Wycieczka do Czarnowca na Dzień Dziecka – 1958/1959 r.
Category: Historia,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Wczoraj miałem przyjemność osobistego spotkania, choć nie pierwszy już raz z Panią Anną Nosek, pochodzącą z Rzekunia. Anna Nosek urodziła się w 1948 r. w Rzekuniu. Z wykształcenia jest nauczycielką polonistyki, od 2012 r. na emeryturze. W swoim zawodzie przepracowała 45 lat. Pisze artykuły o Rzekuniu i okolicach. Jest autorką m.in. książki zatytułowanej „Poszarpane nasze losy”, w której opisuje losy Aleksandra Bednarczyka „Adama” – swojego stryja.
W związku ze śledzeniem naszej strony, a przede wszystkim ciekawej historii Czarnowca, Pani Anna postanowiła udostępnić nam pewną fotografię z wycieczki dzieci do Czarnowca. Te fotografię podarował Pani Annie Pan Arkadiusz Płaszczyński z Rzekunia podczas spotkania klasowego po latach, dnia 3 czerwca 2000 roku.
To zdjęcie z 1958 lub 1959 roku Pani Anna Nosek opisuje tak: Zdjęcie klasy Szkoły Podstawowej w Rzekuniu Wycieczka do Czarnowca z okazji Dnia Dziecka – 1958/1959 r. Oryginalne zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji Pana Arkadiusza Płaszczyńskiego.
(+) Janina Michalak, Ukraina (wychowawczyni)
(+) Krystyna Budziłek, Rzekuń
Helena Piersa, Ławy
(+) Krystyna Kielak, Ławy
Anna Bednarczyk (Nosek), Rzekuń
(+) Tadeusz Lambrych, Rzekuń
Marian Niedźwiecki, Rzekuń
(+) Tadeusz Pieczyński, Rzekuń
?
(+) Józef Napiórkowski, Rzekuń
Arkadiusz Płaszczyński, Rzekuń
Marek Kowalewski, Rzekuń
Renia Mierzejewska, Rzekuń
(+) Marianna Ciok, Rzekuń
?
Sławomir Olbryś, Rzekuń
Bożena Mostył, Rzekuń
Michał Wróblewski, Czarnowiec
?
Sabina Wysocka, Rzekuń
Halina Sokołowska, Rzekuń (potrzebne zdjęcie domu bo tu się uczyliśmy)
Krystyna Kurpiewska, Ławy
(+) Halina Wilczewska, Rzekuń
Krystyna Małkowska, Ławy
Edward Dąbrowski, Ławy
(+) Józef Bączek, Czarnowiec
Stanisław Napiórkowski, Rzekuń
Co stworzyła cywilizacja i wciąż nieograniczona myśl techniczna? Dziś mamy możliwość, przynajmniej rozważać, jak wyglądała nasza przeszłość w kolorze. Za pomocą aplikacji (SI, AI) możemy zobaczyć jakie kolory preferowali nasi przodkowie – choć niekoniecznie może to być prawdą. Jedynym co możemy potwierdzić to zieleń trawy i drzew – to się nie zmienia od czasów powstania świata 🙂 Zdjęcie pokolorował program: myheritage.pl
Jeszcze raz dziękuję Pani Annie Nosek za kolejną cegiełkę do historii Czarnowca.
Marek Karczewski
Piosenka o Czarnowcu…
Category: Historia,kulturalne,NEWS,Wydarzenia
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Piosenka o Czarnowcu…
Tak byś pamiętał o Czarnowcu długo, długo, długo…
Czarnowiec jest wymieniony w akcie erekcyjnym parafii Rzekuń Pierwsze wzmianki pochodzą z 1413 roku…
Na dworze Wyszomirskich spadały kasztany Ale nikt się z tego powodu nie cieszył…
Ludwika walczyła Jana zamordowali komuniści Zygmunt zginął w Katyniu…
Nikt chyba nie chce aby była wojna Tak byś pamiętał długo o Czarnowcu…
Tak w skrócie można opisać ten utwór stworzony w części przez program AI (sztuczną inteligencję). Pozostało wygenerować kilka zwrotek, zmiksować, załączyć parę fotek i piosenka gotowa.
Każdy kto „bawił” się już w tworzenie muzyki przez programy komputerowe zdaje sobie sprawę, że nie wszystko (jeszcze) robi AI. Wymaga to wielu godzin montażu. Mój materiał był montowany ok. 7 godzin roboczych. To jest nic w porównaniu z tym o czym będzie przypominał i udowadniał, że ludzkość zmienia się w kosmicznym tempie. Jednak to co jest najbardziej zasmucające, to powtarzające się groźby wojny…
Nikt nie jest za wojną, a ona może w każdej chwili zniszczyć wiele istnień ludzkich.
Może kiedyś, komuś ta piosenka się przyda? Pierwsza stworzona o Czarnowcu za pomocą sztucznej inteligencji i człowieka.
Fakt powstania piosenki odnotował również portal eOstroleka.pl
Sołtys Marek Karczewski Czarnowiec, 20.04.2024
Kilka zdań o kaplicy ale nie o Złotkowskim z Czarnowca
Category: Historia,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Kilka zdań o kaplicy ale nie o Złotkowskim z Czarnowca
W 1859 roku ukazał się kolejny numer czasopisma p.t. Pamiętnik Religijno-Moralny. Wydawcą/drukarzem byli: J. Glücksberg, Antoni Hlebowicz.
Wprawdzie w wydawnictwie z 1859 roku nie wspomniano słowem o czarnowieckim budowniczym kaplicy cmentarnej ale za to z poniżej zamieszczonego tekstu dowiadujemy się o dwóch datach. 8 sierpnia 1856 r. – „założenie węgielnego kamienia” 29 września 1857 r. – „odbyć się mogło poświęcenie tej pięknej kaplicy”. Z podpisu pod tekstem „Jeden z parafian Rzekuńskich” nie dowiemy się kto był autorem artykułu.
Na wstępie artykułu czytamy:
Z parafii Rzekuń pod Ostrołęką. Kilka razy odbiła się o uszy moje nazwa Ostrołęckiego ciemną gwiazdą, i słusznie, bo u nas najchwalebniejsze czyny, najzaszczytniejsze zamiary pozostają w ukryciu. Ja przeto chociaż mniej zdolny jestem do oddania rzeczy w należytych kolorach, skreśliłem wiadomość następną. Dwie tu w przeciągu roku obchodziliśmy dość rzadkie uroczystości:…
dalej:
…Dziwnem jakiemś zrządzeniem wszystkie roboty nieprzewidzianie ani wyrachowanie rozpoczynały się lub kończyły w dni piątkowe, śmierć Jezusa Chrystusa przypominające, szczególnie zaś obraz w Wielki Piątek ukończony został…
i:
Lud w tej parafii jest pobożny, tak dalece że gdyby wszedł do kościoła obcy jaki człowiek, a zobaczył wszystkich klęczących, podczas Mszy świętej, młodych obywateli z książkami w ręku, zbudowaćby się musiał. Wiele jeszcze: ks. Nówek proboszcz zamyśla wykonać, Boże wspomagaj go w jego zamiarach...
Z tekstu napisanego w XIX wieku można wnioskować, że czynności rozpoczęte i zakończone w piątki przynoszą wielki, wspaniały efekt. Kiedy zatem powstało powiedzenie powtarzane wielokrotnie „w piątek to zły początek”?
„…zobaczył wszystkich klęczących, podczas Mszy świętej, młodych obywateli z książkami w ręku, zbudowaćby się musiał…”
Zainteresowanych zapraszamy do przeczytania artykułu o czarnowieckim budowniczym kaplicy. W zlinkowanym wpisie znajdziecie Państwo również pełną wersję pamiętnika. – kliknij w obrazek aby przeczytać cały artykuł
Za dostarczenie skanów dziękuję Pani Marcie Wojciechowskiej z Myszyńca.
Marek Karczewski
Czarnowiec, Rzekuń, Ostrołęka – granice
Category: Historia,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Czarnowiec, Rzekuń, Ostrołęka – granice
Na co dzień tego nie zauważamy, ale żyjemy w historycznym momencie względnej stabilizacji administracyjnej. Czy wiecie, że obecny podział Polski na gminy, powiaty i województwa trwa już prawie 24 lata? Dokładnie 24 lata miną w najbliższego sylwestra. Wcześniejszy – ten gdy nie było powiatów, a tylko gminy i 49 województw trwał 23 i pół roku. Jeszcze wcześniejszy – trwał 21 lat. Obecny wiek, choć nie minęło go jeszcze nawet ćwierć, można uznać za stabilny administracyjnie. Tymczasem w końcu XIX i właśnie w XX wieku zachodziły częste zmiany w podziałach administracyjnych. Dotyczyły one poszczególnych wsi i miast. Inaczej działo się do połowy XIX wieku, kiedy to powiat dzielił się na parafie, te zaś w swoich granicach były nader stabilne. Wszelkie zmiany dokonywały się wówczas tylko na wyższych szczeblach administracji państwowej.
Wieś Czarnowiec zanim została uznana za jedną wieś – w obecnym obowiązującym kształcie, pomimo ogromnych różnic ilościowych zamieszkujących tu ludzi, była podzielona na co najmniej trzy osady. W dostępnej (zdygitalizowanej) dokumentacji cyfrowej możemy wiele wyczytać o migracji naszej wsi pomiędzy gubernią, powiatem, gromadą, województwem.
Za dokument źródłowy posłużyło mi opracowanie Witolda Jemielitego (Łomża) – Studia Łomżyńskie tom VIII „Podziały administracyjne powiatu ostrołęckiego w latach 1919-1990”.
Mapa okolic Ostrołęki z 1932 roku. foto: 1932-P36_S33_OSTROLEKA_1932_nnqs5wc_BN_Sygn.ZZK_S-400_A
Wstęp
Autor zgromadził materiał o podziałach administracyjnych powiatu ostrołęckiego od 1919 r., czyli od powstania województwa białostockiego, do końca 1990 r. Punktem wyjściowym wszelkich podziałów administracyjnych jest poszczególne miasto i konkretna wieś. Te zawsze pozostają niezmienne. Tymczasem województwa, powiaty, gminy, gromady i sołectwa w różnych okresach obejmują mniejsze lub większe tereny, ulegają przekształceniom, nawet zanikają. W ubiegłym stuleciu było wiele zmian w podziale administracyjnym powiatu ostrołęckiego. Dzisiejsze podziały administracyjne są kontynuacją dawnych. Warto więc wiedzieć jak struktury administracyjne wyglądały dawniej i którędy biegły ich granice.
Podstawę źródłową stanowią pisma urzędowe. W Dzienniku Ustaw ogłaszano podziały województw, powiatów, gmin, gromad. Powtarzano to w Monitorze Polskim i w pismach terenowych. Od 1921 r. wychodził Dziennik Urzędowy Województwa Białostockiego, od 1929 r. Białostocki Dziennik Wojewódzki, od 1945 r. Dziennik Urzędowy Województwa Warszawskiego, od 1975 r. Dziennik Urzędowy Wojewódzkiej Rady Narodowej w Ostrołęce, od 1984 r. Dziennik Urzędowy Województwa Ostrołęckiego. W pismach terenowych umieszczano ponadto podziały na gromady i sołectwa. Na podstawie źródeł drukowanych autor odtworzył przynależność poszczególnych wsi powiatu ostrołęckiego do wyższych jednostek podziału administracyjnego. W Archiwum Akt Nowych w Warszawie zachowały się dokumenty dotyczące podziałów administracyjnych województwa białostockiego w latach międzywojennych. Są tam prośby mieszkańców, opinie wójtów i wojewodów, mapy, zestawienia liczbowe. Nowsze dokumenty znajdują się również w Archiwum Państwowym w Warszawie i w Urzędzie Wojewódzkim w Ostrołęce.
Opracowanie Jemielitego dzieli się na trzy części: I. Podziały do 1919 r. ; II. Okres międzywojenny: podział powiatu na gminy i miejscowości, podział gmin na gromady; III. Po II wojnie światowej: podział gmin na gromady, podział powiatu na gromady, czas funkcjonowania samych gmin;
W opracowaniu występuje bardzo dużo miejscowości. Pisownia niektórych z nich ulegała drobnym zmianom lub też w źródłach błędnie podawano owe nazwy. Dotyczy to jedynie zmian literowych, więc nie przeszkadza w identyfikacji danej wsi.
I. Podziały do 1919 roku.
Mazowsze dzieliło się na trzy województwa: płockie, rawskie i mazowieckie. Ostatnie składało się z dziesięciu ziem, między innymi z ziemi łomżyńskiej, w której były powiaty: kolneński, łomżyński, ostrołęcki i zambrowski. Podział na województwa, ziemie i powiaty przetrwał do rozbiorów Polski. Po trzecim rozbiorze utworzono prowincję Prusy Nowowschodnie, z podziałem na dwa departamenty kamer: białostocki i płocki. W departamencie białostockim było dziesięć powiatów: białostocki, bielski, dąbrowski, drohiczyński, goniądzki, kalwaryjski, łomżyński, mariampolski, suraski i wigierski; w departamencie płockim sześć powiatów: lipnowski, ostrołęcki, płocki, przasnyski, pułtuski i wyszogrodzki.
Powiat ostrołęcki składał się z dawnych powiatów polskich: ostrołęckiego, ostrowskiego i nurskiego. Powiaty zostały podzielone na podstawie zachowanego z czasów polskich podziału na parafie. Uwzględniono też przy podziale liczbę dymów[1] i liczbę mieszkańców w poszczególnych parafiach, aby tworzyć powiaty mniej więcej równej wielkości. Powiat ostrołęcki liczył 8572 dymów i około 51 432 mieszkańców.
Dwa dymy w Rzekuniu. Foto: fotopolska
Podczas pierwszej wojny światowej (1914-1918) w Generalnym Gubernatorstwie warszawskim Niemcy zmniejszyli liczbę powiatów wiejskich. W 1918 r. Rada Regencyjna przywróciła dawny podział dokonany 2 marca 1864 r. W sierpniu 1919 r. Rada Ministrów tymczasowo utrzymała dawny podział rosyjski na powiaty.
II. Okres międzywojenny
Mocą Ustawy Tymczasowej z 2 sierpnia 1919 r. powstało województwo białostockie, w skład którego weszły powiaty: augustowski, bielski, kolneński, łomżyński, ostrołęcki, ostrowski, sejneński, sokólski, suwalski, szczuczyński, wysokomazowiecki.
W 1921 r. wojewoda białostocki polecił starostom powiatowym, aby przedstawili projekt zmian granic gmin. W październiku 1921 r. podczas wspólnych obrad starostowie uznali, iż gmina winna obejmować najwyżej cztery tysiące ludności oraz znajdować się tam, gdzie są parafie i sądy, ze względu na wygodę mieszkańców.
W 1924 r. wydrukowano spis wszystkich wsi i miast województwa białostockiego wykonany na podstawie spisu powszechnego z 1921 r. W ramach powiatów podano gminy, a w tych poszczególne miejscowości. W powiecie ostrołęckim było wówczas jedno miasto Ostrołęka – 9145 mieszkańców oraz jedenaście gmin wiejskich: Czerwin – 7194 mieszkańców i 42 miejscowości, Dylewo 6426 i 26, Goworowo – 5924 i 31, Myszyniec – 7671 i 17, Nakły – 2449 i 24, Nasiadki – 5162 i 31, Piski – 3310 i 30, Rzekuń – 7895 i 35, Szczawin – 4558 i 26, Troszyn – 5998 i 38, Wach – 8104 mieszkańców i 24 miejscowości. Przy poszczególnych miejscowościach w 1924 r. określono ich charakter topograficzny – miasto, wieś, folwark, osada itd.
Do gminy Rzekuń, której kształt ustalono właśnie w 1924 r. przydzielono niżej wymienione sołectwa: Borawe, Czanowiec, Daniszewo, Drwęcz Dworski, Drwęcz Włościański (zwróćmy uwagę, że Drwęcz przed wojną figuruje w rodzaju męskim, ten Drwęcz – przyp. MK), Dzbenin, Goworki, Kaczyny, Stara Wieś, Kaczyny-Tobolice, Kaczyny-Wypychy, Kamionka (sic!)(w późniejszych okresie [rok nieznany] zmieniono nazwę wsi na Kamianka), Korczaki, Laskowiec, Ławy, Łęczysk, Nowa Wieś, Ołdaki Dworskie, Ołdaki Włościańskie, Pomian, Przytuły, Rozwory, Rzekuń, Susk, Teodorowo, Zabiele, Zarośle, Folwarki: Borawe, Omulew, Przytuły, Susk, Kolonie: Ławy, Osady: Piotrówka, Leśniczówki: Borawe, Osowiec (sic!) (gdzie w gminie Rzekuń znajdowała się leśniczówka Osowiec? – MK) Stacja kolejowa: Ostrołęka.
Dworzec kolejowy w Ostrołęce – 1937 r.
Podział gmin na gromady
W dniu 23 marca 1933 r. wyszła ustawa o częściowej zmianie ustroju samorządu terytorialnego. W artykule 107 podano, iż wojewodowie dokonają podziału gmin wiejskich na gromady. Z nimi będą współdziałać wydziały wojewódzkie z głosem stanowczym oraz należy wysłuchać opinii wydziałów powiatowych i rad gminnych. W dniu 14 października 1933 r. wojewoda białostocki podzielił gminy na gromady. Obejmowały one jedną wieś, dwie wsie lub więcej miejscowości.
Oto nazwy gromad w przypadku gminy Rzekuń: 1. Borawe-Kolonia, Borawe-Narew, 2. Czarnowiec-Włościański, Czarnowiec-Dwór, Czarnowiec majątek(sic!) (możliwe, że chodziło o Czarnowiec Folwark? – MK), 3. Daniszewo, 4. Drwęcz, 5. Kamionka (późniejsza Kamianka), 6. Kaczyny-Starawieś (pisane łącznie), 7. Kaczyny-Wypychy, Zarośle, 8. Laskowiec, Wesółka (sic!) (gdzie w gminie Rzekuń znajdowała się miejscowość Wesółka? – MK), 9. Ławy, Ławy-Włościańskie, Ławy-Kupniki, 10. Nowawieś (pisane łącznie), 11. Ołdaki, Ołdaki-Dwór, Ołdaki-Włościańskie, Przytuły-Kupniki, Przytuły majątek, 12. Rozwory, Rozwory „A”, 13. Rzekuń, Rzekuń-Dwór, Rzekuń-Włościański, Rzekuń proboszczostwo, 14. Ostrołęka stacja, 15. Zabiele, Zabiele-Dwór, Zabiele-Włościańskie, 16. Dzbenin, 17. Korczaki, 18. Susk, Susk-Włościański, Susk-Kupniki, Susk majątek, 19. Przytuły, Przytuły-Włościańskie, 20. Goworki, 21. Kaczyno-Tobolice (późniejsze Kaczyny-Tobolice i ostatecznie Tobolice), 22. Pomian, 23. Łęczysk, 24. Teodorowo, Wiktorynowo (sic!) (gdzie w gminie Rzekuń znajdowała się miejscowość Wiktorynowo? – MK), Piotrówka.
Dworek w Piotrówce (obecnie Teodorowo), pobudowany w latach 1905-1907. Foto z Karty ewidencyjnej zabytków architektury i budownictwa.
W dniu 1 kwietnia 1936 r. zmieniono granice wielu gmin. Zniesiono gminę Nakły, włączając jej terytorium do gminy Rzekuń, a na siedzibę połączonych gmin wybrano Ostrołękę. Do Ostrołęki włączono gromady: Kaczyny Stacja, Kaczyny Starawieś, Kaczyny Wypychy, Łęczysk, Omulew i Pomian z gminy Rzekuń oraz Grabowo stacja kolejowa z gminy Nakły. Z dniem 1 kwietnia 1939 r. powiaty łomżyński, ostrołęcki i ostrowski włączono do województwa warszawskiego. Po wybuchu wojny w 1939 r. obszar powiatu ostrołęckiego wcielono do Generalnej Guberni, Prus Południowo-Wschodnich i Związku Radzieckiego.
Miasto Ostrołęka i tereny Kurpiowskie oraz niektóre gminy leżące na lewym brzegu Narwi włączono do Prus Południowo-Wschodnich, do rejencji ciechanowskiej. Były tam gminy powiatu ostrołęckiego: Czarnia, Durlasy, Gawrychy, Kadzidło, Łyse, Myszyniec, Rzekuń i Turośl.
III. Po II wojnie światowej
1 kwietnia 1939 r. powiaty łomżyński, ostrołęcki i ostrowski włączono do województwa warszawskiego. Bezpośrednio po wojnie, 22 sierpnia 1944 r. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego uchylił podziały administracyjne wprowadzone przez okupanta; przywrócił dawne województwa, powiaty, gminy i gromady. W lipcu 1945 r. powiat łomżyński powrócił do województwa białostockiego, dwa pozostałe powiaty były nadal w województwie warszawskim.
Podział gmin na gromady
W maju 1948 r. w powiecie ostrołęckim było jedno miasto i dziewięć gmin wiejskich: Czarnia – 11 gromad, Czerwin – 30, Durlasy (z siedzibą w Lelisie), Goworowo – 42, Kadzidło – 24, Myszyniec – 19, Piski – 22, Rzekuń (z siedzibą w Ostrołęce) – 37 i Troszyn – 18 gromad.
Wyszukując dostępnych w sieci – zdygitalizowanych dokumentów znajdujemy spis gromad w 1952 roku. Jest to „Wykaz gromad Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, według stanu z dnia 1 lipca 1952 r.”
1952 r. Skany ze strony https://rcin.org.pl/ – IJP PAN, sygn. 0001-001949-00 ; IJP PAN, sygn. 0001-001950-00 ; Współtwórca: Główny Urząd Statystyczny.
W dniu 25 września 1954 r. rząd wydał ustawę o reformie podziału administracyjnego wsi i o powołaniu gromadzkich rad narodowych. Rząd uczynił to w celu „włączenia coraz szerszych rzesz pracujących do udziału w rządzeniu Państwem, rozwijaniu ich twórczej inicjatywy i aktywności dla pomnażania dobrobytu i kultury wsi; sprawniejszego zaspokajania potrzeb materialnych i kulturalnych ludności; dalszego zbliżenia organów władzy państwowej do najszerszych mas pracujących wsi”. W miejsce dotychczasowych gmin i gromad utworzono nowe gromady, jako jednostki podziału administracyjnego wsi. W skład gromady wchodziły wsie położone na terenie jednej gminy lub sąsiadujących ze sobą gmin, powiązane komunikacyjnie oraz posiadające wspólne urządzenia gospodarcze, kulturalne lub zdrowotne. Liczba mieszkańców nowej gromady miała wynosić od jednego do trzech tysięcy, odległość do siedziby gromadzkiej rady narodowej najwyżej trzy kilometry, powierzchnia od 15 do 50 km.
W dniu 5 października 1954 r. w powiecie ostrołęckim utworzono 41 gromad.
W gromadzie Rzekuń znalazły się miejscowości: Czarnowiec, Daniszewo, Drwęcz, Dzbenin, Goworki, Kaczyny-Tobolice, Korczaki, Ławy, Rzekuń, Susk Nowy i Susk Stary.
W 1956 r. we wstępie do oficjalnego wydawnictwa podano, iż dokonana przed dwoma laty reforma podziału administracyjnego wsi odpowiadała potrzebom gospodarczym i społecznym kraju. Na miejsce 3000 gmin powstało 8759 gromad i 87 osiedli.
Począwszy od 1954 roku aż do końca 1971 roku liczba gromad oraz migracja wsi między gromadami zmieniała się tak często, że druga część publikacji musiałaby być poświęcona tym zmianom. Nie doczytujemy się migracji wsi Czarnowiec pomiędzy gromadami w tym czasie. Czarnowiec w tym okresie znajdował się wciąż w gromadzie Rzekuń.
Czas funkcjonowania samych gmin
W dniu 1 stycznia 1973 r. na mocy ustawy z 29 listopada 1972 r. zniesiono dotychczasowy podział terenów wiejskich na gromady i osiedla. Utworzono gminy „jako podstawowe jednostki podziałów administracyjno-gospodarczych na terenach wiejskich, stwarzające ze względu na swe rozmiary, potencjał gospodarczy i urządzenia odpowiednie warunki do kierowania rozwojem gospodarczym i społeczno-kulturalnym oraz dla zaspokojenia potrzeb mieszkańców. Od l czerwca 1975 r. utworzono województwo ostrołęckie, a zlikwidowano dotychczasowe powiaty.
W skład województwa ostrołęckiego weszły: miasta – Ostrołęka, Brok, Chorzele, Maków Mazowiecki, Ostrów Mazowiecka, Przasnysz, Różan, Tłuszcz i Wyszków oraz gminy: Baranowo, Brańszczyk, Brok, Chorzele, Czarnia, Czerwin, Czerwonka, Dąbrówka, Długosiodło, Goworowo, Jednorożec, Kadzidło, Klembów, Krasnosielc, Krzynowłoga Mała, Lelis, Łyse, Małkinia Górna, Myszyniec, Obryte, Olszewo-Borki, Ostrów Mazowiecka, Płoniawy-Bramura, Przasnysz, Rozogi, Różan, Rząśnik, Rzekuń, Rzewnie, Somianka, Stary Lubotyń, Szelków, Sypniewo, Tłuszcz, Troszyn, Wąsewo, Wyszków, Zabrodzie, Zaręby (ta gmina przetrwała zaledwie rok i została połączona z gminą Chorzele – przyp. MK) i Zatory.
Gdy w 1975 r. zlikwidowano powiaty, a podstawowymi jednostkami podziału administracyjnego zostały gminy i miasta, gmina Rzekuń od tej pory składała się z następujących wsi: Borawe, Czarnowiec, Daniszewo, Drwęcz, Dzbenin, Goworki, Kamianka, Korczaki, Laskowiec, Ławy, Nowy Susk, Nowawieś Wschodnia (pisane razem), Nowe Przytuły, Ołdaki, Rzekuń, Rozwory, Stary Susk, Stare Przytuły, Teodorowo, Tobolice i Zabiele. W 1990 r. do gminy Rzekuń dołączono również sołectwo Nowa Wieś Cyganowo.
W podanych wyżej okresach siedzibami gmin była przeważnie miejscowości o tej samej nazwie, niekiedy w innej. Tak było również z gminą Rzekuń, która swoją siedzibę miała w Ostrołęce. W latach 1948 – 1973 mieszkańcy Czarnowca sprawy urzędowe załatwiali właśnie w magistracie Ostrołęckim.
Zmiany granic miasta Ostrołęki – jako siedziby gminy Rzekuń w latach 1948-1973.
Kiedy zmieniano granice miasta? 1. W 1936 r. 2. W 1970 r. do obszaru miasta Ostrołęki włączono: a) Część terenów wsi Olszewo-Borki o powierzchni około 50 ha, b) Część terenów wsi Drężewo o pow. około 50 ha, c) Część terenów wsi Dzbenin o pow. około 12 ha, d) Część terenów wsi Ławy o pow. około 234 ha i o pow. 94 ha (gmina Rzekuń), e) Cały obręb wsi Goworki o pow. około 180 ha. (gmina Rzekuń).
Ostatnią zmianą granic, którą większość z nas pamięta to ta z 2018 roku. Należy przypomnieć, że podczas głosowań radnych miasta Ostrołęki tylko obecny Prezydent miasta Łukasz Kulik (wówczas radny miejski) był przeciwny odebraniu gminie Rzekuń tego terenu.
3. Od 1.01.2018 r. do obszaru miasta Ostrołęki włączono tereny gminy Rzekuń: a) Część terenów wsi Nowa Wieś (Nowa Wieś Leśniewo) o powierzchni 207,99 ha, b) Część terenów wsi Goworki o powierzchni 79,08 ha, c) Część terenów wsi Ławy o powierzchni 195,67 ha, Łącznie 482,74 ha.
Foto: moja-ostroleka.pl, Mapa z zaznaczonym obszarem odebranym gminie Rzekuń z dniem 1 stycznia 2018 r.Granice dzisiejszej Ostrołęki – stan z 1 stycznia 2018 r.Południowa granica miasta Ostrołęki ustanowiona w 1970 roku.
Powiat ostrołęcki
Od 1919 r. powiat ostrołęcki był w województwie białostockim, od 1 kwietnia 1939 r. w województwie warszawskim, w latach 1975-1998 – został zlikwidowany, od 1 styczni 1999 r. w województwie mazowieckim. Początkowo powiat dzielił się na gminy, w 1933 r. wprowadzono podział gmin na gromady, w 1954 r. w miejsce dotychczasowych gmin i gromad utworzono nowe gromady, w 1973 r. powrócono do gmin z podziałem ich na sołectwa. Najniższą jednostkę zawsze stanowiły miejscowości: wsie, folwarki, kolonie, osady, które włączano do gmin, gromad, sołectw.
Mapa powiatu ostrołęckiego z 1907 roku, która pokazuje, że obszar powiatu w późniejszych latach był o wiele większy. Foto: strona z Atlasu Ilustrowanego Geograficznego Królestwa Polskiego J. M. Bazewicza
Jakie nazwy urzędowe przysiółków, osad, kolonii w naszej miejscowości przewijały się przed laty? Jakie stosowano w potocznej mowie nazwy poszczególnych obszarów wsi?
Oto lista dotychczas udokumentowanych nazw – na podstawie starych map i dokumentów urzędowych. Urzędowe: Czarnowiec Włościański, Czarnowiec Szlachecki, Czarnowiec majątek, Czarnowiec Folwark, Czarnowiec Leśniczówka, Czarnowiec kolonia, Uksza, Wilcza Góra, Potoczne: Sowijowe Góry, Zaborze, Leszczyna, Bagno, Sacharyn, Przece, Pod górą, Małpi Gaj, Wał.
Czy granice Czarnowca były zawsze takie same?
Można przyjąć, że od 1944 roku gdy w Polsce częściowo podzielono ziemię między chłopów.
Reforma rolna w powojennej Polsce była procesem rozdawania ziemi uznaniowo. Ogółem w latach 1944–1948 na cele reformy rolnej zostało przejętych 9707 majątków ziemskich. Stało się to na podstawie Dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej. Dekret realizował zasadnicze cele komunistów: likwidację warstwy ziemiańskiej oraz zdobycie poparcia wśród mieszkańców wsi. Według komunistycznych kryteriów mieszkańców wsi klasyfikowano jako bezrolnych, małorolnych (biedniaków) oraz średniaków. Wzorem sowieckim, najbogatszych rolników określano mianem kułaków. Ziemię podczas reformy rolnej dostawało się często przy wódce i za łapówki, przydatne okazywały się znajomości. Bywało, że udało się ją wychodzić czy wyprosić u lokalnej władzy komunistycznej. Taki los spotkał również czarnowiecki majątek Wyszomirskich, który w późniejszych latach w rękach gminy Rzekuń został zrujnowany (piszemy o tym w dziale HISTORIA). Granice sołectwa Czarnowiec ukształtowały się właśnie podczas reformy gdzie rozparcelowano ziemie w dużej mierze między rodziny zamieszkujące i pracujące we dworze. Część Czarnowca Włościańskiego posiadała już właścicieli i jej terenu nie dzielono ponownie.
Poniżej kilka starych map Czarnowca.
Mapa z 1940 roku. Czarnowiec i Kaczyny-Tobolice. Ciekawostką na powyższej mapie jest oznaczony cmentarz w Czarnowcu!Niemiecka mapa z 1944 roku z opisem Dworu Wyszomirskich – „Gut”.Mapa z 1971 roku z dość niespotykaną nazwą obszaru Czarnowca „Uksza”. Jest również Czarnowiec Folwark.
Dzisiejszy Czarnowiec to również jedna nazwa „Czarnowiec” za wyjątkiem powstałego w latach 90. XX wieku osiedla „działkowego”. Mówimy dziś „w Czarnowcu na osiedlu działkowym”…
Granice Sołectwa Czarnowiec w 2023 roku. Długość: 11581 m, powierzchnia: 678.7538 ha. Obszar sołectwa prawdopodobnie istnieje od Reformy Rolnej, przeprowadzonej w latach 1944-1948.
W XXI wieku – począwszy od 2004 roku Czarnowiec z powodu napływu nowych mieszkańców (nowych dróg i nowych budynków) musiał dostosować się do współczesnych trendów, chociażby takich jak nadawania nazw poszczególnych dróg/ulic. Pierwszą nazwą ulicy, która pojawiła się w naszej wiosce to „Kasztanowa” właśnie w 2004 r. Ostatnio nadaną nazwą 13 lipca 2021 r. jest „Pułkowa”. Wszystkich dróg/ulic z nazwą własną jest obecnie w Czarnowcu aż 36. Są również dwie drogi, z zabudowaniami i mieszkańcami ale nie posiadają one nazwy własnej. Są to drogi powiatowe 2550W i 4403W. Gdybyśmy chcieli „objechać” rowerem lub przebiec wszystkie zamieszkałe drogi/ulice to dystans ten wyniósłby aż 19048 metrów. Mając jednak na uwadze, że trzeba daną ulicą jechać tam i z powrotem to od startu do mety (odwiedzając wszystkie ulice) wyszłoby ponad 45 kilometrów.
Tę wartość w następnym roku (jako czelendż) zamierza ustalić sołtys Czarnowca, który zmierzy dokładnie na rowerze przebytą drogę potrzebną do ustalenia odległości…
Dokładny spis ulic znajdziemy na stronie Czarnowiec.pl.
W tym roku (2023) ilość budynków mieszkalnych w Czarnowcu przekroczyła już liczbę 240. W materiale powyżej używano nazwy „ilość dymów”. Obecnie tej miary zastosować nie sposób, bo nasze współczesne budowle posiadają więcej niż jeden komin „dym”.
Zameldowanych mieszkańców w Czarnowcu jest obecnie ponad 580 osób ale liczba stałych mieszkańców Czarnowca to ponad 650 osób.
[1] – dym, dymów – to ówczesna miara, na podstawie której liczono budynki – jeden budynek, jeden komin, jeden dym. źródło [-] – Jemielity, Witold, Podziały administracyjne powiatu ostrołęckiego w latach 1919-1990, „Studia Łomżyńskie”, 8, 1997, s. [77]-99
Na koniec informacja o dziesiątej edycji spaceru leśnego – „10. Liczenie Liści”.
Materiał powyższy został opracowany (częściowo) na potrzeby konkursu historyczno-geograficznego, który będzie przeprowadzony na mecie – przy świetlicy w Czarnowcu. Na spacer wyruszamy w niedzielę 12 listopada 2023 r. o godz. 11:00 spod świetlicy. Zachęcamy zatem do zapoznania się z powyższym materiałem oraz innymi artykułami z działu HISTORIA, bo właśnie z tych zagadnień będą pytania podczas smażenia kiełbasek na mecie spaceru. Pytania ułożył i jako jedyny zna ich treść Pan Jacek Pawłowski, który będzie odpowiedzialny za przeprowadzenie konkursu. O spacerze piszemy tui tu.
Zapraszamy serdecznie do licznego udziału… i lektury naszych artykułów.
ps. wrzucam tu jeszcze zajawkę trasy spaceru – naniesioną na starą mapę z 1932 roku. Niestety nie mogę dziś zdradzić przebiegu całej trasy, bo wielu z Państwa mogłoby poznać treść ewentualnych pytań 🙂
– Marek Karczewski – konsultacje: Jacek Pawłowski – mapy od Jacka Czaplickiego
To, że przed nami było życie wiemy. To czy po nas pozostaną ślady historii nie wiemy. Staramy się na naszych łamach publikować wszelkie zdobyte materiały, które może kiedyś posłużą w dalszym rozwoju naszej wioski.
Od pokoleń trwa dyskusja wokół najbardziej zasadniczych kwestii związanych z pochodzeniem Słowian zachodnich w tym społeczeństwa państwa Piastów. Dyskutują nad tym biolodzy, archeolodzy i historycy, tworzący interdyscyplinarne zespóły badawcze. W Czarnowcu znajdujemy ślady przeplatających się kultur i początków osadnictwa. Za lekturę posłużyły mi materiały zawarte na stronie internetowej archeologia.com.pl. Postanowiłem w wielkim skrócie przybliżyć zawarte tam hipotezy powstawania przeplatających się w Czarnowcu dwóch kultur Przeworskiej i Wielbarskiej.
