Czarnowca / folwarku / dóbr / dworu:

  1. 1830 – Czerniejewski Tomasz (1807-1840), s. Walentego i Rozalii Cybulskiej, Czerniejewski hrabia Korczak, vel Czerniejowski. Czerniejewscy zostali wylegitymowani ze szlachectwa w Królestwie Polskim w latach 1836-1862.
  2. 1864 – Czerniejewski Władysław
  3. 1894 – Michniewicz Maurycy
  4. 1900 – Michniewicz Antonina
  5. 1906 – Doberski Zygmunt
  6. 1915 – Iżycki Aleksander
  7. 1919 – Chyliński Stanisław
  8. 1920 – Skłodowski – od 1935 również dzierżawca folwarku w Susku
  9. 1930 – Wyszomirski Roman (1868.02.17-1935)
  10. 1935 – Wyszomirska Maria (1891.04.05-1956.11.05), która z córką Zofią zostały przymuszone do podpisania zobowiązania do „nie powrotu”. O tym dokumencie pisaliśmy tu: ->
  11. 1945 – komunistyczne państwo polskie pod wpływami sowietów. Ziemia dawnego majątku należała do Państwowego Funduszu Ziemi.
  12. 1978 – dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce
  13. 1979 – gmina Rzekuń
  14. 1980 – rozsprzedanie majątku przez gminę Rzekuń, parcelacja[1] i likwidacja majątku.

Majątkiem w Czarnowcu przez pewien czas zarządzała również córka Władysława Glinki, właściciela folwarku w Susku. W razie odgrzebania materiału o okresie zarządzania Czarnowcem przez Glinkównę – napiszemy o tym.

[1] – Parcelacja – dokonanie podziału większych posiadłości ziemskich na mniejsze działki (parcele) i oddanie ich w użytkowanie indywidualnym gospodarstwom w drodze sprzedaży; także unormowany ustawą podział większych gospodarstw rolnych poprzez sprzedaż bądź nadanie.

Źródła:
– Dziennik Rozporządzeń Komisarza Rządu Polskiego na Powiat Ostrołęcki. R. 2, 1919 nr 11 (1 V) – Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa
– Monografia gminy Rzekuń, J. Dziewirski
– Tyflomapy-pl
– Księga Adresowa dla przemysłu handlu i rolnictwa

Marek Karczewski




Zakaz nacinania i rycia od 1973 roku

Pomniki przyrody w Czarnowcu mamy już od 51 lat.

O tym, że na terenie podworskim w Czarnowcu znajduje się kilkanaście pomnikowych drzew, wie chyba każdy. Ostatnio dotarliśmy do dokumentów źródłowych pokazujących kiedy i w jakim trybie kasztanowiec, lipy i modrzewie pomnikami przyrody zostały.

Zanim do tego przejdziemy, nakreślmy sytuację społeczno-międzynarodową. Ustanowienie czarnowieckich pomników działo się przecież w głębokim PRL-u, a wtedy większość zebrań na jakiś konkretny – nawet branżowy, nawet lokalny – temat, zaczynała się od „nakreślenia sytuacji społeczno-międzynarodowej”. Pięknie wyszydzili to Stanisław Bareja i Jacek Fedorowicz w filmie „Poszukiwany poszukiwana”, wkładając w usta tego męża co był z zawodu dyrektorem, szczere wyznanie, że on to może nakreślić sytuację międzynarodową, ale na swojej pracy merytorycznej to on się raczej nie zna.

No więc sytuacja społeczno-międzynarodowa na przełomie maja i czerwca 1973 roku wyglądała mniej więcej tak, że sowiecki Łunochod 2 właśnie wrócił z przejażdżki po księżycu, Helmut Kohl został przewodniczącym niemieckiej CDU i był nim aż 25 lat, Honduras Brytyjski zmienił nazwę na Belize i pod tą marką przeszedł do historii jako jeden z najsławniejszych rajów podatkowych, a Mike Oldfield wydał swój kultowy album „Tubular Bells”. Tymczasem Polska pożegnała Leonida Breżniewa, który poleciał z powrotem do Moskwy po dwudniowej oficjalnej wizycie. W Warszawie-Międzylesiu został wmurowany kamień węgielny pod Pomnik-Szpital Centrum Zdrowia Dziecka. W Chorzowie orły Górskiego pokonały Anglików 2:0 w eliminacjach do Mistrzostw Świata, a z fabryki w Bielsku-Białej wyjechał pierwszy maluch. (Jeden taki pojazd, choć nie z ’73 roku, do dziś jest widywany w Czarnowcu) 🙂

Tak wyglądała Polska i świat na przełomie maja i czerwca 1973 roku. W tym czasie w Urzędzie Wojewódzkim w Warszawie, na placu Dzierżyńskiego (dziś to plac Bankowy, a na miejscu pomnika Dzierżyńskiego stoi nasz polski Juliusz Słowacki) trwały prace nad ustanowieniem pomników przyrody w Czarnowcu.

Wtedy pomniki przyrody miała prawo ustanawiać „władza ochrony przyrody II instancji”. Tak mówiła ówczesna ustawa o ochronie przyrody. Tą władzą był wojewoda bądź wojewódzka rada narodowa. I oto w Dzienniku Urzędowym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Warszawie nr 12 znajdujemy trzy orzeczenia kierownika wydziału rolnictwa i leśnictwa z 5 czerwca 1973 r., uznające za pomniki przyrody:

  • jeden kasztanowiec,
  • dwa modrzewie,
  • i 18 lip drobnolistnych.

Z orzeczeń tych wynika, że pomnik-kasztanowiec miał wówczas 332 cm obwodu pnia i wysokość około 24 metrów. Modrzewie (obwód pnia w centymetrach/wysokość w metrach) 275/24 i 210/20. Lipy (tu obwieszczenie podaje tylko obwody pni): 186, 144, 242, 224, 179, 154, 185, 259, 235, 108, 170, 223, 139, 120, 180, 165, 170, 165. Lipy te opisane są jako zrośnięte pniami do wysokości około 1 m. Orzeczenie podaje również zwyczajową nazwę tej grupy lip: altana.

Pień pomnikowego modrzewia w Czarnowcu i okolice

Wszystkie drzewa stały wówczas na państwowych gruntach, należących do Państwowego Funduszu Ziemi.

Obwieszczenia przypominają na czym polega ochrona pomników przyrody. „Opisane wyżej drzewa podlegają szczególnej ochronie polegającej na zakazie wycięcia, niszczenia lub uszkadzania, zrywania pączków, kwiatów, owoców i liści, nacinania drzew, rycia napisów i znaków, umieszczania tablic oraz wszelkich innych znaków i przedmiotów. Zabrania się także zanieczyszczania terenu w pobliżu drzew, wzniecania ognia, wchodzenia na drzewa oraz wznoszenia jakichkolwiek obiektów budowlanych w promieniu 15 m od pni drzew. Kto wykracza przeciwko powyższym zakazom podlega karze grzywny do 4500 zł i karze aresztu do trzech miesięcy albo jednej z tych kar”.

Inne były czasy i inne pieniądze. Wyjaśnijmy, że maksymalna kwota grzywny to kwota dość dotkliwa, gdyby ktoś miał ją ponieść. Przeciętne wynagrodzenie w 1973 roku wynosiło niespełna 2800 zł.

Wszystkie trzy obwieszczenia o pomnikach przyrody w Czarnowcu podpisał zastępca kierownika wydziału rolnictwa i leśnictwa Stefan Stypułkowski.

Przez lata zmieniał się również stan faktyczny i stan prawny czarnowieckich pomników przyrody. Dziś na oficjalnej gminnej liście widnieją kompletnie inne daty ustanowienia tych drzew pomnikami przyrody. My pokazujemy źródło lokalnego prawa, czyli taki wojewódzki odpowiednik Dziennika Ustaw. Na gminnej liście figuruje dziś jeden, a nie dwa modrzewie. Być może jeden w czasie tego półwiecza obumarł, albo stało mu się coś złego. Gminna lista pomników przyrody wymienia już tylko 16, a nie 18 lip. Prawdopodobnie na przestrzeni dziejów któreś lipy obumarły, albo połamały się.

Tegoroczne sierpniowe wichury sprawiły, że niektóre pnie lipowej altany jeszcze bardziej pochyliły się ku ziemi. Gałęzie jednego z nich już dotykają gruntu.

Jacek Pawłowski

Altana lipowa, pomnik przyrody w Czarnowcu, jesień 2024
Kasztanowiec, pomnik przyrody w Czarnowcu, jesień 2024
Czarnowieckie kasztanowce, wideo z lotu drona.



Pogrzeb u Czerniejewskich i Michniewiczów właścicieli dóbr Czarnowca

Czerniejewscy, Michniewiczowie właściciele dóbr Czarnowca
Ta krótka historia naszej wioski, tym razem o tragicznej śmierci Janinki pokazuje obraz codzienności końca XIX wieku.

Działo się we wsi Rzekuń 13 sierpnia /25 sierpnia 1894 roku, o jedenastej rano. Stawili się Maurycy Michniewicz, lat 37, dziedzic Folwarku Czarnowiec i Kazimierz Kuszel, lat 42 zarządca, obaj we wsi Czarnowcu zamieszkali i oświadczyli, że 12/24 sierpnia tego roku o godzinie 8.30 rano umarła we wsi Czarnowiec Janina Michniewicz, miesiące dwa mająca, córka obecnego Maurycego i Antoniny z Czernejewskich ślubnych małżonków Michniewiczów, w Warszawie urodzona. Po naocznym przekonaniu się o śmierci Janiny Michniewicz.
Akt ten stawiającym przeczytany i przez Nas i przez nich podpisany.
Ks. Michał Nowek proboszcz rzekuński utrzymujący akty stanu cywilnego
Maurycy Michniewicz, Kazimierz Kuszel

Na podstawie odnalezionego w sieci nekrologu z 1894 roku przez Panią Martę Wojciechowską z Myszyńca dowiadujemy się, że w Czarnowcu, w czasach szlachectwa Królestwa Polskiego na dworze dziś nazywanym „Wyszomirskich” zarządzali w Czarnowcu Czerniejewscy i Michniewiczowie.

Janika Michniewicz zmarła w okresie letnim więc nie można w takiej sytuacji domniemywać śmierci z wyziębienia, co w czasach ówczesnych też miało często miejsce.
Dlaczego więc Janika zmarła?

Higiena w miastach i na wsiach.

W czasach współczesnych poród jest doświadczeniem względnie bezpiecznym dla matki i dziecka. Dawniej jednak do narodzin szykowano się niemal tak samo, jak do pogrzebu. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero od XIX wieku. Tak przynajmniej było na Zachodzie. Rewolucja w higienie i opiece zdrowia, która uratowała życie dziesiątków milionów dzieci, dotarła na ziemie polskie z bardzo dużym opóźnieniem.
Przedwojenna Polska nie znała powszechnej bezpłatnej służby zdrowia. Dostęp do lekarzy był dużo trudniejszy niż w innych krajach, nawet tych w podobnej sytuacji politycznej. Higiena, zarówno w miastach, jak i na wsi, wołała o pomstę do nieba. Brakowało też instytucji wspierających matki i najmłodsze dzieci. Wystarczy stwierdzić, że w roku 1918, gdy Polska odzyskała niepodległość, w całym państwie działało tylko około 25 przychodni sprawujących opiekę nad położnicami i niemowlętami. Według danych z 1930 roku w pierwszym roku życia umierało średnio 143 dzieci na 1000. To odsetek 37 razy wyższy niż obecnie. W samej Warszawie, gdzie opieka medyczna stała na wyższym poziomie niż na prowincji, umierało 11,8% wszystkich niemowląt.
Ile przychodni działało w roku 1894 i ile dzieci umierało w pierwszym roku życia, możemy sami wywnioskować na podstawie statystyk z późniejszych lat.

W czasach kiedy nie było opieki medycznej takiej jak obecnie, nasi dziadkowie na co dzień obcowali ze śmiercią. Często umierały małe dzieci, kobiety w połogu, niektórzy tylko dożywali sędziwego wieku. Dlatego chyba łatwiej niż dziś, godzono się z jej nadejściem. Większość ludzi umierała we własnym domu, w otoczeniu najbliższych, i to oni dbali o godne odejście z tego świata. Dlatego też wykształciły się różne zwyczaje i obrzędy związane ze śmiercią i pożegnaniem zmarłego.

Gdy ktoś przeczuwał, że koniec jest już bliski, dawał rodzinie wskazówki dotyczące jego własności. Starał się również wybaczyć krzywdy, pogodzić z każdym, z kim był zwaśniony. Wzywano także księdza, aby udzielił konającemu ostatnich sakramentów. Cały czas ktoś z rodziny czuwał przy łóżku. Do rąk wkładano zapaloną gromnicę i kropiono umierającego święconą wodą. Był jeszcze zwyczaj, że domu w którym ktoś zmarł nie sprzątano, nie zamiatano, nic nie ruszano do czasu pogrzebu. Szczególnie uważano aby nie wycierać progu domu, a ludzie przychodzący na różaniec uważali żeby na progu nie stanąć.

Straszna moda końca XIX wieku. Dziś określana jako dziwny zwyczaj.

Zwyczaj fotografowania zmarłych należy do zapomnianej tradycji, cieszącej się popularnością przede wszystkim w krajach Europy Wschodniej i Anglii. W Polsce zdjęcia pośmiertne wykonywano od lat 40. XIX wieku, aż do końca lat 90. XX wieku. Istnieje kilka przyczyn, dla których uwieczniano ludzi dopiero w chwili odchodzenia. Najważniejszą z nich była ograniczona dostępność fotografii, zarezerwowanej tylko na wyjątkowe wydarzenia. Do połowy XX wieku rzadko portretowano ludzi za życia. Moment śmierci rodził potrzebę utrwalenia czyjejś podobizny, zachowania pamięci o danej osobie, zatrzymania jej obrazu na dłużej. Zdjęcie pośmiertne pełniło rolę cennej pamiątki, przywołującej wspomnienia oraz uczucia. Istotnym czynnikiem, który przekładał się na popularność fotografii post mortem była powszechna świadomość nieuchronności losu, a także wiara w życie pozagrobowe.
Zamożniejsze rodziny na tę tragiczną okoliczność wykonywały sobie wisiory, brosze, pierścienie z zamieszczonym wizerunkiem bliskiej osoby. Najczęściej kobiety (matki) nosiły je wyrażając szacunek i zachowując pamięć o zmarłej osobie.

Jak wyglądał pogrzeb na dworze Czerniejewskich i Michniewiczów?

Gdy dziecko skonało otwierano w izbie okna, aby dusza mogła swobodnie wyjść. Zatrzymano zegar na godzinie, o której zmarło. Zasłonięto również lustra, aby się ktoś z żyjących w nich nie przeglądnął i nie zobaczył śmierci.

Ciało przez trzy dni pozostawało w domu. Ktoś z rodziny, albo specjalnie wynajęta osoba umyła je i ubrała w odświętny strój. Dziewczynki były wtedy ubierane w białą sukienkę lub odświętny strój. Zwłoki ułożono w otwartej trumnie, na środku izby, wokół ustawiano żywe kwiaty i świece. Tak było nawet podczas największych upałów, co niestety skutkowało nieprzyjemnym zapachem. Po pogrzebie takie pomieszczenie trzeba było pomalować wapnem, a podłogę porządnie wyszorować. Do trumny włożono kwiatki polne i święte obrazki, mógł być również włożony różaniec opleciony wokół rąk i książeczka do modlenia – raczej w przypadku osób, które potrafiły się modlić. Czasami dawano jakieś drobne przedmioty należące do zmarłego.

O śmierci zawiadomiono rodzinę i sąsiadów, dzwoniono w kościele, rozwieszano klapsydry i ogłoszono w lokalnej prasie (wycinek poniżej). W domu był przez trzy dni odprawiany różaniec, prowadzony przez jedną lub kilka osób. Przychodziły specjalnie wynajęte płaczki, które okadzały izbę, śpiewały i zawodziły. Był przesąd, że aby się nie bać zmarłego, żeby nas nie straszył, należało go dotknąć w czoło lub w rękę.

W dniu pogrzebu do domu sprowadzono księdza lub czekał on przed kościołem. Trumnę z domu wyniesiono nogami do przodu stukając nią trzy razy w próg. Następnie przewieziono ją wozem konnym lub niesiono na ramionach.

Gdy kondukt żałobny jechał lub szedł przez wieś to ludzie dołączali się do niego, a kto nie mógł to chociaż wychodził przed dom, aby pożegnać zmarłego. W kościele przez blisko pół godziny ksiądz z organistą śpiewali różne modlitwy i pieśni. Następnie odbyło się nabożeństwo żałobne, w czasie którego trumna była ustawiana przed ołtarzem na specjalnym katafalku, po bokach układano kwiaty i świece. Po mszy wszyscy udali się na cmentarz.

Zmarłych w parafii Rzekuń chowano na cmentarzu wokół kościoła, później założono obecny cmentarz [święty kamień w polu]. Tam nastąpiło ostatnie pożegnanie. Na trumnę każdy z uczestników pogrzebu sypał garść ziemi, ksiądz pokropił ją święconą wodą, a trumnę zakopano w grobie familijnym (Czerniejewskich lub Michniewiczów).

Maleńkie dzieci takie jak Janinka Michniewicz mogły nie mieć mszy, gdyż uważano, że i tak jest już w niebie.

Po śmierci najbliższa rodzina nosiła żałobę, czyli czarny strój przez określony okres czasu. Ojciec w klapie marynarki czarną wstążkę, matka czarną chustkę na głowie.

Po pogrzebie rodzina udała się do domu na stypę.

fot. K. Miedziński – Polska XIX wiek
Trumnę robił sam gospodarz albo zamawiano ją u stolarza, zazwyczaj nie płacono za nią.

A tak wyglądał akt zgonu sporządzony przez proboszcza parafii Rzekuń, ks. Michała Noweka

Z klapsydry możemy dowiedzieć się, że ciało Janinki zostało złożone do grobu familijnego. Czy był to grób Czerniejewskich, Michniewiczów? Tego nie napisano.
Za treścią jednej malutkiej wzmianki zaciekawiło mnie czy na wspomnianym cmentarzu rzekuńskim odnajdę grobowiec Czerniejewskich lub Michniewiczów. Poświęcając kilka godzin na rzekuńskiej nekropolii w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po właścicielach ziemskich z Czarnowca nie odnalazłem żadnego śladu. Najstarszy grób, który oznaczony jest solidną tablicą nagrobną jest z 1909 roku.
Domniemam, że wspomniany grób familijny Czerniejewskich lub Michniewiczów był usytuowany na starym cmentarzu – naprzeciwko kościoła. Założony w okolicach 1413 roku funkcjonował prawdopodobnie do końca XIX wieku. Obecnie (2024 r.) w tym miejscu (na starym cmentarzu) rośnie trawa i żaden znak po starych grobach nie pozostał.

1894 r.

Co wiemy o właścicielach dóbr w Czarnowcu?

Znaleziony wycinek o śmierci Janiki (Janiny) co było dla rodziny Czerniejewskich i Michniewiczów tragedią, spowodował, że z zaciekawieniem zacząłem wyszukiwać nowych wątków o byłych właścicielach Czarnowca.
Tu ponownie z pomocą przyszła Pani Marta Wojciechowska z Myszyńca, która podesłała indeks sieciowy o Czerniejewskich, zamieszczony na stronie polishgenealogy.blogspot.com
Ma on taką oto treść:

Materiały do Polskiego Słownika Biograficzno-Genealogicznego
Czerniejewski h. Korczak, vel Czerniejowski, rzadko Czerniewski, rodzina czerwonoruska, pochodzenia węgierskiego lub wołoskiego, pisała się z Czerniejowa. Wedle Bonieckiego, nazwisko wzięli od dóbr Czerniejów w ziemi lwowskiej, a protoplastą ich ma być Benedykt, Węgier, kasztelan halicki 1387. Istnieje też kilka osad tej nazwy w woj. lubelskim, m. in. Czerniejów, dawniej w parafii Wola Wołoska, gmina Turno, pow. Włodawa (SGKP), obecnie powiat Parczew. Mikołaj z Czerniejowa 1459 r. kupił Załuże, a z braćmi swymi, Janem i Marcinem, był dziedzicem Kamieńca, Czerniejowa, Hołobutowa i Kłodnicy (Bon.). Antoni, podstoli halicki 1475. Jan, podczaszy lwowski 1613, podkomorzy lwowski 1615. Jan, skarbnik parnawski, poseł ziemi liwskiej na sejm 1783. Czerniejewscy byli właścicielami m. in. dóbr Czarnowiec w pow. ostrołęckim, gminie Rzekuń. Zostali wylegitymowani ze szlachectwa w Królestwie Polskim w latach 1836-1862.

ANTONINA* (Tola) Helena Józefa Czerniejewska (ok. 1870-7 VI 1936), c. Władysława i Heleny Sampławskiej; ur. prawd. Warszawa, zm. tamże, zapisana jako Tola z Czerniejewskich Michniewiczowa (Nekrologi Warsz.); m. (1891 Warszawa) Maurycy* Władysław Michniewicz (ok. 1860-10 IV 1913), s. Władysława i Emilii Strzeszewskiej; ślub w parafii św. Aleksandra (MK Warszawa: św. Aleksander).
* – Antonina i Maurycy – rodzice Janinki

TOMASZ Czerniejewski (1807-po 1840), s. Walentego i Rozalii Cybulskiej, dziedzic dóbr Czarnowiec, pow. Ostrołęka, parafia i gmina Rzekuń; jego syn został wylegitymowany ze szlachectwa w Królestwie Polskim 1852 r. z herbem Korczak; ur. Postoliska, parafia Postoliska, pow. Wołomin, woj. mazowieckie, chrz. 1807 (Bon.; Urus.; Szl. Król.; MK Postoliska); ż. (1838 Warszawa) Antonina Justyna Pinińska h. Jastrzębiec (ok. 1798-po 1840), c. Wawrzyńca i Marianny Płoskiej, dziedziców dóbr Pyszkowo, parafia Chodecz, pow. Włocławek (MK Chodecz); ślub w parafii św. Jana (MK Warszawa: św. Jan); 1v. żona (1823 Chodecz) Andrzeja vel Jędrzeja Tomasza Żebrowskiego (1788-1837), uwagi: on wielmożny, ona lat 25 (MK Chodecz); dzieci: Władysław.

Z tegoż samego źródła dowiadujemy się jak wyglądał herb Czerniejewskich.

Z niecierpliwością czekamy na kolejne stare fotografie, dokumenty, wycinki prasowe, opowieści o starym Czarnowcu. W tych sprawach można kontaktować się poprzez email wiesczarnowiec@gmail com lub tel. 533 613 913.