KULTURA PRZEWORSKA
Kultura przeworska to kultura archeologiczna epoki żelaza która rozwijała się między III wiekiem p.n.e. a V wiekiem n.e. na terenach obecnej Polski, Galicji i Zakarpacia. Prawdopodobnie to na podłożu kultury pomorskiej z silnymi wpływami kultury lateńskiej powstała kultura przeworska. WPŁYWY RZYMSKIE Przez ziemie dzisiejszej Polski przebiegały liczne szlaki handlowe, w tym ten najbardziej znany, zwany szlakiem bursztynowym. Społeczności uznawane przez współczesnych badaczy pod terminem kultury przeworskiej były jednymi z wielu, które uczestniczyły w tych intensywnych czasach, zwanych okresem wpływów rzymskich. Ludność kultury przeworskiej zamieszkiwała w osadach tzw. zagrodowych, czyli z budownictwem rozproszonym, czasem tworząc również większe skupiska osadnicze. Przewodnią formą budownictwa w kulturze przeworskiej były dwunawowe domy słupowe z podziałem na część mieszkalną i inwentarzową. Ściany domów wykonane były w początkowym okresie z plecionki, później także dranicy. Używano również gliny do uszczelniania ścian. Półziemianki oraz mniejsze obiekty słupowe spełniały funkcje gospodarcze, wytwórcze i magazynowe. OBRZĄDEK POGRZEBOWY Kultura przeworska znana jest nie tylko z bardzo wielu osad, ale i cmentarzysk. Jej cechami charakterystycznymi są: dominujący lub prawie wyłączny obrządek ciałopalny, duża ilość broni i narzędzi w grobach męskich, oraz częste występowanie ozdób i części stroju wykonanych z żelaza. Broń często w trakcie obrzędów pogrzebowych była rytualnie zginana lub niszczona. W dalszym ciągu użytkowane są rozległe cmentarzyska, funkcjonujące nawet do początku V w. W najpóźniejszych fazach tych nekropoli pojawia się warstwa ciałopalenia z rozproszonymi fragmentami wyposażenia. Czy jest to nasze Czarnowieckie Stonehenge?
KULTURA WIELBARSKA
Kultura wielbarska (inaczej gocko-gepidzka oraz wschodnio-pomorsko-mazowiecka) – kultura archeologiczna epoki żelaza rozwijająca się między I a V wiekiem, na terenach obecnej północnej i wschodniej Polski oraz zachodniej Ukrainy. Jeśli chodzi o pojawienie się i obecność Słowian w naszej części Europy – obowiązują dwie skrajne hipotezy. „Od 200 lat toczy się bardzo zażarta dyskusja, czy obowiązującą teorią jest hipoteza autochtoniczna, czy allochtoniczna. Autochtoniczna zakłada, że Słowianie żyli tu od zawsze, natomiast hipoteza allochtoniczna zakłada, że kiedyś tu żyli Germanie, po okresie wielkich wędrówek ludów, oni opuścili nasze tereny, a przyszli w to miejsce Słowianie” (prof. Marek Figlerowicz). OBRZĄDEK POGRZEBOWY W pierwszych wiekach n.e. na terenach współczesnej Polski inhumacja (grzebanie zwłok) stała się dominującą praktyką pogrzebową wśród ludności związanej z kulturą wielbarską. Populacja ta istniała w dorzeczu Wisły między I a V wiekiem n.e. Większość teorii łączy jej powstanie z migracją północnych ludów zwanych potocznie Gotami. Dotychczasowe badania archeologiczne wskazują, że do V wieku n.e. imigranci z północy żyli obok praktykującej kremacje ludności lokalnej, związanej z wcześniej powstałą kulturą przeworską. Końcowy etap współistnienia kultur wielbarskiej i przeworskiej na terenach obecnej Polski przypadł na okres wędrówek ludów. Po jej zakończeniu kultury materialne na tym terenie stały się bardziej jednorodne, a archeolodzy powszechnie utożsamiają je ze Słowianami, którzy nadal praktykowali kremację zmarłych aż do chrztu pierwszej polskiej dynastii rządzącej (w 966 roku n.e.). OSADNICY Populacje wiązane z kulturą wielbarską tworzyli głównie migrujący z północy mężczyźni oraz lokalne kobiety. W genomach (sekwencja DNA badanych organizmów) osób będących mieszanką przybyszów z północy oraz ludności lokalnej, znajdują się praktycznie wszystkie komponenty genetyczne obecne w genomach populacji tworzącej społeczeństwo państwa Piastów. Oznacza to, że już w V wieku n.e. zakończyły się zasadnicze procesy demograficzne kształtujące strukturę genetyczną populacji zamieszkującej obszar współczesnej Polski w X-XII wieku n.e. źródło: archeologia.com.pl
foto: wikipedia. Kolor seledynowy (jasny zielony) – KULTURA PRZEWORSKA, kolor czerwony – KULTURA WIELBARSKA
Materiały poniżej prezentowane mają w zasadzie charakter kwalifikujący się do kategorii wiadomości urzędowych, a nie historycznych lecz z braku w naszej domenie specjalnej rubryki zamieszczamy to właśnie tu.
UWAGA! Oznaczenia na mapachpunktów czy obszarów są orientacyjne, nie są tu wskazane konkretne współrzędne miejsc.
W lipcu 2023 roku na stronie BIP Urzędu Gminy w Rzekuniu pojawiły się materiały „Karty zabytków” z terenu gminy Rzekuń. Odnajdujemy wśród nich również karty z Czarnowca. Dr hab. Maciej Karczewski z Białegostoku, dnia 12.08.2021 r. opracował poniższe karty, dzięki którym możemy zobaczyć kiedy i gdzie odnaleziono ślady osadnictwa w Czarnowcu.
Profesor Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Magister – 1992 r., Katedra Archeologii Polski i Powszechnej Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, archeologia Polski i powszechna. Praca magisterska napisana pod kierunkiem prof. Jana Kowalczyka: „Osadnictwo pradziejowe i wczesnośredniowieczne w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich i na Pojezierzu Ełckim. Wyniki poszukiwań archeologicznych wokół torfowisk Łajty, Nietlice, Czarne Łąki i Gawliki Wielkie”. Doktor – 2000 r., Wydział Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego, archeologia. Rozprawa doktorska przygotowaną pod kierunkiem prof. Wojciecha Nowakowskiego: „Osadnictwo kultury bogaczewskiej w południowej części Krainy Wielkich Jezior Mazurskich w okresie wpływów rzymskich”. Habilitant – 2013 r., Wydział Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego, archeologia. Rozprawa habilitacyjna: „Archeologia środowiska zachodniobałtyjskiego kręgu kulturowego na pojezierzach”. Jest członkiem w stowarzyszeniach: European Archaeologists Association, Association for Environmental Archaeology, Stowarzyszenia Naukowego Archeologów Polskich, Stowarzyszenia Archeologii Środowiskowej, Komisja Nauk Humanistycznych przy Oddziale PAN w Olsztynie i w Białymstoku z siedzibą w Olsztynie, Ośrodek Badań Europy Środkowo-Wschodniej. Więcej o Macieju Karczewskim możemy dowiedzieć się na domowej stronie uczelni
Z poniższych dokumentów Pana Macieja Karczewskiego dowiadujemy się o obszarach chronionych, na których nie można prowadzić prac inwestycyjnych. Podlegają one pod Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Zaborze
Niżej zamieszczone mapy z kart zabytków i mapa teraźniejsza pokazują: Nazwa: 1/ osada, 2/ osada Czas powstania: 1/ późny okres lateński – okres wpływów rzymskich, kultura przeworska, 2/ średniowiecze Historia, opis i wartości: Stanowisko archeologiczne odkryte w trakcie badań powierzchniowych Archeologicznego Zdjęcia Polski. Stanowi potwierdzenie zasiedlania tego terenu w późnym okresie lateńskim – okresie wpływów rzymskich oraz w średniowieczu. Stan zachowania i postulaty dotyczące konserwacji: Wszelka działalność inwestycyjna na terenie występowania stanowisk archeologicznych ujętych w gminnej ewidencji zabytków, może być prowadzona wyłącznie po uprzednim przeprowadzeniu archeologicznych badań sondażowo-rozpoznawczych, na które należy uzyskać pozwolenie Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Wszelka działalność inwestycyjna w bezpośrednim sąsiedztwie stanowisk archeologicznych, ujętych w gminnej ewidencji zabytków, może być prowadzona pod nadzorem archeologicznym, po uprzednim uzyskaniu pozwolenia Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Niżej zamieszczone mapy z kart zabytków i mapa teraźniejsza pokazują: Nazwa: krąg kamienny (grób ciałopalny) Czas powstania: okres wpływów rzymskich, kultura przeworska Formy ochrony: Rejestr zabytków: 316 z 22.06.1992 r. Historia, opis i wartości: Stanowisko archeologiczne odkryte w trakcie badań powierzchniowych Archeologicznego Zdjęcia Polski. Stanowi potwierdzenie zasiedlania tego terenu w okresie wpływów rzymskich. Stan zachowania i postulaty dotyczące konserwacji: Wszelka działalność inwestycyjna na terenie występowania stanowisk archeologicznych ujętych w gminnej ewidencji zabytków, może być prowadzona wyłącznie po uprzednim przeprowadzeniu archeologicznych badań sondażowo-rozpoznawczych, na które należy uzyskać pozwolenie Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Wszelka działalność inwestycyjna w bezpośrednim sąsiedztwie stanowisk archeologicznych, ujętych w gminnej ewidencji zabytków, może być prowadzona pod nadzorem archeologicznym, po uprzednim uzyskaniu pozwolenia Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Niżej zamieszczone mapy z kart zabytków i mapa teraźniejsza pokazują: Nazwa: osada Czas powstania: nowożytność Historia, opis i wartości: Stanowisko archeologiczne odkryte w trakcie badań powierzchniowych Archeologicznego Zdjęcia Polski. Stanowi potwierdzenie zasiedlania tego terenu w nowożytności Stan zachowania i postulaty dotyczące konserwacji: Wszelka działalność inwestycyjna na terenie występowania stanowisk archeologicznych ujętych w gminnej ewidencji zabytków, może być prowadzona wyłącznie po uprzednim przeprowadzeniu archeologicznych badań sondażowo-rozpoznawczych, na które należy uzyskać pozwolenie Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Wszelka działalność inwestycyjna w bezpośrednim sąsiedztwie stanowisk archeologicznych, ujętych w gminnej ewidencji zabytków, może być prowadzona pod nadzorem archeologicznym, po uprzednim uzyskaniu pozwolenia Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Konsultacje: Jacek Pawłowski Źródło kart zabytków: rzekun.pl Źródło kart ewidencyjnych stanowisk archeologicznych z 1991 r.: https://zabytek.pl/
Marek Karczewski
17 września 1939 r. Związek Sowiecki zbrojnie zaatakował Polskę
Category: Historia,historyczne
written by Marek | 21 kwietnia 2024
17 września 1939 r. Związek Sowiecki zbrojnie zaatakował Polskę
17 września 1939 r. około godziny czwartej nad ranem Związek Sowiecki zbrojnie zaatakował Polskę. W ten sposób Stalin wywiązał się z sierpniowego, tajnego porozumienia z Hitlerem (pakt Ribbentrop-Mołotow), które przewidywało wspólną agresję na Rzeczpospolitą, zajęcie i podział jej terytorium oraz faktyczną likwidację państwa polskiego. III Rzesza i ZSRS na przestrzeni nieco ponad 2 tygodni zapoczątkowały w ten sposób wybuch II wojny światowej.
foto: ciekawostkihistoryczne.pl
Przed samym atakiem, komisarz spraw zagranicznych ZSRS Wiaczesław Mołotow odczytał ambasadorowi RP w Moskwie Wacławowi Grzybowskiemu krótką notę, w której nie wspominając ani słowem o antypolskiej zmowie Stalina z Hitlerem, za powód wkroczenia wojsk sowieckich do Polski i unieważnienia polsko-sowieckiej umowy o nieagresji podawał „wewnętrzne bankructwo państwa polskiego” i „troskę Rządu Sowieckiego o zamieszkującą terytorium Polski pobratymczą ludność ukraińską i białoruską”.
Armia Czerwona uderzyła na Polskę na całej długości wschodniej granicy II RP (ponad 1400 km). Inwazję poprzedziło szczegółowe wywiadowcze rozpoznanie potencjału militarnego polskich sił wojskowych i przygotowanie zakrojonych na szeroką skalę aresztowań polskiej elity państwowej. Atak został przeprowadzony z ogromną siłą na dwóch frontach. Polakom zacięcie zmagającym się od 1 września z armią III Rzeszy został wbity nóż w plecy. Sytuację dodatkowo pogarszała dyrektywa Naczelnego Wodza marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego o unikaniu walk z jednostkami ACz i wycofywaniu oddziałów WP do Rumunii i na Węgry.
17 września 1939 r. w Polsce rozpoczęła się okupacja sowiecka, która w niedługim czasie doprowadziła do ludobójstwa w Katyniu i masowych deportacji Polaków na wschód. Poza tym ta data to symboliczny początek trwałej utraty Kresów Wschodnich i pozbawienia Rzeczypospolitej niepodległości na kilkadziesiąt następnych lat. źródło: muzeum1939.pl
W Czarnowcu, w lesie istnieją jeszcze ślady z tamtych lat.
Są jeszcze widoczne, nawet w tej chwili najbardziej, bo wycina się kolejny czarnowiecki las jednocześnie odkrywając ślady historii Drugiej Wojny Światowej. Na wykonanych w lipcu tego roku zdjęciach widać okopy, transzeje oraz leje po bombach lotniczych. Z opowieści już nieżyjących mieszkańców wynika, że w tych lasach siedzieli ruskie (Ukraińcy)…
Nieżyjący już mieszkańcy opowiadali również swoje przeżycia jak było podczas okupacji niemieckiej i ruskiej. Jak zachowywali się i jak traktowali Polaków po napaści Niemieccy żołnierze a jak ruskie (Ukraińcy). Do tych opowieści będziemy jeszcze wracać na łamach naszej strony, w dziale HISTORIA.
Dążymy do tego aby dotrzeć do choć jednego śladu kto i kiedy walczył na tym terenie (ze zdjęć). Gdyby ktoś z Państwa posiadał wiedzę i materiały świadczące o walkach z II wojny światowej na terenach Czarnowca to serdecznie prosimy o udostępnianie.
Dziś mija 84 lata od napaści sowietów…
Pamiętajmy.
MK
Na poniższej grafice z portalu https://mapy.zabytek.gov.pl/nid/ widać doskonale to miejsce.
Nasza świetlica. Dziesięć lat po remoncie
Category: Historia,NEWS
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Przez lata była tylko charakterystycznym budynkiem pod wiekową sosną, otoczonym trawiastym placem. Stanowiła punkt orientacyjny, ale była używana rzadko.
Po remoncie i modernizacji, ogrodzona i otoczona utwardzonym parkingiem, stała się funkcjonalnym i żywym centrum naszej wsi. Mowa o wiejskiej świetlicy w Czarnowcu. 31 sierpnia mija dokładnie dziesięć lat od uroczystego oddania jej do użytku po generalnym remoncie.
Na zdjęciach powyżej: świetlica przed i po remoncie. Zdjęcia pochodzą z biuletynu informacyjnego gminy Rzekuń „Nasza Gmina”.
Słowo „świetlica” pochodzi od światła. Nieprzypadkowo. Bo początek świetlic wiejskich na polskich ziemiach brał się właśnie z braku światła. W 1917 roku powstało w Warszawie Zrzeszenie Świetlic. Celem tej organizacji było zapewnienie widnego i ciepłego miejsca do nauki dla młodzieży szkolnej – do uczenia się i do zabawy. Wszystko dlatego, że niemieckie władze okupacyjne w czasie I wojny światowej wydały zakaz używania w prywatnych domach gazu i elektryczności. A nafta i świece były tak drogie, że po zmierzchu ludzie na wsiach siedzieli po ciemku.
Instytucja świetlicy przyjęła się. Powstawały świetlice szkolne, środowiskowe czy wiejskie. Na wsiach świetlice były miejscem nie tylko nauki, ale i spotkań oraz wspólnej rozrywki. Powstawanie świetlic wiejskich w Polsce, po II wojnie światowej, wspomagało państwo. Świetlice miały być, z założenia, miejscem zebrań wiejskich, rozrywek i zabawy. W czasach upowszechniania telewizji, pierwsze odbiorniki telewizyjne na wsiach były uruchamiane właśnie w świetlicach.
Świetlica w Czarnowcu powstała trochę później. W czasach, gdy większość gospodarstw domowych posiadała już telewizory. Budynek powstał, gdy telewizja nadawała już w kolorze.
Świetlicę wybudowali – w latach 1972-1978 – mieszkańcy Czarnowca. W czynie społecznym.
Czyn społeczny to pojęcie z czasów komunizmu. Oznaczało nieodpłatną pracę dla dobra ogółu. Zazwyczaj odbywał się w soboty, które od lat 70. były w Polsce częściowo wolne od pracy. Czyn społeczny nazywany był często, po sowiecku, subotnikiem. Od słowa „subota”.
Z relacji starszych mieszkańców wiemy, że – tak jak i dziś – przy budynku pracowała wybrana (zainteresowana) grupa mieszkańców. Murarzami byli: Mieczysław Bacławski i Stanisław Mierzejewski. Pierwsze otwory okienne wypełnił stolarką czarnowiecki stolarz Michał Wróblewski. Pokrycie dachowe wykonywał mistrz Dębek z Kadzidła.
W latach 80. i 90. XX wieku w świetlicy odbywały się bardzo często potańcówki zwane wichurami. Podczas trwania zabawy można było kupić wino i piwo oraz poznać, podczas tańców, fajną dziewczynę – wspomina sołtys Czarnowca Marek Karczewski. Budynek jednak, przez wiele lat, nie został tak naprawdę wykończony. Betonowa posadzka nie była prawdziwą podłogą. Elewację zaś stanowiły białe cegły, a nie zewnętrzny tynk.
Skończyły się zabawy. Pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku świetlica była używana okazjonalnie – na zebrania wiejskie i święcenie pól. Poza tym nie działo się w niej nic.
W 2012 roku świetlica doczekała się generalnego remontu. Aby do tego doszło władze gminy zaproponowały mieszkańcom Czarnowca – Sołtysce i Radzie Sołeckiej nieodpłatne przekazanie terenu i budynku we władanie gminy. Dopiero po tym uregulowaniu prawnym gmina mogła przystąpić do prac budowlanych. Remont świetlicy w Czarnowcu rozpoczął się w drugiej połowie 2012 roku i przebiegał w dwóch etapach. W ramach remontu m.in. wymieniono stolarkę okienną i drzwiową, położono posadzki, wykonano instalację sanitarną i grzewczą, roboty malarskie, wykonano elewację budynku oraz zagospodarowano teren wokół świetlicy, wraz z ogrodzeniem terenu i nasadzeniem drzewek. 30 sierpnia tego 2013 roku inwestycję odebrano od wykonawcy. Całkowity koszt prac to 220 939,70 zł. Gmina na remont otrzymała 19 999,99 zł unijnej dotacji z Urzędu Marszałkowskiego, za pośrednictwem LGD „Zaścianek Mazowsza”.
Przy okazji remontu, na polecenie ówczesnego wójta, zniszczono piękną starą sosnę. Sekretarz gminy ocenił jej wiek na 75 lat Być może, miała lat prawie 200 (tak mówili najstarsi mieszkańcy). Do uzasadnienia potrzeby wycięcia pomnikowego drzewa posłużyła ekspertyza biegłego sądowego z zakresu leśnictwa. Ekspert, trudno powiedzieć czy intencjonalnie, nazwał swoją własną pracę „dywagacjami”. Czyli – jak mówi Słownik języka polskiego – długimi, rozwlekłymi rozważaniami, zwykle odbiegającymi od tematu. Tak czy inaczej, „dywagacje” prowadziły do konstatacji, że wycięcie drzewa jest zasadne.
Po tym jak – poprzez wycięcie sosny – wyeliminowano niebezpieczeństwo uszkodzenia dachu oraz zapychania rynien, odbyło się uroczyste otwarcie wyremontowanej świetlicy. Był 31 sierpnia 2013 roku.
„Nasza Gmina” – biuletyn informacyjny ówczesnych władz gminy Rzekuń – donosił kogo na uroczystości „nie zabrakło”. „Nie zabrakło włodarzy Gminy ze Stanisławem Godziną, Wójtem Gminy Rzekuń i Edwardem Gryczką, Przewodniczącym Rady Gminy. Był ks. kan. Jan Mrowca, proboszcz parafii rzekuńskiej, mieszkańcy miejscowości, a nawet przybyła konno szlachta w strojach z epoki, (…)”
„Nie zabrakło także przedstawicielek LGD 'Zaścianek Mazowsza’ z prezes Barbarą Kuczyńską. Dzięki przynależności gminy Rzekuń do stowarzyszenia udało się pozyskać na remont świetlicy środki z Unii Europejskiej. Rolę gospodyni sprawowała nie przez przypadek Wiesława Milewska, Sołtys Czarnowca”.
„- Od czasów powojennych nasz Czarnowiec nie miał takiego dobrego sołtysa – chwalili podczas uroczystości mieszkańcy”. To również cytat z organu ówczesnych władz gminy Rzekuń z 2013 roku.
Tak było dziesięć lat temu. Dziś, gdy pytamy obecnego sołtysa Czarnowca Marka Karczewskiego czy remont świetlicy wytrzymał próbę czasu, odpowiada:
– Brakuje efektywnej wentylacji, a najlepiej klimatyzacji, o których nikt nie pomyślał przed laty. Brakuje tej funkcjonalności nawet dziś gdy mieszkańcy przeznaczyli kwotę 20000 zł z Funduszu Sołeckiego na montaż urządzeń. Gmina jest bierna i nadal nie wiemy czy podczas jesienno-zimowych wydarzeń w pomieszczeniach nie będzie nadmiernie skraplać się para płynąc po oknach, ścianach, podłodze. Brakuje również pomieszczenia gospodarczego, w który można byłoby pozostawić stoły do tenisa, krzesła, stoły do konsumpcji i inne urządzenia rozrzucone obecnie po pomieszczeniach użytkowych – mówi sołtys.
Mimo wymienionych przez sołtysa niedogodności, świetlica tętni życiem i rozwija się. Niektórzy mieszkańców chętnie pomagają przy jej utrzymaniu i często z własnych pieniędzy kupują drobne, niezbędne rzeczy potrzebne do właściwego funkcjonowania obiektu. Niepisaną zasadą korzystania przez mieszkańców ze świetlicy na prywatne cele jest to, że oprócz zwrotu kosztów eksploatacji, korzystający kupują jakiś element do wyposażenia świetlicy.
Gospodynią Świetlicy jest Pani Teresa Łępicka, która przejęła tę funkcję po nieodżałowanym małżonku Eugeniuszu Łępickim – pierwszym Gospodarzu.
Przy tej okazji zachęcamy mieszkańców i sympatyków Czarnowca o udostępnianie swoich wspomnień i zdjęć związanych z budynkiem świetlicy. Materiały można przesyłać na adres: wiesczarnowiec@gmail.com lub kontaktować się bezpośrednio z sołtysem – 533 613 913.
Jak wyglądali mieszkańcy 10 lat temu? Kogo widzimy na zamieszczonych zdjęciach? Kto opuścił już nasze progi? Dowiemy się ze zdjęć Pani Justyny Piersy-Sokołowskiej
Biuletyn gminny z 2013 roku. Można również zapoznać się z treścią Biuletynu Informacyjnego wydawanego przez Urząd Gminy w Rzekuniu. Kliknij w obrazek poniżej aby zapoznać się z treścią biuletynu.
Jacek Pawłowski Marek Karczewski
Cudni zabici 14 sierpnia
Category: Historia,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
KARTY HISTORII CZARNOWCA W GMINIE RZEKUŃ
Na zdjęciu omyłkowo podano datę.
14 sierpnia 1947 r. – Narodowe Zjednoczenie Wojskowe (NZW) morduje w Czarnowcu Wacława Cudnego i Józefę Cudną z Nadrowskich oraz dwie ich córki Krystynę (17 lat) i Stanisławę (20 lat), dwoje młodszych dzieci ocalało (Henryk – 11 lat, Mieczysław – 9 lat). Starszy syn był w tym czasie poza domem (Lucjan). W uzasadnieniu wyroku było napisane: “członkowie rodziny byli w różny sposób uwikłani w pracę dla czerwonego reżymu”. To najprawdopodobniej XV Okręg NZW z Łomży pod dowództwem “Cygana” Jerzego Dominiaka był sprawcą tej tragedii.1 W innych okręgach NZW takie praktyki nie były stosowane. Członkowie w innych okręgach za podobne czyny byli pałowani albo musieli zjeść legitymację partyjną.
Zbrodnie wojenne w czasie wojny domowej 1944-1947.
Zwycięstwa Armii Czerwonej zakończyły niemiecką okupację w Polsce, która przyniosła miliony ofiar. Jednak ta sama Armia, w której strukturach znajdowały się policyjne formacje NKWD i kontrwywiad wojskowy, nie przywróciła utraconej niepodległości i nie zapewniła bezpieczeństwa mieszkańcom. „Wprowadzenie demokracji ludowej 1945-1956” – to głoszone hasła tego niepewnego okresu pod rządami sowietów. Ocenia się, że w tych latach stracono łącznie około 25 tys. osób a wśród nich bezbronnych cywilów, rolników, gospodyń domowych oraz dzieci.
Mord w Czarnowcu gmina Rzekuń, powiat ostrołęcki.
Co stało się 14 sierpnia 1947 r.? Patrol NZW KP „Podhale” zastrzelił bezpartyjnego rolnika Wacława Cudnego, jego żonę Józefę oraz córki Stanisławę i Krystynę. Działo się to na oczach dwójki młodszych dzieci (Mieczysława i Henryka), którym bandyci darowali życie.
Dostępne źródła mówią, że był to przypadek zastosowania odpowiedzialności zbiorowej wobec rodzin, których członkowie „byli w różny sposób uwikłani w pracę dla czerwonego reżimu”. W jaki sposób byli uwikłani Cudni nigdy nie wyszło na jaw. Na czym polegała „praca dla czerwonego reżimu” w przypadku małżeństwa rolników z Czarnowca i ich dwóch młodych córek? Wszyscy milczeli.
Mieszkańcy Czarnowca (już nieżyjący) mieli o tej zbrodni inne zdanie. Według nich to nie było „rozliczenie” za współpracę z komunistami, bo takiej nie było lecz była to zbrodnia na zlecenie.
W dniu zbrodni, 14 sierpnia 1947 roku bandyci przybyli na podwórze Cudnych w Czarnowcu. Jeden z nich stał na drodze przed domem i wszystkim kazał uciekać – wycofywać się z tego rejonu. Zabronił Monice Krupie i Jej córce Janinie Gierłowskiej wychodzenia z domu i podwórza. Gierłowscy, Kozłowscy, Dąbrowscy, Złotkowscy byli sąsiadami Cudnych z naprzeciwka. Sąsiadki chciały iść na stację kolejową do Ostrołęki na pociąg do Warszawy, jednak zostały zawrócone do domu przez oprawców. Wróciły, uchyliły okna od strony drogi i nasłuchiwały co u Cudnych się dzieje. Dodać należy, że domy sąsiadów były okryte zielenią. Przy płotach po obu stronach drogi rosła bujna roślinność: bzy, jaśminy, leszczyny i inne drzewa. Sąsiadki niezauważenie wsłuchiwały się w to co za chwilę miało nastąpić. Po chwili w domu Cudnych rozległy się krzyki, głuche strzały i nastała cisza… Gdy tylko bandyci odeszli wszystkie dzieci z okolicznych podwórek pobiegły do okien pod dom Cudnych. W środku było widać tylko fruwające pierza z pościeli bestialsko zamordowanej rodziny. Wiadomo było, że stało się najgorsze…
foto poglądowe: wielkahistoria.pl
W dniu pogrzebu, w domu Cudnych i Nadrowskich, w sieni stały na stołach cztery trumny. Cudni mieszkali w większej izbie, a matka Józefy Bronisława Nadrowska zajmowała mniejsze pomieszczenie domu. Na pogrzeb przyszła cała wieś!
Jedna z wielu plotek? Hipoteza pierwsza.
Dlaczego nieżyjący już dziś mieszkańcy Czarnowca podejrzewali, że Cudnych zabito z innego powodu? Od wielu lat w Czarnowcu mieszkała rodzina Stefańskich, która była bezdzietna. Stefańscy gdy byli już w podeszłym wieku postanowili przepisać swoje gospodarstwo innej rodzinie, która miała Ich „dochować”. Jednak Państwo Stefańscy „przeciągali” swój żywot i wprawiali w niecierpliwość obdarowanych. Gdy podczas cyklicznych wizyt (kiedyś ludzie się odwiedzali aby spytać co słychać) jedna z odważniejszych kobiet we wsi podczas całej wojennej i powojennej okupacji, która nie bała się ani ruskich ani niemieckich żołnierzy Pani Zofia Złotkowska u Stefańskich dowiedziała się, że obdarowani niewłaściwie traktują darczyńców – poradziła Im zatem zmienić testament. Stefańscy chcieli to uczynić.
W związku z tym, że to rodzina Cudnych bardzo pomagała Stefańskim, to właśnie Im mieli zapisać u notariusza swoje gospodarstwo. Wiemy co stało się 14 sierpnia 1947 r. i dlaczego nie doszło do wizyty u notariusza. Po tej tragedii sierpniowej spadkobiercy po Stefańskich sprzedali gospodarstwo osobom trzecim. Czy zatem zarzut w stosunku do Cudnych, że „byli w różny sposób uwikłani w pracę dla czerwonego reżimu” oznaczał rodzinę Stefańskich jako czerwony reżim? „Ludzie gadali i będą gadać” – czy w tych plotkach była jakaś prawda, możliwe, że Ci co gadali, prawdę zabrali ze sobą do grobu.
Mieszkańcy wiedzieli swoje, władza ludowa, która określała się Polską władzą miała swoje uzasadnienia. Oprawcy i zleceniodawcy nigdy nie zostali osądzeni. Dlaczego? Z ludzkiego strachu przed prawdą – wszyscy się bali, a o Cudnych dopiero zaczęli mówić przed odejściem z tego świata.
Nie ma możliwości ustalenia, na ile udzielanie pomocy oprawcom było efektem przymusu, strachu czy presji moralnej, a na ile wynikało z jednoznacznej, dobrej woli pomagających. Niemniej w tym kontekście jest bardzo mało prawdopodobne, by przejmowanie dóbr materialnych odbywało się wyłącznie za nieprzymuszonym porozumieniem stron.
Czy są inne fakty lub hipotezy? Czy odnajdą się prawdziwe dokumenty, które ostatecznie potwierdzą ten okrutny mord?
W 1968 roku odezwali się Cudni z Korsz przesyłając do Janiny Gierłowskiej (sąsiadki z naprzeciwka) fotografię z podpisem: „Na pamiątkę Cudni. Czarnówiec dn. 01.11.68r” Nie znamy osób ze zdjęcia… (tak pisaliśmy 14.08.2023 r.)
Nie znamy osób ze zdjęcia…rewers zdjęcia z 1968 rokuZdjęcie pokolorowane przez sztuczną inteligencję w 2023 r.
edit 27.11.2023, Od lewej na zdjęciu: córka Lucjana, Lucjan Cudny (1934?), żona Lucjana z wnuczką.
foto: Marek Karczewski, 2.11.2023 r.
Mogiła na cmentarzu parafialnym w Rzekuniu. W 1947 roku gdy grzebano ciała w czterech trumnach, to grób Cudnych był bardzo szeroki ok. 3,5 metra. W roku 2013 jednak to się zmieniło, bo w tym miejscu ówczesny proboszcz pozwolił „założyć” nowy grób. Zdjęcie z 2023 roku.
Cudni, którzy przetrwali założyli rodziny w miejscowości Korsze leżącej pomiędzy Kętrzynem a Bartoszycami…
Z nadzieją czekamy na odzew ocalałych dzieci Wacława i Józefy.
RODZINA ZAMORDOWANYCH MIESZKAŃCÓW CZARNOWCA
Wacław Cudny syna Adama i Anny z Kielaków urodzony w Iłach parafia Kamieńczyk (11.04.1892 – 14.08.1947). Jego ojciec był robotnikiem w osadzie Kamieńczyk. Wacław przybył do Czarnowca na gospodarstwo do Nadrowskich. Józefa Cudna z Nadrowskich córka Józefa i Bronisławy z Sawickich urodzona w Czarnowcu parafia Rzekuń (14.11.1903 – 14.08.1947). Stanisława Cudna (13.01.1926 – 14.08.1947) – rolniczka. Krystyna Cudna (05.01.1930 – 14.08.1947) – była z zawodu krawcową.
Ocaleli: Lucjan Cudny (1934?). Henryk Cudny (1936) – chodził do piątej klasy Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Szkoła mieściła się wówczas w budynku Państwa Jakackich, w którym mieszkał późniejszy wójt Rzekunia Antoni Jakacki (obecnie ul. Bema). Budynek w 2022 roku zburzono. MieczysławCudny (1938) – dziewięciolatek był właśnie dzień po komunii świętej, którą przyjmował w rzekuńskiej parafii.
Dzieci niepełnoletnie, które przeżyły po tej tragedii zabrano do „ochronki”.
Foto: Marek Karczewski, 2.11.2023 r.
Ostrołęka – Ochronka (wczesna forma przedszkola), pocztówka z okresu międzywojennego. Obecnie siedziba „Meditransu” przy ul. Kościuszki. foto z tablicy FB Macieja Kleczkowskiego.
Poniżej skany z Archiwum Państwowego, w tłumaczeniu Pani Marty Wojciechowskiej z Myszyńca.
Cdn…
Marek Karczewski
Instrukcja oglądania czarnowieckich zdjęć na płocie
Category: Historia,NEWS
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Nasza plenerowa wystawa historycznych zdjęć na pewno wkrótce stanie się popularna wśród weekendowych spacerowiczów i przejeżdżających rowerzystów.
Każde z dziesięciu zdjęć jest podpisane. Ale podpis, siłą rzeczy, musi być krótki. Gdyby ktoś chciał coś więcej dowiedzieć się o historiach związanych z tymi zdjęciami, poniżej zamieszczamy krótki przewodnik po fotografiach. Liczymy od lewej.
Zdjęcie pierwsze od lewej to strona tytułowa „tabeli likwidacyjnej” – dokumentu administracji carskiej z 1864 roku, poświadczającego w jaki sposób została nadana czarnowieckim chłopom ziemia na własność. Car Aleksander II wydał w tamtych czasach ukaz o uwłaszczeniu chłopów. Chciał w ten sposób osłabić znaczenie uwłaszczenia przeprowadzonego przez polski Tymczasowy Rząd Narodowy, który na terenach objętych powstaniem styczniowym, miesiąc wcześniej nadał chłopom ziemię na własność. W ten sposób zaborca chciał wbić klin między chłopów a powstańców. Tak aby chłopi musieli kalkulować: po co im popierać powstańców, skoro pod rządami cara stali się właścicielami swoich ziem. Niezależnie od politycznych intencji, uwłaszczenie stało się faktem. A dokumenty carskie sprzed ponad półtora wieku przeanalizowaliśmy w artykule „Jak car Aleksander uwłaszczył czarnowieckich chłopów”.
Drugie zdjęcie od lewej przedstawia Jana, Ludwikę i Zygmunta Wyszomirskich. To troje z czworga dzieci przedwojennego właściciela majątku ziemskiego w Czarnowcu – Romana Wyszomirskiego. Wszyscy troje w czasie II wojny światowej walczyli w różnych formacjach wojskowych. Dzieje Wyszomirskich opisaliśmy w artykule: „Kim byli Wyszomirscy z Czarnowca – historia w czterech częściach”.
Fotografia trzecia przedstawia wykopalisko archeologiczne w Lesie Czarnowieckim z 1992 roku. Okazało się ono jednym z “najbardziej interesujących zabytków archeologicznych w skali kraju”. Kto wydał taką opinię i co dokładnie znaleziono w kręgu całopalnym do pozbywania się zwłok z wczesnego okresu wpływów rzymskich na naszych terenach – przedstawiliśmy w tekście „Czarnowieckie Stonehenge”.
Zdjęcie czwarte pochodzi z inwentaryzacji parku podworskiego w Czarnowcu, przeprowadzonej w 1981 roku przez Jana Zglińskiego, Marię Olszewską i Alicję Kalinowską. Szczegóły prac tej grupy badaczy przybliżyliśmy w publikacji: „Skoro dwór zniszczony, ocalmy chociaż drzewa”.
Na piątym – jedynym barwnym zdjęciu w naszej kolekcji – widać kawałek codziennego życia wsi z połowy lat 80. XX wieku. Nie wiemy o nim nic więcej ponad to, co zostało zawarte w podpisie. Zdecydowaliśmy się umieścić je na wystawie, bo jest bardzo charakterystyczne dla swoich czasów. W latach 80. na polskiej wsi było więcej koni i furmanek niż traktorów i samochodów.
Kolejne zdjęcie – pierwsze pionowe – przedstawia Stefana Sakowskiego (dorosły) i jego bratanka Stanisława Gierłowskiego (dziecko). Stefan Sakowski był żołnierzem II Armii Wojska Polskiego. Jego postać przestawiliśmy w materiale: „Podporucznik z Czarnowca”.
Obok zdjęcia Sakowskiego i Gierłowskiego znajduje się świadectwo czeladnicze Teodora Stanisława Złotkowskiego – rzemieślnika pochodzącego z Czarnowca. Jego przodkiem prawodpodobnie był budowniczy kaplicy cmentarnej w Rzekuniu. Jak wyglądała edukacja zawodowa przed wojną w Ostrołęce i jakie były losy Teodora Stanisława Złotkowskiego – o tym traktował tekst „Świadectwo czeladnika urodzonego w Czarnowcu”.
Kolejne zdjęcie to okno. Okno dworu Wyszomirskich, znajdującego się w momencie wykonania fotografii, już w stanie ruiny. Dwór Wyszomirskich był najokazalszym budynkiem we wsi. Historię jego świetności i popadania w ruinę opisaliśmy w artykule „Czarnowiec nieodbudowany. Jak dwór Wyszomirskich popadał w ruinę”.
Ostatnie zdjęcie (a pierwsze od prawej) to rodzina Cudnych z Czarnowca zastrzelona przez członków Narodowego Zjednoczenia Wojennego w sierpniu 1947 roku. NZW twierdziło, że Cudni współpracowali z komunistami. Krótki opis tamtej tragedii znajduje się w „Monografii gminy” Rzekuń Jerzego Dziewirskiego, oraz w Kalendarium na stronie czarnowiec.pl.
79. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego
Category: Historia,historyczne,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
79. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego
Tadeusz Bór-Komorowski wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie. 79 lat temu, 31 lipca 1944 roku, dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydał komendantowi Okręgu AK Warszawa-Miasto płk. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi” decyzję o rozpoczęciu Powstania 1 sierpnia 1944 roku.
Na mocy rozkazu dowódcy Armii Krajowej, gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” powstanie warszawskie rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 r. o 17.00, tzw. godzinie „W”. Miało na celu wyzwolenie stolicy spod niemieckiej okupacji przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej. Powstańcy chcieli doprowadzić do wyzwolenia Stolicy spod okupacji hitlerowskiej przed przybyciem armii sowieckiej, a tym samym zapewnić Polsce suwerenność po zakończeniu wojny. Oddziały powstańcze, chociaż liczne, ale bez odpowiedniego uzbrojenia stanęły do walki z regularną, w pełni zmilitaryzowaną armią niemiecką.
List 11-letniego ucznia do Powstańca Warszawskiego z 2019 roku.
„Jestem małym chłopcem i dopiero teraz zaczynam uczyć się historii i zdobywać wiedzę na temat Powstania Warszawskiego. Jestem pełen podziwu dla bohaterstwa powstańców i odwagi jaką mieli ci młodzi ludzie. Mam młodszego brata i siostrę i cieszę się, że dzięki Waszemu poświęceniu mogę mieszkać i żyć w wolnym kraju. (…) Mam nadzieję, że żadne z następnych pokoleń Polaków już nigdy nie będzie musiało poświęcać swojego życia za Ojczyznę. (…) P.S. Gratuluję zdobycia Krzyża Virtuti Militari! „ Szkoła Podstawowa Nr 1 w Łomiankach
Skan listu opublikowany na stronie „BohaterON”
Mieszkańcy Czarnowca również bronili Warszawy
W Powstaniu Warszawskim walczyli wszyscy, którzy chcieli żyć w wolnej, suwerennej Polsce! Znamy historię jednej z mieszkanek Czarnowca – Ludwiki Wyszomirskiej, która była łączniczką i sanitariuszką w czasie powstania. Ludwika była żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły udział w Powstaniu Warszawskim. Nosiła pseudonim “Ksenia”. Możliwe, że w tym ważnym dla Polski powstaniu walczyli inni mieszkańcy naszej małej wioski ale o nich na tę chwilę nic nie wiemy. Dla nich wszystkich ważne było aby wypędzić ze stolicy okupantów – Niemców i nie wpuszczenie ruskiej swołoczy!
„Po wybuchu powstania, wieczorem 1 sierpnia przeszła wraz z grupą łączniczek i sanitariuszek Konfederacji Narodu do fabryki Telefunkena na Woli. Tam dostała przydział do służby sanitarnej plutonu “Mieczyki” – oddziału składającego się z 37 szesnasto- osiemnastoletnich chłopców. Pluton ten początkowo pełnił funkcje wartownicze i zabezpieczające, ale w kolejnych dniach powstania został skierowany do bezpośrednich działań bojowych. “Mieczyki” były częścią zgrupowania “Radosław”. Od 8 sierpnia Ludwika Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie porucznika “Piotra” (Zdzisława Zołocińskiego).” O Kseni z Czarnowca pisaliśmy tu ->
Gdy ponad czterdzieści lat temu nie doszło do odrestaurowania dworu w Czarnowcu, władze próbowały zachować chociaż pomnikowe drzewa. Częściowo się to udało. Niektóre z nich stoją do dziś.
Przypomnijmy, komunistyczne państwo polskie najpierw doprowadziło do ruiny dwór Wyszomirskich w Czarnowcu. A następnie z ruin chciało go odrestaurować. Ta koncepcja z góry była skazana na niepowodzenie. Przeżarte erozją ściany, przegniłe piwnice i zawalony dach to nie był stan budynku, który pozwalałby na przywrócenie go do stanu sprzed wojny.
Wysiłki na rzecz odbudowy dworu komunistyczna władza podejmowała mniej więcej do przełomu lat 70. i 80. Gdy to się nie udało, zaczęły się próby ocalenia resztek parku podworskiego.
O kolejności tych zdarzeń świadczą dokumenty, w których posiadaniu jesteśmy. Opinia Lidii Szindler o możliwościach odbudowania dworu nosi datę: luty 1980. Oględziny dworu autorka przeprowadziła jesienią 1979 roku.
Tak wyglądały ruiny dworu w Czarnowcu w czasie wizji lokalnej w 1981 roku | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, „Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”
Ostatnio, dzięki wnikliwości i życzliwości Jacka Czaplickiego (miłośnika podróży rowerowych i poszukiwacza cmentarzy z Wielkiej Wojny, w szczególności odtwarzania historycznych dokumentów z 1915 r. Znany jest również z prowadzenia swojego blogu i profilu fejsbukowego „Rowerem wokół Ostrołęki” oraz „Fotki Pijącego” jako Pijący_mleko. Pomaga nam wielokrotnie w wyszperaniu ciekawych materiałów dotyczących Czarnowca) otrzymaliśmy opracowanie grupy specjalistów ze Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów i Techników Rolnictwa dla Biura Badań i Dokumentacji Zabytów w Ostrołęce. Pochodzi ono z 1981 roku, a zostało zatwierdzone przez recenzenta rok później, czyli w 1982 roku. Jest to „Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu” autorstwa Jana Zglińskiego oraz Marii Olszewskiej i Alicji Kalinowskiej.
Pomnikowy kasztanowiec, który w 1981 roku stał od południowej strony ruin dworu. Największe ze zinwentaryzowanych wtedy drzew na terenie podworskim | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”
Autorzy opisali, rozrysowali i sfotografowali park podworski. Posługiwali się materiałami archiwalnymi, wyrysem z mapy ewidencyjnej, prowadzili pomiary taśmą mierniczą na miejscu, wysokość drzew oceniali szacunkowo.
Analiza historyczna jest na kartach „Ewidencji” bardzo oszczędna. Nie ma w niej nic, czego byśmy nie opisali we wcześniejszych publikacjach. Dowiadujemy się, że po wojnie dworem i najbliższym terenem zarządzały na przemian: urząd gminy w Rzekuniu i nadleśnictwo w Ostrołęce.
„W 1978 roku dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce celem przeprowadzenia w nim remontu” – piszą autorzy „Ewidencji”. Jest to nowa, nieznana nam i niepublikowana tu wcześniej okoliczność. Ale logicznie wpisuje się w poczynione wcześniej ustalenia. [W związku z tym został uzupełniony opublikowany wcześniej artykuł „Czarnowiec nieodbudowany…”]
W 1978 roku spółdzielnia mogła jeszcze snuć plany remontu, bo dwór, choć zdekapitalizowany, miał jeszcze dach. W czasie zimy stulecia 1978/79 dach miał zawalić się. Lidia Szindler utrzymuje jednak, że został po cichu rozebrany. Tak czy inaczej, swoją wizję lokalną w Czarnowcu inż. Szindler przeprowadza już w czasie gdy budynek nie ma dachu, a ściany są nasiąknięte wodą. Chociaż we wnioskach ekspertka zaleca – pod pewnymi warunkami – odbudowę dworu, dwór odbudowany nie zostaje.
„W trakcie prac remontowych okazało się, że obiekt ten nie nadaje się, ze względu na słaby stan murów, do renowacji i prace nad jego odrestaurowaniem zostały zaniechane. Obecnie budynek ten jest w stanie całkowitej ruiny” – pisze Zgliński i jego współpracownice, przypomnijmy, w 1981 roku. Chociaż na koniec postulują… odbudowę dworu. Należy wnioskować, że odbudowa to coś innego niż renowacja i polega na zbudowaniu dworu od nowa, bez wykorzystania starych elementów.
Zanim jednak autorzy „Ewidencji” sformułują wnioski, przeprowadzają drobiazgową inwentaryzację przyrodniczo-krajobrazową parku otaczającego dawny dwór.
„Obiekt ma kształt zbliżony do trapezu (…), w którego mniej więcej środku znajdował się dwór, dłuższymi elewacjami skierowany na południe (ku drodze wjazdowej) i na północ.
Zadrzewienie występowały prawie wyłącznie w północno-zachodniej części parku, zaś na pozostałym terenie rosły tylko rzędowo kasztanowce (…) wzdłuż drogi wjazdowej, prowadzącej od szosy Goworowo – Ostrołęka do dworu. Jedyne drzewo, stary okazał kasztanowiec (…) rośnie po lewej stronie drogi wjazdowej na południe od dworu. Należy przypuszczać, że właśnie w tej południowej części obiektu celowo nie wprowadzano zadrzewień, aby nie zasłonić malowniczego krajobrazu, jaki roztaczał się w tym kierunku. Tuż bowiem za granicami z parkiem (od strony południowej) pastwiskami i łąkami, po obydwu stronach szosy do Goworowa rozciągały się (tak jak i obecnie) piękne różnogatunkowe lasy liściaste i iglaste.
W bezpośredniej bliskości dworu (przy zachodnim jego skrzydle) występowała skupina drzew i krzewów (…) z rosnącymi po jej obrzeżu (od strony dworu) sosnami wejmutkami”.
Widok ruin od strony wschodniej. Nad pozostałością ryzalitu wznoszą się korony sosen wejmutek | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”
Sosna wejmutka to gatunek sosny pochodzący z Ameryki Północnej, nieco różniąca się od powszechnej w Europie sosny zwyczajnej. Nazwa wejmutka pochodzi od nazwiska George’a Weymoutha, który pierwszy sprowadził jej nasiona do Europy. (Podobnie jak nazwa daglezja pochodzi od nazwiska Dawida Douglasa. Douglas również kojarzy się z florą Czarnowca, ze względu na dziki łubin rosnący na obrzeżach Lasu Czarnowieckiego).
Dalej autorzy „Ewidencji” następująco opisują stan zachowanego w Czarnowcu parku podworskiego. „Na północny zachód od dworu (…) występuje bardzo ciekawy układ lip rosnących tuż obok siebie w kształcie pierścienia, tworząc wewnątrz kolistą przestrzeń (altanę) o średnicy 3 m.”
Fragment altany lipowej na okładce czarnowieckiej publikacji z 2022 r.
Ta lipowa altana przetrwała do dziś i jest pomnikiem przyrody. Zdjęcie na okładce naszej społecznikowskiej broszury „Czarnowiec. Nasza mała wielka historia” to jeden z pni altany chylący się w kierunku tego malowniczego krajobrazu – linii Lasu Czarnowieckiego na horyzoncie.
Kolejny akapit opisu zachowanego parku brzmi następująco. „Na północ od dworu (przy granicy ze szkółką zadrzewieniową) rośnie skupina drzew (lipy, jeden dąb) i krzewów (śnieguliczka, pjd. [pojedyncza? – domniemanie JP] trzmielina) (…). W północno-zachodniej części parku (za pierścieniowatą grupą lip) występuje trzecia skupina drzew i krzewów (lipy, wiązy, jesiony, modrzewie, grochodrzewy, śnieguliczka, pjd. trzmielina). Wiek rosnących w parku najstarszych drzew wynosi 120-150 lat”.
W czasie inwentaryzacji opisano 67 drzew. Zdecydowane większość miała ponad metr w obwodzie pnia na zwyczajowej wysokości 1,3 m.
Tyle o drzewach i krzewach. Dalej jest o drogach i stawach.
„W południowej części obiektu (na południowy wschód i południowy zachód od dworu) usytuowane zostały dwa niewielkie stawy (…). Poza wymienioną już drogą wjazdową, na terenie obiektu nie występują żadne inne drogi lub aleje i brak jest śladów, jak były one usytuowane. Na pewno jedna z takich dróg lub ścieżek prowadziła od dworu do pierścieniowato usytuowanych lip, tworzących altanę. Prawdopodobnie trasa jej wiodła od południowej elewacji dworu (od wejścia) (…).” Dalej znajdują się przypuszczenia autorów co do możliwego przebiegu innych dróg i ścieżek na terenie parku.
„Nie można także ustalić jak usytuowane były ogrodzenia i bramy, po których nie pozostały żadne ślady”. „W okresie powojennym zostało wykonane ogrodzenie z siatki drucianej”.
Ruiny dworu w Czarnowcu z perspektywy powojennej siatki drucianej | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”
Powierzchnię parku otaczającego zrujnowany dwór autorzy obliczyli na 2,35 ha. W czasie przeprowadzania inwentaryzacji park graniczył ze szkółką zadrzewieniową. Za szkółkę były pola uprawne. W pozostałej części park otaczały łąki i pastwiska. Z budynków, poza ruinami dworu, odnotowano szopę krytą papą o powierzchni 58 m kw., gdzie nadleśnictwo składowało narzędzia potrzebne do pielęgnacji sadzonek w szkółce. Jedynym budynkiem oprócz ruin dworu i szopy na narzędzia była w tej okolicy wtedy leśniczówka. Wszystkie domy, stojące obecnie na terenie podworskim, powstały znacznie później.
Rolę parku w terenie i krajobrazie autorzy przedstawiają następująco. „Obiekt nie spełnia obecnie ważniejszej roli na tym terenie i w otaczającym go krajobrazie. Pomimo jednak, że w bezpośredniej jego bliskości występuje duży kompleks lasów, rosnące tu stare, wysokie drzewa urozmaicają niewątpliwie tutejszy krajobraz. Zaś występujące w parku pomniki przyrody (szczególnie altana lipowa) mają pewną wartość dla celów naukowo-dydaktycznych, a ich usytuowanie przy dość ruchliwej trasie komunikacyjnej może być wykorzystane w ruchu wycieczkowo-turystycznym.”
Widok parku podworskiego wraz z ruinami dworu od strony wschodniej | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”
Wnioski autorzy formułują w czterech zakresach. Przytaczamy je w całości, żeby każdy z Czytelników mógł się indywidualnie i konkretnie zastanowić co udało się z nich spełnić.
Aleja wjazdowa widziana od szosy goworowskiej. Dziś w tym miejscu znajduje się wjazd w ulicę Kasztanową | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”
„Ochrona konserwatorska układu parku
Park przedstawia jeszcze pewną wartość zabytkową i powinien być objęty ochroną pełnioną przez wojewódzkiego konserwatora zabytków. Również, ze względu na występujące tu pomniki przyrody i inne stare drzewa, należy oddać go pod szczególną opiekę wojewódzkiego konserwatora przyrody.
Ekologiczna ochrona parku
Ochrony ekologicznej nie wnioskuje się, gdyż obiekt otoczony jest w zasadzie terenami użytkowanymi rolniczo. Występująca bowiem wzdłuż jego północnej i północno-zachodniej granicy szkółka zadrzewieniowa, administrowana przez Nadleśnictwo Ostrołęka przeznaczona jest do produkcji drzewek na cele zadrzewieniowe i nie jest to stały teren zieleni.
Zmiany dotychczasowego sposobu użytkowania
Należy zlikwidować wypasy bydła, szczególnie nie terenie na północ od alei wjazdowej. Obiekt należy oferować do zagospodarowania i odbudowy dworu – administracji państwowej lub osobie prywatnej. Obiekt nadaje się na cele wypoczynkowe.
Zakres niezbędnej lub pożądanej renowacji
Nie wnioskuje się. Natomiast trzeba koniecznie utrzymać stan dotychczasowy zieleni poprzez pielęgnację drzew i krzewów.„
Takie są wnioski z „Ewidencji”. Dla zainteresowanych zamieszczamy ją w pliku pdf.
Omówienie tekstu „Ewidencji”, wybór i opracowanie graficzne zdjęć: Jacek Pawłowski
źródło dokumentu: https://zabytek.pl/pl/obiekty/park-859225/dokumenty/PL.1.9.ZIPOZ.NID_N_14_EN.477614/1?fbclid=IwAR1gg4iGpRboKQU7_N0XMCT2Stto2r1m4sgl5f03m62-AtmQ-4yZ7oK-KYYRuiny dworu od strony północnej | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”
Wprawdzie w wydawnictwie z 1859 roku nie wspomniano słowem o czarnowieckim budowniczym kaplicy cmentarnej ale za to z poniżej zamieszczonego tekstu dowiadujemy się o dwóch datach. 8 sierpnia 1856 r. – „założenie węgielnego kamienia” 29 września 1857 r. – „odbyć się mogło poświęcenie tej pięknej kaplicy”. Z podpisu pod tekstem „Jeden z parafian Rzekuńskich” nie dowiemy się kto był autorem artykułu.
Pamiętnik religijno-moralny rok XVIII – 1895 serya nowa Nr 6 miesiąc czerwiec
Z parafii Rzekuń pod Ostrołęką. Kilka razy odbiła się o uszy moje nazwa Ostrołęckiego ciemną gwiazdą, i słusznie, bo u nas najchwalebniejsze czyny, najzaszczytniejsze zamiary pozostają w ukryciu. Ja przeto chociaż mniej zdolny jestem do oddania rzeczy w należytych kolorach, skreśliłem wiadomość następną. Dwie tu w przeciągu roku obchodziliśmy dość rzadkie uroczystości: Pierwsza w dniu 8 sierpnia 1856 roku, założenia węgielnego kamienia do kaplicy na cmentarzu grzebalnym. Ceremonii tej dopełnił miejscowy proboszcz W. ks. Michał Nowek wobec licznie zgromadzonego ludu; piękny i nader czuły sprawił widok wykopany dół na wymurowanie katakumb przeznaczony, wieńcem ludzi otoczony, tu i owdzie przysposobione materyały, mularze z kielniami, wreszcie sam proboszcz klęczący pod krzyżem zatkniętym nad dołem, gdzie dla siebie i następców swoich, wymurował katakumbę[2]; to wszystko połączone ze śpiewem kościelnych modłów, tak było rzewne i tak poruszające, że mimowolnie łzy stanęły w oczach.
Gdy wreszcie przemówił proboszcz we właściwych mu czułych wyrazach, rzewny płacz ogarnął obecnych parafian. Każdy rzucał wdowi grosz na kamień w kwadrat obrobiony, i niejeden nawet żałował że mało mógł ofiarować na tak piękny cel. Ja po raz pierwszy byłem obecny takiej ceremonii, i po raz pierwszy zazdrością ogarnięty, iź nie ja lecz W. Mikołaj Glinka kollator powołanym był do dźwigania kamienia wraz z poświęcającym proboszczem na miejsce przeznaczone, ale za to rzuciłem dwie kielnie wapna. Roboty szybko postępowały, tak iź w dniu 29 września 1857 roku w dniu imienin proboszcza, głównego fundatora, odbyć się mogło poświęcenie tej pięknej kaplicy, pod wezwaniem św. Krzyża, w kształcie równoramiennym krzyża wymurowanej, z kopułą na środku białą blachą obitą; cały zaś dach kaplicy pokryty blachą żelazną. Wnętrze kaplicy zdobi wielki obraz w ołtarzu, z wyobrażeniem Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego, konającego; wykonany i w darze przez Jerzego Majewskiego miłośnika Sztuk pięknych ofiarowany.
Dziwnem jakiemś zrządzeniem wszystkie roboty nieprzewidzianie ani wyrachowanie rozpoczynały się lub kończyły w dni piątkowe, śmierć Jezusa Chrystusa przypominające, szczególnie zaś obraz w Wielki Piątek ukończony został. Poświęcenie kaplicy dopełnił W. Jks. Maryan Skowroński dziekan w assystencyi 6 kapłanów i bardzo licznego zgromadzenia parafian. Pierwszą Mszą świętą tutaj odprawił W. Jks. Michał Nowek proboszcz. Główniejsze apparaty kościelne ofiarowała W. Marya Glinka kollatorka[1], inne zaś parafianie. Kaplica ta ma kosztować około 6,000 złotych polskich; na to wpłynęło z ofiar parafian 2,800, resztę zaś staraniom proboszcza zawdzięczyć należy. Może obrażę jego skromność, lecz muszę choć kilka słów przyrzucić o nim: kapłan ten powszechnie szanowany i poważany, okazuje ciągłą dążność do upiększenia Świątyni Pańskiej, polepszenia probostwa, i moralnego prowadzenia ludzi, wszystkie zabudowania nowo wystawił, grunta pozamieniał i znacznie podniósł dochody tego dziś dobrego probostwa. Wszystko już jest doprowadzone do należytego porządku. Kościół wyreparowany, cmentarze obmurowane, jedna tylko plebania stara dysharmonizuje z ogółem.
Szczególnie na uwagę zasługuje cmentarz grzebalny dobrze urządzony, i porządnie utrzymany, podzielony na kwatery numerami oznaczone, obsadzony topolami a w części krzewami; słowem miło jest popatrzeć chociaż na to smutkiem przejmujące miejsce spoczynku naszych poprzedników kaplica w środku stojąca przedstawia piękny widok i wabi mimowolnie oko przechodnia. Lud w tej parafii jest pobożny, tak dalece że gdyby wszedł do kościoła obcy jaki człowiek, a zobaczył wszystkich klęczących, podczas Mszy świętej, młodych obywateli z książkami w ręku, zbudowaćby się musiał. Wiele jeszcze: ks. Nowek proboszcz zamyśla wykonać, Boże wspomagaj go w jego zamiarach. Jeden z parafian Rzekuńskich.
Skany i tekst pochodzi z dokumentów źródłowych: Tytuł: Pamiętnik Religijno-Moralny – czasopismo ku zbudowaniu i pożytkowi tak duchownych jako i świeckich osób. Serya nowa. 1859, T. 3, no 6 Wydawca / drukarz: Druk. J. Glücksberg, Antoni Hlebowicz Miejsce wydania / druku: Warszawa Data: 1859 Język: polski Typ źródła: czasopismo Lokalizacja oryginału: Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie
Podziękowania za podesłanie skanów dla Pani Marty Wojciechowskiej z Myszyńca.
Gdyby ktoś z Państwa miał ochotę zapoznania się z treścią pamiętnika to cały dokument zamieszczony jest poniżej. (PDF)
[1] – kollatorka (kolator/kolatorka) – kolator to fundator kościoła lub jego spadkobierca mający dawniej prawo przedstawiania kandydatów na urzędy kościelne; – szczególnie czynne w tej przestrzeni były owdowiałe kobiety, których pobożność i działalność kolatorska wynikała z jednej strony z głoszonego przez Kościół i propagowanego przez literaturę parenetyczną wzorca zacnej i pobożnej wdowy, z drugiej zaś z posiadanych przez wdowę znacznych przywilejów prawnych, finansowych i społecznych, których ta nabywała w chwili utraty męża; – tradycyjnie kolatorami byli właściciele majątków ziemskich na terenie parafii. Mieli oni prawo do umieszczania w kościele kolateralnym tablic nagrobkowych i dysponowali własnymi ławkami (ława kolatorska). [2] – katakumba – podziemia kościołów lub budynków cmentarnych, gdzie składa się trumny z ciałami zmarłych.
Poniżej zamieszczamy w plikach pdf karty kaplicy (białą i zieloną) źródło: https://zabytek.pl/pl/obiekty/g-298676
Dzieło, bez którego nie znalibyśmy szczegółowo geografii dziewiętnastowiecznych ziem polskich, udało się opublikować dzięki fortelowi wobec carskiej cenzury. Na stronie tytułowej dzieła wydanego w 1880 roku widnieją następujące słowa: „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”.
Autorzy wychodzili ze słusznego założenia, że gdy zechcą opublikować usystematyzowaną wiedzę geograficzną o Królestwie Polskim, rosyjska cenzura powie im stanowcze „niet”. Wszak i Polacy, i zaborcy mieli jeszcze świeżo w pamięci powstanie styczniowe. Ale gdy twórcy „Słownika” zaproponowali rosyjskim cenzorom, że w dziele znajdą się również „inne kraje słowiańskie”, uzyskali zgodę. „Dozwolieno cenzuroju”. Było to w grudniu 1879 roku.
Projekt graficzny strony tytułowej odzwierciedla prawdziwe intencje autorów. „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego…” zapisano rzucającą się w oczy czcionką. Druga część tytułu „…i innych krajów słowiańskich” – już wyraźnie mniejszym stopniem pisma.
„Słownik” – historia jego powstawania, ludzie którzy przy nim pracowali i jego znaczenie dla polskiej historii i geografii – to temat na osobną, pasjonującą opowieść. Na przykład, wśród ok. 150 współautorów wpisów w „Słowniku” znajduje się Ludwik Krzywicki. To spod jego pióra wyszły opisy wielu miejscowości na Kurpiach.
W słowniku znajduje się oczywiście wpis o Czarnowcu, choć już nie autorstwa Krzywickiego. Z inicjałów widniejących w zakończeniu czarnowieckiej notki, można wnioskować, że jednym z jej autorów był współredaktor „Słownika” Bronisław Chlebowski – profesor literatury i encyklopedysta. Kto jeszcze – trudno z inicjałów rozczytać. Może ktoś z Czytelników pomoże. Wygląda to tak, jak poniżej.
Nota o Czarnowcu ze „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego”. Dlatego na początku jest tylko Cz., ponieważ wcześniej były wymieniane inne polskie wsie o tej samej nazwie, lecz leżące gdzie indziej.
W notce o Czarnowcu zapisano, że jest to wieś i folwark w powiecie ostrołęckim. W roku 1827 (wtedy powstała „Tabella miast, wsi i osad Królestwa Polskiego”, sporządzona po spisie ludności i domów z lat 1824-1826 – przyp. JP) było w Czarnowcu dziesięć domów i 83 mieszkańców. Z kolei w okresie powstawania informacji do „Słownika” w Czarnowcu było 14 domów i 136 mieszkańców, 1435 mórg ziemi dworskiej i 28 mórg ziemi włościańskiej. Połowę obszaru dworskiego zajmują lasy. Osad włościańskich było 20 – taka informacja znajduje się w „Słowniku”. Jak to się ma do 14 domów – nie sposób rozstrzygnąć.
„Słownik” jest dziełem typowo tekstowym. Obiekty geograficzne ułożone są w kolejności alfabetycznej. Nie zawiera map. „Uważaliśmy i uważamy dopełnienie 'Słownika’ obszernym atlasem z kilkunastu mapp złożonym a przedstawiającym te ziemie , o których dzieło wspomina. Lecz wstrzymaliśmy się z tym zamiarem przez wzgląd na znaczne koszta. 'Słownik’ z takim atlasem byłby dwa razy droższy niż jest dzisiaj i w takim razie ceną swą odstraszyłby może publiczność czytającą, to jest chybiłby swego przeznaczenia” – usprawiedliwiają się autorzy.
Musimy więc polegać na powyższym opisie tekstowym Czarnowca. To osadźmy go jeszcze w kontekście sąsiednich wsi. Na przykład takie Borawe (tuż przed 1880 rokiem) liczyło 467 mieszkańców, czyli było prawie cztery razy ludniejsze niż Czarnowiec. Dla Daniszewa dane dostępne są tylko z 1827 r. i wynika z nich, że było tam cztery domy i 71 mieszkańców. W Dzbeninie również w 1827 roku było 9 domów i 86 mieszkańców. Jak oni się tam mieścili?! W Drwęczy – 22 domy i 168 mieszkańców. W Kaczynach-Tobolicach (bo tak się wówczas nazywała wieś), w 1827 r. – 8 domów, 32 mieszkańców. A ok. 1880 r. – 182 mieszkańców. Danych o liczbie domów brak. Zapieczne w 1827 r. – 12 domów, 92 mieszkańców.
Ornament zdobiący stronę tytułową jednego z rozdziałów „Przewodnika”. Tu w znacznym powiększeniu
Jest jeszcze inne wydawnictwo, w hasłowy sposób traktujące o Czarnowcu. To „Przewodnik po Królestwie Polskiem” opracowany przez Antoniego Bobińskiego i Józefa Michała Bazewicza z 1901 roku. Na stronie tytułowej znajduje się informacja, iż to „spis alfabetyczny: miast , osad, wsi, kolonii, folwarków i wszelkich miejscowości, jakąkolwiek nazwę noszących”. Zatem wg „Przewodnika” nazwę Czarnowiec nosi wieś i folwark w guberni łomżyńskiej, powiecie ostrołęckim, gminie i parafii Rzekuń. Poczta i telegraf dla Czarnowca znajdowała się wtedy w Ostrołęce. Okręg sądowy (gminny lub sądu pokoju) również w Ostrołęce. „Najbliższa stacya kolejowa” takoż w Ostrołęce. Przewodnik odnotowuje jeszcze odległości Czarnowca od miasta powiatowego, od poczty i telegrafu oraz od stacji kolejowej. Zatem z Czarnowca do poczty w mieście powiatowym Ostrołęce trzeba przemierzyć siedem wiorst (ok. 7,5 km, dość daleko, nawet jak na plac Bema, gdzie wtedy mieściła się poczta, ale należy pamiętać, że wtedy układ dróg w Ostrołęce i sąsiednich wsiach był nieco inny niż dziś), a do stacji kolejowej w Ostrołęce – dwie wiorsty.
Dodajmy jeszcze, że ówczesny powiat ostrołęcki składał się z miasta Ostrołęki (niecałe 9 tys. mieszkańców) oraz gmin: Czerwin, Dylewo, Goworowo, Myszyniec, Nakły, Nasiadki, Ostrołęka, Piski, Rzekuń, Szczawin, Troszyn, Wach.
Jacek Pawłowski
Zdjęcie główne to ornament zdobiący stronę tytułową jednego z rozdziałów „Przewodnika”. Tu w znacznym powiększeniu.
Zdjęcie strony tytułowej Słownika. Zdjęcie strony tytułowej Przewodnika.
Z kim chodziła do klasy Ludwika Wyszomirska
Category: Historia
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
W sobotę sołtys przywiózł mi książkę. To historia Liceum Ogólnokształcącego w Ostrołęce autorstwa Tadeusza Siewierskiego. W roku wydania tej książki liceum ogólnokształcące było w Ostrołęce jedno. Dziś to I LO im. gen. Bema.
Przed wojną szkoła ta nosiła nazwę Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Króla Stanisława Leszczyńskiego. Z czarnowieckiego punktu widzenia ciekawe są listy absolwentów w poszczególnych rocznikach. Bo jak wiemy z poprzednich publikacji troje dzieci Romana i Marii Wyszomirskich ukończyło ostrołęckie gimnazjum.
Zdjęcie, które widać obok [na smartfonach: powyżej], to gmach szkoły w latach 30. Pochodzi ze zbiorów Remigiusza Makowieckiego. (Pożyczyłem je sobie z kart książki Sebastiana Wichera poświęconej Rudolfowi Macurze). Kto wie, może wśród postaci – widocznych w kadrze, ale kompletnie nierozpoznawalnych – są osoby opisane poniżej?
Z tych list dowiadujemy się więc, że w roku szkolnym 1930/31 szkołę ukończył Zygmunt Trzaska. To późniejszy narzeczony i mąż Ludwiki Wyszomirskiej.
Absolwentem rocznika 1931/32 jest z kolei Zygmunt Wyszomirski. To pochodzący z Czarnowca żołnierz 33 pułku piechoty, walczący w wojnie obronnej Polski w 1939 roku. Zamordowany przez NKWD w Katyniu.
W kolejnym zaś roku szkołę kończy Jan Wyszomirski. Po wybuchu II wojny światowej – żołnierz 102 pułku ułanów. Potem – Konfederacji Narodu, Uderzeniowych Batalionów Kadrowych i Armii Krajowej. W 1944 roku redaktor antykomunistycznego „Alarmu”. Ofiara mordu sądowego. Zrehabilitowany w 2002 r.
Lista absolwentów z roku 1935/36 | Fragment książki Tadeusza Siewierskiego
Z kolei na liście absolwentów z roku 1935/36 pojawia się „Ludmiła Wyszomirka”. Literówka w nazwisku niewarta omawiania, bo to oczywista omyłka. W imieniu natomiast jest błąd, bo chodzi o Ludwikę. Skąd to wiemy? Bo na tej samej liście, pod numerem 220, figuruje Witold Popiołek, który w swoich gimnazjalnych wspomnieniach opisywał, że Ludwikę Wyszomirską dowożono z Czarnowca do szkoły bryczką. Ze wspomnień tych wynika, że Popiołek z Ostrołęki i Wyszomirska z Czarnowca chodzili do jednej klasy. Witold Popiołek również walczył w wojnie obronnej Polski w 1939 roku. Potem działał w konspiracji i był żołnierzem Armii Krajowej. Nosił pseudonim „Grom”. Brał udział w akcji „Burza” w 1944 r.
Wygląda na to, że wszyscy absolwenci z tego rocznika chodzili do jednej klasy, a nie do klas równoległych. Siewierski pisze, że podział na klasy wg profilów wprowadzono dopiero w 1933 roku. Należy zakładać, że reforma szkolna objęła roczniki rozpoczynające edukację, a nie uczniów w trakcie nauki. Z tego więc powodu również można zakładać, że osiemnaścioro absolwentów ostrołęckiego gimnazjum w tym roczniku, to była jedna klasa. A nawet gdyby nie była, to – również wynika to z książki Siewierskiego – po podziale na profile, część zajęć i tak była wspólna.
Ulica Adamowicza w Górze Kalwarii. Jej patron i absolwent ostrołęckiego gimnazjum to ta sama osoba. | Fot. Google Street View
Chodzili więc do jednej klasy. Nie tylko Ludwika Wyszomirska i Witold Popiołek. Uwagę zwraca również postać otwierająca listę absolwentów. Kto kiedykolwiek był w Górze Kalwarii, mógł trafić tam na ulicę Norberta Adamowicza. Patron ulicy i absolwent ostrołęckiej szkoły z 1936 roku to ta sama osoba.
Wojna brutalnie wkroczyła w młodość nie tylko Wyszomirskich, Trzaski i Popiołka. I wielu ich starszych i młodszych kolegów. Wkroczyła również w życie Norberta Adamowicza. Kazała mu najpierw walczyć, a potem ukrywać się i walczyć. Adamowicz w czasie niemieckiej okupacji był szefem Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej w Ostrołęce. Po wojnie związał się z Górą Kalwarią. Zmarł w 1984 roku. Należy do grona najbardziej zasłużonych obywateli tamtego miasta.
Życiorys Adamowicza zgłębiałem zawodowo. Osiemnaście lat temu ukazała się taka publikacja. Dziś na pewno napisałbym to lepiej 🙂
Jacek Pawłowski
Podkomendny, który zginął z honorem
Category: Historia
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Ktokolwiek chciałby się coś dowiedzieć o tym, że jeden z czołowych działaczy Konfederacji Narodu i dowódców Uderzeniowych Batalionów Kadrowych Jan Wyszomirski pochodził z Czarnowca, to z książki „Życie i śmierć dla Polski” Kazimierza Krajewskiego o tym się nie dowie. W tej wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej publikacji, poświęconej Uderzeniowym Batalionom Kadrowym, Wyszomirski przedstawiony jest jako „syn właściciela majątku Zdzieborz”.