Zainteresowane osoby historią Czarnowca zapraszamy do działu HISTORIA

Marek Karczewski

Źródła:

– wielkahistoria.pl/koszmar-niemowlat
– polishgenealogy.blogspot.com. Bon. t.3/369-370; Kos. t.1; Nies.; SGKP t.1/824; Szl. Król.; Urus. t.3/10-11.
– teologiapolityczna.pl
– Anna Mądel, szynwald.pl
– Mariola Tymochowicz, Magia odejścia
– fot. 1919-Bracia Taylor
– fot. 1900-wisiorek ze zdjęciem pośmiertnym XIX wiek-Lisak.net
– fot. K. Miedziński – Polska XIX wiek




Piosenka o Czarnowcu…

Piosenka o Czarnowcu…

Czarnowiec jest wymieniony w akcie erekcyjnym parafii Rzekuń
Pierwsze wzmianki pochodzą z 1413 roku…

Na dworze Wyszomirskich spadały kasztany
Ale nikt się z tego powodu nie cieszył…

Ludwika walczyła
Jana zamordowali komuniści
Zygmunt zginął w Katyniu…

Nikt chyba nie chce aby była wojna
Tak byś pamiętał długo o Czarnowcu…

Tak w skrócie można opisać ten utwór stworzony w części przez program AI (sztuczną inteligencję). Pozostało wygenerować kilka zwrotek, zmiksować, załączyć parę fotek i piosenka gotowa.

Każdy kto „bawił” się już w tworzenie muzyki przez programy komputerowe zdaje sobie sprawę, że nie wszystko (jeszcze) robi AI. Wymaga to wielu godzin montażu. Mój materiał był montowany ok. 7 godzin roboczych.
To jest nic w porównaniu z tym o czym będzie przypominał i udowadniał, że ludzkość zmienia się w kosmicznym tempie.
Jednak to co jest najbardziej zasmucające, to powtarzające się groźby wojny…

Nikt nie jest za wojną, a ona może w każdej chwili zniszczyć wiele istnień ludzkich.

Może kiedyś, komuś ta piosenka się przyda? Pierwsza stworzona o Czarnowcu za pomocą sztucznej inteligencji i człowieka.

Zachęcam do wysłuchania i obejrzenia.

Fakt powstania piosenki odnotował również portal eOstroleka.pl

Sołtys Marek Karczewski
Czarnowiec, 20.04.2024




1 sierpnia 2023 kawałek historii trafił na płot

1 sierpnia 2023 kawałek historii trafił na płot

1 sierpnia to doskonały moment na powieszenie naszych zdobyczy historycznych.

Z okazji obchodzonej 79. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego postanowiliśmy powiesić wizerunek naszej sanitariuszki i łączniczki, która walczyła o Warszawę i suwerenną Polskę.
Jednak powieszenie jednego zdjęcia z „Ksenią” nie miałoby sensu, bo specjalnie przygotowane zdjęcia wielkoformatowe na jubileusz 610-lecia Czarnowca były wyprodukowane właśnie w tym celu aby je zaprezentować szerszej rzeszy mieszkańców i sympatyków Czarnowca.

Zdjęcia wydrukowano w maju b.r. na podstawie ustaleń trzech mieszkańców Czarnowca: Krzysztofa Chojnowskiego, Marka Karczewskiego i Jacka Pawłowskiego.
O powyższych obrazach opowiadał ze sceny w czerwcu podczas naszego święta Pan Jacek Pawłowski. Można to wszystko zobaczyć i wysłuchać w materiale wideo – tu ->

Czy zdjęcia trafią w gusta mieszkańców i przygodnych przejezdnych?

Podczas prac wtorkowych, środowych i czwartkowych udział wzięli: Marek Karczewski, Piotr Mierzejewski, Paulina Mierzejewska, Kamil Szczubełek oraz chłopcy z klas 6 i 7 Szkoły Podstawowej Nr 3 w Ostrołęce.

Zapraszamy do zatrzymania się i zerknięcia choć przez chwilkę na stary Czarnowiec (zaprezentowany na zdjęciach).

Produkcję zdjęć sfinansowali mieszkańcy Czarnowca, panowie: Przemysław Rykowski i Filip Wilczyński.

Marek Karczewski




Tablica informacyjna przy ul. Kasztanowej wkrótce stanie

Tablica informacyjna przy ul. Kasztanowej wkrótce stanie

Tablica informująca o historii tego miejsca wczesną wiosną pojawi się w okolicy miejsca, w którym przed laty stał Dwór rodziny Wyszomirskich.
Możliwe, że sprawa realizacji tego projektu powinna zakończyć się dnia 31 grudnia 2021 r. ale wszechobecna pandemia koronawirusa pokrzyżowała również tzw. „plan czarnowiecki”.

W 2020 roku na zebraniu sołeckim zdecydowali Państwo, że warto upamiętnić to miejsce, bo na to zasługuje. Przeznaczyliśmy wspólnie na ten cel 1500 zł brutto i w 2021 r. całą kwotę wydatkowaliśmy.

Nasz projekt okazał się trochę skomplikowany, bo od pomysłu do realizacji zawsze jest długa droga, a w naszym przypadku droga ta została jeszcze bardziej wydłużona o komplikacje lokalizacji i komplikacje producenta tablic. Tablic, bo po uzgodnieniach z Nadleśnictwem Ostrołęka na terenie nadleśnictwa mogą stać wyłącznie znaki leśników. Nie byłoby żadnych przeszkód gdyby tablica stanęła w pasie drogi zarządzanej przez Gminę Rzekuń. Pas drogowy jest jednak zbyt wąski aby usadowić w nim tablicę informacyjną. Z pomocą przybyło Nadleśnictwo Ostrołęka i ostatecznie tablice będą miały charakter leśno-patriotyczno-historyczny.

Projekt „naszych” tablic o dworku Wyszomirskich opracowali wspólnie: Jacek Pawłowski, Marek Karczewski, Krzysztof Chojnowski – zespół powołany do realizacji założeń Walnego Zgromadzenia Sołeckiego.

Zaprezentowana poniżej grafika obu tablic zostanie wczesną wiosną zamontowana przy ul. Kasztanowej 8 – w miejscu byłego dworku.

Z tego miejsca dziękuję serdecznie Panom: Jackowi Pawłowskiemu i Krzysztofowi Chojnowskiemu (mieszkańcom Czarnowca) za owocne rozmowy i spotkania w sprawie tablicy/tablic.
Dziękuje serdecznie Nadleśniczemu Nadleśnictwa Ostrołęka, Panu Zdzisławowi Gadomskiemu (mieszkańcowi Czarnowca) za przychylne rozpatrzenie prośby o umieszczenie tablicy w tej lokalizacji.

Osoby zainteresowane historią naszej wioski odsyłam do menu HISTORIA
O dworku, obszerny artykuł można przeczytać TU ->, drugi TU ->
Jak wygląda z lotu ptaka miejsce po posiadłości dworskiej w Czarnowcu można zobaczyć TU -> – realizacja nagrania Krzysztof Chojnowski.

Tablica historyczna o dworku rodziny Wyszomirskich.
Kod QR zamieszczony na tablicy będzie kierował zainteresowanych na stronę Czarnowiec.pl
Tablica bliźniacza Nadleśnictwa Ostrołęka o pomnikach przyrody na terenie byłego dworku Wyszomirskich.

Marek Karczewski




Zdjęcia z 2013 roku na stronach Czarnowca

Zdjęcia z 2013 roku na stronach Czarnowca.

Jak to mówią, w internecie nic nie ginie.
Wyszukując w popularnej przeglądarce internetowej (google ;)) frazy „Rzekuń” natknąłem się parę dni temu na pewien blog, a na nim zdjęcia z Czarnowca.

Blog istnieje już ładnych parę lat i oferuje tysiące ciekawych zdjęć z różnych zakątków świata. Tu znalazłem zdjęcia Czarnowca, które wcześniej podczas tworzenia strony użyłem jako zdjęcie tytułowe.
Od samego początku byłem przekonany, że autorem zdjęć jest ktoś z tygodnika ostrołęckiego. Dopiero pod koniec października 2021 r. okazało się, że na blogu rzekun.flog.pl znajduje się informacja o autorze (autorce) zdjęć.

Dziś wykonałem telefon do autorki z prośbą o oficjalne zezwolenie na publikację Jej zdjęć na naszych stronach.

Dziękuję Pani Agnieszce Majdeckiej, która wykonała w 2013 roku, poniżej prezentowane zdjęcia do projektu dla Gminnej Biblioteki Publicznej w Rzekuniu.
Pani Agnieszka to mieszkanka Jarocina w woj. wielkopolskim. Przed laty pełniła funkcję Dyrektora GBP w Rzekuniu.

Marek Karczewski




Czarnowiec nieodbudowany. Jak dwór Wyszomirskich popadał w ruinę

Dwór, z którego komuniści wypędzili w 1946 Marię Wyszomirską i jej córkę Zofię Żyłowską, przez ponad trzydzieści lat nie był konserwowany ani remontowany. Gdy w 1979 roku zawalił się dach, władze zaczęły zastanawiać się nad odbudową. Na zastanawianiu się poprzestały. Dzięki życzliwości Państwa Wandy i Andrzeja Piersów oraz determinacji sołtysa Marka Karczewskiego pokazujemy tu wcześniej nigdzie nie publikowane zdjęcia dworu oraz dokumenty.

„Budynek zlokalizowany jest w odległości 7-8 km na północny-wschód od Ostrołęki w terenie nieznacznie pofałdowanym przy drodze gruntowej w miejscowości Czarnowiec”.

Autorka „opinii dotyczącej stanu technicznego i możliwości wykorzystania do odbudowy budynku d. dworku w Czarnowcu koło Ostrołęki” musiała położyć mapę do góry nogami. Ten północny-wschód… 🙂 Ale w sumie to drobiazg.

Strona tytułowa opracowania Lidii Szindler

Opinia jest bardzo ciekawym dokumentem. Dostarcza sporo informacji o nieistniejącym już dworze, należącym przed wojną do rodziny Wyszomirskich, a po wojnie – do komunistycznego państwa. Ale oprócz dawki informacji, dokument ten rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Jest w nim kilka enigmatycznych sformułowań, które aż chciałoby się wyjaśnić do cna. Do samego spodu. Ale minęło tyle lat. Zachowało się bardzo niewiele dokumentów. Nie sposób ustalić wszystkiego co rozbudza ciekawość. Ale może dzięki tej publikacji odezwie się ktoś, kto coś pamięta, ma jakieś papiery, spisane wspomnienia po rodzicach/dziadkach, albo chociaż fotografie. Taką mamy nadzieję.

Postaramy się tu odtworzyć fakty i wskazać znaki zapytania. Na podstawie wyżej wspomnianego dokumentu, serii fotografii i ustnych wspomnień, które sołtys Marek Karczewski odebrał od Państwa Wandy i Andrzeja Piersów.

Ale najpierw o autorce opinii. Opracowanej na podstawie wizji lokalnej w Czarnowcu jesienią 1979 roku, a napisanej w Warszawie w lutym 1980 roku.

Mgr inż. Lidia Szindler z Warszawy. Była inżynierem budownictwa lądowego, specjalizowała się w odbudowie i ochronie zabytków. Pochodziła z Wileńszczyzny. Mieszkała w Warszawie na górnym Mokotowie. Otrzymywała zlecenia dotyczące ochrony zabytków z różnych stron kraju. Lidia Szindler nie żyje. Syn, do którego udało nam się dotrzeć latem 2022 roku, nie pamiętał wyjazdów matki do Czarnowca. W 1979 roku miał sześć lat. Nie dysponuje też żadnymi zapiskami świadczącymi i pracy Lidii Szindler w Czarnowcu. Po śmierci matki pozostawił w domu wyłącznie dokumenty mające wartość pamiątek rodzinnych. Syn wspominał, że matka była zaangażowana w społeczny ruch mający uzdrowić siedlisko patologii, jakim była peerelowska spółdzielczość mieszkaniowa.

Istotnie, Lidia Szindler w 1981 roku była w zespole ekspertów “Solidarności” Regionu Mazowsze zajmującym się problemami budownictwa mieszkaniowego – jednego z największych problemów bytowych w komunistycznej Polsce. Nie czas i miejsce, by się nad tym rozwodzić. Dość wspomnieć, że skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie było dziewiętnastym spośród dwudziestu jeden postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego latem 1980 roku. Szindler była współautorką “Raportu o naprawie budownictwa mieszkaniowego” opublikowanego w “Zeszytach Ośrodka Badań Społecznych NSZZ Solidarność Regionu Mazowsze”.

Wróćmy dodokumentu o czarnowieckim dworze. W opinii jest napisane, że jednym ze źródeł opracowania był „wywiad z dawnym mieszkańcem obiektu”. Z kim konkretnie? O tym już opinia milczy. Ale może ktoś z żyjących obecnych czy byłych mieszkańców Czarnowca kojarzy z kim rozmawiała ekspertka z Warszawy w 1979 roku?

Ktokolwiek ma coś do dodania w tej kwestii, piszcie. Albo komentarze, albo mail na wiesczarnowiec@gmail.com

Tak wyglądał dwór od strony ogrodu w październiku 1975 r.

Opinia została sporządzona na zlecenie Urzędu Wojewódzkiego w Ostrołęce, Wydziału Kultury i Sztuki. Skoro było zlecenie, to ktoś w urzędzie musiał wpaść na pomysł odbudowy dworu w Czarnowcu. Po co? Dla kogo? Informacje są szczątkowe. W 1978 roku dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce „celem przeprowadzenia w nim remontu” – dowiadujemy się z „Ewidencji parku dworskiego w Czarnowcu”, wykonanej trzy lata później przez Stowarzyszenie Naukowo-Techniczne Inżynierów i Techników Rolnictwa dla Biura Badań i Dokumentacji Zabytów w Ostrołęce. Tu więc dwa fakty wyglądają na zbieżne – dwór przejęła spółdzielczość mieszkaniowa. Opinię na temat odbudowy wykonała specjalistka związana ze spółdzielczością mieszkaniową.

Na pomysł odbudowy urzędnicy wpadli rychło w czas. Jesienią 1979 roku sterczały tu już tylko kikuty ścian. Ze wspomnień mieszkańców Czarnowca wynika, że dach dworu zawalił się podczas zimy stulecia 1978/1979 roku. Po zdjęciach z 1975 roku, które też tu publikujemy, widać wyraźnie, że jeszcze pięć lat wcześniej można było próbować ratować – i tak już wtedy bardzo zaniedbany – dwór. Po 1980 roku możliwe było co najwyżej postawienie nowego budynku przypominającego dawną siedzibę Wyszomirskich. Z wykorzystaniem fragmentów istniejących ścian.

Jak można było dopuścić do takiego zniszczenia? Odpowiedź jest brutalna w swojej prostocie. Komunistom, rządzącym krajem przez pięćdziesiąt lat po wojnie, nie zależało na pielęgnowaniu pamiątek po przedwojennej Polsce. W propagandzie tamtej epoki, wszystko co działo się przed nadejściem komunistów, było złe, opierało się na wyzysku biednych przez bogatych, krzywdzie i zgniliźnie moralnej.

Ocalałe z wojny matkę i córkę komunistyczna policja polityczna zmusiła do zrzeczenia się własności obejmującej dwór i przyległą ziemię rolną. Właścicielem dworu stało się państwo – czyli nikt.

Do pewnego momentu dawny dwór Wyszomirskich był wykorzystywany na cele mieszkalne. Władze kwaterowały w nim lokatorów. Ale budynek nigdy nie został poddany generalnemu remontowi.

Ściana szczytowa dworu przed zawaleniem się (rozebraniem?) dachu; październik 1975 r.

Na zdjęciach z 1975 roku widać, że dwór jest już opuszczony. W oknach brakuje szyb. Niektóre otwory okienne są zabite deskami. W bocznym wejściu nie ma drzwi. Z kolei do drzwi ogrodowych przylepiona jest jakaś rozpadająca się drewniana szopa z resztkami pomarszczonej papy na dachu. Obok jednego z okien od strony ogrodu wystaje ze ściany zagięta rura skierowana do góry. Prawdopodobnie jest to prowizoryczny komin odprowadzający dym z jakiegoś równie prowizorycznego piecyka typu koza. Być może ktoś z lokatorów rozwiązał sobie w ten sposób problem ogrzewania w jednej z izb. Nie jest wykluczone, że oryginalne piece i kominy po prostu nie działały. Wskazywałby na to stan wylotów kominów wystających z dachu. Są one zwyczajnie zrujnowane. Jako tako trzyma się jedynie komin w szczycie budynku. Prawdopodobnie jest to jednak komin wentylacyjny, a nie paleniskowy.

Otoczenie budynku jest zaniedbane. Dookoła jakieś chaszcze i chwasty, sterta zeschłego zielska; pozostałości studni; ślady ogrodzenia. Nad tym krajobrazem górują stare drzewa, które na pewno rosły tu w czasach świetności dworu. Pozostałości świadczą, że był to ładny i stylowy budynek.

Od frontu wyelegancony ryzalitem, zwieńczonym od góry ostrym wierzchołkiem i z wystającymi po bokach kolumnami. Okna na parterze – tylko prostokątne, dzielone szprosami na sześć części każde. Okna na poddaszu – wyłącznie łukowate. Otwory okienne i drzwiowe na parterze zdobione od góry gzymsami. Na dole jednej z bocznych ścian łukowaty otwór. Na wsiach używano takich do wsypywania do piwnicy węgla, albo kartofli.

Ściana szczytowa dworu, stan z października 1975 .

W sumie dwór Wyszomirskich to zwarta, proporcjonalna bryła, bez zbędnych udziwnień, ładnie wkomponowująca się w krajobraz. Na podstawie jednego z tych zdjęć można by nawet namalować obraz – ziemiański dworek wśród starych drzew. Ale w kadrze znalazł się obcy element. Są nim trzy samochody – polski, czeski i wschodnioniemiecki. Syrena, skoda i trabant. Wszystkie na tablicach rejestracyjnych TF – wspólnych dla powiatu ostrołęckiego i ostrowskiego, znajdujących się wówczas w województwie warszawskim. Na innym ujęciu widać jeszcze fragment… autobusu. Jest to albo san, albo jelcz ogórek.

To też zagadkowa sytuacja. Tyle pojazdów wokół opuszczonego budynku, w którym nikt nie mieszka? Do głowy przychodzą co najmniej trzy domysły.

Pierwszy to taki, że opuszczone budynki w tamtych czasach często przyciągały ludzi, którzy chcieli – nazwijmy to – pobiesiadować z dala od niechętnych spojrzeń domowników czy wścibskich sąsiadów.

Drugi wynika ze skojarzenia z ważną datą. Październik 1975 roku, kiedy powstały zdjęcia opuszczonego dworu, to był zaledwie piąty miesiąc istnienia nowego województwa ostrołęckiego. I piąty miesiąc nieistnienia starego powiatu ostrołęckiego. Niewykluczone, że pojazdy na zdjęciu należą do jakiejś urzędniczej delegacji, która inwentaryzuje mienie skarbu państwa po reformie administracyjnej.

Trzeci wiąże się z faktem, że w okolicach dworu była szkółka leśna. Mogło więc być i tak, że widocznym na zdjęciu autobusem grupa młodzieży, albo dorosłych uczestników jakiegoś czynu społecznego przyjechała na sadzenie lasu. Pora roku – październik – uprawdopodobnia tę wersję.

W tej publikacji również zawarto wizję zagospodarowania dworu. Pozostała tylko wizją

Jest też publikacja „Zabytki województwa ostrołęckiego przeznaczone do zagospodarowania” (oprac. E. Jaworowska, A. Kalinowska, S. Łojewski) Widać na niej zdjęcie dworu – już zniszczonego, ale jeszcze nie pozbawionego dachu i bardzo konkretny opis. „Dwór murowany. Wzniesiony w XIX w. w stylu klasycystycznym z cegły, otynkowany, dwukondygnacyjny, kubatura 900 m3. Powierzchnia użytkowa 260 m2, pomieszczeń 9. Jest własnością Urzędu Gminy w Rzekuniu, nieużytkowany, półruina. (…) Otoczony pozostałością parku„.

Na tym kończy się rzut oka na czarnowiecki dwór z połowy lat 70. W roku 1979 dwór jest już kompletną ruiną bez dachu. W swojej opinii Lidia Szindler powątpiewa czy dach aby na pewno zawalił się samoistnie.

W 1980 roku dwór nie miał już dachu

„Charakterystyczny dla omawianego obiektu jest fakt dokonania rozbiórki dachu i stropu, a nie zawalenia się tych części budynku, co wskazuje na działanie nieformalne w odniesieniu do obiektu stanowiącego przedmiot zainteresowania Urzędu Konserwatorskiego”.

Niestety bliższych informacji brak. Nie wiadomo na czym autorka opiera swe stwierdzenie, że dach został jednak rozebrany, a nie zawalił się.

Nie wiadomo też, czy autorka opinii oraz władze województwa ostrołęckiego zdawały sobie sprawę, że w tamtym czasie odbudowa dworu była ideą czysto teoretyczną. Kraj pogrążał się w kryzysie gospodarczym. W latach 1979-1980 zaczęła się recesja. Inflacja niebezpiecznie zbliżyła się do dziesięciu procent. Kasa państwa świeciła pustkami.

Kraj w ruinie. Dwór w Czarnowcu w ruinie…

Pozostałości ścian i ryzalitu; luty 1980 r.

„Obiekt znajduje się obecnie w stanie ruiny pozbawionej stropu i dachu” – czytamy w opinii. „Brak podstawowego zabezpieczenia murów przed bezpośrednim działaniem na nie czynników atmosferycznych spowodował określone, niszczące skutki zarówno w strukturze materiałów ścian, jak i w ich ustrojach. (…) Częściowemu wyburzeniu uległy ściany podziału wewnętrznego oraz fragmenty ściany szczytowej.(…) Zawilgocenie cegły i zaprawy w spoinach, powstałe w ostatnim okresie, nie doprowadziło jeszcze do większych zniszczeń w strukturze materiału. Zaleganie na stropie [piwnicy] gruzu z częściowo wyburzonych ścian wewnętrznych – w tym przypadku działa pozytywnie dla sklepienia, izolując je od wód opadowych.”

Autorka opinii proponuje aby, w razie ewentualnej odbudowy, najpierw zadaszyć ruiny, nawet prowizorycznie, a dopiero potem odgruzować wnętrze. Ostrzega jednak, że „sytuacja” (należy się domyślać, pozostawienie gruzu na stropach piwnic) „nie powinna być zbytnio przedłużana”. To ostrzeżenie zostało zignorowane i miało po dziesięciu latach opłakane skutki, o czym tu jeszcze wspomnimy.

Szkic Lidii Szindler ukazujący miejsca spękań ścian i erozji cegieł w lutym 1980 r.