Przypomnijmy, rodzina Wyszomirskich, będących właścicielami dworu i siedemdziesięciohektarowego folwarku, istotnie pochodziła ze Zdziebórza pod Pułtuskiem. Ale majątek w Czarnowcu kupili zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Jan, choć urodził się z Zdziebórzu, większość dzieciństwa spędził w Czarnowcu, uczył się w Ostrołęce, a na studia poszedł do Warszawy.
Na innej karcie wspomnianej książki, Jan Wyszomirski z Czarnowca, przedstawiany jest jako „Jerzy” Wyszomirski.
Mimo tych nieścisłości, warto przytoczyć kilka epizodów, w których podporucznik z Czarnowca pojawia się w różnych momentach historii Uderzeniowych Batalionów Kadrowych. O jego pozycji w jednostce świadczą powierzane mu zadania – zarówno bojowe, jak i honorowe. Do tych drugich należy odczytywanie przez „Wrońskiego” apelu poległych w czasie uroczystej odprawy w dniu Wszystkich Świętych – 1 listopada 1943 roku. Uroczystość odbywała się przy wielkim ognisku w lesie koło wsi Talmontowszczyzna w okolicach Lidy, bo tam wtedy walczyli partyzanci z UBK.
Jan Wyszomirski (w mundurze) – adiutant komendanta Uderzeniowych Batalionów Kadrowych Bolesława Piaseckiego (w skórzanym płaszczu) w czasie defilady w Surwiliszkach
U boku komendanta UBK Bolesława Piaseckiego, jego adiutant Jan Wyszomirski „Wroński” odbierał okolicznościową defiladę, odbywającą się 28 maja 1944 roku w Surwiliszkach, w rocznicę chrztu bojowego Batalionów, który miał miejsce rok wcześniej pod Dalekiem, przy stacji kolejowej na linii Ostrołęka – Tłuszcz. Przypomnijmy, partyzanci „Uderzenia” dojechali tam pociągiem z Warszawy, a stamtąd – lasami mieli przedostać się na Białostocczyznę. Miejsce koncentracji partyzantów zostało jednak otoczone przez Niemców. Wywiązała się strzelanina. Uderzeniowcy wydostali się z kotła, choć czterech z nich poległo.
Kolejne wydarzenie związane z „Wrońskim” opisywane przez Krajewskiego to uruchomienie antykomunistycznego czasopisma „Alarm”, w Warszawie na Pradze, w 1944 roku. Podporucznik z Czarnowca był w trzyosobowym zespole redakcyjnym „Alarmu”. Przejął wydawania tego czasopisma po śmierci redaktora naczelnego Czesława Grądzkiego “Krzemienia”.
W tym miejscu Krajewski dość lakonicznie, ale jednak podejmuje wątek, którego próżno szukać w innych, wcześniej analizowanych przez nas źródłach. Jest nim ideowe rozstanie Jana Wyszomirskiego z Bolesławem Piaseckim. W 1944 roku, gdy komunistyczna bezpieka zaczęła wyłapywać, aresztować i torturować działaczy niepodległościowych, niektórzy z nich na przesłuchaniach denuncjowali kolegów. Szeregi Uderzeniowców topniały z dnia na dzień. Piasecki, aresztowany 12 listopada 1944 roku – jak pisze Krajewski – „podjął z sowieckimi służbami grę o życie (…). Poszedł bowiem inną drogą niż ci z jego podkomendnych, którzy zginęło z honorem – wybrał życie dla Polski. Postanowił (…) nie tylko uratować się, ale zawrzeć pakt z diabłem z nadzieją na oszukanie go. (…) Został twórcą jedynej w okresie dyktatury komunistycznej w Polsce koncesjonowanej organizacji katolickiej [PAX] (…). Miała [ona] służyć oswajaniu katolików z reżimem komunistycznym”.
Do tych, którzy zginęli z honorem, Krajewski zalicza właśnie Jana Wyszomirskiego „Wrońskiego”.
„Nie wszyscy dawni kaenowcy poszli tą drogą – dwóch najbliższych współpracowników Piaseckiego [m.in.] (jego adiutant ppor. 'Wroński’ (…) ), jak można sądzić, nie zgodziło się z koncepcją nowej taktyki, co przesądziło o ich losie.” Jak już niejednokrotnie wspominaliśmy w serwisie czarnowiec.pl, w styczniu 1945 r. samozwańczy komunistyczny sąd wojskowy skazał Jana Wyszomirskiego na karę śmierci.
Jedną z ilustracji w książce Krajewskiego jest reprodukcja odpisu wyroku. Kartka, bardzo gęsto zapisana na nie do końca sprawnej maszynie, znacznie zniekształcającej np. wielkie „W”. A jest tego wielkiego „W” sporo – „Wyrok”, „Warszawa”, „Wyszomirski”, „Wojskowy”, „Współpracownik”.
„Nr. G.7. 44/45. Wyrok. W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej | Dnia 22 stycznia 1945 roku Sąd Wojskowy Garnizonu Warszawskiego na sesji wyjazdowej w Otwocku w składzie: 1. por Garnowski Władysław jako przewodniczący 2. ppor. Sobiech Władysław, 3. ppor. Krzewski Eugeniusz jako sędziowie z udziałem ppor. Leszczara Ignacego jako protokólanta bez udziału oskarżyciela i obrońcy (sic!) na niejawnej rozprawie rozpatrzył sprawę: 1. Wyszomirskiego Jana s. Romana urodzonego w dn. 21.XI.1913 roku w Zdzieborzu, Polska, bez zawodu, wykształcenia średniego, żonatego, ojca 1 dziecka 1 1/2 rocznego, bez majątku, plutonowego podchorążego z 1935 r., niekaranego, ostatnio zam. na Pradze ul. Inżynierska 11/10.”
Kilka zagadek z tego pierwszego zdania wyroku. Komunistyczny samozwańczy sąd podaje, że Jan Wyszomirski legitymował się wykształceniem średnim i nie miał zawodu. Krajewski przedstawia go w swojej książce jako absolwenta (!) Politechniki Warszawskiej. Jan Wyszomirski na pewno studiował na Politechnice. Jeżeli nie przerwał studiów, to powinien je ukończyć w okolicach 1937 roku. Skąd więc ta rozbieżność? Domysłów rodzi się wiele: może przerwał studia, może je ukończył ale nie obronił pracy dyplomowej, a może nie przyznał się swoim oprawcom, że jest absolwentem Politechniki, bo uznał że tak będzie lepiej. Prawdopodobnie tego szybko się nie dowiemy, choć będziemy próbować. W każdym razie wykluczyć należy wariant, w którym komuniści unieważniliby „burżuazyjne”, sanacyjne, wykształcenie Wyszomirskiego. Gdyby tak, byliby niekonsekwentni. Uznawali bowiem stopień wojskowy z 1935 roku – plutonowy podchorąży, który Wyszomirski uzyskał na przeszkoleniu wojskowym w czasie studiów. Nie uznawali natomiast stopnia podporucznika, nadanego „Wrońskiemu” w 1943 roku przez Tadeusza „Bora” Komorowskiego, komendanta Sił Zbrojnych w Kraju. A być może „Wroński” nie przyznał się w śledztwie, że jest podporucznikiem konspiracyjnego wojska.
Pytania budzi również adres przypisany Wyszomirskiemu w wyroku. Na ulicy Inżynierskiej, w bloku Funduszu Kwaterunku Wojskowego, mieszkała siostra Jana Zofia (która – jak pamiętamy – w 1939 roku przygarnęła swoją matkę Marię i siostrę Ludwikę). Nie udało nam się jak dotąd ustalić przedwojennego numeru porządkowego bloku FKW, a topografia i numeracja domów tej części Pragi sporo zmieniła się po wojnie. Nie wiemy więc, przynajmniej na razie, czy Jan po powrocie z Kresów mieszkał u siostry, czy po prostu przy tej samej ulicy.
Wróćmy więc do wyroku.
„W toku przewodu sądowego ustalono, że oskarżony Wyszomirski Jan od września 1944 r. do chwili zatrzymania t.j. do dnia 19 listopada 1944 r. – na Pradze, brał czynny udział w pracy nielegalnego związku A.K. mającego na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego zajmując się wydawaniem nielegalnego organu prasowego tegoż związku pod nazwą „Alarm”.
O tym na jakiej podstawie zapadł wyrok śmierci i dlaczego jest modelowym wręczy przykładem zbrodni sądowej, pisaliśmy już wcześniej, w artykule „Kim byli Wyszomirscy z Czarnowca – historia w czterech częściach”. Tu odnotujmy tylko ciekawostkę. We wstępie do wyroku cały ten sąd wojskowy odnotowuje, że Jan Wyszomirski nie posiada żadnego majątku. Po czym w sentencji orzeka… przepadek mienia skazanego na śmierć podporucznika.
W książce Krajewskiego znajduje się jeszcze jeden ciekawy odpis dokumentu. Jest to „Ewidencja rodzin walczących w polu, potrzebujących opieki”. Dla jasności „walczących” jest w tym zdaniu dopełnieniem, a nie przydawką. Czyli, że to nie były rodziny walczące w polu, tylko rodziny partyzantów walczących w polu. Na liście tej znajduje się osoba opisana jako „Wrońska, żona podporucznika U Adjutanta Komendanta Głównego UGW, wraz z dzieckiem 3-tygodniowym”. Przez chwilę można by pomyśleć, że to żona Wyszomirskiego nosiła nazwisko Wrońska, a po niej mąż wziął pseudonim konspiracyjny. Ale nie. Wszystkie wymienione na liście kobiety (matki, ciotki, żony) są oznaczone konspiracyjnymi pseudonimami walczących, a nie rodowymi nazwiskami. Zresztą żona Jana Wyszomirskiego Maria (jak wynika z drzewa genealogicznego nadesłanego przez Bartłomieja Marksa) nosiła z domu nazwisko Bartoszewicz. To trzytygodniowe dziecko, wspomniane w dokumencie, to syn Kazimierz, urodzony w 1944 roku. Zmarł mając zaledwie czternaście lat.
„Xenia” i „Wroński” – rodzeństwo w konspiracji
Category: Historia,historyczne
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Kolejna publikacja, do której udało nam się dotrzeć. I kolejne fakty historyczne, w których uczestniczyli, lub współtworzyli je, Wyszomirscy z Czarnowca.
„Konfederacja Narodu w Warszawie” to wydana w 1999 przez PAX monografia tego ugrupowania, autorstwa Zofii Kobylańskiej. Odnajdujemy w niej opisy wojennych losów Ludwiki Wyszomirskiej „Kseni” i Jana Wyszomirskiego „Wrońskiego”.
Powoli docieramy do różnych źródeł. Kiedyś przyjdzie pora na scalenie tej opowieści. Na razie przypomnijmy, że:
Okładka omawianej w tym artykule książki z sygnaturą Biblioteki Publicznej M. St. Warszawy
We wspomnianej na wstępie i widocznej obok książce Kobylańskiej znalazło się kilka wzmianek o Ludwice i o Janie. Oboje należeli do Konfederacji Narodu – konspiracyjnego ugrupowania początkowo konkurencyjnego wobec Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej; ostatecznie połączonego z AK.
Jan Wyszomirski był adiutantem komendanta Konfederacji Narodu Bolesława Piaseckiego. Znał go jeszcze ze studiów. Szczegóły połączenia Konfederacji Narodu z Armią Krajową, określał rozkaz komendanta Głównego AK Tadeusza „Bora” Komorowskiego. Jednym z tych szczegółów był awans dla Jana Wyszomirskiego. „Bór” nadał podchorążemu „Wrońskiemu” stopień podporucznika. Rozkaz nr L.105/BP nosi datę 17 sierpnia 1943 roku.
Na kolejnych kartach książki znajdujemy opis jednej z akcji Konfederacji Narodu, mających na celu zdobycie pieniędzy na broń, wyżywienie i inne wydatki niezbędne w prowadzeniu wojny partyzanckiej. Na początku 1943 roku administrator niemieckiego majątku położonego 12 km od Tarnowa poinformował Konfederację, że Niemcy trzymają tam sporą gotówkę. Pięciu konspiratorów Konfederacji, wśród nich 'Wroński’ pojechało pod Tarnów, aby zabrać wrogowi pieniądze. „Była to akcja o tyle bojowa, że musieli przejechać prawie przez całą Polskę, omijając liczne wówczas łapanki i rewizje. Jechali pociągiem. Przyjechali w nocy i musieli działać tak szybko, by zdążyć z powrotem na pociąg. (…) Zanim przystąpili do akcji, trzeba było poprzecinać druty telefoniczne, ponieważ w pobliżu był posterunek żandarmerii niemieckiej, która łatwo mogła ich zaskoczyć. Administrator zaprowadził ich do stodoły, gdzie Niemcy zakopali skrzynki z pieniędzmi i biżuterią. Cały ten skarb załadowali do waliz i szybko opuścili majątek. Walizy były tak ciężkie, że trzeba było je nieść po dwóch. Wracali dwiema drogami. Jedni pojechali przez Radom, inni przez Częstochowę. Po powrocie przekazali Bolesławowi Piaseckiemu cały ten majątek. Były tam dolary, które sprzedawano przez waluciarzy. Najwięcej pieniędzy z tej sprzedaży poszło na zakup broni i na wydawnictwa”. Opis tej akcji Kobylańska przytacza na podstawie wspomnień Stanisława Briesemeistera.
Kolejna akcja, w której brał udział Jan Wyszomirski polegała na zdobyciu… lisów. A dokładnie wyprawionych skór lisich, których kobiety używały jako eleganckich dodatków do odzieży zimowej. Lisia etola na kobiecej szyi była wyznacznikiem elegancji i luksusu. Dziś wyprawiony lis kosztuje od stu do kilkuset złotych. Ale wtedy lisy były bardzo drogie. Kosztowały 10.000-12.000 złotych, podczas gdy dobra, ponadprzeciętna pensja Polaka w Generalnym Gubernatorstwie wynosiła złotych 300.
W kwietniu 1943 roku do siedziby niemieckiej centrali rolnej (Landwirtschaftliche Zentralstelle) przy śródmiejskiej ulicy Moniuszki, Niemcy mieli przywieźć – jak ustalił wywiad Konfederacji Narodu – około trzystu lisów z ZSRR. Ostatecznie przywieziono ich ponad tysiąc. Konfederacja wspólnie z Szarymi Szeregami zamierzała przejąć ten cenny towar. Po wcześniejszym rozpoznaniu siedziby Centrali Rolnej, ustaleniu rozkładu pomieszczeń, grupa bojowa przystąpiła do akcji. W grupie był również „Wroński”, czyli Jan Wyszomirski z Czarnowca.
Gdy weszli grupą do lokalu, „’Wroński’ z miejsca wyłączył centralkę telefoniczną. (…) Gdy wszyscy byli już na górze, 'Bruno’ [Stefan Lipiński – przyp. JP] zwrócił się do urzędników z wezwaniemo zachowanie spokoju. Zrewidowano ich, potem polecono im otworzyć magazyny, a następnie zamknięto wszystkich w ciemnym pokoju. Urzędników było dziesięciu. Powiedziano im, by siedzieli spokojnie, bo po zakończeniu akcji zostanie powiadomiona policja, która otworzy pokój i wypuści ich. Lisy wisiały na stelażach, było bardzo trudno je pakować, ponieważ było ich o wiele więcej, niż przewidywano.”
Akcja nie obyła się bez niespodziewanych przeszkód, ale dzięki opanowaniu uczestników akcji i swoistej brawurze, przejęcie lisów zostało zakończone sukcesem. Gdy w biurze niespodziewanie pojawiło się dwóch przypadkowych intruzów, zostali zamknięci razem z urzędnikami. Załadunek lisów do furgonetki odbywał się na oczach dwóch niemieckich żandarmów, którzy nie podejrzewając niczego, spokojnie obserwowali tę czynność. Mało tego! Dowódca akcji, swoją nienaganną niemczyzną, nakłonił do pomocy przy załadunku niemieckiego żołnierza, który był trzecim przypadkowym intruzem, jaki pojawił się wcześniej w biurze. Akcja była również swego rodzaju demonstracją siły polskiego państwa podziemnego. Dowódca zostawił w biurze kartkę z oświadczeniem, że lisy zostały zarekwirowane w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej.
Zabrane Niemcom lisy zostały podzielone na mniejsze partie i rozproszone po Warszawie i okolicach. Trzeba było sprzedawać je ostrożnie, po wywabieniu oznaczeń. Bo gdy Niemcy odkryli stratę, nakazali wszystkim kuśnierzom zawiadamiać władze o każdej ofercie sprzedaży lisów. Ponieważ towar trudno było upłynnić, akcja nie przyniosła Konfederacji takich dochodów, jakich wcześniej się spodziewano.
W książce „Konfederacja Narodu w Warszawie”, podobnie jak we wcześniej przytaczanych „Wspomnieniach sanitariuszki”, Kobylańska szczegółowo opisuje akcję odbicia więźniów z gestapowskiego więzienia na ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie. Ponieważ opis jest podobny do „Wspomnień sanitariuszki”, nie będziemy go tu powtarzać. Poza tym, że w „Konfederacji Narodu w Warszawie” znajdują się dwa interesujące (przytoczone za pamiętnikiem Wojciecha Kętrzyńskiego „Wołkowyskiego” i za wspomnieniami Michała Pankowskiego „Wiłkosza”) spostrzeżenia.
Pierwsze dotyczy ucharakteryzowania grupy osłonowej, przebranej za cywilnych agentów Gestapo, w składzie której znajdował się podchorąży Wyszomirski z Czarnowca. „Reszta ekipy: 'Wroński’ [czyli Wyszomirski – przyp. JP], 'Lisbor’ i 'Wirecki’ odpowiednio ubrani i ucharakteryzowani, wyglądali na zawodowych łotrów i zabijaków”.
Druga refleksja dotyczy wielkiej radości i, powodowanego chyba nią, braku ostrożności przy zdawaniu broni po udanej akcji.
Tu z kolei Pankowski pisze: „O oznaczonej porze znalazłem się na miejscu. Przyszli koledzy: 'Romanowski’, 'Lisbor’, 'Wirecki’, 'Wroński’. Promienieli radością. Ze szczęścia zapomnieli nawet o tym, że to czas okupacji i trzeba zachować ostrożność. Nie zważając na ruch, jaki panował na ulicy, wyjmowali kolejno pistolety i podawali mi, aby znów wróciły do właściwych rąk.”
Kolejny fragment, w którym wspomniany został Jan Wyszomirski, dotyczy przygotowań do wymarszu Uderzeniowych Batalionów Kadrowych (było to zbrojne ramię Konfederacji Narodu – o czym wspominaliśmy w poprzednich publikacjach) na wschodnie tereny dawnej Rzeczpospolitej. „Pod koniec sierpnia i we wrześniu [1942 r.] wysłano patrole, które miały rozpoznać: stosunki polityczne, ekonomiczne, żywnościowe, jakość i zakres działalności czerwonej partyzantki, zachowanie się polskiej społeczności , charakter i działalność obsady niemieckiej. Na teren Polesia miały wyjechać trzy patrole. (…) Na czele akcji komendant KN postawił Stefana Lipińskiego 'Brunona’, oraz Jana Wyszomirskiego 'Wrońskiego’ i Jana Łapińskiego 'Wireckiego'”.
Natomiast już w czasie wymarszu oddziałów bojowych UBK na wschód, „Wroński” w dramatycznych okolicznościach musiał przejąć dowodzenie jedną z kompanii. Jej poprzedni dowódca 'Lisbor’, został aresztowany przez Niemców. „Wyznaczony na jego miejsce 'Wroński’ musiał przejmować kompanię dopiero w drodze” – dowiadujemy się z omawianej tu książki.
Rozproszone po różnych źródłach fragmenty dotyczące podchorążego, a później podporucznika z Czarnowca, świadczą o jednym. Jan Wyszomirski, był jednym z najbardziej zaufanych ludzi komendanta Konfederacji Narodu. Zaważyła na tym zapewne znajomość z czasu studiów, ale również to, że Wyszomirski niezawodnie wywiązywał się z powierzanych mu, nawet najtrudniejszych, zadań.
W książce Zofii Kobylańskiej „Konfederacja Narodu w Warszawie”, znajdują się również, choć w mniejszej liczbie i objętości, fragmenty poświęcone Ludwice Wyszomirskiej „Xeni”, siostrze Jana, również pochodzącej z Czarnowca, również należącej do Konfederacji Narodu.
Około dwustu członków Konfederacji Narodu walczyło Powstaniu Warszawskim. „Ksenia” była jedną z trzech sanitariuszek plutonu „Mieczyki”, w skład którego wchodzili chłopcy z Młodzieży Nowej Polski. Mówiąc dzisiejszym językiem powiedzielibyśmy, że była to młodzieżówka Konfederacji Narodu.
Tu ciekawostka na marginesie. Kobylańska przestawia sanitariuszkę z Czarnowca jako Ludwikę Wyszomirską-Trzaskę. Choć, jak pisaliśmy wcześniej, Wyszomirska wyszła za mąż za Zygmunta Trzaskę dopiero po wojnie, gdy jej narzeczony wrócił z wojennej niewoli w Murnau w powiecie Garmisch-Partnenkirchen.
W pierwszych dniach powstania „Mieczyki” pełniły głównie służbę wartowniczą. Ale już 5 sierpnia pluton otrzymał rozkaz obsadzania rogu ulic Karolkowej i Wolskiej. Tam młodzi żołnierze dostali się pod huraganowy ogień artyleryjski. Następnie, wraz z batalionem „Czata”, w skład którego wchodził ich pluton, wzięli udział w natarciu na ulicę Płocką. Batalion poniósł wtedy duże straty. „W czasie tej walki odznaczyła się sanitariuszka 'Xenia’, która pod ogniem nieprzyjaciela opatrzyła wielu rannych” – czytamy na kartach książki.
Dalszy szlak powstańczy „Mieczyków” i losy Ludwiki Wyszomirskiej opisaliśmy już wcześniej.
W przygotowaniu jest następna nasza „czarnowiecka” publikacja. Opracowana na podstawie kolejnego źródła, tym razem publikacji Instytutu Pamięci Narodowej. Z niej dowiemy się między innymi dlaczego Jan Wyszomirski przyjął pseudonim „Wroński”. Co go łączyło z tym, w jego przypadku – fikcyjnym, nazwiskiem. Ciąg dalszy wkrótce więc nastąpi.
Jacek Pawłowski
Kilka nowych ustaleń o Janie Wyszomirskim „Wrońskim”
Category: Historia,historyczne
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Minęło już trochę czasu, odkąd odtworzyliśmy przedwojenne i wojenne losy Jana Wyszomirskiego z Czarnowca. Jego postać przybliżyliśmy w czwartej części publikacji „Czarnowiec i Wyszomirscy”. To było w 2020 roku. Do dziś udało się ustalić kilka faktów, które uzupełniają tę wypowiedź. Do wielu źródeł próbuję jeszcze dotrzeć. Tymczasem….
Odnalazłem dość szczegółowy opis akcji odbicia członków Konfederacji Narodu (Uderzeniowych Batalionów Kadrowych) z więzienia na ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie w 1942 roku. W akcji tej, którą osobiście dowodził komendant UBK Bolesław Piasecki, brał udział Jan Wyszomirski „Wroński”, który był adiutantem Piaseckiego. Opis ten, choć szczegółowy, nie jest relacją świadka. Jest opowieścią z drugiej ręki. Ale bardzo szczegółową, bo o akcji było głośno w podziemnej Warszawie.
Zofia Kobylańska, sanitariuszka Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, tak pisze w swoich wspomnieniach, wydanych w 1988 roku.
„Jak na kinowym ekranie zaczęły mi się przesuwać w pamięci wydarzenia, o których tyle się nasłuchałam.
W lipcu 1942 roku w czasie jednej z akcji w Śródmieściu Warszawy 'Pawłowski’ [Tadeusz Jagodziński – przyp. JP], 'Sambor’ [Tadeusz Anderszewski], ’Żegota’ [Marek Kolendo], ’Powiślak’ [NN], ’Irmus’ [Janusz Zieliński], ’Sulima’ [Zbigniew Fedorowicz] i 'Olgierd’ [Stanisław Hniedziewicz] zostają aresztowani, a następnie uwięzieni na Daniłowiczowskiej w więzieniu śledczym. Dowództwo za wszelką cenę pragnie ich wyciągnąć – wzięci z bronią w ręku mogli oczekiwać jedynie wyroku śmierci. Akcję organizuje osobiście Komendant – 'Sablewski’ [Bolesław Piasecki]. Udział w niej biorą: kpt. 'Bruno’ [Stefan Lipiński], ’Romanowski’ [Leszek Kostek-Biernacki], ’Wroński’ [Jan Wyszomirski], ’Lisbor’ [Teodor Liese] i ’Wirecki’ [Lucjan Łapiński]. ’Muszkieter’ [Stefan Witkowski] organizuje odpowiednie mundury i samochód. Przebrani i ucharakteryzowani na gestapowców, mają zajechać samochodem do więzienia i zaskakując komendanta zażądać wydania aresztowanych.
Tak też się stało. Odegrali swą rolę znakomicie. A 'Bruno’ był niezrównany! Gdy tylko znaleźli się na terenie więzienia 'Bruno’ z miejsca zwymyślał strażników za to, że ich wpuścili nie legitymując. Scenariusz akcji po przeprowadzonym przez 'Kowalskiego’ [Stanisława Briesemeistera] rozpoznaniu opracowany był bardzo dokładnie i bezbłędnie wykonany.
Kpt. 'Bruno’ krzyczał, rugał, sztorcował służbę więzienną, nawet kazał sobie podać wodę do picia. Oberwało się też i jego podwładnym. Zastraszony komendant więzienia nawet nie pomyślał, żeby sprawdzić u władz Gestapo, czy rzeczywiście ma wydać więźniów. Wyprowadzani też obrywają. 'Wirecki’ wali ich po kolei na odlew, dopomaga sobie kopniakami. Więźniowie są przekonani, że idą na śmierć. Niepodziewanie nastąpił moment niebezpieczny i dramatyczny. 'Olgierd’ poznaje 'Romanowskiego’, przypuszcza że była wsypa, że 'Romanowski’ zdradził. W ogóle cała historia wzięłaby w łeb, bo 'Pawłowski’ chciał dać nogę – co miał do stracenia. Całe szczęście, że zamiaru nie zdążył wykonać.
Wreszcie po wszystkich formalnościach, między innymi po odczytaniu listy więźniów przez kpt. 'Bruno’, wyłamującego sobie język na polskich nazwiskach, wyprowadzono ich i kopniakami wepchnięto do samochodu. Niestety, nie wszystkich uwolniono – rannych 'Sulimy’ i 'Powiślaka’, przebywających w więziennym szpitalu, nie udało się zabrać. Gdy wóz ruszył, Bruno mówi:
– No, chłopcy, rozkuwać się.
Nie wierzą mu. Myślą, że to prowokacja. Dopiero gdy 'Romanowski’ zwraca się do 'Olgierda’: 'Staszek, nie poznajesz mnie do jasnej cholery?’ – i gdy zaczęli się całować, pozostali uwierzyli, że rzeczywiście są wolni.
Odbitych rozproszono po różnych melinach, przemalowano im włosy, dano nowe dokumenty i szybko zlikwidowano z Warszawy. Przez parę dni było cicho. Bomba wybuchła, gdy na Szucha dotarły papiery związane z zabranymi więźniami. Rozpoczęły się poszukiwania, listy gończe, śledztwo. Ale wtedy już wszyscy – i odbici, i odbijający – byli w bezpiecznych miejscach…”.
Poza tym na kartach wspomnień Kobylańskiej, Wyszomirski „Wroński” epizodycznie pojawia się przy następujących wydarzeniach.
Prawdopodobnie 30 czerwca 1943 roku, może dzień albo dwa później, odbywa się koncentracja Uderzeniowych Batalionów Kadrowych w okolicach Trzciannego pod Tykocinem. Ma być uroczysta odprawa, poprzedzona nabożeństwem. Ale komendant „Sablewski” wraz ze swym adiutantem „Wrońskim” i czwórką innych oficerów pilnie wracają do Warszawy. Dotarła bowiem do nich wieść o aresztowaniu Stefana Roweckiego „Grota”. Innym razem „Wroński” pojawia się jako przygodny świadek przybycia Kobylańskiej na dywanik do komendanta.
Autorka „Wspomnień sanitariuszki” wspomina jak będąc jedyną kobietą w oddziale toczyła – jak to określa – „wojnę” z kolegami. Nie precyzuje na czym ona polegała, ale opisuje jak w czasie kwaterowania w Mociewiczach spoliczkowała jednego z partyzantów, innego objechała 'po łacinie’. Domyślała się, że obowiązek stawienia się o komendanta był pokłosiem tej awantury. Kobylańska weszła do domu, w którym kwaterował Piasecki „Sablewski”. W kuchni coś gotowała „Janka” [Janina Czarnecka]. „Przy stole siedział 'Wroński’ – coś mi tam przygadywał, ale 'Janka’ mu przerwała: – Komendant czeka na panią i jest w pokoju”.
Kolejny raz 'Wroński’ pojawia się już nie jako mimowolny świadek, ale uczestnik konfliktu. W Uderzeniowych Batalionach Kadrowych, jak w każdej partyzantce, brakowało broni. Gdy ktoś został ranny, albo chory szedł na melinę, albo wyjeżdżał do Warszawy, oddawał swoją broń „pozostającym w polu kolegom. Tak też się stało z bronią niektórych chłopców powracających teraz z Warszawy. Domagali się po prostu zwrotu 'swojej’ broni. Ci co ją nosili, traktowali ją jak 'swoją’ – 'Wroński’ na przykład nosił PPD „Maćka” i za żadne skarby nie chciał się z nim rozstać. Dochodziło czasami do ostrej wymiany poglądów na ten temat. Jakże często zapominaliśmy, że stanowimy całość.” W tym miejscu dwa wyjaśnienia. Pseudonim „Maciek” nosiło co najmniej dwóch partyzantów UBK – Mieczysław Lipko i Eugeniusz Zawistowski. Autorka nie precyzuje, którego Maćka broń nosił Wyszomirski 'Wroński’. PPD – to natomiast skrótowiec oznaczający pistolet maszynowy sowieckiej konstrukcji. Nazywany był (podobnie jak Kałasznikow) od nazwiska konstruktora – pistoliet puliemiot Diegtiariowa.
„Ze wspomnień sanitariuszki” można jeszcze dowiedzieć się, że „Wroński” był u boku komendanta UBK, gdy ten stojąc pod drzewami dowodził próbą zdobycia Wilna 7 lipca 1944 roku i w czasie odwrotu spod Wilna.
Kolejne źródło” „Życie i śmierć dla Polski” Kazimierza Krajewskiego, po wielu perturbacjach, dotarło wreszcie do Czarnowca. W książce tej jest trzynaście wzmianek o Janie Wyszomirskim i kilka zdjęć. Ale to tym ciąg dalszy nastąpi.
Jacek Pawłowski
Jan Wyszomirski – (akta, zdjęcia)
Category: Historia,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Gdy 19 listopada 2020 roku pojawiła się publikacja Pana Jacka Pawłowskiego o zgromadzonych dotychczas faktach na temat dworu Wyszomirskich w Czarnowcu cały artykuł można przeczytać tu -> otrzymałem korespondencję z Warszawy od Pana Bartłomieja Marksa – krewnego rodu Wyszomirskich. Poniżej przedstawiam treść korespondencji oraz część otrzymanych dokumentów na temat Jana Wyszomirskiego i rodziny:
Szanowny Panie, Zupełnie przypadkiem trafiłem w Internecie na serię Pańskich artykułów dotyczących rodziny Wyszomirskich – przedwojennych właścicieli majątku Czarnowiec. Przeczytałem je z ogromnym zainteresowaniem, tak się bowiem składa że jestem dalekim krewnym bohaterów Pana opowieści – Maria Wyszomirska z d. Grabowska była starszą siostrą mojej praprababci Stanisławy Sabiny Milewskiej z d. Grabowskiej. Historia rodziny Wyszomirskich jest niezwykle smutna ale też fascynująca. Pańskie artykuły usystematyzowały moją wiedzę zebraną podczas badań genealogicznych, które prowadzę od jakiegoś czasu. Zawierają też szereg informacji nowych, bardzo ciekawych (zwłaszcza o Ludwice Trzasce). Bardzo ucieszyła mnie informacja, że Pan Sołtys chciałby kultywować pamięć o rodzinie Wyszomirskich, gdyż jak sądzę ich losy są tego warte. Z pewnością dobrze zasłużyli się Ojczyźnie, . Nie wiem czy w dalszym ciągu zajmuje się tą sprawą natomiast jeżeli tak to zapewne mógłbym w jakiś sposób uzupełnić zebrane do tej pory dane. Sam byłbym też ciekawy czy udało się Panu uzyskać informacje, których nie umieścił Pan w artykule (np. wspominał Pan o pewnych niejasnościach dotyczących wojennych losów Zygmunta, lecz nie rozwinął później tego tematu)? Może wśród mieszkańców Czarnowca zachowały się jakieś wspomnienia o mieszkańcach dworu? Czy udało się Panu dotrzeć do rodziny Trzasków i w jakiś sposób wciągnąć ich w ideę upamiętnienia Wyszomirskich w Czarnowcu? Ja wprawdzie nie mam z nimi bezpośredniego kontaktu (utrzymywała go do pewnego czasu moja Babcia), natomiast wiem gdzie ich szukać. Pana artykuł natchnął mnie też ideą by przyjechać do Czarnowca i zobaczyć miejsca związane z Wyszomirskimi. Bardzo dziękuję i pozdrawiam. Bartłomiej Marks
MK: Szanowny Panie Bartłomieju Dziękuję, że nasze wspólne dzieło trafiło w Pana ręce. Dzieło w mniejszym stopniu moje. Całą pracę z opracowaniem i wyszukaniem materiałów wykonał Pan Jacek Pawłowski z Czarnowca.
2. W załączeniu przesyłam też dalszy ciąg informacji – tym razem genealogicznych:) drzewo Romana Wyszomirskiego (przodkowie i potomkowie) metryki (niestety po rosyjsku ale osoby z naszymi PESELami jeszcze uczyły się tego języka:): 1) małżeństwa Romana i Marii 2) urodzin: Zygmunta, Jana, Zofii Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za miłą rozmowę Bartłomiej Marks PS. W najbliższym czasie postaram się dosłać dokumenty z IPN oraz zdjęcie mojego ojca w Katyniu
3. Dzień Dobry, W nawiązaniu do naszej rozmowy przesyłam poniżej informację odnośnie książek p. Kazimierza Krajewskiego opisujących dzieje Uderzeniowych Batalionów Kadrowych. Są to: „Życie i śmierć dla Polski”, Warszawa 2018, IPN „Uderzeniowe Bataliony Kadrowe”, Warszawa 1993, IW PAX W załączeniu natomiast przesyłam zdjęcia grobu Marii Wyszomirskiej zd. Grabowskiej – zarówno w starej odsłonie (sprzed remontu – jeszcze z rokiem śmierci w Katyniu Zygmunta – 1941 – wraz z moim ojcem corocznie zmienialiśmy 1 na 0 scyzorykiem) oraz już wygląd współczesny.
4. Dzień Dobry, W załączeniu przesyłam zdjęcia z Katynia oraz informację nt. Trzasków: http://optyktrzaska.pl/o-nas-2/ Pozdrawiam Bartłomiej Marks
MK: Pytanie zasadnicze: Czy te podesłane zdjęcia dokumentów są dostępne gdzieś w sieci? Czyli skany tych dokumentów? Ze zdjęć niestety wiele rzeczy nie mogę odczytać. Widzę, że zdjęcia robione z monitora. Czy tak?
5. Dzień Dobry, Niestety, dokumenty z IPN zbierałem na własny użytek a większość z nich udostępniono mi w postaci skanów na komputerze. Robiłem więc zdjęcia ekranowi komputera… Siłą rzeczy, tak jak napisałem, niewiele z tego da się wykorzystać do jakiejś publikacji, a szkoda bo są tam takie „kwiatki” jak protokół przesłuchania po rosyjsku. Nie sądzę żeby gdziekolwiek indziej dokumenty te były jeszcze dostępne. Pozdrawiam Bartłomiej Marks
Ciąg dalszy nastąpi?
To czy przesłane dokumenty przez Pana Bartłomieja da się wykorzystać do publikacji pozostawiam specjaliście w tym zakresie czyli Panu Jackowi Pawłowskiemu.
To jest zajawka artykułu o Janie Wyszomirskim i ciągu dalszym smutnych losów rodziny Wyszomirskich z Czarnowca.