Tymczasem Lidia Szindler, dopuszczając wykorzystanie istniejących ścian w ewentualnej odbudowie, dalej kreśli obraz zniszczeń. Konkretnie odnosi się do ścian nośnych, których stopień zniszczenia sprowadza się do „zerodowania [zniszczenia wskutek erozji – przyp. red.] powierzchniowych warstw w dużych fragmentach ścian, oraz korony wszystkich murów; spękania wszystkich nadproży w ścianach zewnętrznych; odspojenia się murów centralnego ryzalitu wejściowego od ściany podłużnej – frontowej; częściowego zawalenia się niektórych murów wewnętrznych. (…) Wielkość erozji wgłębnej w murach sięga 20 cm. (…) Zrysowania ścian są przelotowe przy czym niektóre z nich /w osiach skrajnych/ biegną przez całą wysokość i prawdopodobnie sięgają fundamentów. Zakres zniszczeń pozwala przypuszczać, że do ewentualnego wykorzystania można zakwalifikować około 30% istniejących ścian.”

Lidia Szindler zaznacza, że można próbować wykorzystać w odbudowie większą niż 30% część zrujnowanych ścian, ale będzie to bardzo dużo kosztowało. Uzasadnieniem dla ewentualnych nadzwyczajnych wydatków mogły być tylko „szczególne walory konserwatorskie”, a roboty powinny były być – zdaniem autorki – wykonywane przez najwyższej klasy fachowców.

Pozostałości dworu od strony ogrodu w lutym 1980 r.

Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniają zdjęcia wykonane w czasie wizji lokalnej. Przy jednej z wcześniejszych naszych publikacji o czarnowieckim dworze znalazł się komentarz. Relacjonuje on zasłyszane wspomnienie kogoś kto pamięta dwór i fakt, że były w nim „piękne kręcone schody”. Te schody widać na jednej z fotografii z wizji lokalnej. Widok z zewnątrz przez okno z wybitymi szybami. W środku zaś widać spiralne schody, okręcone wokół pionowej belki, wiodące na poddasze, którego w chwili zrobienia zdjęcia, już w budynku nie było.

Oglądając uważnie wszystkie zachowane fotografie, nawet okiem niefachowca, nasuwa się wniosek, że przez 34 lata od wypędzenia Wyszomirskich przez komunistów z Czarnowca nikt nie zadał sobie trudu, żeby w jakikolwiek sposób powstrzymać postępującą rujnację dworu. Nie widać śladów aby komuś chciało się naprawiać ubytki w odpadającym tynku zewnętrznym, czy wdzierające się w ściany zawilgocenia, czy uzupełniać odpadające fragmentami gzymsy, czy też naprawiać kruszące się kominy.

Okno z widokiem na kręte schody

Władze województwa ostrołęckiego nie odbudowały dworu w Czarnowcu, choć Wanda i Andrzej Piersowie, bardzo chcieli, żeby został odbudowany. Wspominają, że władze były przychylnie nastawione do ich pomysłu. Zachęty jednak miały charakter nieformalny. Nie przybrały formy żadnego dokumentu. Wśród zachęt było również zapewnienie, że Wojewódzkie Biuro Konserwacji Zabytków dofinansuje odbudowę. Zlecili i sfinansowali projekt odbudowy. Architekt dostał stare fotografie budynku…

Niewykluczone, że jakieś wstępne prace remontowe zostały podjęte, ale nie były kontynuowane. „W trakcie prac remontowych okazało się, że obiekt ten nie nadaje się, ze względu na słaby stan murów, do renowacji i prace nad jego odrestaurowaniem zostały zaniechane” – czytamy we wspomnianej wcześniej Ewidencji Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów i Techników Rolnictwa.

Gdyby przyłożyć do tamtych czasów dzisiejsze realia polegające na tym, że nieruchomość jest zawsze czyjaś, a nie bezpańska. Gdy w wolnorynkowej gospodarce nieruchomości z tradycją i w atrakcyjnym położeniu osiągają zawrotne ceny… Gdyby poczynić takie założenia, to dwór i jego okolice byłyby nieruchomością z wielkim potencjałem. Dostrzega go również Lidia Szindler, nawet w warunkach pogrążonej w kryzysie gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

„Odosobniona lokalizacja budynku daje swobodę dla prawidłowego zagospodarowania terenu przyległego, co może dodatkowo uatrakcyjnić jego program użytkowo-funkcjonalny” – czytamy w opinii.

„Po przeprowadzonym remoncie kapitalnym, uporządkowaniu parku i otoczenia obiekt może być wykorzystany na cele rekreacyjno-wypoczynkowe” – takie zdanie znalazło się z kolei we wspomnianej wyżej publikacji, „Zabytki województwa ostrołęckiego przeznaczone do zagospodarowania” .

W dokumencie autorstwa Lidii Szindler znajdują się jeszcze stwierdzenia o piaszczystych gruntach z niewielkimi gliniastymi domieszkami i o niskim poziomie lustra wód podziemnych. Nic tylko budować i gospodarować. Ale w tamtym czasie stała tam bezpańska ruina, która zagrażała „bezpieczeństwu ludzi przypadkowo przebywających na terenie obiektu, tym bardziej że jest on całkowicie dostępny i brak jest tablic ostrzegających przed niebezpieczeństwem”.

Analizując spostrzeżenia zawarte w opinii Lidii Szindler, warto poczynić pewien wtręt zabytkoznawczy.

Na polskich ziemiach – potarganych przez liczne wojny, a najbardziej przez drugą światową – nie ma zbyt wielu starych budowli, pamiętających zamierzchłe czasy. Część zniszczonych w wojennej zawierusze zabytków wznoszono na nowo. Nazywano to odbudową. Tak powstało istniejące Stare Miasto w Warszawie, odtworzone na podstawie obrazów Bernarda Belotto. I Zamek Królewski, który gdy Lidia Szindler lustrowała ruinę w Czarnowcu, był już wprawdzie w większości odbudowany, ale jeszcze nieudostępniony dla zwiedzających.

Ściana szczytowa, stan z 1980 r.

Takie odbudowane zabytki jak starówka czy zamek, choć imponujące i/lub piękne, są atrakcją turystyczną, bywają wpisywane na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO, po prawdzie są namiastką zbytków, bo co by nie mówić, powstały jednak w nowoczesnych czasach. Znakiem szczególnym tych powojennych czasów są jednak również podwójne standardy w traktowaniu zabytków przez władzę. W czasie gdy jedne zabytki odbudowywano praktycznie od ław fundamentowych, wielkim nakładem sił i pieniędzy, inne zabytki – zachowane w znacznie lepszym stanie – niszczały i popadały w kompletną ruinę.

Ale zmieniły się czasy i zmieniła się doktryna konserwatorska. Gdyby ruiny dworu w Czarnowcu w stanie takim, jak na części zaprezentowanych tu zdjęć, przetrwały do dziś, projekt odbudowy obiektu zapewne wzbudziłby kontrowersje. W ochronie zabytków zaczyna przeważać pogląd, że jeżeli jakaś ruina ma być rzeczywiście świadectwem dawnych czasów, to konserwuje się ruinę, ale nie buduje się na nowo czegoś co miałoby przypominać historyczny pierwowzór.

Pozostałości dworu, stan z 1980 r.

Obecnie, jak ujmują to fachowcy, ochrona zabytków polega przede wszystkim na ochronie oryginalnej substancji zabytku. I taka też jest polityka państwa wynikająca z ustawy o ochronie zabytków. Na mocy jej przepisów publiczne pieniądze z Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków mogą być przeznaczone na utrwalenie istniejącej substancji zabytkowej obiektu oraz wyposażenie go w instalacje przeciwwłamaniową, przeciwpożarową i odgromową. Dopuszcza się częściową odbudowę zniszczonych zabytkowych budowli, ale tylko wtedy gdy oryginalna substancja stanowi co najmniej połowę obiektu. Doktryna konserwatorska dopuszcza odbudowywanie zabytków od podstaw tylko wtedy, gdy mają one wielką i bezsporną wartość symboliczną.

Puszczając więc wodze fantazji… Gdyby dziś ktoś chciał zrekonstruować dwór w Czarnowcu, to zapewne mógłby to sobie zrobić, ale na własny koszt. Do uzyskania dofinansowania państwa nie byłoby podstawy prawnej.

Nie byłoby też podstawy faktycznej. Ziemia, na której stał dwór, została na przełomie lat 80. i 90. podzielona na działki, które gmina sprzedała prywatnym właścicielom. Wśród nabywców byli Wanda i Andrzej Piersowie. Ale od pomysłu odbudowy dworu minęło już wtedy dziesięć lat i podworska ruina była jeszcze bardziej zrujnowana. W zasadzie zostały tylko piwnice. Stan techniczny ścian i stropu piwnic oceniał rzeczoznawca. Oglądał, lustrował, dziobał długopisem zaprawę w spoinach. Wstępnie doszedł do wniosku, że piwnice są w katastrofalnym stanie. I cudem uszedł z życiem. Strop piwnicy zawalił się następnego dnia po wizycie rzeczoznawcy. Pozostały już tylko fundamenty.

Na tych fundamentach nowi właściciele postawili nowy dom – szkieletowy, w rzadko spotykanej wówczas w Polsce technologii kanadyjskiej. Jedynym śladem przeszłości na tej ziemi pozostały stare drzewa. Choć i tu nie obyło się bez potrzeby interwencji.

Dwie wiekowe sosny amerykańskie zostały zaatakowane przez przypłaszczka granatka, jednego z najgroźniejszych szkodników drzewostanów sosnowych. Trzeba było je wyciąć. Pozostałe drzewa udało się zachować. Nowi właściciele posadzili na podworskiej ziemi dwa pamiątkowe orzechy włoskie.

Widoczny z daleka, wyróżniający się na tle czarnowieckiego krajobrazu starodrzew na dawnej dworskiej ziemi, to pozostałości parku otaczającego dwór. Trochę danych na jego temat znajdujemy w publikacji Jana Zglińskiego, wydanej przez Regionalną Pracownię Krajoznawczą w Ostrołęce – Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (seria maszynopisów zwielokrotnionych chyba na powielaczu, w obwolucie wydrukowanej przez Spółdzielnię Inwalidów Narew w Ostrołęce). Inwentaryzacja prawdopodobnie z pierwszej połowy lat 80. XX wieku. Wynika z niej, że park otaczający dwór Wyszomirskich miał powierzchnię, 2,35 hektara, a w czasie oględzin zachowany był w słabym stanie. Autor odnotowuje kasztanowiec będący pomnikiem przyrody o obwodzie pnia 332 cm, oraz dwa modrzewie o obwodzie pni 275 i 210 cm oraz altanę 16 lip.

Zgliński objechał 65 parków wiejskich na obszarze ówczesnego województwa ostrołęckiego. Na koniec swej publikacji podzielił się następującą refleksją.

Często (…) opanowywały mnie uczucia smutku, głębokiego żalu, gdy stykałem się ze śladami zniszczeń. Gdy patrzyłem na miejsca, gdzie występowały już tylko zarysy fundamentów dawnych, zarastających obecnie samosiewami drzew lub chwastami – budowli. Gdy obserwowałem ubytki drzew wśród parkowych zadrzewień i wśród starych, wspaniałych alei czy szpalerów. A ileż smutku niosły za sobą relacje nielicznie już żyjących najstarszych ludzi, którzy wspominali minione bezpowrotnie okresy dawnej świetności tych obiektów, a następnie kreślili obraz zniszczeń, spowodowanych działaniami wojennymi lub zwykłą ludzką bezmyślnością. Bolesna jest również świadomość, że szkód tych nie można już będzie naprawić. Są to bowiem, szczególnie w środowisku przyrodniczym, straty nieodwracalne.

Musimy więc uświadomić sobie, że wszystkie parki, a nawet ich resztki, powinny być objęte ścisłą ochroną i opieką. (…) Należy chronić i pielęgnować występującą w parkach roślinność, gdyż już tylko tam można spotkać tak wielką jej różnorodność, a rosnące w nich stare, okazałe drzewa niech spełniają jak najdłużej rolę żywych pomników przyrody”.

Nic dodać, nic ująć. Niech przynajmniej drzewa stoją jak najdłużej.

Starodrzew w miejscu, gdzie stał dwór. Widok współczesny

2021.05.18 /Jacek Pawłowski/

Podziękowania.
Po raz kolejny okazuje się, że są jeszcze wspaniali ludzie, którym zależy na ratowaniu historii od zapomnienia.
Po dworku w Czarnowcu nie pozostał już ślad, nie licząc starych drzew włącznie z altaną lipową, pod którą wypoczywał dziedzic Wyszomirski. Dokumenty i wspomnienia, które nie przepadły w czeluściach piwnic czy strychów są świadectwem, że warto pielęgnować wspomnienia. Może za parę lat taki „kawał” znakomitego opracowania Pana Jacka Pawłowskiego, mieszkańca Czarnowca z ul. Dzikiej Róży posłuży naszemu pokoleniu do inspiracji i początku nowej historii?
Serdecznie dziękuję autorowi, który otrzymując moje „zlecenia” wkłada serce i ogrom czasu abyśmy wszyscy mogli wrócić pamięcią w dawne czasy. Wielkie podziękowania dla Państwa Wandy i Andrzeja Piersów z ul. Kasztanowej, który udostępnili mi swoje prywatne archiwum. Bez tego materiału nie byłoby tego tekstu!

Serdecznie dziękuję
Marek Karczewski
Sołtys
19 maja 2021r.

ps. ciąg dalszy (z czasów II WŚ) historii dworku znajdziecie Państwo tu: DWÓR WYSZOMIRSKICH




Kim byli Wyszomirscy z Czarnowca – historia w czterech częściach

Czarnowiec i Wyszomirscy cz. I

Sołtys Czarnowca Marek Karczewski, jednocześnie organizator ostrołęckiego rodzinnego rajdu rowerowego, zaplanowanego na 1 sierpnia br., kilka dni wcześniej oznaczył na Facebooku Panią Wandę Piersę, Pana Jana Grzyba i mnie. I wyznaczył taki – modnie mówiąc – czelendż. Zgromadzić możliwie dużo materiałów o dworze w Czarnowcu i o mieszkającej w nim przed II wojną światową rodzinie Wyszomirskich. Informacje te miały być przekazane uczestnikom wyżej wspomnianego rajdu, którego trasa miała wieść właśnie przez Czarnowiec, ulicą Kasztanową, w sąsiedztwie dawnej dworskiej nieruchomości. (O RAJDZIE PISALIŚMY TU)

Sołtys prosi, nie wypada odmówić. Trochę wyszperałem w internecie, trochę w biblioteczce, trochę w bibliotece. Czytelnia wprawdzie zamknięta z powodu epidemii. Ale Miejska Biblioteka Publiczna w Ostrołęce świadczy taką usługę, że wskazane, dostępne w czytelni, publikacje skanuje i wysyła na wskazany adres. Skorzystałem z tej możliwości już po raz drugi w tym sezonie. Jestem pod wrażeniem sprawności działania tej instytucji.
Zgromadziłem. Wysłałem. Nagle w piątek 31 lipca wieczorem otrzymuję wiadomość. „Zapraszam Cię o 10:30 pod lipy na 'plac Wyszomirskich’ przy Kasztanowej. Gdybyś się zdecydował być i powiedzieć parę słów…”.

Cóż było robić? W sobotę 1 sierpnia – w miarę przygotowany – stawiłem się we wskazanym miejscu. Tremę przed wystąpieniem publicznym osłodziły morwy z przydrożnego drzewa wypatrzonego wprawnym okiem policjanta z drogówki, który obstawiał rajd. Trema tym większa, że rano Sołtys wyznaczył mi czas prelekcji – pięć minut. Słusznie. Przecież nie po to ludzie jadą na rowery, żeby słuchać przydługich wykładów. Ale to jednak tylko pięć minut. Zmieścić w pięciu minutach to, co należało opowiedzieć, było trudno. Mówiłem więc nieco chaotycznie, skacząc po wątkach. Na koniec myślę, że to czego nie udało się powiedzieć na placu podworskim, można zamieścić w internecie, który ma przecież nieograniczoną pojemność. No więc posłuchajcie bracia miła…

(Żeby lepiej się czytało, trochę pofabularyzuję. Źródła, z których korzystałem, wskażę na końcu).

Jest początek maja 1939 roku. Nad Europą wisi groźba wielkiej wojny. Polska nie zna pojęcia pokoju za wszelką cenę i nie odda nawet guzika. W wielkich miastach wiszą plakaty podnoszące morale społeczeństwa i informacje o zbiórkach pieniędzy i darów na ewentualną wojnę obronną.

W przeddzień pamiętnego wystąpienia ministra spraw zagranicznych Józefa Becka o tym, że Polska nie zna pojęcia pokoju za wszelką cenę, na placu Piłsudskiego w Warszawie odbywa się podniosła uroczystość.

Uczniowie warszawskich szkół zebrali pieniądze dla wojska. Kupili za nie cztery karabiny maszynowe i 64 rowery. Zdjęcia „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z tej uroczystej parady robią dziś wielkie wrażenie. Przed naczelnym wodzem widać prężących się oficerów z ich epoletami, lampasami, akselbantami oraz dzieci w szkolnych berecikach prowadzące wielkie rowery dla dorosłych. Gdy powiększy się te zdjęcia (sygnatura NAC 1-W-3100-6), na obliczach dorosłych widać powagę, a twarze uczniów wyrażają zwykły dziecięcy strach. Dzieci boją się wojny.

Wszyscy… Chyba wszyscy chcą jednak wierzyć, że wojny nie będzie.

Z dala od wielkich miast życie płynie powoli. Mija lato. W majątku Przeczki pod Troszynem właśnie posadzili kartofle. Młody dziedzic Zygmunt Trzaska z wysokości końskiego grzbietu ogląda świeże redliny. Pogwizduje „Umówiłem się z nią na dziewiątą…” – szlagier Schlechtera i Warsa rozsławiony dwa lata wcześniej brawurowym wykonaniem Eugeniusza Bodo.

Ma powody tak by tak gwizdać. Jest zakochany. Ma narzeczoną. Co sobota po zakończeniu prac w gospodarstwie przebiera się w odświetną koszulę i cwałuje konno do dworu Wyszomirskich w Czarnowcu. Tu mieszka jego 23-letnia narzeczona Ludwika. Mają – jak to się wtedy mawiało – poważne zamiary. Chcą wziąć ślub.

Datę wyznaczono na pierwszy tydzień września.

Maj jest ostatnim miesiącem względnego spokoju w tym narzeczeństwie. W czerwcu o Zygmunta Trzaskę upomina się ojczyzna. Jako podporucznik rezerwy odbiera wezwanie i jedzie na przeszkolenie wojskowe.

W środę 23 sierpnia brat Ludwiki, 27-letni Zygmunt Wyszomirski, również przeszkolony rezerwista, otrzymuje rozkaz aby natychmiast stawić się w 33 pułku piechoty w Łomży. To już nie przeszkolenie wojskowe. To mobilizacja.
W sobotę 26 sierpnia. Ludwika obchodzi 23. urodziny. Smutne to urodziny. Brat i narzeczony w wojsku. Gazety i radio podają coraz to bardziej niepokojące wiadomości.

Pierwszego dnia września Niemcy napadają na Polskę. Polskie Radio nadaje komunikat wygłoszony przez spikera Józefa Małgorzewskiego. „A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy”.
Na plan dalszy – i to znacznie dalszy – schodzi więc ślub Zygmunta Trzaski z Przeczek i Ludwiki Wyszomirskiej z Czarnowca.
Do domu Wyszomirskich wprowadza się polskie wojsko. Zaczyna tu działać sztab dowództwa obrony Ostrołęki. Do lasów między stacją kolejową a miastem konie wciągają działa przeciwlotnicze sprowadzone z Komorowa pod Ostrowią Mazowiecką.

CIĄG DALSZY POD ZDJĘCIEM

[Zdjęcie pozostałości dworu w Czarnowcu, zamieszczone w „Herbarzu szlachty ostrołęckiej”, pochodzi z Biuletynu Informacyjnego Gminy Rzekuń. Stylizacja retro jest wynikiem naszych wiejskich prac redakcyjnych :-)]

/Jacek Pawłowski/

Czarnowiec i Wyszomirscy cz. II

Każdego września z kasztanowców otaczających dwór Wyszomirskich w
Czarnowcu spadały kasztany. We wrześniu 1939 roku nikt się jednak z tego
nie cieszył. Nikt nie robił kasztanowych ludzików i nalewki na
reumatyzm.

Po klęsce wojny obronnej do dworu przyszli niemieccy
żołnierze. Kazali domownikom spakować po dwadzieścia kilo bagażu i
wynosić się. Mężczyźni byli na wojnie. W dworze zostały tylko matka
Maria i 23-letnia córka Ludwika. Wypędzone z domu, pojechały do
Warszawy, do Zofii Wyszomirskiej, która była starszą siostrą Ludwiki a
jednocześnie starszą córką Marii.

Co zabrały ze sobą do kufrów
czy walizek Maria i Ludwika Wyszomirskie – nie wiadomo. Można domyślać
się, że najpotrzebniejsze rzeczy do przeżycia. Może jakieś pamiątki
rodzinne o wartości czysto sentymentalnej. Bo czegokolwiek wartościowego
okupanci na pewno nie pozwoliliby zabrać. Może w bagażu były jakieś
zdjęcia, dokumenty zaświadczające o pochodzeniu rodziny i skąd się ona
wzięła w Czarnowcu…

Wzięła się spod Pułtuska. Wyszomirscy
pochodzą ze szlacheckiej wsi Zdziebórz w gminie Somianka, obecnie w
powiecie wyszkowskim, przed wojną – w powiecie pułtuskim. Po pierwszej
wojnie światowej Roman Wyszomirski kupił majątek ziemski w Czarnowcu.
Wcześniej jego właścicielami byli Skłodowscy, przed nimi Doberscy, a
przed Doberskimi – Czerniejewscy.

Roman Wyszomirski sprowadził
się do Czarnowca wraz z żoną Marią i dziećmi: Janem, Zygmuntem, Ludwiką i
Zofią. Jego dzieci przyszły na świat jeszcze na starym gospodarstwie.
Synowie urodzili się w Zdziebórzu a córka Ludwika w pobliskich Kręgach.

Dzieci kształciły się już po przeprowadzce. Jan i Zygmunt pobierali
nauki w Gimnazjum im. Króla Stanisława Leszczyńskiego w Ostrołęce. Potem
wyjechali uczyć się dalej. Jan Wyszomirski poszedł na Wydział
Mechaniczny Politechniki Warszawskiej. Zygmunt, który miał przejąć
gospodarstwo po ojcu, ukończył trzyletnią wyższą szkołę zawodową –
Państwową Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego w Cieszynie. Tam poznał swojego
imiennika – młodego dziedzica z nieodległego majątku w Przeczkach,
Zygmunta Trzaskę.

Cieszyńska zawodowa uczelnia rolnicza była
ciekawą szkołą. Zarówno ze względów społecznych, jak i naukowych. Jej
słuchaczami byli ramię w ramię chłopscy synowie i panicze z rodzin
ziemiańskich. Na uczelni tej prowadzono bardzo dobrze rokujące prace nad
metodami zwalczania raka ziemniaczanego – choroby, która w tamtych
czasach potrafiła dosłownie zdziesiątkować uprawy na zarażonym terenie.
Szkoła miała ponadto własną mleczarnię, serownię, sad, szkółkę drzew
owocowych, a nawet stację meteorologiczną będącą elementem światowego
systemu przewidywania pogody. Nic, tylko uczyć się rolnictwa!

Młody Trzaska, dyplomowany rolnik po cieszyńskiej szkole, jak
wspomnieliśmy w pierwszym odcinku, zamierzał pojąć za żonę siostrę
swojego przyjaciela Wyszomirskiego – Ludwikę. Choć wojna brutalnie
przerwała te plany, Zygmunt Trzaska i Ludwika Wyszomirska po latach i po
wojnie zostali małżonkami. Obaj Zygmuntowie nie zostali jednak
szwagrami. To też tragiczny efekt wojny, o którym jeszcze tu powiemy.

Tymczasem wróćmy jednak do przedwojennego Czarnowca.

Przed wojną były formalnie dwie wsie – Czarnowiec Włościański i
Czarnowiec-Dwór, które tworzyły jedną tzw. gromadę Czarnowiec, wchodzącą
w skład gminy Rzekuń. To podział administracyjny z 1933 roku dokonany
przez wojewodę białostockiego.

W połowie lat 30. Czarnowiec był
jeszcze wsią spokojną. Dla Wyszomirskich do 1935 roku może nawet był
wsią wesołą. Ale w 1935 roku w wieku 67 lat umiera na zawał serca
właściciel majątku – Roman. Zygmunt przejmuje po nim
siedemdziesięciohektarowe gospodarstwo.

Siedemdziesiąt hektarów
to w uproszczeniu taki prostokąt ziemi: kilometr na siedemset metrów.
Gospodarstwo Wyszomirskich nie było oczywiście prostokątne, ale warto
wyobrazić sobie ile to ziemi. Pracy co niemiara. Właściciele zatrudniali
rzecz jasna pracowników. Zygmunt Wyszomirski znajdował przy tym czas,
żeby swoją wiedzę i umiejętności zdobyte w cieszyńskiej szkole
przekazywać rolnikom z gminy Rzekuń. Organizował szkolenia. Propagował
nowoczesne – na miarę tamtych czasów – metody gospodarowania.

Zygmunt Wyszomirski organizował również dla okolicznych mieszkańców
zabawy taneczne oraz majówki. Podobno też właściciele ziemscy w gminie
Rzekuń (w Ławach, Susku i właśnie Czarnowcu) mieli zwyczaj obdarowywania
swoich pracowników prezentami na Gwiazdkę. Bywały one skromne, np. szal
czy materiał na sukienkę, ale każdy zawsze coś dostawał. To podobno
była stara szlachecka tradycja.

Ale jesienią 1939 roku czasy
zabaw, sukni, ozdobnych szalów na szyję i szałów w galopie w czasie
pędzenia konno wśród plonującego żyta, wydawały się bardzo odległym
wspomnieniem. Trzeba było ściskać pas i walczyć. Dwaj Zygmuntowie,
którzy nie zostali szwagrami, również walczyli.

Zygmunt
Wyszomirski z Czarnowca w pierwszych dniach wojny razem z 33 pułkiem
piechoty z Łomży bronił linii Narwi na odcinku od Łomży do Nowogrodu.
Jego pułk próbował zdobyć Zambrów. Następnie Zygmunt Wyszomirski
uczestniczył w bitwie pod Andrzejewem (obecnie powiat ostrowski) i
Łętownicą (obecnie powiat zambrowski).

[Tu następuje znaczna
niespójność w kwestii tego co działo się z Wyszomirskim po bitwie pod
Andrzejewem-Łętownicą. Przyjmuję jedną z wersji. Nie wiem czy prawdziwą.
Istotę niespójności – niejedynej zresztą w kwestii tej rodziny –
objaśnię w ostatnim odcinku.]

Bitwa pod Andrzejewem-Łętownicą
zakończyła się 13 września klęską polskich wojsk. Część żołnierzy 33
pułku piechoty wydostała się z okrążenia. Wśród nich podporucznik
Wyszomirski. Cztery dni później wschodnie tereny RP zajmują Sowieci.
Oddział z Wyszomirskim w składzie kończy swój szlak bojowy pod Rawą
Ruską – 150 kilometrów na południe od Lublina.

„Jego pułk
rozbili pod Rawą…” pisał Broniewski o symbolicznym żołnierzu polskim. W
tym sensie szlak bojowy podporucznika Wyszomirskiego z Czarnowca – o
ile jest prawdziwy – okazał się również symboliczny.

Po tą Rawą
Ruską dochodzi do niezwykłego spotkania. Zygmunt Wyszomirski odnajduje
swojego imiennika, przyjaciela i kandydata na szwagra – Zygmunta Trzaskę
z Przeczek pod Troszynem.
Już prawie na pewno wiadomo, że ta wojna
jest przegrana. Trzaska i Wyszomirski ponuro żartują sobie, w której
niewoli może być im lepiej – niemieckiej czy sowieckiej.

Gdyby
spotkali się po wojnie, mogliby wymienić doświadczenia. Trzaskę pojmali
Niemcy i zawieźli do obozu jenieckiego dla oficerów w Murnau – 25
kilometrów na północ od Garmisch-Partenkirchen. Wojnę przeżył.
Wyszomirski znalazł się natomiast w niewoli sowieckiej.

Najpierw
został przewieziony w lasy pod Kaługą, gdzie w dawnym sanatorium, z
którego NKWD wypędziło gruźlików, NKWD zorganizowało obóz jeniecki dla
Polaków. W listopadzie 1939 roku trafił do obozu w Kozielsku i ślad po
nim na trzy lata zaginął.

W 1943 roku Niemcy odkrywają masowe
groby polskich oficerów w Katyniu. Dla hitlerowskiej machiny
propagandowej jest to nie lada gratka. Zawiadamiają Międzynarodowy
Czerwony Krzyż. Rozpoczyna się ekshumacja i identyfikacja ciał z mogił
katyńskich.

W Warszawie na słupach ogłoszeniowych i w Kurierze
Polskim wkrótce ukazują się listy z nazwiskami zidentyfikowanych ciał. W
ten sposób Maria, Zofia i Ludwika Wyszomirskie dowiadują się, że ich
syn i brat Zygmunt został zastrzelony w Katyniu. Późniejsze prace
dokumentacyjno-historyczne wskażą, że stało się to między 16 a 19
kwietnia 1940 roku. Dokładny dzień śmierci młodego dziedzica z Czarnowca
nie jest znany do dziś.

W Ludwice narasta gniew…

[CIĄG DALSZY TEKSTU POD PONIŻSZĄ SERIĄ ZDJĘĆ]

Na zdjęciach: Zygmunt Wyszomirski, fotografia ze zbiorów Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Czarnowieckie kasztanowce późnym latem. Widok współczesny, stylizowany na retro. Tabliczka z orłem w koronie. Widok współczesny, stylizowany na retro. Ta tabliczka znajduje się w ogólnodostępnym miejscu publicznym w Czarnowcu.
Kto zgadnie gdzie?

/Jacek Pawłowski/

Czarnowiec i Wyszomirscy cz. III

W Ludwice Wyszomirskiej narastał gniew od dawna. Wojna zniszczyła jej
plany założenia rodziny. Niemcy wypędzili i ją, i matkę z domu w
Czarnowcu. Narzeczony w obozie tysiąc kilometrów od rodzinnych stron.
Teraz – w maju 1943 roku – dowiedziała się, że ciało jej brata
odnaleziono w zbiorowej mogile tysięcy polskich oficerów na terytorium
Związku Sowieckiego.

Siostry i matka Zygmunta nie wiedzą nawet
jak mają traktować tę wiadomość. Podaną przecież w końcu przez wrogą
niemiecką propagandę. Czy to prawda? Kto zabił? Co Niemcy chcą osiągnąć
informując Polaków o tym? A może to jakaś gra dwóch wojujących
totalitaryzmów, w których zwykli ludzie kompletnie się nie liczą?

Pytania w głowie mnożą się. Serce bije jak oszalałe. Żołądek boleśnie
się kurczy. Głowa pulsuje. Do oczu napływają łzy. Ciemność…

* * *

Jest 6 lipca 2017 roku. Czwartek. Na placu Krasińskich w Warszawie
przegląda się w słońcu dostojny gmach Biblioteki Narodowej. Na
trawnikach stoją artystyczne pegazy upamiętniające wybitnego polskiego
poetę Zbigniewa Herberta. Od północy i wschodu plac okala nowoczesny
XXI-wieczny gmach sądów: Najwyższego i Apelacyjnego w Warszawie. O
tragicznej przeszłości tego miejsca przypomina pomnik Powstania
Warszawskiego. Tego dnia plac Krasińskich jest szczelnie wypełniony
ludźmi.

Właśnie w tym miejscu i tego dnia przemawia do Polaków
prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, goszczący z oficjalną
wizytą w Polsce. Porywa zgromadzonych odnosząc się do epizodu z
Powstania Warszawskiego. Porywa dlatego, bo mówi tak, jak by znał
historię powstania od podszewki, a topografia Warszawy nie stanowiła dla
niego tajemnic.

A mówił między innymi tak: „W sierpniu 1944 roku, tak jak teraz, Aleje Jerozolimskie były jedną z głównych arterii przecinających miasto ze wschodu na zachód. Kontrola nad nią miała kluczowe znaczenie dla obu stron bitwy o Warszawę. Wojsko niemieckie chciało ją przejąć jako najkrótszą drogę przemieszczania oddziałów na front i z frontu.

Dla członków Polskiej Armii Krajowej natomiast, możliwość przedostawania się na północ i na południe przez Aleje Jerozolimskie miała zasadnicze znaczenie dla utrzymania Śródmieścia, a tym samym utrzymania przy życiu samego Powstania.

Noc w noc, pod obstrzałem broni maszynowej, Polacy znosili worki z piaskiem, by bronić swojego wąskiego przejścia w poprzek Alei Jerozolimskich. Dzień w dzień, wróg rozbijał je w drobny mak. Wtedy Polacy zrobili okop, a wkrótce – barykadę. W ten sposób nieustraszeni powstańcy zaczęli przekraczać tę arterię.

(…)

Przesmyk przez Aleje Jerozolimskie wymagał ciągłej obrony, napraw i umocnień. Ale wola obrońców, nawet w obliczu śmierci, była niezachwiana; przejście istniało do ostatnich dni Powstania. Nigdy nie zostało zapomniane, dzięki Polakom było zawsze dostępne.

Pamięć o ofiarach tego heroicznego wydarzenia woła do nas przez dziesięciolecia, a wspomnienia o obrońcach przejścia przez Aleje Jerozolimskie należą do najbardziej żywych” – mówił Trump.

To przejście przez Aleje Jerozolimskie znajdowało się w okolicach skrzyżowania z ulicą Kruczą. Tak… Aleje Jerozolimskie były strategicznym pasem na powstańczej mapie Warszawy. Od samego początku powstania.

Aleje Jerozolimskie o godzinie W., godzinie wybuchu Powstania
Warszawskiego – o 17.00, 1 sierpnia 1944 r., są również miejscem
zgrupowania oddziału Ludwiki Wyszomirskiej. Miała stawić się pod
numerem 49, po sąsiedzku z fotoplastikonem warszawskim, niecałe 500
metrów na zachód od barykady, o której po 73 latach będzie mówił w
wolnej Warszawie prezydent USA. Tę 28-letnią sanitariuszkę ze
zgrupowania „Radosław” pięć lat wcześniej Niemcy wypędzili z domu w
Czarnowcu. Wraz z matką zamieszkały w Warszawie u siostry Ludwiki –
Zofii.

Ludwika jeszcze w 1939 roku przystąpiła do konspiracyjnej
Konfederacji Narodu – organizacji, która sama siebie nazywała
niepodległościową. Została zaś stworzona między innymi przez działaczy
przedwojennego ONR Falanga, a na jej czele stał Bolesław Piasecki.

Początkowo Konfederacja Narodu działała w opozycji wobec Związku Walki
Zbrojnej, ponieważ konfederaci postrzegali ZWZ jako organizację związaną
z przedwojennym obozem sanacyjnym. Z czasem jednak Konfederacja i
Związek zaczęły współpracować, aż w końcu stały się jedną ogólnopolską,
konspiracyjną organizacją.

Konfederacja miała swoje zbrojne
ramię – Uderzeniowe Bataliony Kadrowe. Decyzją dowództwa AK prowadziły
one wojnę partyzancką w terenie. Poza Warszawą. Głównie na
Wileńszczyźnie, Polesiu, Podlasiu i Białostocczyźnie. Walczył w nich
pochodzący z Czarnowca drugi brat Ludwiki – Jan Wyszomirski. Jego
postaci poświęcimy kolejny odcinek.

Ludwika natomiast była
żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły
udział w Powstaniu Warszawskim. Nosiła pseudonim „Ksenia”.

Po
wybuchu powstania, wieczorem 1 sierpnia przeszła wraz z grupą łączniczek
i sanitariuszek Konfederacji Narodu do fabryki Telefunkena na Woli. Tam
dostała przydział do służby sanitarnej plutonu „Mieczyki” – oddziału
składającego się z 37 szesnasto- osiemnastoletnich chłopców. Pluton ten
początkowo pełnił funkcje wartownicze i zabezpieczające, ale w kolejnych
dniach powstania został skierowany do bezpośrednich działań bojowych.
„Mieczyki” były częścią zgrupowania „Radosław”. Od 8 sierpnia Ludwika
Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie porucznika „Piotra”
(Zdzisława Zołocińskiego).

Pracowała w szpitalu Karola i Marii. Z
Woli przedostała się na Stare Miasto. Stamtąd kanałami przeszła na plac
Bankowy, a pod koniec powstania – na Górny Czerniaków. Tu została ranna
w rękę. Wraz z grupą rannych 20 września przepłynęła na drugą stronę
Wisły, gdzie Sowieci wcale nie czekali z otwartymi ramionami. Ludwika
Wyszomirska została aresztowana przez NKWD. Została zwolniona, ale na
krótko. Sowiecka policja polityczna uwięziła ją ponownie w związku z
antykomunistyczną działalnością jej brata Jana Wyszomirskiego. Jan
Wyszomirski jako wróg ludu został rozstrzelany przez komunistów. Rodzina
jednak o tym nie wiedziała.

Maria Wyszomirska wraz z córką Zofią Żyłowską wróciły w 1945 roku do Czarnowca. Gospodarstwo i dwór były w takim stanie, że nie wiadomo było w co ręce włożyć. Dwie kobiety pożyczyły konia od sąsiadów i próbowały gospodarować na swoim. Ale był to już czas reformy rolnej.

Nowe władze ustanowiły prawo, na
mocy którego gospodarstwa rolne większe niż 50 hektarów podlegały
obowiązkowej parcelacji. Ziemia obszarników miała zostać rozdana
chłopom. Maria wiedziała o tym i próbowała ratować gospodarstwo przed
parcelacją. Zrzekła się na rzecz państwa części lasów, dzięki czemu
majątek Wyszomirskich przestał być majątkiem obszarniczym. Przynajmniej w
rozumieniu dekretu o reformie rolnej.

Jednak stanowione przez
Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego prawo nie nadążało – jak się potem
okazało – za wolą polityczną komunistów i apetytami lokalnych kacyków na
władzę. To czego nie byli w stanie zrobić prawnie, egzekwowali siłą.

Zupełnie przypadkowym ale ciekawym zbiegiem okoliczności dekret PKWN o
reformie rolnej został wydany w tym samym dniu, w którym sowiecka armia
generała Gorbatowa wyparła Niemców z Ostrołęki – 6 września 1944 roku. W
mieście zaczęła się instalować nowa, zależna od ZSRS władza.

Nowym władzom w Ostrołęce nie w smak było, że oto przedwojenna
dziedziczka wraca na swoje i będzie tu gospodarować. I nic to, że pod
dekretem wyznaczającym 50 hektarów jako krytyczną masę znienawidzonego
przez bolszewików obszarnictwa, podpisał się między innymi szef resortu
bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz. Ten podpis nie znaczył
nic i niczego nie gwarantował. Ludzie Radkiewicza i tak robili reformę
rolną po swojemu. Przynajmniej w Czarnowcu.

Urząd Bezpieczeństwa
Publicznego w Ostrołęce w 1945 roku wezwał do siebie właścicielkę
pomniejszonego już o lasy Czarnowca-Folwarku i uwięził ją.
Prawdopodobnie w piwnicach swojej siedziby, w nieistniejącej dziś
kamienicy na rogu ulic 11 Listopada i Bogusławskiego.

Szantażowana i zastraszana podpisała w końcu dokument, że całkowicie zrzeka się swojego majątku. W ten sposób Maria Wyszomirska drugi raz została wypędzona ze swojego domu. Tym razem, wprawdzie formalnie przez polski urząd, faktycznie jednak przez sowieckich mocodawców nowej polskiej administracji. Maria przyjechała znów do Warszawy, gdzie mieszkały jej dwie córki, które ocalały z wojny.

Jej druga córka, Ludwika Wyszomirska, po wojnie podjęła studia na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Tymczasem z wojennej niewoli w Murnau w powiecie
Garmisch-Partnenkirchen wraca Zygmunt Trzaska, narzeczony Ludwiki.
Pierwsze co stawia sobie za cel po powrocie do kraju, to odnalezienie
ukochanej. Poszukiwania są owocne. Para znowu się schodzi i zgodnie
uznają, że wojna mogła co najwyżej odłożyć w czasie, ale na pewno nie
pokrzyżowała ich wspólnych planów. Biorą ślub. Z tego małżeństwa rodzi
się troje dzieci. Jeden z synów Zygmunta i Ludwiki Trzasków, mieszkający
w Paryżu Jan Trzaska odwiedził Czarnowiec w 2007 roku. Czy kiedykolwiek
potem – nie wiem.

O tym, że w 1945 roku ubowcy po karykaturze
procesu i wyroku, rozstrzelali drugiego brata Ludwiki – Jana, siostra
dowiedziała się dopiero w 1958 roku. Prawdopodobnie na fali
popaździernikowej odwilży państwo PRL łaskawie powiadomiło rodzinę, jaki
wyrok został wydany w imieniu komunistycznej RP trzynaście lat
wcześniej. Matka Maria zmarła w 1956 roku. Nie dowiedziała się nigdy w
jakich okolicznościach zginął jej drugi syn.

Ludwika Trzaska, z
domu Wyszomirska, zmarła w 1975 lub 1977 roku. Tu kolejna niezborność
informacji podawanych przez różne źródła, które – tak jak zapowiedziałem
– wskażę na końcu.

CIĄG DALSZY TEKSTU POD PONIŻSZĄ SERIĄ ZDJĘĆ

NA ZDJĘCIACH:

Ludwika Wyszomirska na zdjęciach ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego.
Dwa zdjęcia w jednym pliku to reprodukcja fragmentu monografii Rzekunia Jerzego Dziewirskiego – Ludwika Wyszomirska i Zygmunt Trzaska. Na tej reprodukcji widać, że wojenne zdjęcie „Kseni” zostało wykorzystane na okładce tygodnika „Stolica”. Niestety nie mogę odczytać który to numer, bo być może w środku jest napisane coś więcej o okładkowej postaci. Szukanie na piechotę to zbyt benedyktyńska praca – ponad dwa tysiące wydań 🙂

Wojskowy blok mieszkalny przy ulicy Inżynierskiej w Warszawie, stan z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. To w nim prawdopodobnie mieszkała Ludwika Wyszomirska wraz z matką Marią i siostrą Zofią w czasach okupacji, po wypędzeniu przez Niemców z Czarnowca. Prawdopodobnie, bo skojarzyłem następujące fakty. Zofia Wyszomirska jeszcze przed wybuchem wojny wyszła za mąż za oficera nazwiskiem Żyłowski. Muzeum Powstania Warszawskiego podaje, że Ludwika Wyszomirska „Ksenia” przed wybuchem powstania mieszkała na ulicy Inżynierskiej. Zakładając, że mąż Zofii – Żyłowski – dostał przed wojną mieszkanie z zasobu wojskowego, a adres Ludwiki „Kseni” – Inżynierska – jest tak naprawdę adresem Zofii, która przygarnęła bezdomną matkę i siostrę, to jest to ten blok co na zdjęciu, wybudowany z Funduszu Kwaterunku Wojskowego – jedyny blok wojskowy na Inżynierskiej. Możliwe są oczywiście alternatywne scenariusze. Ten jednak wydaje się dość prawdopodobny. Niestety w książce teleadresowej Warszawy nie znalazłem żadnego Żyłowskiego na Inżynierskiej. Faktem jednak jest również, że jedyna książka teleadresowa, Warszawy do jakiej udało mi się dotrzeć, pochodzi z roku 1930. Wtedy Żyłowski nie musiał mieć jeszcze mieszkania jako za młody wiekiem i stopniem. [Taka dygresja i ciekawostka na marginesie. Szukając Żyłowskiego, zupełnie przypadkiem zatrzymałem wzrok na pewnym bardzo znanym nazwisku, którego właściciela porządek abecadła polskiego ustawił na przedostatniej stronie książki między urzędniczką Żurawską, a subiektem Żurawiem. Tym kimś jest „Jerzy Żurawlew, muzyk, Wiejska 19, telefon 510-99”. Niesamowite! Dziś nie do pomyślenia.

Seria współczesnych zdjęć z dawnego majątku Przeczki, z którego pochodził narzeczony i mąż Ludwiki Wyszomirskiej – Zygmunt Trzaska. Dziś Przeczki to nieużywana administracyjnie, lecz tylko zwyczajowo, nazwa części wsi Borowce. Zdjęcia przedstawiają widok na dawną posiadłość Trzasków od strony południowej; wierzbową aleję wiodącą do dawnego dworu i krzyż przy bramie wjazdowej. Dziś dawne gospodarstwo Trzasków wygląda na prywatną zadbaną posiadłość. Kadry zdjęć dobrałem tak, żeby nie naruszać prawa do prywatności obecnych właścicieli. Zdjęcia są również stylizowane na retro/vintage.

/Jacek Pawłowski/

Czarnowiec i Wyszomirscy cz. IV

W Józefowcu, na Józefowskiej, Józef Światło wyszedł z ciemności.

Jakkolwiek głupio to nie brzmi, tak właśnie było.

Znany na całym świecie oficer komunistycznej bezpieki, który uciekł na
Zachód, był tak ukryty, że nie wiadomo było nawet czy żyje, czy nie
żyje.

Data jego śmierci została oficjalnie ujawniona dla potrzeb
śledztwa dotyczącego mordu sądowego popełnionego na Janie Wyszomirskim z
Czarnowca.

(* * *)

Jest 6 sierpnia 2010 roku. Na
katowickim osiedlu Józefowiec życie toczy się powoli. Wręcz sennie. Jak
to w piątek w środku wakacji. Co jakiś czas słychać samochody
przeciskające się uliczkami wśród jedenastopiętrowych bloków. Z radia,
nastawionego w osiedlowym spożywczaku, dobiegają słowa transmitowanej na
żywo przysięgi prezydenckiej. Tego dnia Bronisław Komorowski obejmuje
urząd głowy państwa.