Pozyskane zdjęcia z Janem Wyszomirskim: – Muzeum Żołnierzy Wyklętych – ?
wykorzystano: foto tytułowe – Jacek Karczewski Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce skany zdjęć z kolekcji – Bartłomiej Marks
Marek Karczewski
O śmierci pachciarza z Czarnowca pisano w USA
Category: Historia,historyczne,NEWS
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Gazeta z 1893 roku. W dodatku amerykańska. I było w niej o tragicznej przygodzie pachciarza z Czarnowca. Z Czarnowca pod Ostrołęką – ściśle rzecz ujmując.
Zacznijmy jednak od początku. Gazeta jest tygodnikiem drukowanym po polsku dla Polaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Ukazuje się pod winietą „Ameryka”. Redaktorem „Ameryki” jest Antoni Alfred Paryski. Jako osiemnastolatek, w 1883 roku, wyemigrował z Polski do USA. Sześć lat później, w Toledo (Ohio) zaczął wydawać tygodnik „Ameryka”.
„’Ameryka’ jest największą, najlepszą i najtańszą gazetą polską w Stanach Zjednoczonych. Urzędowe wykazy świadczą, że żadna inna gazeta polska nie ma tylu abonentów co 'Ameryka'” – chwali się wydawca na pierwszej stronie pierwszego czerwcowego wydania.
Tak. Właśnie tak. „Ameryka” pod koniec XIX wieku miała abonentów i sprzedawano ją od razu na cały rok. Roczny abonament kosztował zaledwie półtora dolara. A kto zapłacił dwa dolary, mógł liczyć na prezent od wydawcy na Gwiazdkę w postaci olejnego obrazu i kalendarza na 1894 rok.
Wydanie z 3 czerwca 1893 roku podaje, że w tych dniach agent „Ameryki” będzie przebywał i zbierał pieniądze od chcących zaprenumerować pismo albo odnowić abonament. Trzeba przyznać, że jak na owe czasy było to profesjonalnie redagowane czasopismo i zawierające aktualne informacje. W wydaniu z 3 czerwca 1893 na pierwszej stronie znajdują się doniesienia agencyjne z Europy i reszty świata datowane na 2 czerwca. Wiadomości na duże odległości przekazywano wtedy telegrafem.
Poza informacjami z USA, ze świata, wiele łamów „Ameryki” zajmowały doniesienia ze starego kraju. W tym jedna notka z… Czarnowca pod Ostrołęką. Niestety nie ma w niej daty. Nie wiadomo więc dokładnie, kiedy doszło do opisywanego zdarzenia.
„We wsi Czarnowiec pod Ostrołęką, miejscowy pachciarz skutkiem rozbiegania się koni u wozu frachtowego, dostał się pod koła i poniósł tak ciężkie obrażenia, że wkrótce zmarł” – brzmi jednozdaniowa notka zatytułowana „Wypadek.”. Interpunkcja oryginalna.
Kto to był pachciarz? Ktoś kto od kogoś dzierżawił coś za opłatą. Pacht albo pachta znaczyło w XIX wieku nic innego jak tylko odpłatną dzierżawę nieruchomości, ruchomości lub inwentarza.
A wóz frachtowy? Upraszczając i domniemywając, można powiedzieć że była to konna ciężarówka. Czyli wóz konny przystosowany do przewożenia ładunków.
Nic więcej na ten temat w amerykańskiej gazecie już nie ma. Trudno więc snuć domysły kim był ów pachciarz i w jakich okolicznościach doszło do zdarzenia. Z pewnością jednak jest to najstarsze udokumentowane doniesienie medialne o wypadku komunikacyjnym w Czarnowcu.
Jacek Pawłowski
Kto nocował w Czarnowcu, w 1915 roku?
Category: Historia,historyczne
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Kto nocował w Czarnowcu, w 1915 roku?
I choć w zamieszczonym tekście na blogu „Ostrołęka i okolice – 1915, Podróże w przeszłość” dopiero w przedostatnim wersie czytamy wzmiankę o Czarnowcu, to z całego tekstu możemy wyczytać niezwykły kawał historii tego przerażającego okresu.
Pijący_mleko, Rowerem wokół Ostrołęki to znany nie tylko w okolicy Ostrołęki ale również zapraszany na wiele ogólnopolskich spotkań historyków i eksploratorów ekspert od „powrotu do przeszłości”
Pijący ma również zadaną ode mnie pracę domową aby wygrzebać jak najwięcej historycznych wiadomości o naszej wiosce. Na razie (jak twierdzi) nie może dogrzebać się do czegoś ciekawego 🙁 Może nadejdzie kiedyś taki dzień?
Na swoim blogu prowadzi obszerne tłumaczenia pamiętników i dzienników wojennych właśnie z 1915 roku. Na dziś proponuję zainteresowanym osobom lekturę wydarzeń z przełomu lipca i sierpnia 1915 r. Kto nocował w Czarnowcu z 3 na 4 sierpnia 1915 roku? Dowiemy się z opracowania. Czy jednak był to nocleg w dworku? Tej informacji niestety nie znajdziemy 🙁
Lewa flanka, część 16: Pod Ostrołęką 2. Ermländisches Infanterie-Regiment Nr 151 151. Regiment Piechoty (2. Warmiński) Fragmenty historii którą napisał Oberleutnant w stanie spoczynku Plickert Heinrich (adiutant Regimentu)
Tłumaczenie i opracowanie: Jacek Czaplicki W połowie lipca miała ruszyć nowa ofensywa, a oddziały regimentu miały opuścić okopy i wziąć udział w natarciu. Ofensywa ta, to początek fazy walk, w których regiment niestety nie miał szans na zdobycie nowych laurów jako zwarta formacja pod jednym dowódcą. Niekorzystny stosunek sił, w którym Rosjanie dysponowali dużo liczniejszymi jednostkami, zmusił dowództwo do rozczłonkowania 151. Regimentu Piechoty, jak i innych na froncie, by wzmocnić batalionami siłę innych regimentów…
…Nasyp kolejowy i mocno rozbudowane linie obrony na nim dostają się w ręce Niemców. Jeszcze około 2 km na wschód od nasypu kolejowego kompanie gonią uciekających Rosjan. Uchwycono cztery karabiny maszynowe i 780 rozbrojonych jeńców. Ale kolejne straty osłabionego już batalionu są stosunkowo wysokie. 29 podoficerów i żołnierzy, w tym Leutnant rezerwy Hoffmann, legło na polu bitwy. 95 rannych leży w kałużach krwi. Batalion Bischofsburger, po prawie 70 godzinach zaciekłych walk jest na granicy wyczerpania. Wszyscy marzą o odpoczynku. I tak właśnie się staje, gdy późnym wieczorem batalion zostaje zluzowany przez oddziały 83. Dywizji Piechoty i maszeruje przez wieś Borawe do obozu w Czarnowcu (5 km na południe od Ostrołęki). Następnego dnia po wypoczynku batalion jest gotowy do nowych walk razem z III. Batalionem/151.
Dziś, 1 sierpnia, obchodzimy 77. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. W bohaterskim zrywie stolicy uczestniczyli również nasi bliscy z Czarnowca.
Wybuch powstania w Warszawie był nieplanowanym wcześniej, wynikłym z rozwoju sytuacji, elementem Akcji „Burza”. Jej celem była próba zahamowania niekorzystnych dla Polski decyzji, które zapadły na konferencjach Wielkiej Czwórki w Teheranie i Jałcie oraz zaprzeczenia antypolskiej propagandzie władz Związku Sowieckiego. Bezpośrednim impulsem do wydania rozkazu o rozpoczęciu otwartej walki zbrojnej było rozpoczęcie pancernej bitwy pomiędzy Niemcami a Armią Czerwoną na przedpolach Warszawy (pomiędzy Radzyminem, Markami, Choszczówką i Targówkiem) oraz pojawienie się na warszawskiej Pradze sowieckich czołgów.
1 sierpnia 1944 do nierównej walki z okupantem stanęło ok. 20-30 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej oraz innych organizacji podziemnych, przeważnie słabo uzbrojonych i źle wyszkolonych. Wyjątek stanowiły elitarne oddziały dyspozycyjne Kierownictwa Dywersji KEDYWU. Łącznie w powstaniu walczyło 50 tys. żołnierzy.
Wśród powstańców była również mieszkanka z Czarnowca Ludwika Wyszomirska „Ksenia”.
Poniżej część historii o Wyszomirskich i „Kseni” z opracowania Pana Jacka Pawłowskiego:
„Właśnie w tym miejscu i tego dnia przemawia do Polaków prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, goszczący z oficjalną wizytą w Polsce. Porywa zgromadzonych odnosząc się do epizodu z Powstania Warszawskiego. Porywa dlatego, bo mówi tak, jak by znał historię powstania od podszewki, a topografia Warszawy nie stanowiła dla niego tajemnic.
A mówił między innymi tak:
“W sierpniu 1944 roku, tak jak teraz, Aleje Jerozolimskie były jedną z głównych arterii przecinających miasto ze wschodu na zachód. Kontrola nad nią miała kluczowe znaczenie dla obu stron bitwy o Warszawę. Wojsko niemieckie chciało ją przejąć jako najkrótszą drogę przemieszczania oddziałów na front i z frontu.
Dla członków Polskiej Armii Krajowej natomiast, możliwość
przedostawania się na północ i na południe przez Aleje Jerozolimskie
miała zasadnicze znaczenie dla utrzymania Śródmieścia, a tym samym
utrzymania przy życiu samego Powstania.
Noc w noc, pod obstrzałem broni maszynowej, Polacy znosili
worki z piaskiem, by bronić swojego wąskiego przejścia w poprzek Alei
Jerozolimskich. Dzień w dzień, wróg rozbijał je w drobny mak. Wtedy
Polacy zrobili okop, a wkrótce – barykadę. W ten sposób nieustraszeni
powstańcy zaczęli przekraczać tę arterię.
(…)
Przesmyk przez Aleje Jerozolimskie wymagał ciągłej obrony,
napraw i umocnień. Ale wola obrońców, nawet w obliczu śmierci, była
niezachwiana; przejście istniało do ostatnich dni Powstania. Nigdy nie
zostało zapomniane, dzięki Polakom było zawsze dostępne.
Pamięć o ofiarach tego heroicznego wydarzenia woła do nas przez
dziesięciolecia, a wspomnienia o obrońcach przejścia przez Aleje
Jerozolimskie należą do najbardziej żywych” – mówił Trump.
To przejście przez Aleje Jerozolimskie znajdowało się w okolicach
skrzyżowania z ulicą Kruczą. Tak… Aleje Jerozolimskie były strategicznym
pasem na powstańczej mapie Warszawy. Od samego początku powstania.
Aleje Jerozolimskie o godzinie W., godzinie wybuchu Powstania
Warszawskiego – o 17.00, 1 sierpnia 1944 r., są również miejscem
zgrupowania oddziału Ludwiki Wyszomirskiej. Miała stawić się pod
numerem 49, po sąsiedzku z fotoplastikonem warszawskim, niecałe 500
metrów na zachód od barykady, o której po 73 latach będzie mówił w
wolnej Warszawie prezydent USA. Tę 28-letnią sanitariuszkę ze
zgrupowania “Radosław” pięć lat wcześniej Niemcy wypędzili z domu w
Czarnowcu. Wraz z matką zamieszkały w Warszawie u siostry Ludwiki –
Zofii.
Ludwika jeszcze w 1939 roku przystąpiła do konspiracyjnej
Konfederacji Narodu – organizacji, która sama siebie nazywała
niepodległościową. Została zaś stworzona między innymi przez działaczy
przedwojennego ONR Falanga, a na jej czele stał Bolesław Piasecki.
Początkowo Konfederacja Narodu działała w opozycji wobec Związku Walki
Zbrojnej, ponieważ konfederaci postrzegali ZWZ jako organizację związaną
z przedwojennym obozem sanacyjnym. Z czasem jednak Konfederacja i
Związek zaczęły współpracować, aż w końcu stały się jedną ogólnopolską,
konspiracyjną organizacją.
Konfederacja miała swoje zbrojne
ramię – Uderzeniowe Bataliony Kadrowe. Decyzją dowództwa AK prowadziły
one wojnę partyzancką w terenie. Poza Warszawą. Głównie na
Wileńszczyźnie, Polesiu, Podlasiu i Białostocczyźnie. Walczył w nich
pochodzący z Czarnowca drugi brat Ludwiki – Jan Wyszomirski. Jego
postaci poświęcimy kolejny odcinek.
Ludwika natomiast była
żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły
udział w Powstaniu Warszawskim. Nosiła pseudonim “Ksenia”.
Po wybuchu powstania, wieczorem 1 sierpnia przeszła wraz z grupą łączniczek i sanitariuszek Konfederacji Narodu do fabryki Telefunkena na Woli. Tam dostała przydział do służby sanitarnej plutonu “Mieczyki” – oddziału składającego się z 37 szesnasto- osiemnastoletnich chłopców. Pluton ten początkowo pełnił funkcje wartownicze i zabezpieczające, ale w kolejnych dniach powstania został skierowany do bezpośrednich działań bojowych. “Mieczyki” były częścią zgrupowania “Radosław”. Od 8 sierpnia Ludwika Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie porucznika “Piotra” (Zdzisława Zołocińskiego).
Pracowała w szpitalu Karola i Marii. Z Woli przedostała się na Stare Miasto. Stamtąd kanałami przeszła na plac Bankowy, a pod koniec powstania – na Górny Czerniaków. Tu została ranna w rękę. Wraz z grupą rannych 20 września przepłynęła na drugą stronę Wisły, gdzie Sowieci wcale nie czekali z otwartymi ramionami. Ludwika Wyszomirska została aresztowana przez NKWD. Została zwolniona, ale na krótko. Sowiecka policja polityczna uwięziła ją ponownie w związku z antykomunistyczną działalnością jej brata Jana Wyszomirskiego. Jan Wyszomirski jako wróg ludu został rozstrzelany przez komunistów. Rodzina jednak o tym nie wiedziała.”… /Jacek Pawłowski/
Ciąg dalszy o rodzinie Wyszomirskich z Czarnowca znajdziecie Państwo w dziale HISTORIA
Wyszomirska Ludwika Ksenia 08.1944 Powstanie Warszawskie. Zdjęcie ze zbiorów Urszuli Katarzyńskiej-Ballner_MPW
Marek Karczewski, 1.08.2021 r.
Świadectwo czeladnika urodzonego w Czarnowcu
Category: Historia,NEWS
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
W jednej z flagowych wystaw Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce znajduje się czarnowiecki akcent. Dzięki uprzejmości Muzeum otrzymaliśmy trzy razy więcej niż widać na wystawie. Udostępnione przezMuzeumreprodukcje publikujemy w galerii na końcu tego tekstu.
Wystawa ma charakter stały. Nosi tytuł „Ostrołęka i Kurpie. Między wątkiem historii a osnową życia”. Jej autorką i kuratorem jest Barbara Kalinowska. W pomieszczeniu o nazwie „Szepty codzienności” zgromadzone zostały dokumenty i przedmioty codziennego użytku przypominające o codzienności ostrołęckich kupców i rzemieślników z czasów dwudziestolecia międzywojennego. Guziki od Waltzów, replika diabelskich skrzypiec i inne cuda. A między nimi w szufladach pochowane dokumenty. Gdy otworzy się jedną z szuflad, ukazuje się świadectwo złożenia egzaminu na czeladnika przez Teodora Stanisława Złotkowskiego – datowane na piątek 27 czerwca 1930 r.
Okaziciel tego świadectwa urodził się 7 kwietnia 1910 roku w Czarnowcu. Gdyby pominąć drugie imię, nazywałby się tak samo jak budowniczy kaplicy na cmentarzu w Rzekuniu. Kaplica powstała w 1857 roku, czyli ponad pół wieku przed urodzeniem okaziciela świadectwa. Jeżeli więc obu Teodorów łączyło jakieś pokrewieństwo, to Teodor Złotkowski – budowniczy, musiał być przodkiem Teodora Stanisława Złotkowskiego, którego świadectwo czeladnicze znajduje się w zbiorach ostrołęckiego muzeum. Czy w prostej linii, czy w bocznej, trudno powiedzieć. Z dat wynika, że dzieliły ich co najmniej dwa pokolenia. Trochę faktów na temat różnych Złotkowskich związanych z Czarnowcem przytoczymy na końcu tego tekstu.
Czytelniku, jeżeli masz w kwestii tego artykułu coś do dodania; znasz relacje przodków, sąsiadów, krewnych; dysponujesz jakimiś dokumentami lub źródłami; podziel się swoją wiedzą – w komentarzu pod tym tekstem lub pisząc mail na adres wiesczarnowiec@gmail.com.
Świadectwo w każdym znaczeniu
Świadectwo, wyeksponowane w szufladzie wystawowej, jest nie tylko historycznym dokumentem urzędowym. Jest nomen omen świadectwem czasów, w których powstało i było używane. Można z niego wyczytać pewne rzeczy wprost, a niektóre – między wierszami. Żeby było ciekawiej, Muzeum udostępniło nam również inne świadectwo, nieeksponowane na wystawie. To świadectwo ukończenia szkoły przez Teodora Stanisława Złotkowskiego.
Legendarna ostrołęcka szkoła
Teodor Stanisław Złotkowski rozpoczął naukę w Szkole Rzemieślniczo-Przemysłowej w Ostrołęce – 1 września 1925 roku. Miał wtedy 15 lat. Ale swój „trzyletni kurs nauki na wydziale ślusarsko-mechanicznym” ukończył pięć lat później. Świadectwo ukończenia szkoły nosi bowiem datę 27 maja 1930 roku. Co było przyczyną, że trzyletni kurs Złotkowskiego trwał pięć lat – trudno powiedzieć. Domysły jakie się nasuwają to: powtarzanie klas, stan zdrowia, albo przejściowe braki pieniędzy. Szkoła Rzemieślniczo-Przemysłowa w Ostrołęce była bowiem szkołą odpłatną. Nie wiadomo ile wynosiło wpisowe i czesne w czasach gdy naukę pobierał Złotkowski. Wiadomo natomiast, że w 1932 roku wpisowe wynosiło 10 złotych, czesne – 15 zł miesięcznie, a opłata za materiały – od 20 do 50 zł rocznie [1]. Rok nauki w tej szkole kosztował więc co najmniej 180 złotych. W tamtych czasach robotnicza tygodniówka wynosiła ok. 30 zł, choć w Polsce B robotnicy pracowali i za 10 zł tygodniowo [2].
Szkołę rzemieślniczo-przemysłową, widok zaraz po przebudowie, pokazywał na swoim profilu społecznościowym dyrektor ZSZ nr 1 w Ostrołęce Tadeusz Olszewski.
Miejsce, w którym uczył się Złotkowski – Szkoła Rzemieślniczo-Przemysłowa Polskiej Macierzy Szkolnej w Ostrołęce. Do jej tradycji odwołuje się obecny Zespół Szkół Zawodowych nr 1, czyli szkoła zwana „metalówką”. O historii tej szkoły napisano już wiele. Przypomnijmy więc jedynie hasłowo.
Powstała z inicjatywy doktora Józefa Psarskiego, jednego z najbardziej zasłużonych ostrołęczan w XX wieku. Początkowo mieściła się w budynku poklasztornym, a pięć lat później przeniosła się do przebudowanej na szkolne potrzeby dawnej cerkwi. W tym miejscu, w wielokrotnie przebudowywanej siedzibie, funkcjonuje zresztą do dziś.
Polska Macierz Szkolna dawała szkole szyld, ale większość trudu organizacyjnego i wysiłku finansowego brał na siebie doktor Psarski [3]. PSM była organizacją społeczną, już wówczas z chwalebną tradycją. Powstała na początku XX wieku, gdy car Rosji zgodził się na zakładanie prywatnych szkół, w których nauczano po polsku. Nie miały one jednak uprawnień szkół publicznych. Nie były też w żadnym stopniu finansowane przez państwo. Spośród licznych działaczy zakładających Polską Macierz Szkolną, dwa są znane chyba każdemu – Henryk Sienkiewicz i Roman Dmowski. Po 1918 roku, w niepodległej Polsce, Polska Macierz Szkolna zbierała pieniądze i tworzyła szkoły uzupełniające państwową sieć oświatową. Taką właśnie szkołą była przedwojenna metalówka. Społeczną, odpłatną, ale posiadającą uprawnienia szkoły publicznej.
Szczegóły pewnej pieczęci
Pieczęć ze świadectwa Teodora Stanisława Złotkowskiego
Na świadectwach Teodora Stanisława Złotkowskiego widnieją charakterystyczne okrągłe pieczęcie. Wokół zewnętrznej krawędzi znajduje się nazwa szkoły, a w środku – obrazek. Długowłosa postać w białej szacie do ziemi, trzymająca w ręku księgę, na kartach której widoczne są pierwsze litery łacińskiego alfabetu. Postać ta spogląda w kierunku przesłoniętego horyzontem słońca. U stóp ma (chyba) pole uprawne. W tle znajduje się las, a może góry. Na drugim planie widać budynek.
Obrazek wewnątrz pieczęci jest inny niż znaki, którymi posługiwała się Polska Macierz Szkolna. Były to zazwyczaj stylizowane orły w koronie, stąpające po jakiejś karcie rozwijającej się z rulonu. Czasami ta karta miewa postać mapy. Takich znaków Polskiej Macierzy Szkolnej nie ma jednak na świadectwie Teodora Złotkowskiego. Jest ta tajemnicza postać na pieczęci.
Podobna postać z księgą, w podobnym kadrze, znajduje się w godle Polskiej Macierzy Szkolnej na Białorusi, organizacji działającej do dziś dnia. Chociaż budynek na drugim planie ma wyraźny kształt kościoła, a słońca przesłoniętego horyzontem już na tym godle nie widać.
Godło Polskiej Macierzy Szkolnej na Białorusi
To podobieństwo znaku z pieczęci ostrołęckiej szkoły z 1930 roku i z godła Polskiej Macierzy Szkolnej na Białorusi można wytłumaczyć tylko w jeden sposób. Przed wojną Ostrołęka znajdowała się w brzeskim okręgu oświatowym. Kuratorium mieściło się w Brześciu nad Bugiem. Jeżeli znak z pieczęci był symbolem Polskiej Macierzy Szkolnej w okręgu brzeskim, to tłumaczyłoby to dlaczego widnieje na pieczęci na świadectwie Złotkowskiego i w godle PMS działającej na terytorium obecnej Białorusi.
Proste dedukcje wiodą jednak czasami na manowce, o czym świadczy kilka niewyszukanych dowcipów z lat słusznie minionych 🙂 . Zasiejmy więc ziarno wątpliwości. Jeżeli nawet Polska Macierz Szkolna w okręgu brzeskim używała takiej pieczęci, to skąd wzięła się postać w białej szacie przedstawiona na tle współśrodkowych promieni na horyzoncie, na pieczęci… amerykańskiego miasta Alameda? Może to jakiś ikonograficzny trop. Tu już potrzeba bardzo specjalistycznej wiedzy.
Odpuszczamy więc. Ale pieczęć na świadectwie Złotkowskiego ładna. Nieprawdaż? Dziś już pieczęcie z obrazkami stosuje się rzadko. Bardziej okolicznościowo, niż w oficjalnym urzędowym obiegu.
Praktyczna wiedza przede wszystkiem
Ze świadectwa ukończenia szkoły dowiadujemy się jakich przedmiotów nauczano na wydziale ślusarsko-mechanicznym – najstarszym wydziale Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej, bo funkcjonującym w niej od początku, od 1921 roku. Przedmioty na świadectwie wymieniono w następującej kolejności:
praktyczna nauka zawodu
rysunek zawodowy odręczny i geometryczny
wiadomości z fizyki, chemji oraz materjałoznawstwo w zastosowaniu do zawodu
technologja
religja
język polski i korespondencja zawodowa
nauka o Polsce
rachunki, zasady kalkulacji, rachunkowość przemysłowa
higjena
gimnastyka.
Z nazw wyżej wymienionych przedmiotów można wnioskować, że nauka w tej szkole była ukierunkowana przede wszystkim w praktykę. Jeżeli fizyka i chemia, to w odniesieniu do materiałoznawstwa. Należy podejrzewać, że na takim przedmiocie na profilu ślusarsko-mechanicznym uczono o właściwościach fizycznych i chemicznych metali, kwasach, korozji, sprężystości, tarciu, smarowaniu etc. Nie ma na liście przedmiotów matematyki. Są rachunki, zasady kalkulacji i rachunkowość przemysłowa.
Język polski w nazwie przedmiotu został powiązany z korespondencją zawodową. No bo do czegóż może rzemieślnik używać języka polskiego? Swoją drogą przed wojną ludzie pisali do siebie na papierze piękne listy. Czy to prywatne, czy służbowe, ale starannie napisane, a w wielu widać starania by nie uchybić prawidłom polszczyzny.
Przykładowego listu służbowego to pod ręką nie mamy. Ale mamy inny ciekawy dokument przemysłowy z tamtych czasów. Jest nim katalog rowerów produkowanych przez Polskie Fabryki Uzbrojenia. Kawałek wstępu do tego katalogu – zapewne ku uciesze mieszkających w Czarnowcu miłośników rowerów retro i współczesnych – poniżej pokazujemy.
Słowo wstępne do katalogu rowerów Polskich Fabryk Uzbrojenia
Ot i piękny przykład że umiejętność posługiwania się językiem polskim ważna jest również w przemyśle. Po takim wstępie aż chce się kupić rower, albo chociaż przynajmniej zębatkę.
Wychowanie obywatela posłusznego
Tymczasem na świadectwie Złotkowskiego uwagę zwraca nazwa jeszcze jednego przedmiotu. Nazywa się on „nauka o Polsce”. Zauważmy jednocześnie, że na świadectwie nie ma ani historii, ani geografii. Prawdopodobnie więc „nauka o Polsce” konsumowała oba te przedmioty w wersji uproszczonej, plus zapewne zawierała elementy wychowania obywatelskiego.
Grób Nieznanego Żołnierza w podcieniach Pałacu Saskiego w Warszawie. Zaduszki 1929 roku. | Zdjęcie Ilustrowanego Kuriera Codziennego w zasobach Narodowego Archiwum Cyfrowego
Tu lekka dygresja oddająca atmosferę tamtych czasów w dziedzinie wychowania narodowego i obywatelskiego. Ważna, żeby zrozumieć co to był za przedmiot ta „nauka o Polsce”. Ale jeżeli kogoś z Czytelników nie zainteresuje, może przeskoczyć do następnego rozdziału. Tymczasem…
Na takie wychowanie – narodowe i obywatelskie zarazem – ówczesne władze oświatowe kładły bardzo duży nacisk. Jesienią 1925 roku, gdy Złotkowski zaczynał swoją edukację w szkole rzemieślniczej, państwo polskie kończyło dopiero siódmy rok swojej niepodległości. Uczniowie uczyli się w państwie, które dla ich rodziców i żyjących dziadków było nowością, a pradziadowie nie przeżyli w niepodległym państwie polskim ani jednego dnia. Po 123 latach gdy Polski nie było, szkoły – poza tym że uczyły – miały za zadanie również budować świadomość narodową.
Na świadectwie Złotkowskiego przedmiot nazywa się „nauka o Polsce”. W publikacjach dotyczących przedwojennej oświaty znajdujemy również nazwę tego przedmiotu brzmiącą „nauka o Polsce współczesnej”.
„(…) w przedmiocie nauka o Polsce współczesnej. Nadrzędny cel wychowania narodowego 'pokazuje związek życia narodu z ziemią, życia jednostki z życiem społeczeństwa, przygotowuje do zrozumienia zadań obywatela Rzeczypospolitej’ (Lipowska, 1961, s. 85). Najlepszym wizerunkiem dobrego obywatela był model człowieka 'posłusznego prawom i przepisom’ (Program nauki… Nauka o Polsce współczesnej, 1922, s. 13–16, 29–31), świadomego patriotycznego obowiązku służby wojskowej i rzetelnego podatnika państwa. Nauka o Polsce współczesnej zajmowała nadrzędne miejsce w stosunku do innych przedmiotów nauczania, pełniąc rolę katalizatora treści wychowania obywatelskiego. Definicje ojczyzny i Rzeczypospolitej miały skupiać wokół siebie wszelkie informacje rozproszone niemal po wszystkich przedmiotach nauczania i uzupełniać podstawowe wiadomości z zakresu wiedzy obywatelskiej. W problematyce moralnej, jak pisze Lipowska, zadanie tego przedmiotu 'polegało na wychowaniu czynnego patriotyzmu przez ukazanie zależności między bytem każdego obywatela a losem kraju, a także odpowiedzialności każdego obywatela za życie zbiorowe’ „. [4]
Resort siłowy II Rzeczpospolitej – Policja Państwowa, a dokładnie dwaj funkcjonariusze w strojach kuloodpornych. Kolekcja z 1930 roku | Zdjęcie Ilustrowanego Kuriera Codziennego w zasobach Narodowego Archiwum Cyfrowego
Z kolei czasopismo wielkopolskich działaczy oświatowych „Oświata pozaszkolna” potrzebę wychowania obywatelsko-narodowego ujmowało w takim – trzeba przyznać – płomiennym manifeście z roku 1922.
„W obecnym splocie stosunków naszych nie ma pilniejszej rzeczy nad szerzenie wśród obywateli nauki o Polsce. […] To nieuświadomienie narodowe i obywatelskie, ogarniając olbrzymią większość obywateli Państwa, to najgroźniejsze niebezpieczeństwo dla oswobodzonej Polski, i póty należałoby wołać: 'Ojczyzna jest w niebezpieczeństwie!’, dopóki nauka o Polsce nie dotrze do najcichszych i najdalszych zakątków kraju, bo przecież wszędzie mieszkają obywatele o szerokiej pełni praw obywatelskich. Państwowość powstaje z tak licznych i tak niezwykle pokomplikowanych czynników, że chociażby najogólniejsze pojęcie o nich musi mieć każdy obywatel Państwa, a tym bardziej obywatele o tak wielkiej sumie praw, jakie mają każdy Polak i każda Polka. […] Nauka o Polsce Współczesnej powinna być przedmiotem wykładów w każdej szkole, na Kursach dla dorosłych, w wojsku, w instytucjach oświatowych, kółkach rolniczych, kooperatywach, słowem wszędzie, gdzie się czegoś uczy. Dalej nawet iść należy: wykładów o Polsce współczesnej winien słuchać każdy obywatel obowiązkowo, zmuszony do tego, jak do innych świadczeń na rzecz Państwa. Bez silnej akcji w tym kierunku byt Państwa zawsze opierać się będzie tylko na porywie młodzieńczym i na protekcji sprzymierzeńców.” [5]
Z takich więc pobudek powstał przedmiot szkolny „nauka o Polsce”. I, jak widać, po świadectwie Teodora Stanisława Złotkowskiego, nauczano go również w szkołach rzemieślniczych.
Świadectwo, egzamin i fach
Okaziciel świadectwa ukończył szkołę z ocenami głównie dostatecznymi. Wyjątkiem była praktyczna nauka zawodu – ocena dobra i gimnastyka – ocena bardzo dobra.
Przy czym – należy uczynić tu zastrzeżenie – w czasach edukacji Teodora Stanisława Złotkowskiego ocena dostateczna oznaczała dokładnie tyle ile zawiera się w semantyce słowa „dostatecznie”, czyli że uczeń wystarczająco i zadowalająco przyswoił sobie wiedzę oraz umiejętności wymagane przez program. Oceny dobre przysługiwały uczniom biegłym w danej dziedzinie. A bardzo dobre – wybitnym. Ocena dostateczna nie była powodem do wstydu. Natomiast w ówczesnych normach społecznych nie mieściło się antyszambrowanie przez rodziców w dyrekcjach szkół, żeby naciągnąć oceny ponad umiejętności dziecka. Tylko po to aby móc obnosić się wśród znajomych z hasłem „dumna mama”/”dumny tata”.
Świadectwo szkoły rzemieślniczej z ocenami dostatecznymi to było coś. Nie każdemu młodzieńcowi ze wsi było wówczas dane ukończyć szkołę i mieć fach w ręku.
Ale zanim Złotowski dostał fach do ręki, musiał zdać egzamin zawodowy. Egzamin, jak czytamy na druku świadectwa, odbywał się na mocy artykułu 156 rozporządzenia prezydenta RP „o prawie przemysłowem”.
Podpisy na świadectwie czeladniczym Teodora Stanisława Złotkowskiego
„Uczniowie szkół rzemieślniczo-przemysłowych państwowych lub przez Państwo uznanych zdają egzamin na czeladników przed komisjami egzaminacyjnemi, utworzonymi przy każdej z takich szkół; skład komisji ustalają państwowe władze szkolne. Jednym z członków komisji powinien być przedstawiciel izby rzemieślniczej” [6] – brzmi prawo przemysłowe z 1927 roku.
Rzeczywiście na świadectwie uprawnień zawodowych Złotkowskiego widnieją dwa podpisy – przewodniczącego komisji i przedstawiciela izby rzemieślniczej w Ostrołęce. Niestety podpisy nieczytelne.
„Komisja wydaje świadectwo złożenia egzaminu w razie pomyślnego wyniku. W razie niepomyślnego wyniku egzaminu komisja wyznaczy termin, po upływie którego uczeń może ponownie poddać się egzaminowi. Uczeń, który złożył egzamin z pomyślnym wynikiem, zostaje czeladnikiem” – głosi kolejne zdanie rozporządzenia prezydenta.
Uczeń Złotkowski zdał egzamin zawodowy z wynikiem pomyślnym. Uzyskał tytuł czeladnika przemysłu ślusarsko-mechanicznego. Zrobił to – jak wszystko wskazuje – w pierwszym terminie. Równo miesiąc po uzyskaniu świadectwa ukończenia szkoły.
Po szkole o Złotkowskiego upomniała się ojczyzna. Sprawny ślusarz-mechanik służył w artylerii jako rusznikarz i bombardier. 20 maja 1935 roku rozpoczął pracę jako maszynista parowozów na ostrołęckim węźle kolejowym. Jeśli poprawnie rozumiem kilkukrotnie złożone zdanie z wtrąceniami, z monografii Rzekunia autorstwa Jerzego Dziewirskiego, to Teodor Złotkowski ps. „Bzura” w czasie okupacji był w grupie kolejarzy, którzy wyskoczyli z pociągu w Czerwonym Borze i tam nawiązali kontakt z miejscowym oddziałem AK, z którym wcześniej jako kolejarze współpracowali. [7]
Dworzec kolejowy w Ostrołęce. Widok z 1937 r. Fotografia Franciszka Waltza w zbiorach rodziny Karczewskich
Z kolei z okolicznościowej publikacji Czesława Parzycha [8] wynika, że Teodor Złotkowski pracował na kolei również po wojnie. Mieszkał w Ostrołęce na Stacji na ulicy Żeromskiego.
Teodor Złotkowski miał trzech braci. Jerzy (ur. 1900) był również maszynistą. W jego życiorysie ciekawostka. Pracę na kolei w Ostrołęce podjął w dość charakterystycznej dacie – 11 listopada 1918 r. Z kolei Ryszard (ur. 1906) po wojnie pracował w ostrołęckim handlu i był sołtysem Czarnowca. Trzeci brat prawdopodobnie miał na imię Wiktor. Prawdopodobnie, bo Czesław Parzych nie wymienia imienia, ale podaje, że był pilotem wojskowym, pułkownikiem lotnictwa i zginął w czasie wojny w Anglii. Wśród pilotów polskiego lotnictwa poległych w czasie II wojny światowej znaleźliśmy tylko jednego Złotkowskiego, właśnie Wiktora [9]. Urodzonego w 1904 roku, absolwenta szkoły w Dęblinie, który jednak po kapitulacji Polski w 1939 roku trafił do niewoli i zginął w czasie bombardowania przez aliantów niemieckiego oficerskiego obozu jenieckiego w Doessel w Nadrenii-Północnej Westfalii. Zgadza się, że pilot, że Złotowski i że zginął w czasie wojny. Reszta to rozbieżności. Nawet stopień wojskowy się nie zgadza. Wiktor Złotkowski uwięziony i poległy w Doessel nosił stopień kapitana.
Rodzicami Teodora Złotowskiego byli Michał i Zofia z Szustakiewiczów. Ojciec, urodzony w 1860 roku w Czarnowcu. Miał we wsi gospodarstwo, ale jednocześnie był mistrzem murarskim. Prowadził budowę pierwszego dworca kolejowego i parowozowni w Ostrołęce. W latach 1906-1914 budował kościół w Rzekuniu.
To prawdopodobnie jego, czyli Michała ojcem był Teodor Złotkowski pierwszy. Mistrz murarski, który wybudował w 1857 roku kaplicę na cmentarzu w Rzekuniu. Jeżeli tak by było, to okaziciel opisywanych tu świadectw – Teodor Stanisław Złotkowski – nosił imię na cześć swojego dziadka.