Józefowiacy z niepewnością spoglądają w
niebo. Zastanawiają się: jechać na weekend do Wisły albo Ustronia, czy
nie jechać. Wczesnym popołudniem termometry wskazują wprawdzie 26
stopni i jest duszno, ale pogodynki w telewizjach ostrzegają przed
nadchodzącą falą ulew i nawałnic. Ktoś wychodzi właśnie z piwnicy bloku,
taszcząc oburącz dachowy bagażnik na rowery. Stoi chwilę na parkingu i
zawraca do wejścia…

W jednopiętrowym biurowcu przy ulicy
Józefowskiej, w którym mieści się oddział Instytutu Pamięci Narodowej,
prokurator Marzena Matysik-Folga kończy pisać postanowienie o umorzeniu
śledztwa. Dotyczy ono zbrodni komunistycznych popełnionych w latach
1944-45 przez oficerów bezpieki Józefa Światłę i Mieczysława
Godlewskiego. Śledztwo musiało zostać umorzone bo obaj sprawcy nie
żyją. Zmarłych – z oczywistych względów – nie da się postawić przed
sądem i wtrącić do więzienia.

Prokuratorka, zanim wydrukuje
postanowienie wraz z uzasadnieniem, przegląda jeszcze dokument pod kątem
pisowni. Skupia się na nazwiskach. Światło, Godlewski, Briesemeister,
Lipka, Grądzki, Wyszomirski…

Jan Wyszomirski, pseudonim „Wroński”. Zgadza się.

Kolejne nazwiska, kolejne daty, kolejne nazwy własne. Dokument jest
obszerny. Wielowątkowe śledztwo, z mnóstwem pokrzywdzonych i świadków.

Edytor Word, który zawsze chce być mądrzejszy od autora, złośliwie
zamienia w tym dokumencie łagier w Workucie na łagier w… Workujcie.

( * * * )

„Workujcie!” – krzyczy do pracowników folwarku w Czarnowcu, właściciel
siedemdziesięciohektarowego majątku Roman Wyszomirski. Polecenie
właściciela z trudem przedziera się przez hałas kieratowej młocarni. Z
wylotów maszyny właśnie zaczęły wysypywać się pierwsze ziarna
wymłóconego zboża. Trzeba wsypać je do worków.

W tumanach kurzu
Roman czuje że zaschło mu w gardle. Bierze blaszany kubek z ręcznie
namalowaną niezapominajką. Zagłębia go w kance z kompotem
morwowo-jeżynowym. Na wyloty młocarni nałożone są już worki i zaciśnięte
zatrzaski. Widać jak pęcznieją pod wpływem wpadających do nich ziaren.

Jest koniec lata. I początek lat 30. XX wieku. Roman Wyszomirski może
być dumny. Gospodarstwo kwitnie. Dzieci dorastają. Starszy syn Zygmunt
jest na studiach rolniczych w Cieszynie. Młodszy – Jan – właśnie dostał
się na elitarny Wydział Mechaniczny Politechniki Warszawskiej.
Wcześniej ukończył ostrołęckie Gimnazjum imienia Króla Stanisława
Leszczyńskiego.

STUDIA JANA WYSZOMIRSKIEGO I ZNAJOMOŚĆ Z PIASECKIM

Janowi Wyszomirskiemu przychodzi studiować w burzliwym okresie dla
świata akademickiego. Władza państwowa ogranicza autonomię uczelni
wyższych, podwyższane są stawki czesnego, dochodzi do protestów
studenckich, które nierzadko mają burzliwy przebieg.

W czasie
studiów Jan Wyszomirski poznaje Bolesława Piaseckiego, studenta Wydziału
Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i kierownika akademickiego oddziału
Obozu Wielkiej Polski i działacza Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego.

Na studiach Jan Wyszomirski odbywa obowiązkowe przeszkolenie
wojskowe i jako podchorąży zostaje przeniesiony do rezerwy. W czasie
mobilizacji w 1939 roku trafia do 102 rezerwowego pułku ułanów w
Wołkowysku – 90 kilometrów na wschód od Białegostoku. Miał on stanowić
wsparcie dla Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew”. W pierwszych
tygodniach wojny obronnej koncepcja wykorzystania rezerwowych sił
kawalerii zmieniała się.

Z ODDZIAŁEM WYDZIELONYM PIECHOTĄ DO WARSZAWY

Gdy 17 września Polskę zaatakował Związek Sowiecki, naczelny wódz
rozkazał: „z bolszewikami nie walczyć”, chyba że w obronie własnej. 102
pułk ułanów walczył więc w obronie Grodna. Obrona miasta nie powiodła
się. 22 września sowieci wkroczyli do miasta.

Część żołnierzy
102 pułku ułanów – w tym Jan Wyszomirski – przedostała się do wsi
Podmacharce nad Jeziorem Serwy między Sejnami a Augustowem. Tam
dołączyli do 110 pułku rezerwowego, dowodzonego wówczas przez majora
Henryka Dobrzańskiego (późniejszego „Hubala”).

Żołnierze
Dobrzańskiego, w tym Wyszomirski, nie podporządkowali się rozkazowi aby
wycofać się na Litwę i rozformować jednostki. Ruszyli w kierunku
oblężonej Warszawy przez Grajewo, Stawiski, Łomżę, Czerwony Bór i Ostrów
Mazowiecką. W drodze przyjęli nazwę Oddział Wydzielony Wojska Polskiego
mjr. Dobrzańskiego.

Nie zdążyli pomóc w obronie stolicy. 28
września wieczorem, gdy byli pod Wołominem, dotarła do nich wiadomość,
że Warszawa skapitulowała.

Oddział Dobrzańskiego wyruszył więc
na południe do Dęblina. Tam przeprawił się przez Wisłę na Kielecczyznę.
Dowódca zarządził, że będą prowadzić walkę partyzancką. Żołnierze
przyjęli konspiracyjne pseudonimy. Dobrzański został „Hubalem”. W Górach
Świętokrzyskich walczyli z Niemcami do kwietnia 1940 roku, gdy ich
dowódca został zastrzelony przez wroga pod Anielinem.

Z
dostępnych mi źródeł nie wynika, w którym momencie Jan Wyszomirski
przedostał się do Warszawy. Czy walczył z „Hubalem” do końca, czy też
odłączył się od oddziału wcześniej? W czasie działania „oddziału
wydzielonego” były dwa momenty, gdy część żołnierzy zrezygnowała z
dalszej walki pod dowództwem Dobrzańskiego. Pierwszy raz – po
kapitulacji Warszawy, 28 września 1939 roku dowódca dał żołnierzom
możliwość wyboru – iść dalej z nim, bądź wrócić do domu. Drugi – gdy w
Górach Świętokrzyskich Dobrzański zmienił swoją początkową decyzję o
marszu do południowej granicy Polski w celu jej przekroczenia.
Postanowił zostać na Kielecczyźnie i prowadzić walkę partyzancką bo
zaczął wierzyć, że alianci zaatakują Niemców już na wiosnę 1940 roku.
Wtedy również część żołnierzy opuściła oddział.

Nazwisko
podchorążego Jana Wyszomirskiego widnieje na tablicy będącej elementem
ścieżki edukacyjnej pod Anielinem. Lista ta liczy jednak aż 318 nazwisk
żołnierzy „oddziału wydzielonego”. Tymczasem gdy Hubal rozpoczynał walkę
partyzancką, zostało przy nim zaledwie kilkudziesięciu członków
„oddziału wydzielonego”.

WSYPA NA WYPRAWIE PO PIENIĄDZE

Faktem jest, że Jan Wyszomirski przedostał się do Warszawy. I tam niemal
natychmiast zaangażował się w działalność konspiracyjną wymierzoną
przeciw niemieckim okupantom. Odnowił kontakty z kolegami ze studiów i
wstąpił do konspiracyjnej organizacji Konfederacja Narodu. Co to była za
organizacja – wskazałem nieco szerzej w odcinku poświęconym siostrze
Jana Ludwice Wyszomirskiej. Ona również działała w Konfederacji.

Jednym z przywódców Konfederacji Narodu był przyjaciel Jana
Wyszomirskiego z czasu studiów Bolesław Piasecki. Konfederacja była
konkurencyjną organizacją wobec Związku Walki Zbrojnej. Konfederacji nie
finansował rząd polski na uchodźstwie w Londynie. Organizacja ta sama
musiała więc zapewnić sobie byt. Zabierała więc cywilom ich własność.
Takie działanie ma swoje umocowanie w prawie. Nazywa się ekspropriacją.
Sprowadza się do tego, że w czasie wojny państwo ma prawo zabrać
obywatelowi pieniądze albo wartościowe ruchomości, albo zająć
nieruchomości celem prowadzenia walki z wrogiem. Konfederacja uważała
się za polską organizację państwowo-wojskową i nakazywała obywatelom,
żeby ją utrzymywali.

Zanim wrócimy ponownie do postaci Jana
Wyszomirskiego, jeszcze dwie ciekawostki personalne. W akcjach
ekspropriacyjnych Konfederacji Narodu uczestniczył Ryszard Reiff,
późniejszy członek najwyższych władz powojennego komunistycznego państwa
polskiego nazywanego Polską Rzeczpospolitą Ludową. Reiff zapisał się
na kartach najnowszej historii między innymi głosowaniem, w 1981 roku
jako jedyny członek Rady Państwa przeciw wprowadzeniu stanu wojennego.
Stracił za to stanowisko. W Radzie Państwa PRL zasiadał również „za
Gierka” przywódca Konfederacji Narodu Bolesław Piasecki.

Wróćmy
jednak do czasów okupacji. W 1942 roku, w czasie jednej z akcji
ekspropriacyjnych z bronią w ręku, doszło do wsypy. Ktoś zaalarmował
Niemców, wskutek czego pięciu konspiratorów Konfederacji zostało
aresztowanych przez Gestapo. Trafili do aresztu na ulicy
Daniłowiczowskiej w Warszawie. Konfederacja Narodu zorganizowała akcję
ich odbicia. W przygotowaniach i w samej akcji brał udział Jan
Wyszomirski.

ZBARANIELI NIEMIECCY KLAWISZE

W nocy z 26 na
27 lipca 1942 roku do aresztu na Daniłowiczowskiej weszło – normalnie,
jawnie, przez dyżurkę – kilku mężczyzn w mundurach Gestapo.
Oświadczyli, że przejmują pięciu więźniów i przewożą ich na
przesłuchanie do centrali, w aleję Szucha. Wystawiają pokwitowania.
Podpisują protokoły. Wychodzą.

Następnego dnia rano we wszystkich
jednostkach Gestapo potężna awantura. Nikt nie dowiózł na Szucha
polskich więźniów przejętych z Daniłowiczowskiej. Gestapowcy, którzy
złożyli nocną niespodziewaną wizytę na Daniłowiczowskiej okazali się
przebierańcami.

Nie trzeba dodawać, że w mundury policji
politycznej III Rzeszy przebrali się konspiratorzy z Konfederacji
Narodu. W ten sposób, bez jednego wystrzału, udało się odbić pięciu
więźniów.

Niemcy byli tak zaskoczeni i tak zawstydzeni tym
faktem, że w odwecie nie przeprowadzili żadnych łapanek i rozstrzelań
cywilów. Przyjęli taktykę „ciszej nad tą trumną”, bo gdyby wiadomość o
akcji na Daniłowiczowskiej dotarła do Berlina, paru ważnych niemieckich
oficerów musiałoby zamienić wygodne posady w Warszawie na walkę na
froncie wschodnim w Związku Sowieckim.

TĘSKNOTA PRZEZ LORNETKĘ

Jan Wyszomirski posługuje się pseudonimami „Wroński” albo „Bej”. Jest
przeszkolonym i doświadczonym żołnierzem. Trafia więc do Uderzeniowych
Batalionów Kadrowych. To było zbrojne ramię Konfederacji Narodu.
Bataliony miały wyruszyć ze stolicy na Białostocczyznę. Tam – zjednać
sobie poparcie miejscowych i prowadzić wojnę partyzancką z Niemcami.

Główne siły, dowodzone przez Bolesława Piaseckiego, w maju 1943 roku
zbierają się w okolicy stacji kolejowej Dalekie – na linii
Ostrołęka-Tłuszcz. Stamtąd, lasami, mieli przedostać się na
Białostocczyznę. Niestety, miejsce koncentracji zostało otoczone przez
Niemców. Partyzantom udało się wydostać z otoczenia, choć czterech ludzi
zostało zabitych. Uznali, że bezpieczniej będzie podzielić się na dwie
grupy i iść dwiema różnymi drogami.

Jan Wyszomirski „Wroński”
idzie w grupie, która przedziera się na północny wschód w okolicach
Ostrołęki. Podobno towarzysze broni zapamiętali jak wspiął się na jedno z
leśnych wzgórz i długo patrzył przez lornetkę w kierunku Czarnowca.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że nigdy już nie powróci do rodzinnego domu.

ADIUTANT

Bataliony Konfederacji 17 sierpnia 1943 roku
zostały włączone do Armii Krajowej. Stały się 3 batalionem 77 pułku
piechoty AK. Na czele tego batalionu staje Bolesław Piasecki.
Wyszomirski „Wroński”, w stopniu podporucznika, otrzymuje nominację na
adiutanta dowódcy.

Batalion walczył z Niemcami w okolicach
Nowogródka i Lidy. Potem, w lipcu 1944 r. brał udział w operacji „Ostra
Brama” będącej elementem szerszej akcji „Burza”. Celem tej akcji i tej
operacji miało być samodzielne wyzwolenie spod niemieckiej okupacji
wschodnich terenów RP, zanim zrobią to Sowieci. Gdy zaś nadejdą, polskie
państwo podziemne miało wystąpić wobec Armii Czerwonej jako niezależna,
legalna władza, gospodarze terenu.

Samodzielne wyparcie Niemców
z Wilna nie powiodło się. Niektóre oddziały AK wspomagały Sowietów w
zdobyciu Wilna, po czym zostały podstępnie rozbrojone.

Z PORUCZNIKA REDAKTOR

Jan Wyszomirski wrócił do Warszawy. Tam zajął się wydawaniem
antykomunistycznych czasopism. Było to o tyle niebezpieczne, że Sowieci,
ich armia oraz bezpieka zajęły już prawobrzeżną część stolicy.

Ta działalność wydawnicza odbywała się z inicjatywy byłych członków
Armii Krajowej oraz delegatury rządu londyńskiego na kraj. We wrześniu
1944 roku podjęli oni próbę zorganizowania Polskiej Organizacji
Niepodległościowej mającej skupić wszystkie polskie siły, które
sprzeciwiały się nowej, sowieckiej okupacji. PON podjęła działania
organizacyjne, wywiadowcze, informacyjne i propagandowe. Te ostatnie
miały polegać właśnie na drukowaniu czasopisma.

W Warszawie
zaczął się ukazywać „Przegląd Tygodniowy”, którego redaktorem był
Czesław Grądzki „Krzemień”. Pomagał mu Jan Wyszomirski „Wroński”. Jednak
w pierwszych dniach listopada 1944 r. „Krzemienia” zabił niewypał.
„Przegląd Tygodniowy” przestał się ukazywać.

W międzyczasie z
inicjatywy Bolesława Piaseckiego zaczęła ukazywać się inna
antykomunistyczna gazeta – „Alarm”. Piasecki powierzył jej redagowanie
właśnie Wyszomirskiemu. Druk zlecono drukarni księży z parafii przy
ulicy Grochowskiej. Udało się wydać trzy numery „Alarmu”. Dwa w
październiku i jeden w listopadzie. Listopadowego numeru nie udało się
rozprowadzić w całym nakładzie. Polską Organizację Niepodległościową
tropiła już sowiecka i polska bezpieka.

KOMANDO ŚMIERCI W WILLYSIE

W połowie lat 90. XX wieku w Warszawie żyli jeszcze świadkowie, którzy
pamiętali jak podporucznik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józef
Światło w towarzystwie enkawudzistów jeździł wojskowym willysem ulicą
Grochowską i aresztował ludzi związanych z „Alarmem” – redaktorów,
drukarzy i kolporterów. W sumie przeszło sto osób.

Wyszomirskiego, choć został zatrzymany 19 listopada, dopiero 6 grudnia
poddano rewizji osobistej. Choć bezpieczniacy doskonale wiedzieli, że
zatrzymany jest oficerem wojska polskiego, ta poniżająca czynność
prowadzona była w obecności ubeków niższych stopniem niż „Wroński”.
Rewizję osobistą, w czasie której nic nie znaleziono, prowadził
wprawdzie osobiście Światło, ale towarzyszyli mu przy tym kapral
podchorąży Chojnowski i strzelec Kardas.

Dopiero 9 stycznia 1945
roku bezpieka przeszukała mieszkanie Jana Wyszomirskiego. Jedyne co w
czasie niej zabezpieczono, to 51 egzemplarzy „Przeglądu Tygodniowego”,
dwa egzemplarze „Alarmu” i egzemplarz „Dziennika Radiowego” – bardziej
ulotki niż czasopisma, w formie maszynopisu sporządzanego na podstawie
nasłuchu radiowego, powielanego i rozprowadzanego wśród powstańców.

Śledztwo przeciw Wyszomirskiemu było prowadzone na podstawie dopiero co
wydanego dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego o ochronie
państwa. PKWN wydał ten dekret 30 października, a więc niecałe trzy
tygodnie przed zatrzymaniem porucznika z Czarnowca. Artykuł pierwszy
tego dekretu brzmiał: „Kto zakłada związek mający na celu obalenie
demokratycznego ustroju Państwa Polskiego, albo kto w takim związku
bierze udział, kieruje nim, dostarcza mu broni lub udziela mu innej
pomocy, podlega karze więzienia lub karze śmierci”.

Śledztwo z
tego dekretu wszczęto przeciw Wyszomirskiemu 3 stycznia 1945 roku.
Areszt formalnie nałożono 5 stycznia. Nie przeszkadzało to komunistom
trzymać go w zamknięciu już od 19 listopada poprzedniego roku. Śledztwo
prowadził ubek w stopniu podporucznika Kazimierz Peret.

Postępowanie przygotowawcze przeciw Janowi Wyszomirskiemu zakończyło się
16 stycznia 1945 roku. Trzy dni później chorąży podprokurator Henryk
Podlaski skierował akt oskarżenia do Sądu Wojskowego Garnizonu
Warszawskiego.

OSKARŻONY NA MOCY PRAWA DZIAŁAJĄCEGO WSTECZ

Gdyby prawnik praktykujący w normalnym demokratycznym państwie prawnym
przeczytał akt oskarżenia przeciw Janowi Wyszomirskiemu, na pewno włosy
stanęłyby mu dęba na głowie.

Choć dekret karzący zakładanie,
wspieranie i członkostwo w nielegalnych związkach został wydany w
przedostatnim dniu października 1944 roku, akt oskarżenia obejmował
czyny Wyszomirskiego już od września 1944. A zatem w dużej części został
on oskarżony o czyn, który w chwili popełnienia przestępstwem nie był.

Nic to jednak. Bezpieka i pośpiesznie awansowani prokuratorzy po
wieczorowych kursach prawa, nie przejmowali zasadami, nie wierzyli w
miecz Temidy. Być może nawet nie wiedzieli co to takiego ta temida i po
co temu czemuś jakiś miecz. Jedyne narzędzia, w które wierzyli były dwa –
ostre i tępe. Sierp i młot. Jan Wyszomirski został oskarżony o to, że
„w okresie od września 1944 r. do chwili zatrzymania tj. do dnia 19
listopada 1944 r. na [warszawskiej] Pradze brał czynny udział w pracy
nielegalnego związku AK, mającego na celu obalenie demokratycznego
ustroju Państwa Polskiego, zajmując się wydawaniem nielegalnego organu
prasowego tegoż związku pod nazwą 'Alarm'”.

W aktach sprawy
znajduje się adnotacja, że Wyszomirski przyznał się do popełnienia
zarzucanych mu przestępstw. To dość zagadkowa historia. Wiem o niej
tylko tyle co zostało zapisane jednym zdaniem w postanowieniu IPN z 2010
r. o umorzeniu śledztwa w sprawie tamtego śledztwa. „Wroński” mógł
potwierdzić w śledztwie, że redagował pismo „Alarm”, bo też zapewne nie
miał powodów, żeby się tego wypierać. Ale czy rzeczywiście ubrał to w
słowa przyznania się do winy? To pytanie musi pozostać otwarte. Bezpieka
potrafiła torturami zmusić do przyznania się do całkowicie
wyimaginowanych czynów. Bezpieka chodziła też na skróty. Podejrzany mógł
potwierdzić tylko, że coś robił, a gorliwy ubek protokołował to jako
przyznanie się do winy.

UROCZYSTE ZATWIERDZENIE AKTU OSKARŻENIA

Proces Jana Wyszomirskiego z Czarnowca brutalnie pokazał ponurą zasadę
sądownictwa krajów totalitarnych, wedle której wyrok jest uroczystym
zatwierdzeniem aktu oskarżenia.

Dziś ta maksyma przypisywana A.W.
Wieniedyktowowi jest przedmiotem ponurych żartów prawników, polityków,
czy dziennikarzy. Wtedy jednak sędziowie sądów specjalnych, wychowani na
podręcznikach Wieniediktowa, gorliwie wcielali ją w życie.

22
stycznia 1945 roku w Otwocku, na sesji wyjazdowej, odbyła się rozprawa
porucznika „Wrońskiego”. Rozprawa odbywała się bez oskarżyciela i
obrońców. Tylko sąd i oskarżony. W składzie orzekającym zasiadali:
porucznik Władysław Garnowski, podporucznicy Władysław Sobiech i
Eugeniusz Krzewski. Protokołował podporucznik Ignacy Leszcz. Na jednej
rozprawie sąd zamknął cały proces. Skazał Wyszomirskiego na karę
śmierci.

Nie było drugiej instancji. Komunistyczna
sprawiedliwość nie przewidywała zaskarżania wyroków. Prezydent Bolesław
Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Karę śmierci wykonano 29 stycznia w
ubeckim więzieniu przy ulicy 11 Listopada w Warszawie.

Podsumujmy. Bezprawne „przybicie” Wyszomirskiemu czynów popełnionych
przed wejściem w życie dekretu o ochronie państwa. Bezprawne uwięzienie
przez półtora miesiąca, przed formalną decyzją o aresztowaniem.
Pozbawienie prawa do obrony. Brak możliwości zaskarżenia wyroku.
Wszystkie te okoliczności jednoznacznie przesądzają, że na Wyszomirskim
popełniono klasyczną zbrodnię mordu sądowego.

REHABILITACJA

Nie dało się osądzić tych, którzy skazali na śmierć porucznika z
Czarnowca. Śledztwo w tej sprawie, prowadzone przez Oddziałową Komisję
Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie w 2001 roku,
trzeba było umorzyć bo ci, którzy wydali bezprawny wyrok śmierci już nie
żyli.

Sam wyrok został uznany za bezprawny dopiero rok później.
27 marca 2002 roku Sąd Okręgowy w Warszawie unieważnił ten wyrok. Była
to oficjalna rehabilitacja Jana Wyszomirskiego. Niezawisły sąd wolnej
Polski uznał, że czyny przypisane skazanemu „związane były z
działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”.

Postępowanie rehabilitacyjne trwało dziesięć (!) lat. Wniosek o
unieważnienie wyroku śmierci złożyła w 1992 roku wdowa po Janie
Wyszomirskim, mieszkająca wtedy w Hiszpanii Maria
Bartoszewicz-Biernacki. Po trzech latach od złożenia tego wniosku Sąd
Warszawskiego Okręgu Wojskowego uznał się za niewłaściwy w tej sprawie i
przekazał akta do sądu powszechnego. W 1997 roku wniosek o
rehabilitację „Wrońskiego” złożył prezes Światowego Związku Żołnierzy
Armii Krajowej. Dopiero w 2002 roku Sąd Okręgowy w Warszawie połączył
sprawy do wspólnego prowadzenia i unieważnił wyrok sądu komunistów.

GDZIE JEST ŚWIATŁO?

Pozostała jednak jeszcze kwestia odpowiedzialności Józefa Światły,
który nadzorował śledztwo przeciw Wyszomirskiemu. Józef Światło to,
przypomnijmy, wysoki i wpływowy funkcjonariusz komunistycznej bezpieki,
który w 1953 roku uciekł do Berlina Zachodniego, a potem uzyskał azyl w
Stanach Zjednoczonych. Znany jest z cyklu audycji „Za kulisami partii
bezpieki” nadawanych w Radiu Wolna Europa, w których ujawnił zbrodnicze
praktyki komunistycznego państwa polskiego i jego resortów siłowych.

Choć na Światle ciążyła odpowiedzialność za represjonowanie i
aresztowania działaczy antykomunistycznego podziemia, Amerykanie
udzielili mu azylu, poddali operacji plastycznej i schowali przed
możliwą zemstą komunistycznych służb specjalnych. Bardzo długo nie było
wiadomo czy Światło żyje, czy też umarł. Strona amerykańska odmówiła
polskiemu historykowi Andrzejowi Paczkowskiemu dostępu do dokumentów na
temat Światły. Paczkowski spotkał się z nieudowodnioną hipotezą jakoby
Światło zmarł w 1985 roku.

Oficjalnie o dacie śmierci Światły
Stany Zjednoczone poinformowały Polskę dopiero w związku ze śledztwem w
sprawie śledztwa przeciw Janowi Wyszomirskiemu z Czarnowca. Ministerstwo
Sprawiedliwości w Waszyngtonie 11 stycznia 2010 roku podało polskiej
prokuraturze, że Józef Światło zmarł w Stanach Zjednoczonych 2 września
1994 roku. Czy administracja USA kiedykolwiek podałaby sama z siebie
taką informację? Trudno powiedzieć. Faktem jest, że podała ją na wniosek
prokuratorów prowadzących sprawę legalności postępowania
komunistycznych władz przeciw Wyszomirskiemu.

Podanie przez
Amerykanów informacji o śmierci Światły stało się natychmiast sensacją w
Polsce. Media nią żyły. Pion śledczy IPN również, ale w innym sensie.
Bo był to kłopot. Amerykanie podali lakoniczną informację o dacie
śmierci. Odmówili jednak przekazania kopii aktu zgonu oraz opisu jego
okoliczności. Nie ma aktu zgonu? Nie ma dowodu. Co dalej więc ze
śledztwem?

BYŁA ZBRODNIA, NIE MA SPRAWCÓW

Decyzja zapadła
po pół roku. Śledztwo zostało umorzone z powodu śmierci podejrzanego.
Jednocześnie IPN – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
– uznała, że zebrany w śledztwie materiał dowodowy w pełni uzasadnia
podejrzenie, że inicjując i nadzorując śledztwo w sprawie redaktorów i
kolporterów „Alarmu” Światło dopuścił się zbrodni komunistycznej.

„Nie budzi bowiem wątpliwości fakt, że opisanych powyżej aresztowań
dokonano bezprawnie, ze względów politycznych, tj. z powodu
przynależności pokrzywdzonych do Armii Krajowej, a następnie przekazano
ich we władztwo obcego państwa tj. ZSRR. Było to – w styczniu 1945 r. i
miesiącach następnych – zjawisko masowe i dotykało wielu tysięcy
żołnierzy AK” – napisano w uzasadnieniu umorzenia śledztwa IPN.

Wolne państwo polskie, w odróżnieniu od komunistycznego, oceniało czyn
Józefa Światły zgodnie z ogólnie przyjętymi w cywilizowanym świecie
zasadami odpowiedzialności karnej. Prokuratorzy IPN badali czy
postępowanie Światły wyczerpywało znamiona przestępstwa z kodeksu
karnego z 1932 roku (zwanego od nazwiska autora kodeksem Makarewicza).
Bo taki obowiązywał w Polsce przed wojną i po wojnie, dopóki komuniści
nie uchwalili tzw. kodeksu Andrejewa.

W kodeksie Makarewicza
była opisana kwalifikowana postać bezprawnego pozbawienia wolności –
dłuższe niż 14 dni, połączenie ze szczególnym udręczeniem, oddaniem we
władztwo obcego państwa. Czyż nie taki los spotkał Jana Wyszomirskiego?
Przypomnijmy, Światle w zatrzymaniu porucznika z Czarnowca towarzyszyli
enkawudziści.

MIEJSCE POCHÓWKU BLIŻEJ NIEZNANE

Nie
wiadomo gdzie spoczywa ciało Jana Wyszomirskiego. Są przypuszczenia, że
na Cmentarzu Bródzieńskim w Warszawie (kwatera 45N), bo tam grzebano
ciała zabitych w ubeckim więzieniu na 11 Listopada na Pradze. W
ekshumacjach i badaniach prowadzonych pod kierunkiem prof. Krzysztofa
Szwagrzyka nie potwierdzono jednoznacznie, że szczątki Wyszomirskiego
spoczywają w tej kwaterze. Na tablicy natomiast znajduje się adnotacja,
że w tej zbiorowej mogile spoczywa między innymi porucznik Jan
Wyszomirski „Wroński” 1913-1945. Jego nazwisko, daty urodzenia i śmierci
znajdują się również na dostępnej w internecie oficjalnej liście
pochowanych na Cmentarzu Bródnowskim.

Symboliczny grób Jana
Wyszomirskiego znajduje się również na cmentarzu w Rzekuniu. Na tablicy
nagrobnej przedwojennego właściciela Czarnowca Romana Wyszomirskiego
znajdują się również nazwiska dwóch jego synów. „Jan Wyszomirski,
1913-1945, oficer AK zamordowany przez komunistów” – brzmi inskrypcja.

Jak już wspomnieliśmy, matka Jana Wyszomirskiego, choć żyła do 1956
roku, nie dowiedziała się że jej młodszego syna zabili komuniści. Jego
siostry i żona dowiedziały się o tym, że został skazany na karę śmierci,
dopiero w 1958 roku. Żona, która zmarła w Hiszpanii w 2007 roku, nie
poznała nawet prawdopodobnego miejsca pochówku swojego pierwszego męża.
Podobnie jak jego siostra Zofia zmarła w Wielkiej Brytanii w 2005 roku.
I siostra Ludwika, zmarła w latach 70. w Warszawie.

Komunistyczne śledztwo w sprawie czasopisma „Alarm” obejmowało wiele
wątków i wiele osób. Tylko Wyszomirski i drugi redaktor Tomasz
Malczewski – zostali skazani na śmierć. Pozostali – opisani po latach
przez IPN – aresztowani, zostali wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego.

Stąd ta Workuta, co pojawiła się na początku…

KONIEC

2020.11.19 /Jacek Pawłowski/

NA ZDJĘCIACH
Fragment tablicy upamiętniającej oddział „Hubala” z wymienionymi nazwiskami wszystkich żołnierzy Oddziału Wydzielonego, znajdującej się pod Anielinem na ścieżce edukacyjnej. Pod pozycją 306 widnieje nazwisko Jana Wyszomirskiego, wtedy jeszcze podchorążego. Zdjęcie autorstwa Jarosława Kruka zamieszczone w Wikipedii.

Tak wyglądał samochód Willys. Podobnym jeździł Józef Światło po ulicy Grochowskiej w Warszawie w listopadzie 1944 roku, w towarzystwie funkcjonariuszy sowieckiego NKWD, wyłapując ludzi związanych z redakcją „Alarmu”. Fragment zdjęcia z Narodowego Archiwum Cyfrowego, przedstawiającego Willysa w akcji kompanii sanitarnej w Bolonii w kwietniu 1945 roku.

Niewyraźne zdjęcie żołnierzy na ganku drewnianego domu to dowództwo nowogródzkiego III batalionu 77. pp AK (Uderzeniowe Bataliony Kadrowe). Jan Wyszomirski stoi pierwszy z lewej między dwoma słupami w czapce z orzełkiem. Pozostali widoczni na zdjęciu to (od lewej): Bolesław Piasecki „Sablewski” komendant UBK, Stanisław Briesenmeister „Kowalski” oficer informacyjny, Wojciech Kętrzyński „Wołkowyski” szef sztabu, Stanisław Hniedziewicz „Olgierd” dowódca 3. kompanii, R. Korab-Żebryk „Operacja Ostra Brama”. Zdjęcie z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej.

Rodzeństwo Wyszomirskich. Od lewej: Jan, Ludwika i Zygmunt. Plakat Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce.

Mężczyzna w krawacie to Józef Światło. Fotografia z akt osobowych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Obecnie w domenie publicznej.

Tablica nagrobna Romana Wyszomirskiego z wyrytymi nazwiskami dwóch synów zamordowanych przez przeciwników politycznych w okresie II wojny światowej. Zdjęcie wykonał Marek Karczewski

——————————————————————–

Źródła, z których korzystałem przy pisaniu wszystkich czterech części:
Postanowienie o umorzeniu śledztwa. Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Badania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu, sygn. akt S 139/08/Zk
Dariusz Baliszewski, „Zakłamana historia ucieczki Józefa Światły”, „Uważam Rze Historia” 18.04.2019
„Polski kodeks karny z 11 VII 1932”, Księgarnia Nakładowa Dr Maksymilian Bodek, Lwów 1932
Książka adresowa miasta stołecznego Warszawy, 1930 r., udostępniona na stronach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej.
Jerzy Dziewirski, „Monografia gminy Rzekuń, 2014
Jacek Karczewski, „Zostaną tylko drzewa”, „Nasz Dziennik”, 20.02.2017
Paweł Krajewski, „Ocalić dla potomnych:. „Tygodnik Ostrołęcki”, 27.03.2007
Komunikat nr 12 Instytutu Śląskiego w Katowicach, 1936 r.
„Przemówienie prezydenta Donalda J. Trumpa przy Pomniku Powstania Warszawskiego na Placu Krasińskich”, strona internetowa Ambasady USA w Polsce. https://pl.usembassy.gov/pl/przemowienie_potus/
Małgorzata Pieczyńska, „Śladami rzekuńskich zabytków. Czarnowiec”. Biuletyn Informacyjny Gminy Rzekuń nr 5/2012
Bernard Kielak, „Tradycje Wigiijne”, Biuletyn Informacyjny Gminy Rzekuń nr 7/2012
Biogram Ludwiki Wyszomirskiej na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego, https://www.1944.pl/powstan…/ludwika-wyszomirska,46446.html…
Profile społecznościowe Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce i Muzeum Powstania Warszawskiego.

/Jacek Pawłowski/




Przedszkolaki w Czarnowcu

Przedszkolaki w Czarnowcu

Ulicę Kasztanową w Czarnowcu odwiedziły maluchy z Przedszkola Montessori „Bambi” w Ostrołęce. Głównym celem wycieczki były oczywiście kasztany. Maluchy nie tylko szukały owoców wokół największego kasztanowca na łące przy ul. Kasztanowej, ale odwiedziły także pobliski las Lasów Państwowych Nadleśnictwa Ostrołęka i piknikowały na łące pod lasem.

Maluchy były zachwycone wycieczką, a opiekunki wielokrotnie podkreślały, jak bardzo spokojne i ładne jest to miejsce. Dopisała także piękna słoneczna pogoda, w południe było niemal 20 stopni Celsjusza.

Wycieczka odbyła się w poniedziałek 5 października br. Maluchy do Czarnowca zaprosił nasz mieszkaniec Krzysztof Chojnowski.

Ulica Kasztanowa w Czarnowcu łączy ul. Sosnową i tzw. szosę goworowską. W pobliżu kasztanowców znajdował się Dwór Wyszomirskich, a jedyną pozostałością po nim są piękne drzewa. Na tej samej ulicy, w pobliżu lip, stanie w przyszłym roku tablica upamiętniająca nieistniejący już Dwór.

Dodać należy, że zapoczątkowana akcja w 2011 roku przez nauczycieli, rodziców i dzieci ze Szkoły Podstawowej w Rzekuniu opieki nad czarnowieckimi kasztanowcami odbywa się corocznie aby uratować te piękne okazy.
Akcja polega na grabieniu liści kasztanowca. Podczas sprzątania liści dzieci uczą się na temat szkodnika kasztanowców: szrotówka kasztanowcowiaczka. Ten motyl niszczy liście drzew w całej Europie, w Polsce jest od kilkunastu lat. Dzieci w czasie sprzątania liści nie tylko uczą się o szrotówku, przy okazji również wychowują się poprzez zabawę oraz uczą się przy okazji, że w lesie należy zachowywać czystość.
foto: Krzysztof Chojnowski

/KCH/




Będzie tablica u Wyszomirskich

Dnia 12 września 2020 roku przy ulicy Kasztanowej w Czarnowcu odbyło się spotkanie inicjatorów powstania miejsca upamiętniającego po już nieistniejącym Dworze Wyszomirskich.
O Dworze pisaliśmy obszernie tu: cz.1, cz.2, cz.3, cz.4
Są to opracowania Pana Jacka Pawłowskiego z Czarnowca.

Na zebraniu sołeckim, które odbyło się dnia 4 września 2020r. mieszkańcy, uczestnicy zebrania postanowili, że pewną kwotę funduszu sołeckiego należy przeznaczyć na upamiętnienie ostatnich właścicieli dworku w Czarnowcu.

Dziś na rannym spotkaniu ustalono wstępnie, że tablica informacyjna ma stanąć przy ulicy Kasztanowej w okolicy zespołu lip – pomnika przyrody.

Do sprawy upamiętnienia tego miejsca oraz charakteru w jaki sposób będzie to zaprezentowane będziemy wracać. Obecnie trwają konsultacje inicjatorów.

Na spotkaniu dnia 12.09.2020 byli obecni mieszkańcy Czarnowca:
– Jan Grzyb – rekonstruktor ułański, członek stowarzyszenia ułanów;
– Krzysztof Chojnowski – właściciel i redaktor naczelny portalu Moja-Ostroleka.pl;
– Zdzisław Gadomski – Nadleśniczy Nadleśnictwa Ostrołęka, zarządca terenu przy ul. Kasztanowej;
– Marek Karczewski – Sołtys Sołectwa Czarnowiec;
– Jacek Pawłowski – redaktor, autor opracowań historycznych o Czarnowcu.

Piękne zdjęcia z lotu ptaka i film wykonał Krzysztof Chojnowski




Czarnowiec i Wyszomirscy cz. IV

CZARNOWIEC I WYSZOMIRSCY cz. IV

W Józefowcu, na Józefowskiej, Józef Światło wyszedł z ciemności.
Jakkolwiek głupio to nie brzmi, tak właśnie było.

Znany na całym świecie oficer komunistycznej bezpieki, który uciekł na
Zachód, był tak ukryty, że nie wiadomo było nawet czy żyje, czy nie
żyje.

Data jego śmierci została oficjalnie ujawniona dla potrzeb
śledztwa dotyczącego mordu sądowego popełnionego na Janie Wyszomirskim z
Czarnowca.

(* * *)

Jest 6 sierpnia 2010 roku. Na
katowickim osiedlu Józefowiec życie toczy się powoli. Wręcz sennie. Jak
to w piątek w środku wakacji. Co jakiś czas słychać samochody
przeciskające się uliczkami wśród jedenastopiętrowych bloków. Z radia,
nastawionego w osiedlowym spożywczaku, dobiegają słowa transmitowanej na
żywo przysięgi prezydenckiej. Tego dnia Bronisław Komorowski obejmuje
urząd głowy państwa.

Józefowiacy z niepewnością spoglądają w
niebo. Zastanawiają się: jechać na weekend do Wisły albo Ustronia, czy
nie jechać. Wczesnym popołudniem termometry wskazują wprawdzie 26
stopni i jest duszno, ale pogodynki w telewizjach ostrzegają przed
nadchodzącą falą ulew i nawałnic. Ktoś wychodzi właśnie z piwnicy bloku,
taszcząc oburącz dachowy bagażnik na rowery. Stoi chwilę na parkingu i
zawraca do wejścia…

W jednopiętrowym biurowcu przy ulicy
Józefowskiej, w którym mieści się oddział Instytutu Pamięci Narodowej,
prokurator Marzena Matysik-Folga kończy pisać postanowienie o umorzeniu
śledztwa. Dotyczy ono zbrodni komunistycznych popełnionych w latach
1944-45 przez oficerów bezpieki Józefa Światłę i Mieczysława
Godlewskiego. Śledztwo musiało zostać umorzone bo obaj sprawcy nie
żyją. Zmarłych – z oczywistych względów – nie da się postawić przed
sądem i wtrącić do więzienia.

Prokuratorka, zanim wydrukuje
postanowienie wraz z uzasadnieniem, przegląda jeszcze dokument pod kątem
pisowni. Skupia się na nazwiskach. Światło, Godlewski, Briesemeister,
Lipka, Grądzki, Wyszomirski…

Jan Wyszomirski, pseudonim „Wroński”. Zgadza się.

Kolejne nazwiska, kolejne daty, kolejne nazwy własne. Dokument jest
obszerny. Wielowątkowe śledztwo, z mnóstwem pokrzywdzonych i świadków.

Edytor Word, który zawsze chce być mądrzejszy od autora, złośliwie
zamienia w tym dokumencie łagier w Workucie na łagier w… Workujcie.

( * * * )

„Workujcie!” – krzyczy do pracowników folwarku w Czarnowcu, właściciel siedemdziesięciohektarowego majątku Roman Wyszomirski (17.02.1868-Pniewo – ?.?.1935-Czarnowiec). Polecenie właściciela z trudem przedziera się przez hałas kieratowej młocarni. Z wylotów maszyny właśnie zaczęły wysypywać się pierwsze ziarna wymłóconego zboża. Trzeba wsypać je do worków.

W tumanach kurzu
Roman czuje że zaschło mu w gardle. Bierze blaszany kubek z ręcznie
namalowaną niezapominajką. Zagłębia go w kance z kompotem
morwowo-jeżynowym. Na wyloty młocarni nałożone są już worki i zaciśnięte
zatrzaski. Widać jak pęcznieją pod wpływem wpadających do nich ziaren.

Jest koniec lata. I początek lat 30. XX wieku. Roman Wyszomirski może
być dumny. Gospodarstwo kwitnie. Dzieci dorastają. Starszy syn Zygmunt
jest na studiach rolniczych w Cieszynie. Młodszy – Jan – właśnie dostał
się na elitarny Wydział Mechaniczny Politechniki Warszawskiej.
Wcześniej ukończył ostrołęckie Gimnazjum imienia Króla Stanisława
Leszczyńskiego.

STUDIA JANA WYSZOMIRSKIEGO I ZNAJOMOŚĆ Z PIASECKIM

Janowi Wyszomirskiemu przychodzi studiować w burzliwym okresie dla
świata akademickiego. Władza państwowa ogranicza autonomię uczelni
wyższych, podwyższane są stawki czesnego, dochodzi do protestów
studenckich, które nierzadko mają burzliwy przebieg.

W czasie
studiów Jan Wyszomirski poznaje Bolesława Piaseckiego, studenta Wydziału
Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i kierownika akademickiego oddziału
Obozu Wielkiej Polski i działacza Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego.

Na studiach Jan Wyszomirski odbywa obowiązkowe przeszkolenie
wojskowe i jako podchorąży zostaje przeniesiony do rezerwy. W czasie
mobilizacji w 1939 roku trafia do 102 rezerwowego pułku ułanów w
Wołkowysku – 90 kilometrów na wschód od Białegostoku. Miał on stanowić
wsparcie dla Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew”. W pierwszych
tygodniach wojny obronnej koncepcja wykorzystania rezerwowych sił
kawalerii zmieniała się.

Z ODDZIAŁEM WYDZIELONYM PIECHOTĄ DO WARSZAWY

Gdy 17 września Polskę zaatakował Związek Sowiecki, naczelny wódz
rozkazał: „z bolszewikami nie walczyć”, chyba że w obronie własnej. 102
pułk ułanów walczył więc w obronie Grodna. Obrona miasta nie powiodła
się. 22 września sowieci wkroczyli do miasta.

Część żołnierzy
102 pułku ułanów – w tym Jan Wyszomirski – przedostała się do wsi
Podmacharce nad Jeziorem Serwy między Sejnami a Augustowem. Tam
dołączyli do 110 pułku rezerwowego, dowodzonego wówczas przez majora
Henryka Dobrzańskiego (późniejszego „Hubala”).

Żołnierze
Dobrzańskiego, w tym Wyszomirski, nie podporządkowali się rozkazowi aby
wycofać się na Litwę i rozformować jednostki. Ruszyli w kierunku
oblężonej Warszawy przez Grajewo, Stawiski, Łomżę, Czerwony Bór i Ostrów
Mazowiecką. W drodze przyjęli nazwę Oddział Wydzielony Wojska Polskiego
mjr. Dobrzańskiego.

Nie zdążyli pomóc w obronie stolicy. 28
września wieczorem, gdy byli pod Wołominem, dotarła do nich wiadomość,
że Warszawa skapitulowała.

Oddział Dobrzańskiego wyruszył więc
na południe do Dęblina. Tam przeprawił się przez Wisłę na Kielecczyznę.
Dowódca zarządził, że będą prowadzić walkę partyzancką. Żołnierze
przyjęli konspiracyjne pseudonimy. Dobrzański został „Hubalem”. W Górach
Świętokrzyskich walczyli z Niemcami do kwietnia 1940 roku, gdy ich
dowódca został zastrzelony przez wroga pod Anielinem.

Z
dostępnych mi źródeł nie wynika, w którym momencie Jan Wyszomirski
przedostał się do Warszawy. Czy walczył z „Hubalem” do końca, czy też
odłączył się od oddziału wcześniej? W czasie działania „oddziału
wydzielonego” były dwa momenty, gdy część żołnierzy zrezygnowała z
dalszej walki pod dowództwem Dobrzańskiego. Pierwszy raz – po
kapitulacji Warszawy, 28 września 1939 roku dowódca dał żołnierzom
możliwość wyboru – iść dalej z nim, bądź wrócić do domu. Drugi – gdy w
Górach Świętokrzyskich Dobrzański zmienił swoją początkową decyzję o
marszu do południowej granicy Polski w celu jej przekroczenia.
Postanowił zostać na Kielecczyźnie i prowadzić walkę partyzancką bo
zaczął wierzyć, że alianci zaatakują Niemców już na wiosnę 1940 roku.
Wtedy również część żołnierzy opuściła oddział.