[1] Janusz Gołota, „Z dziejów Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej Polskiej Macierzy Szkolnej”, Ostrołęckie Zeszyty Naukowe – 2019.
[2] Sebastian Adamkiewicz, „Statystyka w II Rzeczypospolitej”, w serwisie: niepodlegla.gov.pl
[3] Henryk Maćkowiak, „Polska oświata szkolna w powiecie ostrołęckim u progu niepodległości w 1918 r.”, Ostrołęckie Zeszyty Naukowe – 1989.
[4] Andrzej Niedojadło, ” Wpływ Rady Szkolnej Krajowej na wdrażanie narodowego modelu wychowawczego w latach 1918–1926 (na przykładzie OSK) „Edukacja – Technika – Informatyka” nr specj. 1/2018
[5] „Oświata Pozaszkolna”, 1922, z. 1-2, s. 75-77. Cytat przejęty metodą ctr c ctrl v ze strony Muzeum Historii Polski.
[6] Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 7 czerwca 1927 r. o prawie przemysłowem. Dziennik Ustaw 1927, nr 53, poz. 468.
[7] Jerzy Dziewirski, „Rzekuń. Monografia gminy”, wydanie drugie poszerzone i uzupełnione, 2014.
[8] Czesław Parzych, „Sto lat ostrołęckiej kolei”, Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki, 1993.
[9] Hubert Kazimierz Kujawa, „Księga lotników polskich poległych, zmarłych i zaginionych w latach 1939-1946”
Poniżej świadectwa Teodora Stanisława Złotkowskiego, urodzonego w Czarnowcu absolwenta Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej Polskiej Macierzy Szkolnej w Ostrołęce i czeladnika przemysłu ślusarsko-mechanicznego. Reprodukcje nieodpłatnie udostępniło nam Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce, za co serdecznie dziękujemy.
Wszystkie świadectwa Teodora Stanisława Złotkowskiego z Czarnowca, jakie udostępniło nam Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce
Czarnowiec nieodbudowany. Jak dwór Wyszomirskich popadał w ruinę
Category: Historia,historyczne,NEWS
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Dwór, z którego komuniści wypędzili w 1946 Marię Wyszomirską i jej córkę Zofię Żyłowską, przez ponad trzydzieści lat nie był konserwowany ani remontowany. Gdy w 1979 roku zawalił się dach, władze zaczęły zastanawiać się nad odbudową. Na zastanawianiu się poprzestały. Dzięki życzliwości Państwa Wandy i Andrzeja Piersów oraz determinacji sołtysa Marka Karczewskiego pokazujemy tu wcześniej nigdzie nie publikowane zdjęcia dworu oraz dokumenty.
„Budynek zlokalizowany jest w odległości 7-8 km na północny-wschód od Ostrołęki w terenie nieznacznie pofałdowanym przy drodze gruntowej w miejscowości Czarnowiec”.
Autorka „opinii dotyczącej stanu technicznego i możliwości wykorzystania do odbudowy budynku d. dworku w Czarnowcu koło Ostrołęki” musiała położyć mapę do góry nogami. Ten północny-wschód… 🙂 Ale w sumie to drobiazg.
Strona tytułowa opracowania Lidii Szindler
Opinia jest bardzo ciekawym dokumentem. Dostarcza sporo informacji o nieistniejącym już dworze, należącym przed wojną do rodziny Wyszomirskich, a po wojnie – do komunistycznego państwa. Ale oprócz dawki informacji, dokument ten rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Jest w nim kilka enigmatycznych sformułowań, które aż chciałoby się wyjaśnić do cna. Do samego spodu. Ale minęło tyle lat. Zachowało się bardzo niewiele dokumentów. Nie sposób ustalić wszystkiego co rozbudza ciekawość. Ale może dzięki tej publikacji odezwie się ktoś, kto coś pamięta, ma jakieś papiery, spisane wspomnienia po rodzicach/dziadkach, albo chociaż fotografie. Taką mamy nadzieję.
Postaramy się tu odtworzyć fakty i wskazać znaki zapytania. Na podstawie wyżej wspomnianego dokumentu, serii fotografii i ustnych wspomnień, które sołtys Marek Karczewski odebrał od Państwa Wandy i Andrzeja Piersów.
Ale najpierw o autorce opinii. Opracowanej na podstawie wizji lokalnej w Czarnowcu jesienią 1979 roku, a napisanej w Warszawie w lutym 1980 roku.
Mgr inż. Lidia Szindler z Warszawy. Była inżynierem budownictwa lądowego, specjalizowała się w odbudowie i ochronie zabytków. Pochodziła z Wileńszczyzny. Mieszkała w Warszawie na górnym Mokotowie. Otrzymywała zlecenia dotyczące ochrony zabytków z różnych stron kraju. Lidia Szindler nie żyje. Syn, do którego udało nam się dotrzeć latem 2022 roku, nie pamiętał wyjazdów matki do Czarnowca. W 1979 roku miał sześć lat. Nie dysponuje też żadnymi zapiskami świadczącymi i pracy Lidii Szindler w Czarnowcu. Po śmierci matki pozostawił w domu wyłącznie dokumenty mające wartość pamiątek rodzinnych. Syn wspominał, że matka była zaangażowana w społeczny ruch mający uzdrowić siedlisko patologii, jakim była peerelowska spółdzielczość mieszkaniowa.
Istotnie, Lidia Szindler w 1981 roku była w zespole ekspertów “Solidarności” Regionu Mazowsze zajmującym się problemami budownictwa mieszkaniowego – jednego z największych problemów bytowych w komunistycznej Polsce. Nie czas i miejsce, by się nad tym rozwodzić. Dość wspomnieć, że skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie było dziewiętnastym spośród dwudziestu jeden postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego latem 1980 roku. Szindler była współautorką “Raportu o naprawie budownictwa mieszkaniowego” opublikowanego w “Zeszytach Ośrodka Badań Społecznych NSZZ Solidarność Regionu Mazowsze”.
Wróćmy dodokumentu o czarnowieckim dworze. W opinii jest napisane, że jednym ze źródeł opracowania był „wywiad z dawnym mieszkańcem obiektu”. Z kim konkretnie? O tym już opinia milczy. Ale może ktoś z żyjących obecnych czy byłych mieszkańców Czarnowca kojarzy z kim rozmawiała ekspertka z Warszawy w 1979 roku?
Ktokolwiek ma coś do dodania w tej kwestii, piszcie. Albo komentarze, albo mail na wiesczarnowiec@gmail.com
Tak wyglądał dwór od strony ogrodu w październiku 1975 r.
Opinia została sporządzona na zlecenie Urzędu Wojewódzkiego w Ostrołęce, Wydziału Kultury i Sztuki. Skoro było zlecenie, to ktoś w urzędzie musiał wpaść na pomysł odbudowy dworu w Czarnowcu. Po co? Dla kogo? Informacje są szczątkowe. W 1978 roku dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce „celem przeprowadzenia w nim remontu” – dowiadujemy się z „Ewidencji parku dworskiego w Czarnowcu”, wykonanej trzy lata później przez Stowarzyszenie Naukowo-Techniczne Inżynierów i Techników Rolnictwa dla Biura Badań i Dokumentacji Zabytów w Ostrołęce. Tu więc dwa fakty wyglądają na zbieżne – dwór przejęła spółdzielczość mieszkaniowa. Opinię na temat odbudowy wykonała specjalistka związana ze spółdzielczością mieszkaniową.
Na pomysł odbudowy urzędnicy wpadli rychło w czas. Jesienią 1979 roku sterczały tu już tylko kikuty ścian. Ze wspomnień mieszkańców Czarnowca wynika, że dach dworu zawalił się podczas zimy stulecia 1978/1979 roku. Po zdjęciach z 1975 roku, które też tu publikujemy, widać wyraźnie, że jeszcze pięć lat wcześniej można było próbować ratować – i tak już wtedy bardzo zaniedbany – dwór. Po 1980 roku możliwe było co najwyżej postawienie nowego budynku przypominającego dawną siedzibę Wyszomirskich. Z wykorzystaniem fragmentów istniejących ścian.
Jak można było dopuścić do takiego zniszczenia? Odpowiedź jest brutalna w swojej prostocie. Komunistom, rządzącym krajem przez pięćdziesiąt lat po wojnie, nie zależało na pielęgnowaniu pamiątek po przedwojennej Polsce. W propagandzie tamtej epoki, wszystko co działo się przed nadejściem komunistów, było złe, opierało się na wyzysku biednych przez bogatych, krzywdzie i zgniliźnie moralnej.
Do pewnego momentu dawny dwór Wyszomirskich był wykorzystywany na cele mieszkalne. Władze kwaterowały w nim lokatorów. Ale budynek nigdy nie został poddany generalnemu remontowi.
Ściana szczytowa dworu przed zawaleniem się (rozebraniem?) dachu; październik 1975 r.
Na zdjęciach z 1975 roku widać, że dwór jest już opuszczony. W oknach brakuje szyb. Niektóre otwory okienne są zabite deskami. W bocznym wejściu nie ma drzwi. Z kolei do drzwi ogrodowych przylepiona jest jakaś rozpadająca się drewniana szopa z resztkami pomarszczonej papy na dachu. Obok jednego z okien od strony ogrodu wystaje ze ściany zagięta rura skierowana do góry. Prawdopodobnie jest to prowizoryczny komin odprowadzający dym z jakiegoś równie prowizorycznego piecyka typu koza. Być może ktoś z lokatorów rozwiązał sobie w ten sposób problem ogrzewania w jednej z izb. Nie jest wykluczone, że oryginalne piece i kominy po prostu nie działały. Wskazywałby na to stan wylotów kominów wystających z dachu. Są one zwyczajnie zrujnowane. Jako tako trzyma się jedynie komin w szczycie budynku. Prawdopodobnie jest to jednak komin wentylacyjny, a nie paleniskowy.
Otoczenie budynku jest zaniedbane. Dookoła jakieś chaszcze i chwasty, sterta zeschłego zielska; pozostałości studni; ślady ogrodzenia. Nad tym krajobrazem górują stare drzewa, które na pewno rosły tu w czasach świetności dworu. Pozostałości świadczą, że był to ładny i stylowy budynek.
Od frontu wyelegancony ryzalitem, zwieńczonym od góry ostrym wierzchołkiem i z wystającymi po bokach kolumnami. Okna na parterze – tylko prostokątne, dzielone szprosami na sześć części każde. Okna na poddaszu – wyłącznie łukowate. Otwory okienne i drzwiowe na parterze zdobione od góry gzymsami. Na dole jednej z bocznych ścian łukowaty otwór. Na wsiach używano takich do wsypywania do piwnicy węgla, albo kartofli.
Ściana szczytowa dworu, stan z października 1975 .
W sumie dwór Wyszomirskich to zwarta, proporcjonalna bryła, bez zbędnych udziwnień, ładnie wkomponowująca się w krajobraz. Na podstawie jednego z tych zdjęć można by nawet namalować obraz – ziemiański dworek wśród starych drzew. Ale w kadrze znalazł się obcy element. Są nim trzy samochody – polski, czeski i wschodnioniemiecki. Syrena, skoda i trabant. Wszystkie na tablicach rejestracyjnych TF – wspólnych dla powiatu ostrołęckiego i ostrowskiego, znajdujących się wówczas w województwie warszawskim. Na innym ujęciu widać jeszcze fragment… autobusu. Jest to albo san, albo jelcz ogórek.
To też zagadkowa sytuacja. Tyle pojazdów wokół opuszczonego budynku, w którym nikt nie mieszka? Do głowy przychodzą co najmniej trzy domysły.
Pierwszy to taki, że opuszczone budynki w tamtych czasach często przyciągały ludzi, którzy chcieli – nazwijmy to – pobiesiadować z dala od niechętnych spojrzeń domowników czy wścibskich sąsiadów.
Drugi wynika ze skojarzenia z ważną datą. Październik 1975 roku, kiedy powstały zdjęcia opuszczonego dworu, to był zaledwie piąty miesiąc istnienia nowego województwa ostrołęckiego. I piąty miesiąc nieistnienia starego powiatu ostrołęckiego. Niewykluczone, że pojazdy na zdjęciu należą do jakiejś urzędniczej delegacji, która inwentaryzuje mienie skarbu państwa po reformie administracyjnej.
Trzeci wiąże się z faktem, że w okolicach dworu była szkółka leśna. Mogło więc być i tak, że widocznym na zdjęciu autobusem grupa młodzieży, albo dorosłych uczestników jakiegoś czynu społecznego przyjechała na sadzenie lasu. Pora roku – październik – uprawdopodobnia tę wersję.
W tej publikacji również zawarto wizję zagospodarowania dworu. Pozostała tylko wizją
Jest też publikacja „Zabytki województwa ostrołęckiego przeznaczone do zagospodarowania” (oprac. E. Jaworowska, A. Kalinowska, S. Łojewski) Widać na niej zdjęcie dworu – już zniszczonego, ale jeszcze nie pozbawionego dachu i bardzo konkretny opis. „Dwór murowany. Wzniesiony w XIX w. w stylu klasycystycznym z cegły, otynkowany, dwukondygnacyjny, kubatura 900 m3. Powierzchnia użytkowa 260 m2, pomieszczeń 9. Jest własnością Urzędu Gminy w Rzekuniu, nieużytkowany, półruina. (…) Otoczony pozostałością parku„.
Na tym kończy się rzut oka na czarnowiecki dwór z połowy lat 70. W roku 1979 dwór jest już kompletną ruiną bez dachu. W swojej opinii Lidia Szindler powątpiewa czy dach aby na pewno zawalił się samoistnie.
W 1980 roku dwór nie miał już dachu
„Charakterystyczny dla omawianego obiektu jest fakt dokonania rozbiórki dachu i stropu, a nie zawalenia się tych części budynku, co wskazuje na działanie nieformalne w odniesieniu do obiektu stanowiącego przedmiot zainteresowania Urzędu Konserwatorskiego”.
Niestety bliższych informacji brak. Nie wiadomo na czym autorka opiera swe stwierdzenie, że dach został jednak rozebrany, a nie zawalił się.
Nie wiadomo też, czy autorka opinii oraz władze województwa ostrołęckiego zdawały sobie sprawę, że w tamtym czasie odbudowa dworu była ideą czysto teoretyczną. Kraj pogrążał się w kryzysie gospodarczym. W latach 1979-1980 zaczęła się recesja. Inflacja niebezpiecznie zbliżyła się do dziesięciu procent. Kasa państwa świeciła pustkami.
Kraj w ruinie. Dwór w Czarnowcu w ruinie…
Pozostałości ścian i ryzalitu; luty 1980 r.
„Obiekt znajduje się obecnie w stanie ruiny pozbawionej stropu i dachu” – czytamy w opinii. „Brak podstawowego zabezpieczenia murów przed bezpośrednim działaniem na nie czynników atmosferycznych spowodował określone, niszczące skutki zarówno w strukturze materiałów ścian, jak i w ich ustrojach. (…) Częściowemu wyburzeniu uległy ściany podziału wewnętrznego oraz fragmenty ściany szczytowej.(…) Zawilgocenie cegły i zaprawy w spoinach, powstałe w ostatnim okresie, nie doprowadziło jeszcze do większych zniszczeń w strukturze materiału. Zaleganie na stropie [piwnicy] gruzu z częściowo wyburzonych ścian wewnętrznych – w tym przypadku działa pozytywnie dla sklepienia, izolując je od wód opadowych.”
Autorka opinii proponuje aby, w razie ewentualnej odbudowy, najpierw zadaszyć ruiny, nawet prowizorycznie, a dopiero potem odgruzować wnętrze. Ostrzega jednak, że „sytuacja” (należy się domyślać, pozostawienie gruzu na stropach piwnic) „nie powinna być zbytnio przedłużana”. To ostrzeżenie zostało zignorowane i miało po dziesięciu latach opłakane skutki, o czym tu jeszcze wspomnimy.
Szkic Lidii Szindler ukazujący miejsca spękań ścian i erozji cegieł w lutym 1980 r.
Tymczasem Lidia Szindler, dopuszczając wykorzystanie istniejących ścian w ewentualnej odbudowie, dalej kreśli obraz zniszczeń. Konkretnie odnosi się do ścian nośnych, których stopień zniszczenia sprowadza się do „zerodowania [zniszczenia wskutek erozji – przyp. red.] powierzchniowych warstw w dużych fragmentach ścian, oraz korony wszystkich murów; spękania wszystkich nadproży w ścianach zewnętrznych; odspojenia się murów centralnego ryzalitu wejściowego od ściany podłużnej – frontowej; częściowego zawalenia się niektórych murów wewnętrznych. (…) Wielkość erozji wgłębnej w murach sięga 20 cm. (…) Zrysowania ścian są przelotowe przy czym niektóre z nich /w osiach skrajnych/ biegną przez całą wysokość i prawdopodobnie sięgają fundamentów. Zakres zniszczeń pozwala przypuszczać, że do ewentualnego wykorzystania można zakwalifikować około 30% istniejących ścian.”
Lidia Szindler zaznacza, że można próbować wykorzystać w odbudowie większą niż 30% część zrujnowanych ścian, ale będzie to bardzo dużo kosztowało. Uzasadnieniem dla ewentualnych nadzwyczajnych wydatków mogły być tylko „szczególne walory konserwatorskie”, a roboty powinny były być – zdaniem autorki – wykonywane przez najwyższej klasy fachowców.
Pozostałości dworu od strony ogrodu w lutym 1980 r.
Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniają zdjęcia wykonane w czasie wizji lokalnej. Przy jednej z wcześniejszych naszych publikacji o czarnowieckim dworze znalazł się komentarz. Relacjonuje on zasłyszane wspomnienie kogoś kto pamięta dwór i fakt, że były w nim „piękne kręcone schody”. Te schody widać na jednej z fotografii z wizji lokalnej. Widok z zewnątrz przez okno z wybitymi szybami. W środku zaś widać spiralne schody, okręcone wokół pionowej belki, wiodące na poddasze, którego w chwili zrobienia zdjęcia, już w budynku nie było.
Oglądając uważnie wszystkie zachowane fotografie, nawet okiem niefachowca, nasuwa się wniosek, że przez 34 lata od wypędzenia Wyszomirskich przez komunistów z Czarnowca nikt nie zadał sobie trudu, żeby w jakikolwiek sposób powstrzymać postępującą rujnację dworu. Nie widać śladów aby komuś chciało się naprawiać ubytki w odpadającym tynku zewnętrznym, czy wdzierające się w ściany zawilgocenia, czy uzupełniać odpadające fragmentami gzymsy, czy też naprawiać kruszące się kominy.
Okno z widokiem na kręte schody
Władze województwa ostrołęckiego nie odbudowały dworu w Czarnowcu, choć Wanda i Andrzej Piersowie, bardzo chcieli, żeby został odbudowany. Wspominają, że władze były przychylnie nastawione do ich pomysłu. Zachęty jednak miały charakter nieformalny. Nie przybrały formy żadnego dokumentu. Wśród zachęt było również zapewnienie, że Wojewódzkie Biuro Konserwacji Zabytków dofinansuje odbudowę. Zlecili i sfinansowali projekt odbudowy. Architekt dostał stare fotografie budynku…
Niewykluczone, że jakieś wstępne prace remontowe zostały podjęte, ale nie były kontynuowane. „W trakcie prac remontowych okazało się, że obiekt ten nie nadaje się, ze względu na słaby stan murów, do renowacji i prace nad jego odrestaurowaniem zostały zaniechane” – czytamy we wspomnianej wcześniej Ewidencji Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów i Techników Rolnictwa.
Gdyby przyłożyć do tamtych czasów dzisiejsze realia polegające na tym, że nieruchomość jest zawsze czyjaś, a nie bezpańska. Gdy w wolnorynkowej gospodarce nieruchomości z tradycją i w atrakcyjnym położeniu osiągają zawrotne ceny… Gdyby poczynić takie założenia, to dwór i jego okolice byłyby nieruchomością z wielkim potencjałem. Dostrzega go również Lidia Szindler, nawet w warunkach pogrążonej w kryzysie gospodarki nakazowo-rozdzielczej.
„Odosobniona lokalizacja budynku daje swobodę dla prawidłowego zagospodarowania terenu przyległego, co może dodatkowo uatrakcyjnić jego program użytkowo-funkcjonalny” – czytamy w opinii.
„Po przeprowadzonym remoncie kapitalnym, uporządkowaniu parku i otoczenia obiekt może być wykorzystany na cele rekreacyjno-wypoczynkowe” – takie zdanie znalazło się z kolei we wspomnianej wyżej publikacji, „Zabytki województwa ostrołęckiego przeznaczone do zagospodarowania” .
W dokumencie autorstwa Lidii Szindler znajdują się jeszcze stwierdzenia o piaszczystych gruntach z niewielkimi gliniastymi domieszkami i o niskim poziomie lustra wód podziemnych. Nic tylko budować i gospodarować. Ale w tamtym czasie stała tam bezpańska ruina, która zagrażała „bezpieczeństwu ludzi przypadkowo przebywających na terenie obiektu, tym bardziej że jest on całkowicie dostępny i brak jest tablic ostrzegających przed niebezpieczeństwem”.
Analizując spostrzeżenia zawarte w opinii Lidii Szindler, warto poczynić pewien wtręt zabytkoznawczy.
Na polskich ziemiach – potarganych przez liczne wojny, a najbardziej przez drugą światową – nie ma zbyt wielu starych budowli, pamiętających zamierzchłe czasy. Część zniszczonych w wojennej zawierusze zabytków wznoszono na nowo. Nazywano to odbudową. Tak powstało istniejące Stare Miasto w Warszawie, odtworzone na podstawie obrazów Bernarda Belotto. I Zamek Królewski, który gdy Lidia Szindler lustrowała ruinę w Czarnowcu, był już wprawdzie w większości odbudowany, ale jeszcze nieudostępniony dla zwiedzających.
Ściana szczytowa, stan z 1980 r.
Takie odbudowane zabytki jak starówka czy zamek, choć imponujące i/lub piękne, są atrakcją turystyczną, bywają wpisywane na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO, po prawdzie są namiastką zbytków, bo co by nie mówić, powstały jednak w nowoczesnych czasach. Znakiem szczególnym tych powojennych czasów są jednak również podwójne standardy w traktowaniu zabytków przez władzę. W czasie gdy jedne zabytki odbudowywano praktycznie od ław fundamentowych, wielkim nakładem sił i pieniędzy, inne zabytki – zachowane w znacznie lepszym stanie – niszczały i popadały w kompletną ruinę.
Ale zmieniły się czasy i zmieniła się doktryna konserwatorska. Gdyby ruiny dworu w Czarnowcu w stanie takim, jak na części zaprezentowanych tu zdjęć, przetrwały do dziś, projekt odbudowy obiektu zapewne wzbudziłby kontrowersje. W ochronie zabytków zaczyna przeważać pogląd, że jeżeli jakaś ruina ma być rzeczywiście świadectwem dawnych czasów, to konserwuje się ruinę, ale nie buduje się na nowo czegoś co miałoby przypominać historyczny pierwowzór.
Pozostałości dworu, stan z 1980 r.
Obecnie, jak ujmują to fachowcy, ochrona zabytków polega przede wszystkim na ochronie oryginalnej substancji zabytku. I taka też jest polityka państwa wynikająca z ustawy o ochronie zabytków. Na mocy jej przepisów publiczne pieniądze z Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków mogą być przeznaczone na utrwalenie istniejącej substancji zabytkowej obiektu oraz wyposażenie go w instalacje przeciwwłamaniową, przeciwpożarową i odgromową. Dopuszcza się częściową odbudowę zniszczonych zabytkowych budowli, ale tylko wtedy gdy oryginalna substancja stanowi co najmniej połowę obiektu. Doktryna konserwatorska dopuszcza odbudowywanie zabytków od podstaw tylko wtedy, gdy mają one wielką i bezsporną wartość symboliczną.
Puszczając więc wodze fantazji… Gdyby dziś ktoś chciał zrekonstruować dwór w Czarnowcu, to zapewne mógłby to sobie zrobić, ale na własny koszt. Do uzyskania dofinansowania państwa nie byłoby podstawy prawnej.
Nie byłoby też podstawy faktycznej. Ziemia, na której stał dwór, została na przełomie lat 80. i 90. podzielona na działki, które gmina sprzedała prywatnym właścicielom. Wśród nabywców byli Wanda i Andrzej Piersowie. Ale od pomysłu odbudowy dworu minęło już wtedy dziesięć lat i podworska ruina była jeszcze bardziej zrujnowana. W zasadzie zostały tylko piwnice. Stan techniczny ścian i stropu piwnic oceniał rzeczoznawca. Oglądał, lustrował, dziobał długopisem zaprawę w spoinach. Wstępnie doszedł do wniosku, że piwnice są w katastrofalnym stanie. I cudem uszedł z życiem. Strop piwnicy zawalił się następnego dnia po wizycie rzeczoznawcy. Pozostały już tylko fundamenty.
Na tych fundamentach nowi właściciele postawili nowy dom – szkieletowy, w rzadko spotykanej wówczas w Polsce technologii kanadyjskiej. Jedynym śladem przeszłości na tej ziemi pozostały stare drzewa. Choć i tu nie obyło się bez potrzeby interwencji.
Dwie wiekowe sosny amerykańskie zostały zaatakowane przez przypłaszczka granatka, jednego z najgroźniejszych szkodników drzewostanów sosnowych. Trzeba było je wyciąć. Pozostałe drzewa udało się zachować. Nowi właściciele posadzili na podworskiej ziemi dwa pamiątkowe orzechy włoskie.
Widoczny z daleka, wyróżniający się na tle czarnowieckiego krajobrazu starodrzew na dawnej dworskiej ziemi, to pozostałości parku otaczającego dwór. Trochę danych na jego temat znajdujemy w publikacji Jana Zglińskiego, wydanej przez Regionalną Pracownię Krajoznawczą w Ostrołęce – Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (seria maszynopisów zwielokrotnionych chyba na powielaczu, w obwolucie wydrukowanej przez Spółdzielnię Inwalidów Narew w Ostrołęce). Inwentaryzacja prawdopodobnie z pierwszej połowy lat 80. XX wieku. Wynika z niej, że park otaczający dwór Wyszomirskich miał powierzchnię, 2,35 hektara, a w czasie oględzin zachowany był w słabym stanie. Autor odnotowuje kasztanowiec będący pomnikiem przyrody o obwodzie pnia 332 cm, oraz dwa modrzewie o obwodzie pni 275 i 210 cm oraz altanę 16 lip.
Zgliński objechał 65 parków wiejskich na obszarze ówczesnego województwa ostrołęckiego. Na koniec swej publikacji podzielił się następującą refleksją.
„Często (…) opanowywały mnie uczucia smutku, głębokiego żalu, gdy stykałem się ze śladami zniszczeń. Gdy patrzyłem na miejsca, gdzie występowały już tylko zarysy fundamentów dawnych, zarastających obecnie samosiewami drzew lub chwastami – budowli. Gdy obserwowałem ubytki drzew wśród parkowych zadrzewień i wśród starych, wspaniałych alei czy szpalerów. A ileż smutku niosły za sobą relacje nielicznie już żyjących najstarszych ludzi, którzy wspominali minione bezpowrotnie okresy dawnej świetności tych obiektów, a następnie kreślili obraz zniszczeń, spowodowanych działaniami wojennymi lub zwykłą ludzką bezmyślnością. Bolesna jest również świadomość, że szkód tych nie można już będzie naprawić. Są to bowiem, szczególnie w środowisku przyrodniczym, straty nieodwracalne.
Musimy więc uświadomić sobie, że wszystkie parki, a nawet ich resztki, powinny być objęte ścisłą ochroną i opieką. (…) Należy chronić i pielęgnować występującą w parkach roślinność, gdyż już tylko tam można spotkać tak wielką jej różnorodność, a rosnące w nich stare, okazałe drzewa niech spełniają jak najdłużej rolę żywych pomników przyrody”.
Nic dodać, nic ująć. Niech przynajmniej drzewa stoją jak najdłużej.
Starodrzew w miejscu, gdzie stał dwór. Widok współczesny
2021.05.18 /Jacek Pawłowski/
Podziękowania. Po raz kolejny okazuje się, że są jeszcze wspaniali ludzie, którym zależy na ratowaniu historii od zapomnienia. Po dworku w Czarnowcu nie pozostał już ślad, nie licząc starych drzew włącznie z altaną lipową, pod którą wypoczywał dziedzic Wyszomirski. Dokumenty i wspomnienia, które nie przepadły w czeluściach piwnic czy strychów są świadectwem, że warto pielęgnować wspomnienia. Może za parę lat taki „kawał” znakomitego opracowania Pana Jacka Pawłowskiego, mieszkańca Czarnowca z ul. Dzikiej Róży posłuży naszemu pokoleniu do inspiracji i początku nowej historii? Serdecznie dziękuję autorowi, który otrzymując moje „zlecenia” wkłada serce i ogrom czasu abyśmy wszyscy mogli wrócić pamięcią w dawne czasy. Wielkie podziękowania dla Państwa Wandy i Andrzeja Piersów z ul. Kasztanowej, który udostępnili mi swoje prywatne archiwum. Bez tego materiału nie byłoby tego tekstu!
Serdecznie dziękuję Marek Karczewski Sołtys 19 maja 2021r.
ps. ciąg dalszy (z czasów II WŚ) historii dworku znajdziecie Państwo tu:DWÓR WYSZOMIRSKICH
Podporucznik z Czarnowca
Category: Historia,historyczne
written by Jacek | 21 kwietnia 2024
Stefan Sakowski (1921-1945)
Proces norymberski, 1946 r. | zdjęcie z Niemieckiego Archiwum Federalnego
Jest jesień 1946 roku. Teoretycznie prawie półtora roku po wojnie. Ale wojna wciąż o sobie przypomina. Na całym świecie. W Polsce też.
1 października zapadają wyroki w pierwszym procesie norymberskim. Dwunastu najwyższych dowódców III Rzeszy zostaje skazanych na śmierć.
W innym państwie dawnej Osi – w Japonii – amerykańskie władze okupacyjne orientują się, że Japończycy nie są w stanie sami sobie napisać demokratycznej konstytucji. Amerykański generał Douglas MacArthur nakazuje współpracownikom, żeby napisali Japończykom konstytucję. Parlament w Tokio 7 października przyjmuje ustawę zasadniczą sporządzoną na rozkaz amerykańskiego generała.
Trumny ze skrzyń po bombach
Tymczasem w Polsce, 10 października
ponad czterystu żołnierzy Wojska Polskiego wyrusza w okolicach Zgorzelca za
niemiecką granicę, żeby wykopać spod ziemi ciała swych towarzyszy broni.
Półtora roku wcześniej w czasie forsowania Nysy Łużyckiej oraz późniejszych
zaciętych i krwawych walk w okolicach Niskiej (Niesky), Rozborku (Rothenburg)
oraz Budziszyna (Bautzen) zginęło prawie pięć tysięcy polskich
żołnierzy.
Oddział poszukujący zakopanych zwłok składa się z sześciu grup. Dominują żołnierze-grabarze. Ale w każdej grupie jest też dowódca, kierowca i pisarz (dziś powiedzielibyśmy raczej: protokolant).
Stefan Sakowski, ok. 1938 r.
Żołnierze – mający świeżo w pamięci wojnę, z jej bezmiarem cierpienia, bezsensownym okrucieństwem i wszechobecną śmiercią – pracują przy zwłokach z zaangażowaniem. We wspomnieniach nie eksponują jednak traumatycznych doznań.
„W pracę przy ekshumacji włożyłem całe moje serce i duszę. Wykopywałem przecież swoich najlepszych wówczas przyjaciół – towarzyszy broni (…). Z całego okresu służby mojej w wojsku pracę przy ekshumacji cenię sobie najbardziej. Po prostu jestem nawet z niej dumny” [1] – wspomni po latach Edward Popiel, weteran 2 Armii Wojska Polskiego.
W tym czasie w Zgorzelcu oficerowie wydelegowani przez szefa Śląskiego Okręgu Wojskowego szukają godnego miejsca na cmentarz wojskowy. Znajdują wolny plac w okolicy istniejącego cywilnego cmentarza miejskiego. I na to wolne miejsce zaczęto wozić ekshumowane zwłoki żołnierzy poległych przy forsowaniu Nysy i w całej operacji łużyckiej.
Tysiące poległych, tysiące ekshumacji i ponownych pochówków. Gigantyczna operacja. W pewnym momencie zaczyna brakować drewna na trumny. Pojawia się problem. Jak chować bohaterów? Tak bez trumien? Nie godzi się.
Żołnierze mają jednak głowy nie
od parady. Ktoś przypomina sobie, że w nieodległej Bogatyni jest opuszczony
magazyn niemieckich bomb lotniczych, opakowanych w solidne drewniane skrzynie.
Jadą więc do Bogatyni. Bomby wyrzucają przez okno, skrzynie rozbijają, prostują
pozaginane gwoździe. Z pozyskanych w ten sposób desek zbijają trumny dla
poległych kolegów.
W sumie z ekshumacji do Zgorzelca zwieziono zwłoki ponad trzech tysięcy żołnierzy. Wśród nich pochowano podporucznika 29 Pułku Piechoty Stefana Sakowskiego. Poległ 18 kwietnia 1946 roku. Miał 25 lat. Pochodził z Czarnowca.
Szkoła, gimnazjum, harcerstwo…
Stefan Sakowski 1941 r.
Urodził się 17 lutego 1921 roku w Czarnowcu. W domu, który stał na posesji oznaczonej obecnie numerem 4. Był synem Bolesława i Anastazji. Tak naprawdę niewiele wiadomo o jego życiu. To, co udało się ustalić, pochodzi rozproszonych, często niepełnych, trudnych do zweryfikowania źródeł. Ale spróbujmy…
Do szkoły podstawowej chodził w Rzekuniu. Tak wynika z ustnej relacji Zofii Sikorskiej z domu Kozłowskiej, która była jego przyjaciółką. Dalej kształcił się w Ostrołęce – w Państwowym Gimnazjum imienia Króla Stanisława Leszczyńskiego. Uczył się tam polskiego, łaciny, francuskiego, matematyki, historii, geografii, religii, gimnastyki i robót ręcznych. Tak przed wojną nazywał się przedmiot, który później nosił jeszcze nazwę: zajęcia praktyczno-techniczne, praca-technika, a obecnie chyba technika – już bez pracy. Być może uczył się jeszcze innych przedmiotów. Ale ślad ołówka na „planie lekcyj” w kalendarzyku PKO na rok 1938 wyblakł przez lata. Część wpisów jest nieczytelna. Tylko nieliczne nazwy przedmiotów zostały ponownie, wyraźnie zapisane piórem.
Ten kalendarzyk to zagadkowa pamiątka. Choć na pierwszych stronach nosi odręczne wpisy, że był własnością Stefana, to w części, gdzie w kalendarzykach zwykle były puste strony przeznaczone na notatki, znajdują się właśnie notatki. Ich treść wskazywałaby, że kalendarzyk ten Bolesław Sakowski podarował Reginie Gierłowskiej. Regina to siostra cioteczna Stefana, córka późniejszego sołtysa Czarnowca Stanisława Gierłowskiego. Co ciekawe, na dalszych kartach notatek znajdują się słowa odręcznie kreślone cyrylicą: „Podarok dla…” (nieczytelne dwa słowa, chyba pomieszane są w nich litery alfabetu łacińskiego i cyrylicy, ale trudno to orzec z całą pewnością) i podpis po rosyjsku: „Sakowskij Bolesław”.
O co tu chodzi? Można snuć wiele domysłów. Może był to kalendarzyk przechodni? Przez jakiś czas należał do Reginy, a przez inny – do Stefana? Na wsi w Białostockiem, przed wojną, kieszonkowy kalendarzyk, z prooszczędnościową sentencją prezydenta Mościckiego, danymi statystycznymi i historycznymi o Polsce, oraz terminarzem świąt różnych wyznań, mógł uchodzić za rarytas. Choć może nie aż taki jak posrebrzane sztućce, które Bolesław Sakowski kupił w lutym 1937 roku w domu handlowym „Joter” Józefa Erlicha w Warszawie. Fakt faktem, kalendarzyk jest dość stylowy, elegancki. I gustowny a jednocześnie staranny – już w sensie czysto typograficznym. Niewykluczone też, że może pod nieobecność Stefana, jakieś dziecko uczące się dopiero pisać, nie wiadomo w jakich latach, gryzmoliło po czystych kartkach kalendarzyka żartując sobie z seniora rodu? A może wpisy dotyczące Bolesława skrywają jeszcze jakąś tajemnicę, której już nie poznamy?
Kalendarzyk z „planem lekcyj” Stefana Sakowskiego
Kalendarzyk PKO jest świadectwem czasów, w których powstał. Wokół najwyższych przedstawicieli władz próbowano wtedy wykreować zjawisko, które historycy nazywają kultem jednostek. Wśród dat ważnych dla Rzeczpospolitej w jednym rzędzie, na jednej karcie, państwowe wydawnictwo wymienia: uchwalenie Konstytucji 3 Maja, powstania: listopadowe i styczniowe, odzyskanie niepodległości oraz… imieniny prezydenta i imieniny naczelnego wodza.
W takim to właśnie kalendarzyku
Stefan Sakowski zanotował swój „plan lekcyj”. W roku szkolnym
1937/38, w poniedziałki na czwartej lekcji była biologia.
Zachował się zeszyt do biologii Stefana Sakowskiego z tamtego roku szkolnego. A w nim dziennik hodowli gąsienicy bielnika kapustnika. „Gąsienice, po odebraniu im liści, którymi się żywią, innych wcale nie przyjmują”. „Gąsienica przed linieniem jest krótsza i przestaje zjadać liście, zaś po linieniu jest dłuższa i ma ogromny apetyt”.
Wśród pamiątek jest też notatka, bez związku z biologią, prawdopodobnie z jakiejś składki szkolnej. Wynika z niej, że cztery osoby wpłaciły po 75 groszy. Ale na co? Informacji brak. I jeszcze ciekawe notatki w rogu, że ktoś rozmawiał na lekcji geografii, a ktoś na historii pisał francuski. Jakaś zaległa praca domowa? Ta kartka-brudnopis jest bardzo zagadkowa. Neutralnym zapiskom o składce, towarzyszą dwie notatki na temat grzeszków jednego ucznia, bądź dwóch uczniów. Czy to notatki samego Stefana Sakowskiego? Trudno jednoznacznie potwierdzić. Charakter pisma różni się od tego w zeszycie biologii. A może to tylko złudzenie?
Lista dyżurnych z wiosny 1939 r.
Na co to mogła być składka? Może na jakieś drobne przyjemności? Upominek dla nauczyciela? Ale równie dobrze to mogły być składki, na oficjalne cele, które wpisują się w polityczny krajobraz tamtych lat. Np. w roku szkolnym 1938/39 władze oświatowe w Polsce zarządzały składki na co najmniej sześć celów. Fundusz Szkolnictwa Polskiego Za Granicą, Fundusz Obrony Narodowej, Fundusz Obrony Morskiej, Pożyczkę Przeciwlotniczą. Do tego wielokrotnie w ciągu roku odbywały się składki na Towarzystwo Popierania Budowy Publicznych Szkół Powszechnych (przy zapisach do szkół, na rozpoczęcie roku, w czasie uroczystości okolicznościowych, dobroczynne znaczki, dobroczynne karty bożonarodzeniowe). W państwowych szkołach w II RP w 1938 roku przeprowadzono jeszcze jedną ciekawą składkę. W związku z zajęciem przez Polskę Zaolzia i innych przygranicznych ziem należących wcześniej do Czechosłowacji, władze rozprowadzały po szkołach odpłatne znaczki na budowę polskich szkół na Spiszu, Orawie i w okręgu czadeckim. Trudno jednak przesądzić jaki był cel składki, której ślad pozostał w pamiątkach po Sakowskim.
Kolejna pamiątka, która się zachowała, to lista dyżurnych. Obejmuje ona wiosnę 1939 roku. Wynika z niej, że uczniowie Sakowski i Załęski rozpoczęli dyżur tydzień po Wielkiejnocy – od 17 do 24 kwietnia. Lista rozpisana jest do końca roku szkolnego, do 19 czerwca 1939 roku.
Później już nie powstała żadna
lista dyżurnych. Rok szkolny 1939/40 nie rozpoczął się. 1 września Niemcy
zaatakowały Polskę. Rozpoczęła się II wojna światowa.
Wojenne losy Stefana Sakowskiego są bardzo trudne do odtworzenia. Ale trudności w ułożeniu życiorysu, pojawiają się jeszcze przed wojną.
Urodził się w 1921 roku. Powinien podlegać obowiązkowi szkolnemu od 7. roku życia. System szkolny wyglądał wtedy tak, że gdy rodzice jakiegoś dziecka decydowali, że poprzestają tylko na wykształceniu podstawowym, to podstawówka trwała 7 lat. Dzieci, które chciały kształcić się dalej, kończyły naukę w podstawówce na sześciu klasach, a dalej było gimnazjum [2]. Zakładając, że Rzeczpospolita ujednoliciła system oświatowy dopiero w 1932 r. i Sakowski skończył jednak siedmioletnią podstawówkę i dopiero poszedł do gimnazjum, to w pierwszej klasie gimnazjum powinien stawić się 1 września 1935 roku. Tymczasem jego gimnazjalny zeszyt do biologii wskazuje, że w pierwszej klasie gimnazjum Sakowski uczył się dwa lata później – w roku szkolnym 1937/38.
Książeczka harcerska Stefana Sakowskiego
To nie jedyna zagadka w życiorysie Sakowskiego, w części zahaczającej o wybuch wojny. Będąc w gimnazjum wstępuje do harcerstwa. Zapisuje się do ZHP 17 października 1938 roku. Przyrzeczenie harcerskie składa już jako pełnoletni mężczyzna – 2 lipca 1939 r. I jako dorosły człowiek – w sumie dość późno jak na debiut w harcerstwie – zdobywa pierwsze sprawności harcerskie: leśnego człowieka, przyrodnika i trzech piór.
Sprawność trzech piór, to jedna z najwyższych kwalifikacji harcerskich. Nawet ci, co nie są harcerzami, wiedzą że zdobywa się ją przez trzy dni. Każdego z nich kandydat poddawany jest trzem próbom – milczenia, głodu i samotności. To w dużym uproszczeniu. Z rozkazu naczelnika ZHP z 1936 roku wynika, że kandydat przez jedną dobę ma zachować milczenie. Przez drugą – albo nic nie jeść, albo odżywiać się wyłącznie posiłkiem leśnym. Przy czym „posiłek leśny (…) – to taki, który jest przyrządzony np. z wyszukanych dzikich roślin jadalnych lub upolowanej (sic!) zwierzyny albo ze złowionych ryb”[3]. Tak brzmi rozkaz naczelnika. Cóż… Inne czasy, inna kultura, inna wrażliwość. Wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby dziś jakiś harcerz zjadł posiłek w lesie ze zwierzyny, którą sam upolował…
Ale i przed wojną dość
rygorystycznie pilnowano, żeby kandydat do sprawności trzech piór nie narażał
się na zbytnie niebezpieczeństwa. Sprawność ta mogła być zdobywana indywidualnie
pod osobistą opieką najbardziej doświadczonych harcerzy, zwanych ojcami
chrzestnymi. Bo na przykład próba samotności polegała na ukrywaniu się przed
innymi w lesie przez 24 godziny. Według rozkazu naczelnika każdy ojciec
chrzestny musiał wiedzieć gdzie znajduje się ukrywający się kandydat i
obserwować ukrywającego się, a jakże, z ukrycia.
Wszystko wskazuje na to, że
pierwsze swoje trzy harcerskie sprawności Stefan Sakowski zdobywał na obozie,
którego lokalizacja została opisana jako „Krzyżowate k. Supraśla”.
Trudno dociec gdzie to dokładnie było. Dziś ani w okolicach Supraśla, ani nad
rzeką Supraśl nie ma łatwoidentyfikowalnego obiektu geograficznego o nazwie
„Krzyżowate”.
Obóz trwał szesnaście dni i był kursem dla drużynowych. Sakowski ukończył kurs z oceną dostateczną. Jeśli wierzyć poetom, lato 1939 roku było piękne…
Wojna
Urzędnicy III Rzeszy przy moście kolejowym na Wiśle w Dęblinie, listopad 1939 r. Od lewej: Beck, Leferenz, du Bois-Reymond | zdjęcie z Narodowego Archiwum Cyfrowego
W tym miejscu ktoś dociekliwy mógłby zadać pytanie. Dlaczego Sakowski na półtora miesiąca przed wybuchem wojny zdobywał sprawności harcerskie, a nie upominało się o niego wojsko? Otóż warto pamiętać, że jeszcze wiosną i latem 1939 roku życie w Polsce toczyło się normalnie. I większość Polaków była przeświadczona, że wojna jednak nie wybuchnie. Pobór, ogłoszony 14 kwietnia 1939 roku, obejmował – tak jak i w poprzednich latach – mężczyzn 21-letnich i starszych. A harcerski młodzik – Sakowski, miał wtedy lat 18. Jeżeli w lipcu 1939 roku ktoś otrzymywał karty mobilizacyjne, to rezerwiści. I pocztą. Bez rozgłosu.
Poza tym, jak wspomnieliśmy, życie toczyło się normalnie. W lipcu 1939 roku w swój dziewiczy rejs wyruszał najnowszy polski transatlantyk MS Chrobry, a w sierpniu do Częstochowy z całego kraju pielgrzymki szły w najlepsze. Pięć dni przed wybuchem wojny, 26 sierpnia w święto Matki Boskiej Częstochowskiej, na Jasnej Górze modliło się sto tysięcy ludzi. Powszechna mobilizacja została ogłoszona w Polsce dosłownie w przeddzień wybuchu wojny.
Gdzie Sakowskiego zastała wojna i pierwsze lata okupacji – trudno powiedzieć. Z listu siostry Stefana, Marianny Karczewskiej (z domu Gierłowskiej) do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – napisanego w 2016 roku – wynika, że mógł być w szkole lotniczej w Dęblinie.
„Gdy miał 20 lat był w szkole lotniczej w Dęblinie. Wojna wszystko zmieniła 1939 r. Poszedł na wojnę i walczył o Polskę” – oświadcza Marianna Karczewska. Jej brat od niej był starszy o 19 lat.
Stefan Sakowski ze Stanisławem Gierłowskim. Fotografia wykonana w 1942 roku
Trudno dziś zweryfikować tę informację o Dęblinie. Marianna Karczewska podaje, że jej brat urodził się w 1920 roku, więc z jej rachunków wynikałoby, że trafił do Dęblina w 1939 roku. Ale nie miał wtedy przecież skończonego gimnazjum. Przypomnijmy, naukę w gimnazjum zaczął w roku 1937/38. Można więc przypuszczać, że do Dęblina rzuciła go wojna obronna Polski. Ale w szkole tej na pewno nie podjął nauki, bo od 2 września zarówno szkoła, jak i lotniska w Dęblinie, były intensywnie bombardowane przez Niemców. Wyszkoleni piloci a nawet podchorążowie III roku tuż przed wybuchem wojny zostali skierowani do eskadr bojowych i już ich tam nie było. Kadra oficerska i wykładowcy, zostali ewakuowani z Dęblina dzień później, czyli już 3 września – do Lublina a potem na Wołyń. Stamtąd niektórzy przedostali się do Rumunii, ale część kadry, po wkroczeniu Sowietów dostała się w ręce NKWD. Zostali zabici w Katyniu.
W opowieści o Stefanie Sakowskim skądś ten Dęblin musiał się jednak wziąć. Być może wcielony do wojska osiemnastolatek został skierowany do obrony Dęblina przed Niemcami. Miasta tego broniła Brygada Pancerno-motorowa płka Stefana Roweckiego i 39 Dywizja Piechoty gen. Brunona Edwarda Olbrychta. Obrona tego miasta przez wojska zmotoryzowane i piechotę trwała dwa tygodnie. Niemcy weszli do Dęblina 15 września. Czy w tej obronie uczestniczył Sakowski? A jeżeli tak, to co się z nim stało po kapitulacji? Trafił do niewoli? Czy dowództwo rozformowało jednostki i kazało żołnierzom na własną rękę wracać do domów?
Zachowały się dwie fotografie Stefana – z 1941 i z 1942 roku. Na obu występuje w cywilnych ubraniach. Na jednym stoi w kadrze ze swoim małym kuzynem Stanisławem Gierłowskim. Wskazywałoby to, że w czasie okupacji był w rodzinnych stronach.
Z kolei relacja Zofii Sikorskiej o wojennych losach Sakowskiego brzmi zgoła inaczej: „Gdy wybuchła wojna pamiętam jak 'Ruskie’ zabierali Stefka do szkoły oficerskiej w Komorowie koło Ostrowi Mazowieckiej. Nie mogłam z Nim pojechać, bo 'Ruskie’ mówili, że mnie zastrzelą”. Precyzyjniejszego umiejscowienia w czasie brak.
W 1939 roku – zaraz gdy wybuchła wojna – żołnierzy sowieckich raczej nie było w Czarnowcu. Po kapitulacji Polski w 1939 roku Czarnowiec był okupowany przez Niemców. Choć – to prawda – granica z ZSRS biegła niemal po sąsiedzku. Sowieci zaanektowali część gminy Rzekuń mniej więcej na wschód od szosy ostrowskiej. Pozostała część gminy, w tym Czarnowiec, znajdowała się pod okupacją niemiecką. Gdy Polska pozostawała pod okupacją, szła ofensywa hitlerowców na wschód.
Czerwonoarmiści kolejny raz pojawili się w gminie Rzekuń w sierpniu 1944 roku. Niemcy cofali się na zachód, a wojska sowieckie zajmowały kolejne obszary Polski. 3. armia gen. Gorbatowa, po ciężkich walkach wypędziła Niemców z okolic Ostrołęki. Być może to właśnie wtedy z jakichś powodów Sowieci zabrali Sakowskiego do Komorowa. Jeśli zestawić tę relację z historycznym faktem, że 15 sierpnia 1944 roku Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego ogłosił pobór do wojska Polaków mieszkających na terenach, z których wyparto Niemców, to istotnie mogło tak być, że sowieccy żołnierze zabrali Sakowskiego do wojska – jako poborowego. Z poboru ’44 została sformowana 2 Armia Wojska Polskiego, w której znaczącą część kadry oficerskiej stanowili Sowieci. Stąd mogło pochodzić wspomnienie Zofii Sikorskiej, że Sakowskiego zabierali „Ruscy”. Był on wtedy w wieku poborowym. Do zależnego od ZSRS Wojska Polskiego, nazwanego później „Ludowym”, wcielano w 1944 roku mężczyzn z roczników od 1921 (rocznik Sakowskiego) do 1924. Pobór trwał od 20 do 31 sierpnia.
Matka Anastazja Sakowska nad grobem syna Stefana Sakowskiego na cmentarzu wojennym w Zgorzelcu, 1961 r.
To, że Stefan Sakowski został wcielony do wojska w 1944 roku, to fakt. Nie wiadomo tylko dokładnie kiedy i w jakich okolicznościach.
Wiadomo natomiast na pewno, że szkolił się w 2 Frontowej Szkole Oficerskiej w Lublinie. Najprawdopodobniej po ukończeniu tej szkoły otrzymał stopień podporucznika. Na pewno – jako podporucznik – został 28 lutego 1945 roku dowódcą 1 plutonu w 8 kompanii strzeleckiej, w 3 batalionie 29 pułku piechoty.
Pułk ten był częścią 10 dywizji piechoty, nazywanej później sudecką. Choć została nazwana sudecką, zaczęła się formować w Rzeszowie – w październiku 1944 roku.
W kwietniu 1945 roku 10 dywizja brała udział w tzw. operacji łużyckiej i forsowaniu Nysy. 29 Pułk Piechoty przeprawiał się przez rzekę między Lipną a Przewozem – na północ od Zgorzelca. Z dostępnych map i dokumentów wynika, że 29 Pułk Piechoty, w którym służył Sakowski, 17 kwietnia stał na wschodnim brzegu Nysy, 18 kwietnia zdobył okopy wroga [4] (niektóre źródła podają, że mały przyczółek 300×400 metrów, na zachodnim brzegu Nysy i był to 2 batalion 29 pp), a 22 kwietnia był już na linii Szprewy.
18 kwietnia 1945 roku to data śmierci Stefana Sakowskiego. Poległ w nurtach rzeki, trafiony kulą wroga [5]. Koledzy pochowali go w pobliżu miejsca śmierci i poszli dalej po zwycięstwo. 29 pułk nigdy nie dotarł do Berlina. Cała 10 dywizja, po operacji łużyckiej, została skierowana na południe. Szlak bojowy zakończyła 11 maja 1945 w zwycięskiej operacji praskiej, mającej na celu wyparcie Niemców ze stolicy Czech.
Stefan Sakowski spoczywa na
cmentarzu w Zgorzelcu wraz z 3391 żołnierzami Wojska Polskiego, poległymi przy
forsowaniu Nysy i podczas operacji łużyckiej. Rada Ochrony Pamięci Walk i
Męczeństwa zapewniła w 2016 roku Mariannę Karczewską, że stan cmentarza, poziom
zadbania i stale prowadzone prace konserwatorskie, pozwalają stwierdzić iż
polscy żołnierze, w tym Stefan Sakowski, są godnie upamiętnieni.
O cmentarz dba zarówno zgorzelecki samorząd, jak i miejscowi społecznicy. Latem, gdy jest gorąco i susza, z powodu zagrożenia pożarowego, obowiązuje zakaz palenia zniczy.
Powyższy tekst to zapewne nie wszystko, co można ustalić na temat podporucznika z Czarnowca. Niestety z powodu pandemii dostęp do niektórych źródeł jest utrudniony. Zamknięte archiwa, nieczynne biblioteki. Ukazały się co najmniej dwie obszerne książki opisujące historię 29 Pułku Piechoty. Jest też kilka pozycji poświęconych 2 Frontowej Szkole Oficerskiej w Lublinie, której absolwentem był Sakowski. Książki te namierzamy w bibliotekach i antykwariatach. Biblioteki są jednak na razie zamknięte.
Jeżeli ktokolwiek ma wiedzę o Stefanie Sakowskim, lub jakieś dokumenty, albo wiarygodne źródła i chciałby się nimi podzielić, do dyspozycji jest mail kontaktowy: wiesczarnowiec@gmail.com. W miarę zdobywania nowych informacji, niniejsza publikacja będzie uzupełniana.
2021.04.17 /Jacek Pawłowski/
Ważniejsze źródła:
[1] – Andrzej Żuber „Pomnik orła oraz morze krzyży na cmentarzu wojskowym”, zgorzelecki serwis zinfo.pl, 12 lipca 2017
[2} Sebastian Adamkiewicz, „Edukacja w II Rzeczypospolitej”; https://niepodlegla.gov.pl/o-niepodleglej/edukacja-w-ii-rzeczypospolitej/
[3] „Sprawności harcerskie” – HBW Warszawa 1936, na zlecenie GK Harcerzy, zgodnie z rozkazem L.9 z dnia 20.04.36 Naczelnika Harcerzy
[4] strona internetowa 10 Brygady Kawalerii Pancernej im. gen. Stanisława Maczka w Świętoszowie, https://archiwum2019-10bkpanc.wp.mil.pl/
[5] Mieczysław Juchniewicz, Stanisław Rzepski, „Piastowskim szlakiem. Z dziejów 29 pułku piechoty, Warszawa 1966.
Pierwsza strona zeszytu do biologii Stefana SakowskiegoZadanie domowe: obserwacja gąsienicy bielinka kapustnikaZagadkowa składka po 75 groszyDziennik obserwacji gąsienicy bielinka kapustnikaStrona tytułowa kalendarzyka Stefana SakowskiegoW kalendarzyku PKO znalazła się złota myśl prezydenta RP dotycząca oszczędzaniaII RP była krajem wielowyznaniowym. Uwzględniał to kalendarzyk PKOPlan lekcyj Stefana SakowskiegoPodręczne informacje z kalendarzykaImieniny prezydenta i imieniny naczelnego wodza wymienione wśród najważniejszych narodowych rocznicTajemnicze notatki w kalendarzykuJeszcze bardziej tajemnicze notatki, bo cyrylicąStefan Sakowski, 1938 r., zdjęcie z książeczki harcerskiejStrona tytułowa książeczki harcerskiejDane okaziciela książeczki harcerskiejDane okaziciela książeczki harcerskiejStopnie harcerskie, które osiągnął Stefan SakowskiZaświadczenie o zdobytych sprawnościachZaświadczenie o ukończeniu obozu szkoleniowego dla drużynowychStrona książeczki ZHP z rotą przyrzeczenia harcerskiego i prawem harcerzaLista dyżurnych w klasie. Wśród nich Stefan SakowskiStefan Sakowski 1938 r. Rewers zdjęcia Stefana Sakowskiego z 30 listopada 1940 r. Stefan Sakowski w 1941 r. Stefan Sakowski ze Stanisławem Gierłowskim 1942Anastazja Sakowska nad grobem syna. Zgorzelec, 1941 r.Legitymacja ZBOWiD Anastazji SakowskiejLegitymacja kolejowa Anastazji SakowskiejList społecznej opiekunki grobów w Zgorzelcu do Marianny Karczewskiej, 2014 r. List społecznej opiekunki grobów w Zgorzelcu do Marianny Karczewskiej, 2014 r. List społecznej opiekunki grobów w Zgorzelcu do Marianny Karczewskiej, 2014 r. Wniosek Marianny Karczewskiej do Rady Ochrony Pamięci Walk i MęczeństwaWniosek Marianny Karczewskiej do Rady Ochrony Pamięci Walk i MęczeństwaAnastazja Sakowska z d. GierłowskaAnastazja Sakowska z d. GierłowskaAnastazja SakowskaAnastazja SakowskaAnastazja SakowskaOjciec Stefana Sakowskiego, Bolesław, był maszynistą. Na zdjęciu: trzeci od lewejKsiążeczka z zasadami gry w piłkę nożną, należąca do Bolesława SakowskiegoKsiążeczka z zasadami gry w piłkę nożną, należąca do Bolesława SakowskiegoKarta gwarancyjna na posrebrzane sztućce, zakupione przez Bolesława SakowskiegoDworzec kolejowy w Ostrołęce. Fotografia z pracowni Franciszka WaltzaOkładka zeszytu do biologii Stefana SakowskiegoSkan okładki książki PIASTOWSKIM SZLAKIEMSkan strony 137 z książki PIASTOWSKIM SZLAKIEMPamiątkowa tablica w dniu odsłonięcia – 18 kwietnia 2021r.
Eugeniusz Łępicki (1956-2021)
Category: Historia,Mieszkańcy
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Pierwszy historyczny, legalny, „ustawowy”, powołany przez władze gminy, a wybrany przez mieszkańców Gospodarz Świetlicy Wiejskiej w Czarnowcu.
„25.01.2016 Zebrania wiejskie Urząd Gminy w Rzekuniu informuje mieszkańców o terminie zebrań wiejskich, na których zostanie dokonany wybór Rad Świetlic i Gospodarza Świetlicy. Obowiązek zorganizowania zebrań wiejskich wynika z podjętej Uchwały Nr XII/91/2015 Rady Gminy Rzekuń z dnia 30 listopada 2015 r. w sprawie ustalenia zasad i trybu korzystania ze świetlic i remizo-świetlic będących własnością gminy Rzekuń. Zebrania wiejskie odbędą się w świetlicach lub remizo-świetlicach w następujących terminach: 28 stycznia br. (czwartek) – godz. 17:30 Czarnowiec…”
źródło: Urząd Gminy w Rzekuniu
Gdy w połowie lat siedemdziesiątych rozpoczęto budowę Świetlicy w Czarnowcu Gieniek miał 20 lat. Razem z młodymi kolegami, z Czarnowca Zbyszkiem Sobolem (1958) i innymi, pilotowali, pomagali, angażowali się aby jak najszybciej powstał ten budynek. Aby społeczność wiejska miała schronienie nad głową i aby młodzież taka jak On miała gdzie potańczyć na wiejskiej potańcówce.
Budowa wlokła się latami, bo wciąż brakowało funduszy ale już w latach 80-tych okoliczna młodzież mogła potańczyć na świeżo wylanej posadzce, na tak zwanych „wichurach”. Nie wiemy czy ktoś wtedy z Borawego lub Suska oberwał sztachetą ale wiemy, że były to znakomite atrakcje dla młodzieży – nie mylić z walką na sztachety 🙂
Przez wiele lat świetlica stała zaniedbana, a Gieniek był w tym zakresie bezsilny, bo w sołectwie, które było właścicielem gruntu i świetlicy nie było chętnych do finansowania remontu/wykończenia tego budynku. Dopiero w roku 2011 gdy gmina przejęła nieodpłatnie grunt i budynek świetlicy, ruszyły prace remontowe. W roku 2013 trwały intensywne prace budowlane. Sołtysem Czarnowca była w tym czasie siostra Eugeniusza Pani Wiesława Milewska. Razem pilotowali i doglądali aby ten budynek zyskał nowoczesne oblicze. 31 sierpnia 2013 roku nastąpiło oficjalne otwarcie Świetlicy Wiejskiej po remoncie. Inwestorem była Gmina Rzekuń, władzę sprawował Wójt Stanisław Godzina. Wsparcie: PROW za pośrednictwem Stowarzyszenia LGD Zaścianek Mazowsza i Urzędu Marszałkowskiego.
Eugeniusz Łępicki trzykrotnie, w latach dziewięćdziesiątych i już w XXI wieku kandydował w wyborach samorządowych do Rady Gminy Rzekuń z nadzieją, że coś dla Czarnowca wywalczy. Układ Okręgów Wyborczych był skonstruowany tak niefortunnie, że kandydat z Czarnowca musiał rywalizować z kandydatem z Rzekunia. Cudem byłoby wygranie z kandydatem rzekuńskim. Przez wszystkie lata nie zaprzestał swojej działalności na rzecz sołectwa!
Razem z sołtysem – Panią Milewską zainicjowali również budowę/ustawienie krzyża przydrożnego w okolicy świetlicy. Gieniek krzyż wykonał sam – ciął, spawał, malował. Sam również posadowił go w podstawie/kamieniu. Ostatnia konserwacja krzyża przy świetlicy była wykonana również prze Niego dnia 27 kwietnia 2019 roku. Wszystkie te działania wykonywał oczywiście ze swoimi przyjaciółmi i rodziną.
foto: Marek Karczewski
Tydzień przed trafieniem do szpitala małżeństwo Państwa Łępickich zwróciło się do mnie abym poszukał nowych (młodszych) kandydatów na zarządzanie świetlicą. Prosili mnie abym zorientował się w sprawach jak przekazać prawnie to stanowisko. „Odparłem, że nie ma pośpiechu – poczekajmy do lata, usiądziemy przy ognisku i przedyskutujemy, może właśnie z nowym kandydatem lub kandydatami”. Wspominał również o nowej inicjatywie w Czarnowcu dla seniorów w Ich wieku. Planował robić spotkania dla osób samotnych z Czarnowca – wdów i wdowców, którzy w samotności spędzają czas. Planował, bo właśnie przeszedł na zasłużoną emeryturę i nie chciał się na niej nudzić. Chciał coś robić dla innych.
Planował…
Nie przewidział jednego, że niewidzialny wróg siejący spustoszenie na całym świecie dopadnie właśnie Jego! Jego – pierwszego mieszkańca Czarnowca pokonanego przez koronawirusa Covid-19!
Wczesnym rankiem 14 marca 2021r. dotarła do nas tragiczna wiadomość … Wiadomość wstrząsająca dla rodziny, dla sąsiadów, przyjaciół, kolegów z pracy i nas wszystkich pamiętających Eugeniusza Łępickiego tylko z tej najlepszej strony.
Z najszczerszymi kondolencjami rodzinie Marek Karczewski Sołtys
foto: Marek Karczewski
Gdy tylko czas na to pozwoli, na krzyżu przy ul. Dzikiej Róży będziemy chcieli razem z Radą Świetlicy powiesić pamiątkową tablicę budowniczego krzyża w centrum Czarnowca. Powiesimy również zdjęcie, w honorowym miejscu, w świetlicy z napisem „Eugeniusz Łępicki (1956-2021) – Pierwszy Gospodarz Świetlicy Wiejskiej w Czarnowcu”
Zdjęcie podesłane przez Panią Bogumiłę. Krzyż, tuż po ustawieniu – rok 2010.
Stefan Sakowski – setna rocznica urodzin
Category: Historia,historyczne,Mieszkańcy,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
RELACJA NIEMIECKICH DOKUMENTALISTÓW: „16 kwietnia 1945 – rozpoczęła się walka Plan działań 1 Frontu Ukraińskiego pod dowództwem marszałka Konjewa w bitwie o Berlin przewidywał boczny atak na południe od Puszczy Mużakowskiej do centrum Rothenburga. Pomiędzy ciągami głównymi a bocznymi miał pozostać wolny korytarz o szerokości około 15 kilometrów, który był tylko słabo obsadzony przez siły polskie i miał więcej za zadanie wiązania wojsk wroga. Nie planowano zatem ataku na Nysę w prostym kierunku zachodnim na Weißwasser. Oddział ten miał prowadzić 2 Armia Polska, działająca na południe od 5 Armii Gwardii. Na noc przed rozpoczęciem ataku rosyjskie dywizje przeprowadziły gwałtowny rekonesans z siłami wzmocnionej kompanii karabinowej, gdzie jest bardzo prawdopodobne, że celem był również Weißwasser.„ to początek relacji (tłumaczenie google)
dalsza część relacji: „…Nach Tschernitz geflüchtet Die Muskauer, die schon Ende Februar nach Tschernitz flüchteten, merkten auch, dass der Angriff unmittelbar bevorstehen musste, da bereits zwei Tage zuvor die ersten russischen Granaten in der Stadt und der Umgebung einschlugen. Sie verließen Tschernitz in Richtung Wolfshain. Am 15. April, es war Sonntag, der Tag vor dem Angriff. In Weißwassers Kirchen fand der letzte Gottesdienst statt. Ein Unteroffizier einer Landesschützeneinheit bot sich für ein paar Teilnehmer an, die Orgel zu spielen. Am Nachmittag fuhr Vikarin Oehlke von der evangelischen Kirche nach Kromlau, um hier noch einige Kinder zu konfirmieren. In der Nacht wurde Kromlau vollständig geräumt. An der Neiße jedoch herrschte auf russischer Seite Ruhe, Ruhe vor dem Sturm. Das Motorengeräusch war verstummt, die letzte Nacht brach an. Die Soldaten standen an Lagerfeuern, aßen, tranken, rauchten und unterhielten sich – für viele das letzte Mal. Es wurde Mitternacht, die Feuer waren kleiner geworden und Stille herrschte über der Neiße. Für die eilig umgruppierten deutschen Einheiten war die Nacht kurz, sie mussten sich schnell eingraben und für die Verteidigung vorbereiten, der Angriff stand kurz bevor. Auch gaben russische Gefangene den Angriffsbeginn für den 16. April an. Am frühen Morgen lag leichter Nebel über der Neißeaue bei Muskau. Gespannte Ruhe herrschte auf beiden Seiten der Front. Plötzlich zerriss eine Raketensalve russischer Werfer die unheimliche Stille. Es war 4.15 Uhr Ortszeit, als das Signal zum Beginn der Offensive der 1. Ukrainischen Front unter Marschall Konjew zum Kampf um Berlin gegeben wurde. Nach 40 Minuten Artillerie- und Luftwaffenvorbereitung auf die deutschen Stellungen entlang der Neiße begann der Auftakt zur letzten großen Schlacht in diesem Krieg. Mit Angriffsbeginn verlagerten die russischen Artilleristen ihr Feuer tiefer auf die deutschen Stellungen, um den nun folgenden Schützen und Panzern den Weg freizumachen. Abschnittsweise erfolgten jetzt auch Angriffe der russischen Luftstreitkräfte auf die südliche Flanke ihres Hauptstoßes. Unter diesem Schutz und dem künstlich vernebelten Neißeabschnitt überquerten Infanteristen mit Booten den Fluss und warfen die Deutschen aus ihren Stellungen. Anschließend errichteten russische Pioniertruppen Pontonbrücken, über die Panzer und andere schwere Technik rollten.” Pełna treść relacji w następnych publikacjach na naszej stronie w dziale „historia”.
17 lutego 1921 roku w Czarnowcu (obecnie numer domu 4) urodził się Stefan Sakowski.
Legitymacja harcerska z 1939r.
Stefan Sakowski jako uczeń uczęszczał do rzekuńskich i ostrołęckich szkół. Przed Drugą Wojną Światową uczęszczał do Gimnazjum i Liceum w budynku przy obecnej ulicy Traugutta w Ostrołęce (I Liceum Ogólnokształcące).
Kartka z zeszytu szkolnego Stefana Sakowskiego – wykaz dyżurnych w roku szkolnym 1939.Zdjęcie wykonane do legitymacji szkolnej.
W 1944 roku zaciągnął się do Szkoły Wojskowej i później w Rzeszowie trafił w szeregi formowanej Dywizji Piechoty. 10. Dywizja Piechoty zwana „Sudecką” została sformowania w końcu 1944 roku w Rzeszowie i do końca wojny działała pod dowództwem 2. Armii Wojska Polskiego.
Szlak Bojowy10 Sudeckiej Dywizji Piechoty 1945r. FOTO: wikipedia
Stefan Henryk Sakowski w wieku 24 lat poległ w walkach z Niemieckim najeźdźcą dnia 18 kwietnia 1945r. Podczas operacji łużyckiej w trakcie forsowania rzeki Nysa. Ppor. Stefan Sakowski zginął w lasach Muskauer Forst nad Szprewą w rejonie Nelkenberg i Spreefurt (Niemcy).
Z późniejszych
opowieści, tych którzy przeżyli, wszedł na minę
przeciwpiechotną, stracił obie nogi i wykrwawił się na śmierć.
Grób Stefana Sakowskiego z 1960 roku – Zgorzelec.Grób Stefana Sakowskiego na cmentarzu żołnierzy Wojska Polskiego w Zgorzelcu. 2014.05.14
Pochowany w sektorze 1c, rząd 5, kwatera/grób nr 1953 na cmentarzu żołnierzy Wojska Polskiego w Zgorzelcu wśród 3392 żołnierzy – niektóre źródła mówią o 3420 pochowanych żołnierzach. W roku 1946 Uchwałą Prezydium Rady Narodowej został odznaczony „BRĄZOWYM MEDALEM ZASŁUŻONYM NA POLU CHWAŁY” źródło: „M.P.47.29.247, UCHWAŁA PREZYDIUM KRAJOWEJ RADY NARODOWEJ z dnia 18 września 1946 r. Prezydium Krajowej Rady Narodowej na posiedzeniu w dniu 17 września 1946 r. uchwala odznaczyć następujących obywateli:… 37. Sakowski Stefan,…”
STEFAN SAKOWSKI ur. 17.02.1921r. Poległ dn. 18.04.1945r. Podporucznik 29 Pułku Piechoty, 10 Sudeckiej Dywizji Piechoty urodzony i wychowany w Czarnowcu, gmina Rzekuń, powiat ostrołęcki. Syn Anastazji i Bolesława Sakowskich.
To tylko krótka zajawka opowieść o podporuczniku z Czarnowca. Więcej materiałów, zdjęć oraz materiał z odsłonięcia tablicy pamiątkowej nastąpi dnia 18 kwietnia 2021r. w rocznicę śmierci podporucznika. Materiały historyczne gromadzone są przez mieszkańców Czarnowca – będziemy o tym pisać niebawem, a kompletny opis o podporuczniku znajdzie się na stałe tu: HISTORIA.
CIEKAWOSTKA! Dziś udaję się do żyjącej jeszcze sąsiadki Stefana Sakowskiego zza płota, Pani Zofii Sikorskiej z domu Kozłowskiej, która była Jego przyjaciółką! Chcę przekazać materiały, które dotychczas zgromadziłem. Dowiemy się zatem czy Pani Zofia pamięta jeszcze Stefana.