Nazwisko
podchorążego Jana Wyszomirskiego widnieje na tablicy będącej elementem
ścieżki edukacyjnej pod Anielinem. Lista ta liczy jednak aż 318 nazwisk
żołnierzy „oddziału wydzielonego”. Tymczasem gdy Hubal rozpoczynał walkę
partyzancką, zostało przy nim zaledwie kilkudziesięciu członków
„oddziału wydzielonego”.

WSYPA NA WYPRAWIE PO PIENIĄDZE

Faktem jest, że Jan Wyszomirski przedostał się do Warszawy. I tam niemal
natychmiast zaangażował się w działalność konspiracyjną wymierzoną
przeciw niemieckim okupantom. Odnowił kontakty z kolegami ze studiów i
wstąpił do konspiracyjnej organizacji Konfederacja Narodu. Co to była za
organizacja – wskazałem nieco szerzej w odcinku poświęconym siostrze
Jana Ludwice Wyszomirskiej. Ona również działała w Konfederacji.

Jednym z przywódców Konfederacji Narodu był przyjaciel Jana
Wyszomirskiego z czasu studiów Bolesław Piasecki. Konfederacja była
konkurencyjną organizacją wobec Związku Walki Zbrojnej. Konfederacji nie
finansował rząd polski na uchodźstwie w Londynie. Organizacja ta sama
musiała więc zapewnić sobie byt. Zabierała więc cywilom ich własność.
Takie działanie ma swoje umocowanie w prawie. Nazywa się ekspropriacją.
Sprowadza się do tego, że w czasie wojny państwo ma prawo zabrać
obywatelowi pieniądze albo wartościowe ruchomości, albo zająć
nieruchomości celem prowadzenia walki z wrogiem. Konfederacja uważała
się za polską organizację państwowo-wojskową i nakazywała obywatelom,
żeby ją utrzymywali.

Zanim wrócimy ponownie do postaci Jana
Wyszomirskiego, jeszcze dwie ciekawostki personalne. W akcjach
ekspropriacyjnych Konfederacji Narodu uczestniczył Ryszard Reiff,
późniejszy członek najwyższych władz powojennego komunistycznego państwa
polskiego nazywanego Polską Rzeczpospolitą Ludową. Reiff zapisał się
na kartach najnowszej historii między innymi głosowaniem, w 1981 roku
jako jedyny członek Rady Państwa przeciw wprowadzeniu stanu wojennego.
Stracił za to stanowisko. W Radzie Państwa PRL zasiadał również „za
Gierka” przywódca Konfederacji Narodu Bolesław Piasecki.

Wróćmy
jednak do czasów okupacji. W 1942 roku, w czasie jednej z akcji
ekspropriacyjnych z bronią w ręku, doszło do wsypy. Ktoś zaalarmował
Niemców, wskutek czego pięciu konspiratorów Konfederacji zostało
aresztowanych przez Gestapo. Trafili do aresztu na ulicy
Daniłowiczowskiej w Warszawie. Konfederacja Narodu zorganizowała akcję
ich odbicia. W przygotowaniach i w samej akcji brał udział Jan
Wyszomirski.

ZBARANIELI NIEMIECCY KLAWISZE

W nocy z 26 na
27 lipca 1942 roku do aresztu na Daniłowiczowskiej weszło – normalnie,
jawnie, przez dyżurkę – kilku mężczyzn w mundurach Gestapo.
Oświadczyli, że przejmują pięciu więźniów i przewożą ich na
przesłuchanie do centrali, w aleję Szucha. Wystawiają pokwitowania.
Podpisują protokoły. Wychodzą.

Następnego dnia rano we wszystkich
jednostkach Gestapo potężna awantura. Nikt nie dowiózł na Szucha
polskich więźniów przejętych z Daniłowiczowskiej. Gestapowcy, którzy
złożyli nocną niespodziewaną wizytę na Daniłowiczowskiej okazali się
przebierańcami.

Nie trzeba dodawać, że w mundury policji
politycznej III Rzeszy przebrali się konspiratorzy z Konfederacji
Narodu. W ten sposób, bez jednego wystrzału, udało się odbić pięciu
więźniów.

Niemcy byli tak zaskoczeni i tak zawstydzeni tym
faktem, że w odwecie nie przeprowadzili żadnych łapanek i rozstrzelań
cywilów. Przyjęli taktykę „ciszej nad tą trumną”, bo gdyby wiadomość o
akcji na Daniłowiczowskiej dotarła do Berlina, paru ważnych niemieckich
oficerów musiałoby zamienić wygodne posady w Warszawie na walkę na
froncie wschodnim w Związku Sowieckim.

TĘSKNOTA PRZEZ LORNETKĘ

Jan Wyszomirski posługuje się pseudonimami „Wroński” albo „Bej”. Jest
przeszkolonym i doświadczonym żołnierzem. Trafia więc do Uderzeniowych
Batalionów Kadrowych. To było zbrojne ramię Konfederacji Narodu.
Bataliony miały wyruszyć ze stolicy na Białostocczyznę. Tam – zjednać
sobie poparcie miejscowych i prowadzić wojnę partyzancką z Niemcami.

Główne siły, dowodzone przez Bolesława Piaseckiego, w maju 1943 roku
zbierają się w okolicy stacji kolejowej Dalekie – na linii
Ostrołęka-Tłuszcz. Stamtąd, lasami, mieli przedostać się na
Białostocczyznę. Niestety, miejsce koncentracji zostało otoczone przez
Niemców. Partyzantom udało się wydostać z otoczenia, choć czterech ludzi
zostało zabitych. Uznali, że bezpieczniej będzie podzielić się na dwie
grupy i iść dwiema różnymi drogami.

Jan Wyszomirski „Wroński”
idzie w grupie, która przedziera się na północny wschód w okolicach
Ostrołęki. Podobno towarzysze broni zapamiętali jak wspiął się na jedno z
leśnych wzgórz i długo patrzył przez lornetkę w kierunku Czarnowca.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że nigdy już nie powróci do rodzinnego domu.

ADIUTANT

Bataliony Konfederacji 17 sierpnia 1943 roku
zostały włączone do Armii Krajowej. Stały się 3 batalionem 77 pułku
piechoty AK. Na czele tego batalionu staje Bolesław Piasecki.
Wyszomirski „Wroński”, w stopniu podporucznika, otrzymuje nominację na
adiutanta dowódcy.

Batalion walczył z Niemcami w okolicach
Nowogródka i Lidy. Potem, w lipcu 1944 r. brał udział w operacji „Ostra
Brama” będącej elementem szerszej akcji „Burza”. Celem tej akcji i tej
operacji miało być samodzielne wyzwolenie spod niemieckiej okupacji
wschodnich terenów RP, zanim zrobią to Sowieci. Gdy zaś nadejdą, polskie
państwo podziemne miało wystąpić wobec Armii Czerwonej jako niezależna,
legalna władza, gospodarze terenu.

Samodzielne wyparcie Niemców
z Wilna nie powiodło się. Niektóre oddziały AK wspomagały Sowietów w
zdobyciu Wilna, po czym zostały podstępnie rozbrojone.

Z PORUCZNIKA REDAKTOR

Jan Wyszomirski wrócił do Warszawy. Tam zajął się wydawaniem
antykomunistycznych czasopism. Było to o tyle niebezpieczne, że Sowieci,
ich armia oraz bezpieka zajęły już prawobrzeżną część stolicy.

Ta działalność wydawnicza odbywała się z inicjatywy byłych członków
Armii Krajowej oraz delegatury rządu londyńskiego na kraj. We wrześniu
1944 roku podjęli oni próbę zorganizowania Polskiej Organizacji
Niepodległościowej mającej skupić wszystkie polskie siły, które
sprzeciwiały się nowej, sowieckiej okupacji. PON podjęła działania
organizacyjne, wywiadowcze, informacyjne i propagandowe. Te ostatnie
miały polegać właśnie na drukowaniu czasopisma.

W Warszawie
zaczął się ukazywać „Przegląd Tygodniowy”, którego redaktorem był
Czesław Grądzki „Krzemień”. Pomagał mu Jan Wyszomirski „Wroński”. Jednak
w pierwszych dniach listopada 1944 r. „Krzemienia” zabił niewypał.
„Przegląd Tygodniowy” przestał się ukazywać.

W międzyczasie z
inicjatywy Bolesława Piaseckiego zaczęła ukazywać się inna
antykomunistyczna gazeta – „Alarm”. Piasecki powierzył jej redagowanie
właśnie Wyszomirskiemu. Druk zlecono drukarni księży z parafii przy
ulicy Grochowskiej. Udało się wydać trzy numery „Alarmu”. Dwa w
październiku i jeden w listopadzie. Listopadowego numeru nie udało się
rozprowadzić w całym nakładzie. Polską Organizację Niepodległościową
tropiła już sowiecka i polska bezpieka.

KOMANDO ŚMIERCI W WILLYSIE

W połowie lat 90. XX wieku w Warszawie żyli jeszcze świadkowie, którzy
pamiętali jak podporucznik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józef
Światło w towarzystwie enkawudzistów jeździł wojskowym willysem ulicą
Grochowską i aresztował ludzi związanych z „Alarmem” – redaktorów,
drukarzy i kolporterów. W sumie przeszło sto osób.

Wyszomirskiego, choć został zatrzymany 19 listopada, dopiero 6 grudnia
poddano rewizji osobistej. Choć bezpieczniacy doskonale wiedzieli, że
zatrzymany jest oficerem wojska polskiego, ta poniżająca czynność
prowadzona była w obecności ubeków niższych stopniem niż „Wroński”.
Rewizję osobistą, w czasie której nic nie znaleziono, prowadził
wprawdzie osobiście Światło, ale towarzyszyli mu przy tym kapral
podchorąży Chojnowski i strzelec Kardas.

Dopiero 9 stycznia 1945
roku bezpieka przeszukała mieszkanie Jana Wyszomirskiego. Jedyne co w
czasie niej zabezpieczono, to 51 egzemplarzy „Przeglądu Tygodniowego”,
dwa egzemplarze „Alarmu” i egzemplarz „Dziennika Radiowego” – bardziej
ulotki niż czasopisma, w formie maszynopisu sporządzanego na podstawie
nasłuchu radiowego, powielanego i rozprowadzanego wśród powstańców.

Śledztwo przeciw Wyszomirskiemu było prowadzone na podstawie dopiero co
wydanego dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego o ochronie
państwa. PKWN wydał ten dekret 30 października, a więc niecałe trzy
tygodnie przed zatrzymaniem porucznika z Czarnowca. Artykuł pierwszy
tego dekretu brzmiał: „Kto zakłada związek mający na celu obalenie
demokratycznego ustroju Państwa Polskiego, albo kto w takim związku
bierze udział, kieruje nim, dostarcza mu broni lub udziela mu innej
pomocy, podlega karze więzienia lub karze śmierci”.

Śledztwo z
tego dekretu wszczęto przeciw Wyszomirskiemu 3 stycznia 1945 roku.
Areszt formalnie nałożono 5 stycznia. Nie przeszkadzało to komunistom
trzymać go w zamknięciu już od 19 listopada poprzedniego roku. Śledztwo
prowadził ubek w stopniu podporucznika Kazimierz Peret.

Postępowanie przygotowawcze przeciw Janowi Wyszomirskiemu zakończyło się
16 stycznia 1945 roku. Trzy dni później chorąży podprokurator Henryk
Podlaski skierował akt oskarżenia do Sądu Wojskowego Garnizonu
Warszawskiego.

OSKARŻONY NA MOCY PRAWA DZIAŁAJĄCEGO WSTECZ

Gdyby prawnik praktykujący w normalnym demokratycznym państwie prawnym
przeczytał akt oskarżenia przeciw Janowi Wyszomirskiemu, na pewno włosy
stanęłyby mu dęba na głowie.

Choć dekret karzący zakładanie,
wspieranie i członkostwo w nielegalnych związkach został wydany w
przedostatnim dniu października 1944 roku, akt oskarżenia obejmował
czyny Wyszomirskiego już od września 1944. A zatem w dużej części został
on oskarżony o czyn, który w chwili popełnienia przestępstwem nie był.

Nic to jednak. Bezpieka i pośpiesznie awansowani prokuratorzy po
wieczorowych kursach prawa, nie przejmowali zasadami, nie wierzyli w
miecz Temidy. Być może nawet nie wiedzieli co to takiego ta temida i po
co temu czemuś jakiś miecz. Jedyne narzędzia, w które wierzyli były dwa –
ostre i tępe. Sierp i młot. Jan Wyszomirski został oskarżony o to, że
„w okresie od września 1944 r. do chwili zatrzymania tj. do dnia 19
listopada 1944 r. na [warszawskiej] Pradze brał czynny udział w pracy
nielegalnego związku AK, mającego na celu obalenie demokratycznego
ustroju Państwa Polskiego, zajmując się wydawaniem nielegalnego organu
prasowego tegoż związku pod nazwą 'Alarm'”.

W aktach sprawy
znajduje się adnotacja, że Wyszomirski przyznał się do popełnienia
zarzucanych mu przestępstw. To dość zagadkowa historia. Wiem o niej
tylko tyle co zostało zapisane jednym zdaniem w postanowieniu IPN z 2010
r. o umorzeniu śledztwa w sprawie tamtego śledztwa. „Wroński” mógł
potwierdzić w śledztwie, że redagował pismo „Alarm”, bo też zapewne nie
miał powodów, żeby się tego wypierać. Ale czy rzeczywiście ubrał to w
słowa przyznania się do winy? To pytanie musi pozostać otwarte. Bezpieka
potrafiła torturami zmusić do przyznania się do całkowicie
wyimaginowanych czynów. Bezpieka chodziła też na skróty. Podejrzany mógł
potwierdzić tylko, że coś robił, a gorliwy ubek protokołował to jako
przyznanie się do winy.

UROCZYSTE ZATWIERDZENIE AKTU OSKARŻENIA

Proces Jana Wyszomirskiego z Czarnowca brutalnie pokazał ponurą zasadę
sądownictwa krajów totalitarnych, wedle której wyrok jest uroczystym
zatwierdzeniem aktu oskarżenia.

Dziś ta maksyma przypisywana A.W.
Wieniedyktowowi jest przedmiotem ponurych żartów prawników, polityków,
czy dziennikarzy. Wtedy jednak sędziowie sądów specjalnych, wychowani na
podręcznikach Wieniediktowa, gorliwie wcielali ją w życie.

22
stycznia 1945 roku w Otwocku, na sesji wyjazdowej, odbyła się rozprawa
porucznika „Wrońskiego”. Rozprawa odbywała się bez oskarżyciela i
obrońców. Tylko sąd i oskarżony. W składzie orzekającym zasiadali:
porucznik Władysław Garnowski, podporucznicy Władysław Sobiech i
Eugeniusz Krzewski. Protokołował podporucznik Ignacy Leszcz. Na jednej
rozprawie sąd zamknął cały proces. Skazał Wyszomirskiego na karę
śmierci.

Nie było drugiej instancji. Komunistyczna
sprawiedliwość nie przewidywała zaskarżania wyroków. Prezydent Bolesław
Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Karę śmierci wykonano 29 stycznia w
ubeckim więzieniu przy ulicy 11 Listopada w Warszawie.

Podsumujmy. Bezprawne „przybicie” Wyszomirskiemu czynów popełnionych
przed wejściem w życie dekretu o ochronie państwa. Bezprawne uwięzienie
przez półtora miesiąca, przed formalną decyzją o aresztowaniem.
Pozbawienie prawa do obrony. Brak możliwości zaskarżenia wyroku.
Wszystkie te okoliczności jednoznacznie przesądzają, że na Wyszomirskim
popełniono klasyczną zbrodnię mordu sądowego.

REHABILITACJA

Nie dało się osądzić tych, którzy skazali na śmierć porucznika z
Czarnowca. Śledztwo w tej sprawie, prowadzone przez Oddziałową Komisję
Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie w 2001 roku,
trzeba było umorzyć bo ci, którzy wydali bezprawny wyrok śmierci już nie
żyli.

Sam wyrok został uznany za bezprawny dopiero rok później.
27 marca 2002 roku Sąd Okręgowy w Warszawie unieważnił ten wyrok. Była
to oficjalna rehabilitacja Jana Wyszomirskiego. Niezawisły sąd wolnej
Polski uznał, że czyny przypisane skazanemu „związane były z
działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”.

Postępowanie rehabilitacyjne trwało dziesięć (!) lat. Wniosek o
unieważnienie wyroku śmierci złożyła w 1992 roku wdowa po Janie
Wyszomirskim, mieszkająca wtedy w Hiszpanii Maria
Bartoszewicz-Biernacki. Po trzech latach od złożenia tego wniosku Sąd
Warszawskiego Okręgu Wojskowego uznał się za niewłaściwy w tej sprawie i
przekazał akta do sądu powszechnego. W 1997 roku wniosek o
rehabilitację „Wrońskiego” złożył prezes Światowego Związku Żołnierzy
Armii Krajowej. Dopiero w 2002 roku Sąd Okręgowy w Warszawie połączył
sprawy do wspólnego prowadzenia i unieważnił wyrok sądu komunistów.

GDZIE JEST ŚWIATŁO?

Pozostała jednak jeszcze kwestia odpowiedzialności Józefa Światły,
który nadzorował śledztwo przeciw Wyszomirskiemu. Józef Światło to,
przypomnijmy, wysoki i wpływowy funkcjonariusz komunistycznej bezpieki,
który w 1953 roku uciekł do Berlina Zachodniego, a potem uzyskał azyl w
Stanach Zjednoczonych. Znany jest z cyklu audycji „Za kulisami partii
bezpieki” nadawanych w Radiu Wolna Europa, w których ujawnił zbrodnicze
praktyki komunistycznego państwa polskiego i jego resortów siłowych.

Choć na Światle ciążyła odpowiedzialność za represjonowanie i
aresztowania działaczy antykomunistycznego podziemia, Amerykanie
udzielili mu azylu, poddali operacji plastycznej i schowali przed
możliwą zemstą komunistycznych służb specjalnych. Bardzo długo nie było
wiadomo czy Światło żyje, czy też umarł. Strona amerykańska odmówiła
polskiemu historykowi Andrzejowi Paczkowskiemu dostępu do dokumentów na
temat Światły. Paczkowski spotkał się z nieudowodnioną hipotezą jakoby
Światło zmarł w 1985 roku.

Oficjalnie o dacie śmierci Światły
Stany Zjednoczone poinformowały Polskę dopiero w związku ze śledztwem w
sprawie śledztwa przeciw Janowi Wyszomirskiemu z Czarnowca. Ministerstwo
Sprawiedliwości w Waszyngtonie 11 stycznia 2010 roku podało polskiej
prokuraturze, że Józef Światło zmarł w Stanach Zjednoczonych 2 września
1994 roku. Czy administracja USA kiedykolwiek podałaby sama z siebie
taką informację? Trudno powiedzieć. Faktem jest, że podała ją na wniosek
prokuratorów prowadzących sprawę legalności postępowania
komunistycznych władz przeciw Wyszomirskiemu.

Podanie przez
Amerykanów informacji o śmierci Światły stało się natychmiast sensacją w
Polsce. Media nią żyły. Pion śledczy IPN również, ale w innym sensie.
Bo był to kłopot. Amerykanie podali lakoniczną informację o dacie
śmierci. Odmówili jednak przekazania kopii aktu zgonu oraz opisu jego
okoliczności. Nie ma aktu zgonu? Nie ma dowodu. Co dalej więc ze
śledztwem?

BYŁA ZBRODNIA, NIE MA SPRAWCÓW

Decyzja zapadła
po pół roku. Śledztwo zostało umorzone z powodu śmierci podejrzanego.
Jednocześnie IPN – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
– uznała, że zebrany w śledztwie materiał dowodowy w pełni uzasadnia
podejrzenie, że inicjując i nadzorując śledztwo w sprawie redaktorów i
kolporterów „Alarmu” Światło dopuścił się zbrodni komunistycznej.

„Nie budzi bowiem wątpliwości fakt, że opisanych powyżej aresztowań
dokonano bezprawnie, ze względów politycznych, tj. z powodu
przynależności pokrzywdzonych do Armii Krajowej, a następnie przekazano
ich we władztwo obcego państwa tj. ZSRR. Było to – w styczniu 1945 r. i
miesiącach następnych – zjawisko masowe i dotykało wielu tysięcy
żołnierzy AK” – napisano w uzasadnieniu umorzenia śledztwa IPN.

Wolne państwo polskie, w odróżnieniu od komunistycznego, oceniało czyn
Józefa Światły zgodnie z ogólnie przyjętymi w cywilizowanym świecie
zasadami odpowiedzialności karnej. Prokuratorzy IPN badali czy
postępowanie Światły wyczerpywało znamiona przestępstwa z kodeksu
karnego z 1932 roku (zwanego od nazwiska autora kodeksem Makarewicza).
Bo taki obowiązywał w Polsce przed wojną i po wojnie, dopóki komuniści
nie uchwalili tzw. kodeksu Andrejewa.

W kodeksie Makarewicza
była opisana kwalifikowana postać bezprawnego pozbawienia wolności –
dłuższe niż 14 dni, połączenie ze szczególnym udręczeniem, oddaniem we
władztwo obcego państwa. Czyż nie taki los spotkał Jana Wyszomirskiego?
Przypomnijmy, Światle w zatrzymaniu porucznika z Czarnowca towarzyszyli
enkawudziści.

MIEJSCE POCHÓWKU BLIŻEJ NIEZNANE

Nie
wiadomo gdzie spoczywa ciało Jana Wyszomirskiego. Są przypuszczenia, że
na Cmentarzu Bródzieńskim w Warszawie (kwatera 45N), bo tam grzebano
ciała zabitych w ubeckim więzieniu na 11 Listopada na Pradze. W
ekshumacjach i badaniach prowadzonych pod kierunkiem prof. Krzysztofa
Szwagrzyka nie potwierdzono jednoznacznie, że szczątki Wyszomirskiego
spoczywają w tej kwaterze. Na tablicy natomiast znajduje się adnotacja,
że w tej zbiorowej mogile spoczywa między innymi porucznik Jan
Wyszomirski „Wroński” 1913-1945. Jego nazwisko, daty urodzenia i śmierci
znajdują się również na dostępnej w internecie oficjalnej liście
pochowanych na Cmentarzu Bródnowskim.

Symboliczny grób Jana
Wyszomirskiego znajduje się również na cmentarzu w Rzekuniu. Na tablicy
nagrobnej przedwojennego właściciela Czarnowca Romana Wyszomirskiego
znajdują się również nazwiska dwóch jego synów. „Jan Wyszomirski,
1913-1945, oficer AK zamordowany przez komunistów” – brzmi inskrypcja.

Jak już wspomnieliśmy, matka Jana Wyszomirskiego, choć żyła do 1956
roku, nie dowiedziała się że jej młodszego syna zabili komuniści. Jego
siostry i żona dowiedziały się o tym, że został skazany na karę śmierci,
dopiero w 1958 roku. Żona, która zmarła w Hiszpanii w 2007 roku, nie
poznała nawet prawdopodobnego miejsca pochówku swojego pierwszego męża.
Podobnie jak jego siostra Zofia zmarła w Wielkiej Brytanii w 2005 roku.
I siostra Ludwika, zmarła w latach 70. w Warszawie.

Komunistyczne śledztwo w sprawie czasopisma „Alarm” obejmowało wiele
wątków i wiele osób. Tylko Wyszomirski i drugi redaktor Tomasz
Malczewski – zostali skazani na śmierć. Pozostali – opisani po latach
przez IPN – aresztowani, zostali wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego.

Stąd ta Workuta, co pojawiła się na początku…

KONIEC

NA ZDJĘCIACH
Fragment tablicy upamiętniającej oddział „Hubala” z wymienionymi nazwiskami wszystkich żołnierzy Oddziału Wydzielonego, znajdującej się pod Anielinem na ścieżce edukacyjnej. Pod pozycją 306 widnieje nazwisko Jana Wyszomirskiego, wtedy jeszcze podchorążego. Zdjęcie autorstwa Jarosława Kruka zamieszczone w Wikipedii.

Tak wyglądał samochód Willys. Podobnym jeździł Józef Światło po ulicy Grochowskiej w Warszawie w listopadzie 1944 roku, w towarzystwie funkcjonariuszy sowieckiego NKWD, wyłapując ludzi związanych z redakcją „Alarmu”. Fragment zdjęcia z Narodowego Archiwum Cyfrowego, przedstawiającego Willysa w akcji kompanii sanitarnej w Bolonii w kwietniu 1945 roku.

Niewyraźne zdjęcie żołnierzy na ganku drewnianego domu to dowództwo nowogródzkiego III batalionu 77. pp AK (Uderzeniowe Bataliony Kadrowe). Jan Wyszomirski stoi pierwszy z lewej między dwoma słupami w czapce z orzełkiem. Pozostali widoczni na zdjęciu to (od lewej): Bolesław Piasecki „Sablewski” komendant UBK, Stanisław Briesenmeister „Kowalski” oficer informacyjny, Wojciech Kętrzyński „Wołkowyski” szef sztabu, Stanisław Hniedziewicz „Olgierd” dowódca 3. kompanii, R. Korab-Żebryk „Operacja Ostra Brama”. Zdjęcie z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej.

Rodzeństwo Wyszomirskich. Od lewej: Jan, Ludwika i Zygmunt. Plakat Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce.

Mężczyzna w krawacie to Józef Światło. Fotografia z akt osobowych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Obecnie w domenie publicznej.

Tablica nagrobna Romana Wyszomirskiego z wyrytymi nazwiskami dwóch synów zamordowanych przez przeciwników politycznych w okresie II wojny światowej. Zdjęcie wykonał Marek Karczewski
UWAGA! (edit.7.10.2024)
Na płycie nagrobnej wygrawerowano omyłkowo rok urodzenia Romana Wyszomirskiego. Z dostępnych źródeł Państwowego Archiwum Cyfrowego wiemy, że Roman urodził się 17 lutego 1868 roku w Zdzieborzu, parafia Pniewo.

——————————————————————–

Źródła, z których korzystałem przy pisaniu wszystkich czterech części:
Postanowienie o umorzeniu śledztwa. Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Badania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu, sygn. akt S 139/08/Zk
Dariusz Baliszewski, „Zakłamana historia ucieczki Józefa Światły”, „Uważam Rze Historia” 18.04.2019
„Polski kodeks karny z 11 VII 1932”, Księgarnia Nakładowa Dr Maksymilian Bodek, Lwów 1932
Książka adresowa miasta stołecznego Warszawy, 1930 r., udostępniona na stronach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej.
Jerzy Dziewirski, „Monografia gminy Rzekuń, 2014
Jacek Karczewski, „Zostaną tylko drzewa”, „Nasz Dziennik”, 20.02.2017
Paweł Krajewski, „Ocalić dla potomnych:. „Tygodnik Ostrołęcki”, 27.03.2007
Komunikat nr 12 Instytutu Śląskiego w Katowicach, 1936 r.
„Przemówienie prezydenta Donalda J. Trumpa przy Pomniku Powstania Warszawskiego na Placu Krasińskich”, strona internetowa Ambasady USA w Polsce. https://pl.usembassy.gov/pl/przemowienie_potus/
Małgorzata Pieczyńska, „Śladami rzekuńskich zabytków. Czarnowiec”. Biuletyn Informacyjny Gminy Rzekuń nr 5/2012
Bernard Kielak, „Tradycje Wigiijne”, Biuletyn Informacyjny Gminy Rzekuń nr 7/2012
Biogram Ludwiki Wyszomirskiej na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego, https://www.1944.pl/powstan…/ludwika-wyszomirska,46446.html…
Profile społecznościowe Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce i Muzeum Powstania Warszawskiego.

/Jacek Pawłowski/




Czarnowiec i Wyszomirscy cz. III

Czarnowiec i Wyszomirscy cz. III

W Ludwice Wyszomirskiej narastał gniew od dawna. Wojna zniszczyła jej
plany założenia rodziny. Niemcy wypędzili i ją, i matkę z domu w
Czarnowcu. Narzeczony w obozie tysiąc kilometrów od rodzinnych stron.
Teraz – w maju 1943 roku – dowiedziała się, że ciało jej brata
odnaleziono w zbiorowej mogile tysięcy polskich oficerów na terytorium
Związku Sowieckiego.

Siostry i matka Zygmunta nie wiedzą nawet
jak mają traktować tę wiadomość. Podaną przecież w końcu przez wrogą
niemiecką propagandę. Czy to prawda? Kto zabił? Co Niemcy chcą osiągnąć
informując Polaków o tym? A może to jakaś gra dwóch wojujących
totalitaryzmów, w których zwykli ludzie kompletnie się nie liczą?

Pytania w głowie mnożą się. Serce bije jak oszalałe. Żołądek boleśnie
się kurczy. Głowa pulsuje. Do oczu napływają łzy. Ciemność…

* * *

Jest 6 lipca 2017 roku. Czwartek. Na placu Krasińskich w Warszawie
przegląda się w słońcu dostojny gmach Biblioteki Narodowej. Na
trawnikach stoją artystyczne pegazy upamiętniające wybitnego polskiego
poetę Zbigniewa Herberta. Od północy i wschodu plac okala nowoczesny
XXI-wieczny gmach sądów: Najwyższego i Apelacyjnego w Warszawie. O
tragicznej przeszłości tego miejsca przypomina pomnik Powstania
Warszawskiego. Tego dnia plac Krasińskich jest szczelnie wypełniony
ludźmi.

Właśnie w tym miejscu i tego dnia przemawia do Polaków
prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, goszczący z oficjalną
wizytą w Polsce. Porywa zgromadzonych odnosząc się do epizodu z
Powstania Warszawskiego. Porywa dlatego, bo mówi tak, jak by znał
historię powstania od podszewki, a topografia Warszawy nie stanowiła dla
niego tajemnic.

A mówił między innymi tak: „W sierpniu 1944
roku, tak jak teraz, Aleje Jerozolimskie były jedną z głównych arterii
przecinających miasto ze wschodu na zachód. Kontrola nad nią miała
kluczowe znaczenie dla obu stron bitwy o Warszawę. Wojsko niemieckie
chciało ją przejąć jako najkrótszą drogę przemieszczania oddziałów na
front i z frontu.

Dla członków Polskiej Armii Krajowej natomiast,
możliwość przedostawania się na północ i na południe przez Aleje
Jerozolimskie miała zasadnicze znaczenie dla utrzymania Śródmieścia, a
tym samym utrzymania przy życiu samego Powstania.

Noc w noc, pod
obstrzałem broni maszynowej, Polacy znosili worki z piaskiem, by bronić
swojego wąskiego przejścia w poprzek Alei Jerozolimskich. Dzień w dzień,
wróg rozbijał je w drobny mak. Wtedy Polacy zrobili okop, a wkrótce –
barykadę. W ten sposób nieustraszeni powstańcy zaczęli przekraczać tę
arterię.

(…)

Przesmyk przez Aleje Jerozolimskie wymagał
ciągłej obrony, napraw i umocnień. Ale wola obrońców, nawet w obliczu
śmierci, była niezachwiana; przejście istniało do ostatnich dni
Powstania. Nigdy nie zostało zapomniane, dzięki Polakom było zawsze
dostępne.

Pamięć o ofiarach tego heroicznego wydarzenia woła do
nas przez dziesięciolecia, a wspomnienia o obrońcach przejścia przez
Aleje Jerozolimskie należą do najbardziej żywych” – mówił Trump.

To przejście przez Aleje Jerozolimskie znajdowało się w okolicach
skrzyżowania z ulicą Kruczą. Tak. Aleje Jerozolimskie były strategicznym
pasem na powstańczej mapie Warszawy. Od samego początku powstania.

Aleje Jerozolimskie o godzinie W., godzinie wybuchu Powstania
Warszawskiego – o 17.00, 1 sierpnia 1944 r., są również miejscem
zgrupowania oddziału Ludwiki Wyszomirskiej. Miała stawić się pod
numerem 49, po sąsiedzku z fotoplastikonem warszawskim, niecałe 500
metrów na zachód od barykady, o której po 73 latach będzie mówił w
wolnej Warszawie prezydent USA. Tę 28-letnią sanitariuszkę ze
zgrupowania „Radosław” pięć lat wcześniej Niemcy wypędzili z domu w
Czarnowcu. Wraz z matką zamieszkały w Warszawie u siostry Ludwiki –
Zofii.

Ludwika jeszcze w 1939 roku przystąpiła do konspiracyjnej
Konfederacji Narodu – organizacji, która sama siebie nazywała
niepodległościową. Została zaś stworzona między innymi przez działaczy
przedwojennego ONR Falanga, a na jej czele stał Bolesław Piasecki.

Początkowo Konfederacja Narodu działała w opozycji wobec Związku Walki
Zbrojnej, ponieważ konfederaci postrzegali ZWZ jako organizację związaną
z przedwojennym obozem sanacyjnym. Z czasem jednak Konfederacja i
Związek zaczęły współpracować, aż w końcu stały się jedną ogólnopolską,
konspiracyjną organizacją.

Konfederacja miała swoje zbrojne
ramię – Uderzeniowe Bataliony Kadrowe. Decyzją dowództwa AK prowadziły
one wojnę partyzancką w terenie. Poza Warszawą. Głównie na
Wileńszczyźnie, Polesiu, Podlasiu i Białostocczyźnie. Walczył w nich
pochodzący z Czarnowca drugi brat Ludwiki – Jan Wyszomirski. Jego
postaci poświęcimy kolejny odcinek.

Ludwika natomiast była
żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły
udział w Powstaniu Warszawskim. Nosiła pseudonim „Ksenia”.

Po
wybuchu powstania, wieczorem 1 sierpnia przeszła wraz z grupą łączniczek
i sanitariuszek Konfederacji Narodu do fabryki Telefunkena na Woli. Tam
dostała przydział do służby sanitarnej plutonu „Mieczyki” – oddziału
składającego się z 37 szesnasto- osiemnastoletnich chłopców. Pluton ten
początkowo pełnił funkcje wartownicze i zabezpieczające, ale w kolejnych
dniach powstania został skierowany do bezpośrednich działań bojowych.
„Mieczyki” były częścią zgrupowania „Radosław”. Od 8 sierpnia Ludwika
Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie porucznika „Piotra”
(Zdzisława Zołocińskiego).

Pracowała w szpitalu Karola i Marii. Z
Woli przedostała się na Stare Miasto. Stamtąd kanałami przeszła na plac
Bankowy, a pod koniec powstania – na Górny Czerniaków. Tu została ranna
w rękę. Wraz z grupą rannych 20 września przepłynęła na drugą stronę
Wisły, gdzie Sowieci wcale nie czekali z otwartymi ramionami. Ludwika
Wyszomirska została aresztowana przez NKWD. Została zwolniona, ale na
krótko. Sowiecka policja polityczna uwięziła ją ponownie w związku z
antykomunistyczną działalnością jej brata Jana Wyszomirskiego. Jan
Wyszomirski jako wróg ludu został rozstrzelany przez komunistów. Rodzina
jednak o tym nie wiedziała.

Maria Wyszomirska wraz z córką Zofią Żyłowską wróciły w 1945 roku do Czarnowca. Gospodarstwo i dwór były w takim stanie, że nie wiadomo było w co ręce włożyć. Dwie kobiety pożyczyły konia od sąsiadów i próbowały gospodarować na swoim. Ale był to już czas reformy rolnej.

Nowe władze ustanowiły prawo, na
mocy którego gospodarstwa rolne większe niż 50 hektarów podlegały
obowiązkowej parcelacji. Ziemia obszarników miała zostać rozdana
chłopom. Maria wiedziała o tym i próbowała ratować gospodarstwo przed
parcelacją. Zrzekła się na rzecz państwa części lasów, dzięki czemu
majątek Wyszomirskich przestał być majątkiem obszarniczym. Przynajmniej w
rozumieniu dekretu o reformie rolnej.

Jednak stanowione przez
Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego prawo nie nadążało – jak się potem
okazało – za wolą polityczną komunistów i apetytami lokalnych kacyków na
władzę. To czego nie byli w stanie zrobić prawnie, egzekwowali siłą.

Zupełnie przypadkowym ale ciekawym zbiegiem okoliczności dekret PKWN o
reformie rolnej został wydany w tym samym dniu, w którym sowiecka armia
generała Gorbatowa wyparła Niemców z Ostrołęki – 6 września 1944 roku. W
mieście zaczęła się instalować nowa, zależna od ZSRS władza.

Nowym władzom w Ostrołęce nie w smak było, że oto przedwojenna
dziedziczka wraca na swoje i będzie tu gospodarować. I nic to, że pod
dekretem wyznaczającym 50 hektarów jako krytyczną masę znienawidzonego
przez bolszewików obszarnictwa, podpisał się między innymi szef resortu
bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz. Ten podpis nie znaczył
nic i niczego nie gwarantował. Ludzie Radkiewicza i tak robili reformę
rolną po swojemu. Przynajmniej w Czarnowcu.

Urząd Bezpieczeństwa
Publicznego w Ostrołęce w 1945 roku wezwał do siebie właścicielkę
pomniejszonego już o lasy Czarnowca-Folwarku i uwięził ją.
Prawdopodobnie w piwnicach swojej siedziby, w nieistniejącej dziś
kamienicy na rogu ulic 11 Listopada i Bogusławskiego.

Szantażowana i zastraszana podpisała w końcu dokument, że całkowicie zrzeka się swojego majątku. W ten sposób Maria drugi raz została wypędzona ze swojego domu. Tym razem, wprawdzie formalnie przez polski urząd, faktycznie jednak przez sowieckich mocodawców nowej polskiej administracji. Przyjechała znów do Warszawy.

Po urządzeniu sobie życia na nowo, co na pewno nie było łatwe, Ludwika Wyszomirska podjęła studia na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Tymczasem z wojennej niewoli w Murnau w powiecie
Garmisch-Partnenkirchen wraca Zygmunt Trzaska, narzeczony Ludwiki.
Pierwsze co stawia sobie za cel po powrocie do kraju, to odnalezienie
ukochanej. Poszukiwania są owocne. Para znowu się schodzi i zgodnie
uznają, że wojna mogła co najwyżej odłożyć w czasie, ale na pewno nie
pokrzyżowała ich wspólnych planów. Biorą ślub. Z tego małżeństwa rodzi
się troje dzieci. Jeden z synów Zygmunta i Ludwiki Trzasków, mieszkający
w Paryżu Jan Trzaska odwiedził Czarnowiec w 2007 roku. Czy kiedykolwiek
potem – nie wiem.

O tym, że w 1945 roku ubowcy po karykaturze
procesu i wyroku, rozstrzelali drugiego brata Ludwiki – Jana, siostra
dowiedziała się dopiero w 1958 roku. Prawdopodobnie na fali
popaździernikowej odwilży państwo PRL łaskawie powiadomiło rodzinę, jaki
wyrok został wydany w imieniu komunistycznej RP trzynaście lat
wcześniej. Matka Maria zmarła w 1956 roku. Nie dowiedziała się nigdy w
jakich okolicznościach zginął jej drugi syn.

Ludwika Trzaska, z
domu Wyszomirska, zmarła w 1975 lub 1977 roku. Tu kolejna niezborność
informacji podawanych przez różne źródła, które – tak jak zapowiedziałem
– wskażę na końcu.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

NA ZDJĘCIACH:

Ludwika Wyszomirska na zdjęciach ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego.
Dwa zdjęcia w jednym pliku to reprodukcja fragmentu monografii Rzekunia Jerzego Dziewirskiego – Ludwika Wyszomirska i Zygmunt Trzaska. Na tej reprodukcji widać, że wojenne zdjęcie „Kseni” zostało wykorzystane na okładce tygodnika „Stolica”. Niestety nie mogę odczytać który to numer, bo być może w środku jest napisane coś więcej o okładkowej postaci. Szukanie na piechotę to zbyt benedyktyńska praca – ponad dwa tysiące wydań 🙂

Wojskowy blok mieszkalny przy ulicy Inżynierskiej w Warszawie, stan z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. To w nim prawdopodobnie mieszkała Ludwika Wyszomirska wraz z matką Marią i siostrą Zofią w czasach okupacji, po wypędzeniu przez Niemców z Czarnowca. Prawdopodobnie, bo skojarzyłem następujące fakty. Zofia Wyszomirska jeszcze przed wybuchem wojny wyszła za mąż za oficera nazwiskiem Żyłowski. Muzeum Powstania Warszawskiego podaje, że Ludwika Wyszomirska „Ksenia” przed wybuchem powstania mieszkała na ulicy Inżynierskiej. Zakładając, że mąż Zofii – Żyłowski – dostał przed wojną mieszkanie z zasobu wojskowego, a adres Ludwiki „Kseni” – Inżynierska – jest tak naprawdę adresem Zofii, która przygarnęła bezdomną matkę i siostrę, to jest to ten blok co na zdjęciu, wybudowany z Funduszu Kwaterunku Wojskowego – jedyny blok wojskowy na Inżynierskiej. Możliwe są oczywiście alternatywne scenariusze. Ten jednak wydaje się dość prawdopodobny. Niestety w książce teleadresowej Warszawy nie znalazłem żadnego Żyłowskiego na Inżynierskiej. Faktem jednak jest również, że jedyna książka teleadresowa, Warszawy do jakiej udało mi się dotrzeć, pochodzi z roku 1930. Wtedy Żyłowski nie musiał mieć jeszcze mieszkania jako za młody wiekiem i stopniem. [Taka dygresja i ciekawostka na marginesie. Szukając Żyłowskiego, zupełnie przypadkiem zatrzymałem wzrok na pewnym bardzo znanym nazwisku, którego właściciela porządek abecadła polskiego ustawił na przedostatniej stronie książki między urzędniczką Żurawską, a subiektem Żurawiem. Tym kimś jest „Jerzy Żurawlew, muzyk, Wiejska 19, telefon 510-99”. Niesamowite! Dziś nie do pomyślenia.

Seria współczesnych zdjęć z dawnego majątku Przeczki, z którego pochodził narzeczony i mąż Ludwiki Wyszomirskiej – Zygmunt Trzaska. Dziś Przeczki to nieużywana administracyjnie, lecz tylko zwyczajowo, nazwa części wsi Borowce. Zdjęcia przedstawiają widok na dawną posiadłość Trzasków od strony południowej; wierzbową aleję wiodącą do dawnego dworu i krzyż przy bramie wjazdowej. Dziś dawne gospodarstwo Trzasków wygląda na prywatną zadbaną posiadłość. Kadry zdjęć dobrałem tak, żeby nie naruszać prawa do prywatności obecnych właścicieli. Zdjęcia są również stylizowane na retro/vintage.

/Jacek Pawłowski/




Powstanie Warszawskie – bój o wolną Polskę.

1 sierpnia 1944 roku – 1 sierpnia 2020 roku.

Powstanie warszawskie – wystąpienie zbrojne przeciwko okupującym Warszawę wojskom niemieckim, zorganizowane przez Armię Krajową w ramach akcji „Burza”, połączone z ujawnieniem się i oficjalną działalnością najwyższych struktur Polskiego Państwa Podziemnego. Największa operacja militarna Armii Krajowej.

1 sierpnia 1944 r. o godzinie 17.00 (tzw. godzinie „W”) rozpoczęło się Powstanie Warszawskie. Największy zryw powstańczy w Europie przeciwko niemieckiej okupacji trwał 63 dni.

Dlaczego dziś piszemy o Powstaniu Warszawskim i co ma wspólnego z Czarnowcem?

W Czarnowcu przed II Wojną Światową, w Dworku (obecnie ul. Kasztanowa) zamieszkiwała rodzina Wyszomirskich. Czworo rodzeństwa Państwa Wyszomirskich brało czynny udział w działaniach wojennych i powojennych.
Ludwika Wyszomirska z Czarnowca walczyła w Powstaniu Warszawskim jako „Xenia”.
Podczas Powstania do walki obok mężczyzn stanęły polskie kobiety m.in. Ludwika Wyszomirska, która przed wojną mieszkała w majątku rodziców w podostrołęckim Czarnowcu. Walczyła jako łączniczka i sanitariuszka w zgrupowaniu „Radosław” w Batalionie „Czata 49”. 1 sierpnia przebywała na punkcie w Alejach Jerozolimskich, skąd przeszła do fabryki „Telefunken” przy ul. Mireckiego na Woli. Ranna w połowie września przedostała się na druga stronę Wisły, gdzie została aresztowana przez NKWD, później zwolniona. Drugie aresztowanie miało miejsce pod koniec roku, w związku z uwięzieniem Jana Wyszomirskiego.

Rodzina Wyszomirskich.
Przed wybuchem wojny rodzina Wyszomirskich (Roman i Maria z czwórką dzieci) gospodarowała na 70-hektarowym majątku zwanym Czarnowiec, leżącym na terenie gminy Rzekuń, powiat Ostrołęka.
Roman Wyszomirski…

Jest to zajawka tego co nas czeka. Pracujemy nad gromadzeniem – dygitalizacją tego co pozostało po Dworze w Czarnowcu i pamięci ludzi.
Jutro 1 sierpnia 2020 roku przy ulicy Kasztanowej w Czarnowcu o godz. 10:30 rozpoczniemy nowy rozdział w historii Czarnowca.
Taki jest podstawowy plan.
Co z tego wyjdzie? Musi upłynąć trochę czasu aby przedstawić Państwu efekty powołanego zespołu do przywrócenia pamięci o Dworze w Czarnowcu.

Marek Karczewski, 31 lipca 2020 r.

Ludwika Wyszomirska (1916.08.26-1977.02.12)