Marek Karczewski
17.02.2021r. (środa) Z niewielu faktów, które pamięta jeszcze Pani Zofia: ” Stefek chodził do Szkoły Podstawowej w Rzekuniu, ja chodziłam do szkoły na stację, bo ojciec był kolejarzem i tam byłam wożona – najczęściej rowerem, bądź chodziło się pieszo. Później Stefan poszedł do szkoły średniej do Ostrołęki. W wakacje znajdowaliśmy czas oby jechać razem na wycieczki rowerowe. Gdy wybuchła wojna pamiętam jak „ruskie” zabierali Stefka do Szkoły Oficerskiej w Komorowie koło Ostrowi Mazowieckiej. Nie mogłam z Nim pojechać, bo ruskie mówili, że mnie zastrzelą. Nie mogłam Go również odwiedzać w jednostce wojskowej, bo tego nie chciała Jego matka (Anastazja Sakowska). Spotykałam się ze Stefkiem przez dwa lata ale matka wolała aby Jego małżonką była Honorka Wróblewska z Kamianki, która później mieszkała we dworze u Wyszomirskich. Żadna z nas nigdy nie została Jego żoną. Matka Stefana bardzo chciała aby zaciągnął się do wojska i bronił Polski przed Niemieckim najeźdźcą. Jednocześnie bardzo chciała aby nie spotykał się ze mną i nie został moim mężem. Pojechał do Rzeszowa i już nie wrócił. Miałam również kilka snów, w których Stefek mówił do mnie, że On wszystko widzi i wie co się u nas dzieje. Posiadam do dziś zdjęcia ze Stefkiem i bardzo szanuję swojego męża Mariana Sikorskiego, że nigdy tych zdjęć nie zniszczył, leżą nadal w pudełeczku i przypominają mi moją młodość.” Spisał Marek Karczewski
Jak car Aleksander uwłaszczył czarnowieckich chłopów
Category: Historia,historyczne,NEWS
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Ciekawostka historyczna o Czarnowcu, w której niewiadomych jest co najmniej tyle, co danych. Uwagi i poprawki mile widziane. Poniższe dokumenty do tłumaczenia dostarczył sołtysowi Markowi Karczewskiemu, w maju 2020r. Pan Jacek Czaplicki z Ostrołęki, który przywraca pamięć okolicznym cmentarzom z okresu Wielkiej Wojny. Jego profil z dokumentacją fotograficzną i video znajduje się tu: ROWEREM WOKÓŁ OSTROŁĘKI Dziękujemy Panu Jackowi za „zdobycie” tych starych dokumentów.
W Archiwum Państwowym w Białymstoku znajdują się dokumenty administracji carskiej z XIX wieku. 6 października 1977 roku operator pracowni mikrofilmowej Archiwum Dokumentacji Mechanicznej w Warszawie Halina Olszak sporządziła z nich mikrofilmy. Dokumenty te – z dziewiętnastowiecznego rosyjskiego na polski – przełożył nam Pan Michaił Barkowski, znakomity tłumacz i niezawodny Kolega, prowadzący na Facebooku świetny profil @niestrasznyrosyjski. Za co serdecznie dziękujemy. Bo to kawał dobrej roboty był.
Wątpliwości Tłumacza rozstrzygaliśmy własnym rozumem. Jeżeli ktokolwiek oglądając kopie akt, stwierdzi że jakieś rozstrzygnięcie było nietrafne bądź niesłuszne, reklamację pokornie przyjmiemy.Najogólniej rzecz biorąc, załączone tu archiwalia, zawierają dokumentację opisującą własność gospodarstw pól i lasów w Czarnowcu po uwłaszczeniu chłopów w Królestwie Polskim przez cara Aleksandra II w 1864 roku. Gdyby chcieć to jakoś odnieść do współczesności, to co do metody i skutków przypomina to trochę Powszechny Spis Rolny (w tym roku trwa kolejny spis). Jednak jego przyczyny, przesłanki i państwo przeprowadzające były zupełnie inne. Własność ziem na polskiej wsi w XIX wieku to bardzo skomplikowane zagadnienie.
W bardzo wielkim, być może zbyt wielkim, uproszczeniu można powiedzieć, że przed uwłaszczeniem chłopi posiadali niewielkie kawałki ziemi, ale nie byli ich właścicielami. Własność należała do szlachty. Chłopi za możliwość posiadania swych gospodarstw odrabiali pańszczyznę lub płacili czynsz (w pracy, w naturze, w gotówce). Posiadanie a własność to były (i są zresztą do dziś) dwa różne tytuły prawne do nieruchomości. Ruchomości takoż. Żeby zyskać poparcie chłopów dla powstania styczniowego polski Tymczasowy Rząd Narodowy 22 stycznia 1863 r. ogłosił, że chłopi stają się właścicielami swoich gospodarstw bez konieczności wykupywania się od właścicieli ziemskich. Mniej więcej miesiąc przed upadkiem powstania, 2 marca (19 lutego w obowiązującym w Rosji kalendarzu juliańskim) car wydał ukaz, w którym uwłaszczał chłopów na tych samych zasadach, co rząd powstańczy. W ten sposób osiągnął polityczny cel.
I znowu w dużym uproszczeniu… pokazał chłopom: zobaczcie, macie od rosyjskiej administracji to samo co od powstańczego rządu. Jednocześnie, jak ujmuje to część polskich historyków, car wbił w ten sposób klin między dwory a wsie. Uwłaszczenie na prawie carskim musiało generować konflikty, a – jak wiadomo nie od dziś – skonfliktowane społeczeństwo jest mniej skłonne do buntowania się przeciw władzy. Chłopi stali się więc właścicielami swoich zabudowań i pól. Zamiast czynszu do dziedzica mieli wnosić podatek gruntowy do skarbu. Właściciele ziemscy mieli prawo do odszkodowania od państwa za utracone grunty rolne. Pastwiska oraz lasy formalnie pozostały własnością ziemian, ale chłopi mieli prawo paść na nich swe zwierzęta i pozyskiwać z lasu opał oraz drewno budowlane. Żeby zapobiec rabunkowej gospodarce w lasach, lokalni urzędnicy rosyjskiej administracji mieli ustalać ile i jakiego drewna chłopi mogą pozyskać z dworskich lasów. Ziemi nie dostali chłopi bezrolni i robotnicy folwarczni, no bo przecież przed uwłaszczeniem jej nie posiadali. Mieli dostać ją z gruntów państwowych, bezpańskich albo opuszczonych. Niestety gruntów takich było mniej niż chętnych. W drugiej połowie XIX wieku tworzyli więc półmilionową rzeszę tzw. wolnych najmitów. Wolnych od jakiejkolwiek własności, a najmujących się do prac w folwarkach i z tego żyjących. Do wolnych najmitów zaliczali się również chłopscy bankruci, którzy z powodu nieurodzajów, klęsk żywiołowych nie byli w stanie płacić wygórowanych podatków i tracili w ten sposób swoje gospodarstwa (patrz „Wolny najmita” Marii Konopnickiej).
Któż więc gospodarował na Czarnowcu po uwłaszczeniu na mocy ukazu z 1864 roku. Pokazuje to tabela w załączonych dokumentach. Figurują w niej następujący gospodarze, których nazwiska zapisano cyrylicą i przypisano im rosyjskie odpowiedniki polskich imion. Polskie imiona podajemy w nawiasach. Poniższe zestawienie może zawierać niewielkie błędy i odstępstwa, a także braki, wynikające z tego, że po pierwsze w XIX wieku w rosyjskim występowały niektóre litery, których nie ma we współczesnym rosyjskim alfabecie. Po drugie, odręczne pismo urzędnika sporządzającego protokoły i tabele jest miejscami zwyczajnie nieczytelne.
W kolejnych kolumnach tabeli znajdują się wyrażone w morgach i prętach (rosyjskie odpowiedniki polskich liter M i P w główkach tabeli) powierzchnie poszczególnych rodzajów użytków. Od lewej: * budynek mieszkalny z ogródkiem lub bez ogródka * grunty orne * łąki * pastwiska * nieużytki * razem. Ostatnie dwie kolumny tabeli to wyrażony w rublach i kopiejkach „rozmiar zniesionej powinności podlegającej wynagrodzeniu od Rządu na mocy art. 14-26 Ukazu o Komisji Likwidacyjnej”. Tu pojawia się nowe pojęcie – „Komisja Likwidacyjna”. Wyjaśnijmy więc, że był to organ administracji carskiej na ziemiach zaboru rosyjskiego mający operacyjnie przeprowadzić uwłaszczenie – nadać nowe tytuły własności, porachować grunta oraz na tej podstawie obliczyć odszkodowania należne właścicielom ziemskim. Przewodniczącym Centralnej Komisji był J. Sołowiow, członkami zaś – Brunschweig i W. Trubnikow. W podsumowaniu działań komisji w Czarnowcu czytamy, że 2 kwietnia (21 marca) 1866 roku zostało oficjalnie i ostatecznie zatwierdzone nadanie wyżej wymienionym mieszkańcom Czarnowca w sumie 27 mórg i 285 prętów użytków rolnych, i 16 prętów nieużytków.
Dawny właściciel wsi Czarnowiec Władysław Czerniejewski otrzymał za to 546 rubli i 72 kopiejki odszkodowania. Rzecz jasna, majątek ziemski Czerniejewskiego został uszczuplony, ale nie ograbiony. Ówczesny właściciel dworu w Czarnowcu nadal miał swoją ziemię, która wcześniej nie była w posiadaniu chłopów. Na innych archiwalnych kartach można wyczytać również na jakich zasadach uwłaszczeni chłopi z Czarnowca mogli korzystać z dworskich pastwisk i lasów. Trudno wyjaśnić to w przystępny sposób, ale żeby dać Czytelnikom pewien ogląd sytuacji, wrzucamy kilka dosłownych, przetłumaczonych, cytatów.
Pierwszy, ze względu na nieczytelność niektórych odręcznie spisanych słów, polega po części na domysłach i tak naprawdę nie jest cytatem, a omówieniem. Tak czy inaczej spróbujmy…”(…) wszystkie gospodarstwa od nr 1 do nr 20 mają prawo do wypasania bydła [?], mogą otrzymywać siano, [jest coś o liczbie sztuk bydła]; wszystkie uwłaszczone gospodarstwa mają prawo do zbierania w lesie chrustu, suszki oraz wywrotów niezdatnych do użycia w budownictwie, każde gospodarstw po 76 jednokonnych wozów. [dalej jest coś o wyrębach] Każda osada ma prawo do otrzymania rocznie po 50 żerdzi z jesionu lub olchy lub, przy braku żerdzi, po 4 wozy chrustu [dalej fragment nieczytelny], prawo do otrzymywania rocznie drzew sosnowych o średnicy 20 cali”. Kolejne wpisy dotyczą rozstrzygnięć administracji carskiej z późniejszych lat – 1872, 1875, 1878, 1880.”(…) postanowiono, że przynależny folwarkowi Czarnowiec las obciążony na mocy niniejszej tabeli serwitutami włościan obejmuje 587 mórg i 77 prętów i oddzielony jest od lasu przynależnego folwarkowi Dzbenin miedzą biegnąca od wsi szlacheckiej Kaczyny-Tobolice poprzez łąkę [nazwa mało czytelna – Krzykiew? – przypis Tłumacza], a od tejże łąki – przez działkę z lasem liściastym w kierunku na wprost lasu sosnowego do granicy wsi szlacheckiej Korczaki”. „(…) postanowiono co następuje: przyznać na mocy niniejszej tabeli likwidacyjnej po 76 wozów jednokonnych z paliwem na osadę, co równa się 26 wozom parokonnym, a zatem 1520 przyznanych na całą wieś wozów jednokonnych z powyższym materiałem stanowią odpowiednik 520 wozów parokonnych rocznie oraz przyznać na mocy tejże tabeli po 50 żerdzi na osadę [wyraz nieczytelny] o długości 3 sążnie i grubości 3 cale w średnicy”.
Jest też wpis z 1903 roku. Bardzo obszerny, liczący około dwóch tysięcy znaków. Niezwykle szczegółowo i dość hermetycznie opisuje on zależności i stosunki ziemskie w Czarnowcu po tym jak w 1900 roku właścicielka dóbr Czarnowiec Antonina Michniewicz zawarła porozumienie ze wszystkimi włościanami wsi Czarnowiec, na mocy której włościanie zrzekli się na jej rzecz praw do serwitutów leśnych i pastwiskowych, w zamian za co otrzymali na własność część gruntów dworskich. Dalej jest istny labirynt sążni, dziesięcin, serwituów, mórg, prętów. Żeby się w tym połapać, trzeba by jakiegoś rzeczoznawcy w dziedzinie zarządzania nieruchomościami z doktoratem z historii 🙂
W tamtych czasach to wielce skomplikowane przekształcenie gruntowe rozmierzył i rozliczył mierniczy Julian Płaczkowski.
2020.08.23 /Jacek Pawłowski/
Objaśnienia pojęć za Wikipedia: 1. sążni (sążnia) – Sążeń – niemetryczna, antropometryczna jednostka długości. Miara miała długość rozpostartych ramion dorosłego mężczyzny. Pochodną sążnia jest sąg – jako sześcienna miara drewna. W Polsce sążeń (lub inaczej siąg) zmieniał się na przestrzeni wieków, oscylując w granicach 2 metrów: – sążeń staropolski – 1,786 m (według konstytucji 1764), – sążeń nowopolski – 1,728 m = 3 łokcie = 6 stóp = 72 cale = 864 linie (obowiązywał w Królestwie Polskim 1819-1848) 2. mórg (morg) – Morga (także mórg, jutrzyna) – historyczna jednostka powierzchni, używana w rolnictwie. Początkowo oznaczała obszar, jaki jeden człowiek mógł zaorać lub skosić jednym zaprzęgiem w ciągu dnia roboczego (dokładnie: od rana do południa), a jej wielkość wynosiła – zależnie od jakości gleby, zaprzęgu i narzędzi w Europie 0,33–1,07 hektara. 3. dziesięcin – (dziesięcina) – Dziesięcina, także: dziesiatyna – dawna miara powierzchni gruntu. Dziesięcina na terenach zaboru rosyjskiego, które nie tworzyły Królestwa Kongresowego, czyli na wschód od Bugu i linii Ciechanowiec-Łapy-Tykocin-Biebrza-Niemen, w XIX wieku i na początku XX, była urzędową miarą powierzchni gruntów. Stosowane były dwie jednostki o tej nazwie: – dziesięcina tzw. skarbowa = 10925,2 m² = 1,09252 ha, inne przeliczenia tej miary: 1 dziesięcina = 2400 sążni kw. = 1,9508 morgów n. p. = 109,252 arów – dziesięcina tzw. większa (o 1/3, nazywana też „dużą”) = 14567 m² = 1,4567 ha. Obie były stosowane równolegle, co stwarza trudność w przeliczaniu wielkości gruntów na dzisiejsze jednostki. 4. serwituów – Serwitut, serwituty – uprawnienia chłopów do korzystania z dworskich łąk i pastwisk oraz lasów, wywodzące się z okresu feudalnego, będące powodem licznych zatargów między wsią a dworem. Na ziemiach polskich zostały zlikwidowane w większości do końca XIX w. Sprawę serwitutów regulowała ustawa z dnia 7 maja 1920 r. o likwidacji serwitutów na terenie b. Królestwa Kongresowego i rozporządzenie Prezydenta z dnia 1 lutego 1927 r. Część lasu objętą serwitutem nazywano cerklem lub cyrklem. Serwituty, zwane też służebnościami, były rodzajem prawa rzeczowego. Serwituty oparte były na aktach jednostronnych (np. przywilejach nadanych osadźcom wsi przez królów polskich), na umowach ustnych lub zwyczajach. Początkowo serwituty dotyczyły własności królewskiej lub dworskiej, później w miarę, jak zmieniali się właściciele lasów, również prywatnej lub państwowej. 5. prętów – Pręt – historyczna miara długości i powierzchni. – Miary rolne i budowlane: 1 pręt = 2,5 sążnia = 4,32 m – Rolne miary powierzchni: 1 pręt kwadratowy = 18,66 m2 6. żerdzi – Żerdź – strzała drzewa lub jej część o średnicy mierzonej w odległości 1 metra od grubszego końca (tzw. średnicy znamionowej, przy uwzględnieniu kory) wynoszącej dla drzew iglastych 7-14 cm, dla drzew liściastych 7-18 cm. W sortymentacji drewna jest to drewno okrągłe średniowymiarowe. Wyróżnia się żerdzie użytkowe i przemysłowe. 7. Chrust – małowymiarowy sortyment drzewny. Rozróżniany jest w dwóch odmianach: jako chrust opałowy oraz chrust użytkowy. 8. Suszka – w leśnictwie określenie na stojące, częściowo lub całkowicie martwe, suche drzewo, zamarłe na skutek działania szkodliwych czynników, np.: owadów lub grzybów, zanieczyszczeń atmosferycznych, bądź z powodu naturalnego procesu starzenia rośliny. 9. wywrotów – Wywrót, wykrot, wiatrował – drzewo z naderwanym korzeniem, lub całkowicie wywrócone w wyniku działania wiatru. /MK/
Kim byli Wyszomirscy z Czarnowca – historia w czterech częściach
Category: Historia
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Czarnowiec i Wyszomirscy cz. I
Sołtys Czarnowca Marek Karczewski, jednocześnie organizator ostrołęckiego rodzinnego rajdu rowerowego, zaplanowanego na 1 sierpnia br., kilka dni wcześniej oznaczył na Facebooku Panią Wandę Piersę, Pana Jana Grzyba i mnie. I wyznaczył taki – modnie mówiąc – czelendż. Zgromadzić możliwie dużo materiałów o dworze w Czarnowcu i o mieszkającej w nim przed II wojną światową rodzinie Wyszomirskich. Informacje te miały być przekazane uczestnikom wyżej wspomnianego rajdu, którego trasa miała wieść właśnie przez Czarnowiec, ulicą Kasztanową, w sąsiedztwie dawnej dworskiej nieruchomości. (O RAJDZIE PISALIŚMY TU)
Sołtys prosi, nie wypada odmówić. Trochę wyszperałem w internecie, trochę w biblioteczce, trochę w bibliotece. Czytelnia wprawdzie zamknięta z powodu epidemii. Ale Miejska Biblioteka Publiczna w Ostrołęce świadczy taką usługę, że wskazane, dostępne w czytelni, publikacje skanuje i wysyła na wskazany adres. Skorzystałem z tej możliwości już po raz drugi w tym sezonie. Jestem pod wrażeniem sprawności działania tej instytucji. Zgromadziłem. Wysłałem. Nagle w piątek 31 lipca wieczorem otrzymuję wiadomość. „Zapraszam Cię o 10:30 pod lipy na 'plac Wyszomirskich’ przy Kasztanowej. Gdybyś się zdecydował być i powiedzieć parę słów…”.
Cóż było robić? W sobotę 1 sierpnia – w miarę przygotowany – stawiłem się we wskazanym miejscu. Tremę przed wystąpieniem publicznym osłodziły morwy z przydrożnego drzewa wypatrzonego wprawnym okiem policjanta z drogówki, który obstawiał rajd. Trema tym większa, że rano Sołtys wyznaczył mi czas prelekcji – pięć minut. Słusznie. Przecież nie po to ludzie jadą na rowery, żeby słuchać przydługich wykładów. Ale to jednak tylko pięć minut. Zmieścić w pięciu minutach to, co należało opowiedzieć, było trudno. Mówiłem więc nieco chaotycznie, skacząc po wątkach. Na koniec myślę, że to czego nie udało się powiedzieć na placu podworskim, można zamieścić w internecie, który ma przecież nieograniczoną pojemność. No więc posłuchajcie bracia miła…
(Żeby lepiej się czytało, trochę pofabularyzuję. Źródła, z których korzystałem, wskażę na końcu).
Jest początek maja 1939 roku. Nad Europą wisi groźba wielkiej wojny. Polska nie zna pojęcia pokoju za wszelką cenę i nie odda nawet guzika. W wielkich miastach wiszą plakaty podnoszące morale społeczeństwa i informacje o zbiórkach pieniędzy i darów na ewentualną wojnę obronną.
W przeddzień pamiętnego wystąpienia ministra spraw zagranicznych Józefa Becka o tym, że Polska nie zna pojęcia pokoju za wszelką cenę, na placu Piłsudskiego w Warszawie odbywa się podniosła uroczystość.
Uczniowie warszawskich szkół zebrali pieniądze dla wojska. Kupili za nie cztery karabiny maszynowe i 64 rowery. Zdjęcia „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z tej uroczystej parady robią dziś wielkie wrażenie. Przed naczelnym wodzem widać prężących się oficerów z ich epoletami, lampasami, akselbantami oraz dzieci w szkolnych berecikach prowadzące wielkie rowery dla dorosłych. Gdy powiększy się te zdjęcia (sygnatura NAC 1-W-3100-6), na obliczach dorosłych widać powagę, a twarze uczniów wyrażają zwykły dziecięcy strach. Dzieci boją się wojny.
Wszyscy… Chyba wszyscy chcą jednak wierzyć, że wojny nie będzie.
Z dala od wielkich miast życie płynie powoli. Mija lato. W majątku Przeczki pod Troszynem właśnie posadzili kartofle. Młody dziedzic Zygmunt Trzaska z wysokości końskiego grzbietu ogląda świeże redliny. Pogwizduje „Umówiłem się z nią na dziewiątą…” – szlagier Schlechtera i Warsa rozsławiony dwa lata wcześniej brawurowym wykonaniem Eugeniusza Bodo.
Ma powody tak by tak gwizdać. Jest zakochany. Ma narzeczoną. Co sobota po zakończeniu prac w gospodarstwie przebiera się w odświetną koszulę i cwałuje konno do dworu Wyszomirskich w Czarnowcu. Tu mieszka jego 23-letnia narzeczona Ludwika. Mają – jak to się wtedy mawiało – poważne zamiary. Chcą wziąć ślub.
Datę wyznaczono na pierwszy tydzień września.
Maj jest ostatnim miesiącem względnego spokoju w tym narzeczeństwie. W czerwcu o Zygmunta Trzaskę upomina się ojczyzna. Jako podporucznik rezerwy odbiera wezwanie i jedzie na przeszkolenie wojskowe.
W środę 23 sierpnia brat Ludwiki, 27-letni Zygmunt Wyszomirski, również przeszkolony rezerwista, otrzymuje rozkaz aby natychmiast stawić się w 33 pułku piechoty w Łomży. To już nie przeszkolenie wojskowe. To mobilizacja. W sobotę 26 sierpnia. Ludwika obchodzi 23. urodziny. Smutne to urodziny. Brat i narzeczony w wojsku. Gazety i radio podają coraz to bardziej niepokojące wiadomości.
Pierwszego dnia września Niemcy napadają na Polskę. Polskie Radio nadaje komunikat wygłoszony przez spikera Józefa Małgorzewskiego. „A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy”. Na plan dalszy – i to znacznie dalszy – schodzi więc ślub Zygmunta Trzaski z Przeczek i Ludwiki Wyszomirskiej z Czarnowca. Do domu Wyszomirskich wprowadza się polskie wojsko. Zaczyna tu działać sztab dowództwa obrony Ostrołęki. Do lasów między stacją kolejową a miastem konie wciągają działa przeciwlotnicze sprowadzone z Komorowa pod Ostrowią Mazowiecką.
CIĄG DALSZY POD ZDJĘCIEM
[Zdjęcie pozostałości dworu w Czarnowcu, zamieszczone w „Herbarzu szlachty ostrołęckiej”, pochodzi z Biuletynu Informacyjnego Gminy Rzekuń. Stylizacja retro jest wynikiem naszych wiejskich prac redakcyjnych :-)]
/Jacek Pawłowski/
Czarnowiec i Wyszomirscy cz. II
Każdego września z kasztanowców otaczających dwór Wyszomirskich w
Czarnowcu spadały kasztany. We wrześniu 1939 roku nikt się jednak z tego
nie cieszył. Nikt nie robił kasztanowych ludzików i nalewki na
reumatyzm.
Po klęsce wojny obronnej do dworu przyszli niemieccy
żołnierze. Kazali domownikom spakować po dwadzieścia kilo bagażu i
wynosić się. Mężczyźni byli na wojnie. W dworze zostały tylko matka
Maria i 23-letnia córka Ludwika. Wypędzone z domu, pojechały do
Warszawy, do Zofii Wyszomirskiej, która była starszą siostrą Ludwiki a
jednocześnie starszą córką Marii.
Co zabrały ze sobą do kufrów
czy walizek Maria i Ludwika Wyszomirskie – nie wiadomo. Można domyślać
się, że najpotrzebniejsze rzeczy do przeżycia. Może jakieś pamiątki
rodzinne o wartości czysto sentymentalnej. Bo czegokolwiek wartościowego
okupanci na pewno nie pozwoliliby zabrać. Może w bagażu były jakieś
zdjęcia, dokumenty zaświadczające o pochodzeniu rodziny i skąd się ona
wzięła w Czarnowcu…
Wzięła się spod Pułtuska. Wyszomirscy
pochodzą ze szlacheckiej wsi Zdziebórz w gminie Somianka, obecnie w
powiecie wyszkowskim, przed wojną – w powiecie pułtuskim. Po pierwszej
wojnie światowej Roman Wyszomirski kupił majątek ziemski w Czarnowcu.
Wcześniej jego właścicielami byli Skłodowscy, przed nimi Doberscy, a
przed Doberskimi – Czerniejewscy.
Roman Wyszomirski sprowadził
się do Czarnowca wraz z żoną Marią i dziećmi: Janem, Zygmuntem, Ludwiką i
Zofią. Jego dzieci przyszły na świat jeszcze na starym gospodarstwie.
Synowie urodzili się w Zdziebórzu a córka Ludwika w pobliskich Kręgach.
Dzieci kształciły się już po przeprowadzce. Jan i Zygmunt pobierali
nauki w Gimnazjum im. Króla Stanisława Leszczyńskiego w Ostrołęce. Potem
wyjechali uczyć się dalej. Jan Wyszomirski poszedł na Wydział
Mechaniczny Politechniki Warszawskiej. Zygmunt, który miał przejąć
gospodarstwo po ojcu, ukończył trzyletnią wyższą szkołę zawodową –
Państwową Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego w Cieszynie. Tam poznał swojego
imiennika – młodego dziedzica z nieodległego majątku w Przeczkach,
Zygmunta Trzaskę.
Cieszyńska zawodowa uczelnia rolnicza była
ciekawą szkołą. Zarówno ze względów społecznych, jak i naukowych. Jej
słuchaczami byli ramię w ramię chłopscy synowie i panicze z rodzin
ziemiańskich. Na uczelni tej prowadzono bardzo dobrze rokujące prace nad
metodami zwalczania raka ziemniaczanego – choroby, która w tamtych
czasach potrafiła dosłownie zdziesiątkować uprawy na zarażonym terenie.
Szkoła miała ponadto własną mleczarnię, serownię, sad, szkółkę drzew
owocowych, a nawet stację meteorologiczną będącą elementem światowego
systemu przewidywania pogody. Nic, tylko uczyć się rolnictwa!
Młody Trzaska, dyplomowany rolnik po cieszyńskiej szkole, jak
wspomnieliśmy w pierwszym odcinku, zamierzał pojąć za żonę siostrę
swojego przyjaciela Wyszomirskiego – Ludwikę. Choć wojna brutalnie
przerwała te plany, Zygmunt Trzaska i Ludwika Wyszomirska po latach i po
wojnie zostali małżonkami. Obaj Zygmuntowie nie zostali jednak
szwagrami. To też tragiczny efekt wojny, o którym jeszcze tu powiemy.
Tymczasem wróćmy jednak do przedwojennego Czarnowca.
Przed wojną były formalnie dwie wsie – Czarnowiec Włościański i
Czarnowiec-Dwór, które tworzyły jedną tzw. gromadę Czarnowiec, wchodzącą
w skład gminy Rzekuń. To podział administracyjny z 1933 roku dokonany
przez wojewodę białostockiego.
W połowie lat 30. Czarnowiec był
jeszcze wsią spokojną. Dla Wyszomirskich do 1935 roku może nawet był
wsią wesołą. Ale w 1935 roku w wieku 67 lat umiera na zawał serca
właściciel majątku – Roman. Zygmunt przejmuje po nim
siedemdziesięciohektarowe gospodarstwo.
Siedemdziesiąt hektarów
to w uproszczeniu taki prostokąt ziemi: kilometr na siedemset metrów.
Gospodarstwo Wyszomirskich nie było oczywiście prostokątne, ale warto
wyobrazić sobie ile to ziemi. Pracy co niemiara. Właściciele zatrudniali
rzecz jasna pracowników. Zygmunt Wyszomirski znajdował przy tym czas,
żeby swoją wiedzę i umiejętności zdobyte w cieszyńskiej szkole
przekazywać rolnikom z gminy Rzekuń. Organizował szkolenia. Propagował
nowoczesne – na miarę tamtych czasów – metody gospodarowania.
Zygmunt Wyszomirski organizował również dla okolicznych mieszkańców
zabawy taneczne oraz majówki. Podobno też właściciele ziemscy w gminie
Rzekuń (w Ławach, Susku i właśnie Czarnowcu) mieli zwyczaj obdarowywania
swoich pracowników prezentami na Gwiazdkę. Bywały one skromne, np. szal
czy materiał na sukienkę, ale każdy zawsze coś dostawał. To podobno
była stara szlachecka tradycja.
Ale jesienią 1939 roku czasy
zabaw, sukni, ozdobnych szalów na szyję i szałów w galopie w czasie
pędzenia konno wśród plonującego żyta, wydawały się bardzo odległym
wspomnieniem. Trzeba było ściskać pas i walczyć. Dwaj Zygmuntowie,
którzy nie zostali szwagrami, również walczyli.
Zygmunt
Wyszomirski z Czarnowca w pierwszych dniach wojny razem z 33 pułkiem
piechoty z Łomży bronił linii Narwi na odcinku od Łomży do Nowogrodu.
Jego pułk próbował zdobyć Zambrów. Następnie Zygmunt Wyszomirski
uczestniczył w bitwie pod Andrzejewem (obecnie powiat ostrowski) i
Łętownicą (obecnie powiat zambrowski).
[Tu następuje znaczna
niespójność w kwestii tego co działo się z Wyszomirskim po bitwie pod
Andrzejewem-Łętownicą. Przyjmuję jedną z wersji. Nie wiem czy prawdziwą.
Istotę niespójności – niejedynej zresztą w kwestii tej rodziny –
objaśnię w ostatnim odcinku.]
Bitwa pod Andrzejewem-Łętownicą
zakończyła się 13 września klęską polskich wojsk. Część żołnierzy 33
pułku piechoty wydostała się z okrążenia. Wśród nich podporucznik
Wyszomirski. Cztery dni później wschodnie tereny RP zajmują Sowieci.
Oddział z Wyszomirskim w składzie kończy swój szlak bojowy pod Rawą
Ruską – 150 kilometrów na południe od Lublina.
„Jego pułk
rozbili pod Rawą…” pisał Broniewski o symbolicznym żołnierzu polskim. W
tym sensie szlak bojowy podporucznika Wyszomirskiego z Czarnowca – o
ile jest prawdziwy – okazał się również symboliczny.
Po tą Rawą
Ruską dochodzi do niezwykłego spotkania. Zygmunt Wyszomirski odnajduje
swojego imiennika, przyjaciela i kandydata na szwagra – Zygmunta Trzaskę
z Przeczek pod Troszynem. Już prawie na pewno wiadomo, że ta wojna
jest przegrana. Trzaska i Wyszomirski ponuro żartują sobie, w której
niewoli może być im lepiej – niemieckiej czy sowieckiej.
Gdyby
spotkali się po wojnie, mogliby wymienić doświadczenia. Trzaskę pojmali
Niemcy i zawieźli do obozu jenieckiego dla oficerów w Murnau – 25
kilometrów na północ od Garmisch-Partenkirchen. Wojnę przeżył.
Wyszomirski znalazł się natomiast w niewoli sowieckiej.
Najpierw
został przewieziony w lasy pod Kaługą, gdzie w dawnym sanatorium, z
którego NKWD wypędziło gruźlików, NKWD zorganizowało obóz jeniecki dla
Polaków. W listopadzie 1939 roku trafił do obozu w Kozielsku i ślad po
nim na trzy lata zaginął.
W 1943 roku Niemcy odkrywają masowe
groby polskich oficerów w Katyniu. Dla hitlerowskiej machiny
propagandowej jest to nie lada gratka. Zawiadamiają Międzynarodowy
Czerwony Krzyż. Rozpoczyna się ekshumacja i identyfikacja ciał z mogił
katyńskich.
W Warszawie na słupach ogłoszeniowych i w Kurierze
Polskim wkrótce ukazują się listy z nazwiskami zidentyfikowanych ciał. W
ten sposób Maria, Zofia i Ludwika Wyszomirskie dowiadują się, że ich
syn i brat Zygmunt został zastrzelony w Katyniu. Późniejsze prace
dokumentacyjno-historyczne wskażą, że stało się to między 16 a 19
kwietnia 1940 roku. Dokładny dzień śmierci młodego dziedzica z Czarnowca
nie jest znany do dziś.
W Ludwice narasta gniew…
[CIĄG DALSZY TEKSTU POD PONIŻSZĄ SERIĄ ZDJĘĆ]
Na zdjęciach: Zygmunt Wyszomirski, fotografia ze zbiorów Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Czarnowieckie kasztanowce późnym latem. Widok współczesny, stylizowany na retro. Tabliczka z orłem w koronie. Widok współczesny, stylizowany na retro. Ta tabliczka znajduje się w ogólnodostępnym miejscu publicznym w Czarnowcu. Kto zgadnie gdzie?
/Jacek Pawłowski/
Czarnowiec i Wyszomirscy cz. III
W Ludwice Wyszomirskiej narastał gniew od dawna. Wojna zniszczyła jej
plany założenia rodziny. Niemcy wypędzili i ją, i matkę z domu w
Czarnowcu. Narzeczony w obozie tysiąc kilometrów od rodzinnych stron.
Teraz – w maju 1943 roku – dowiedziała się, że ciało jej brata
odnaleziono w zbiorowej mogile tysięcy polskich oficerów na terytorium
Związku Sowieckiego.
Siostry i matka Zygmunta nie wiedzą nawet
jak mają traktować tę wiadomość. Podaną przecież w końcu przez wrogą
niemiecką propagandę. Czy to prawda? Kto zabił? Co Niemcy chcą osiągnąć
informując Polaków o tym? A może to jakaś gra dwóch wojujących
totalitaryzmów, w których zwykli ludzie kompletnie się nie liczą?
Pytania w głowie mnożą się. Serce bije jak oszalałe. Żołądek boleśnie
się kurczy. Głowa pulsuje. Do oczu napływają łzy. Ciemność…
* * *
Jest 6 lipca 2017 roku. Czwartek. Na placu Krasińskich w Warszawie
przegląda się w słońcu dostojny gmach Biblioteki Narodowej. Na
trawnikach stoją artystyczne pegazy upamiętniające wybitnego polskiego
poetę Zbigniewa Herberta. Od północy i wschodu plac okala nowoczesny
XXI-wieczny gmach sądów: Najwyższego i Apelacyjnego w Warszawie. O
tragicznej przeszłości tego miejsca przypomina pomnik Powstania
Warszawskiego. Tego dnia plac Krasińskich jest szczelnie wypełniony
ludźmi.
Właśnie w tym miejscu i tego dnia przemawia do Polaków
prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, goszczący z oficjalną
wizytą w Polsce. Porywa zgromadzonych odnosząc się do epizodu z
Powstania Warszawskiego. Porywa dlatego, bo mówi tak, jak by znał
historię powstania od podszewki, a topografia Warszawy nie stanowiła dla
niego tajemnic.
A mówił między innymi tak: „W sierpniu 1944 roku, tak jak teraz, Aleje Jerozolimskie były jedną z głównych arterii przecinających miasto ze wschodu na zachód. Kontrola nad nią miała kluczowe znaczenie dla obu stron bitwy o Warszawę. Wojsko niemieckie chciało ją przejąć jako najkrótszą drogę przemieszczania oddziałów na front i z frontu.
Dla członków Polskiej Armii Krajowej natomiast, możliwość przedostawania się na północ i na południe przez Aleje Jerozolimskie miała zasadnicze znaczenie dla utrzymania Śródmieścia, a tym samym utrzymania przy życiu samego Powstania.
Noc w noc, pod obstrzałem broni maszynowej, Polacy znosili worki z piaskiem, by bronić swojego wąskiego przejścia w poprzek Alei Jerozolimskich. Dzień w dzień, wróg rozbijał je w drobny mak. Wtedy Polacy zrobili okop, a wkrótce – barykadę. W ten sposób nieustraszeni powstańcy zaczęli przekraczać tę arterię.
(…)
Przesmyk przez Aleje Jerozolimskie wymagał ciągłej obrony, napraw i umocnień. Ale wola obrońców, nawet w obliczu śmierci, była niezachwiana; przejście istniało do ostatnich dni Powstania. Nigdy nie zostało zapomniane, dzięki Polakom było zawsze dostępne.
Pamięć o ofiarach tego heroicznego wydarzenia woła do nas przez dziesięciolecia, a wspomnienia o obrońcach przejścia przez Aleje Jerozolimskie należą do najbardziej żywych” – mówił Trump.
To przejście przez Aleje Jerozolimskie znajdowało się w okolicach skrzyżowania z ulicą Kruczą. Tak… Aleje Jerozolimskie były strategicznym pasem na powstańczej mapie Warszawy. Od samego początku powstania.
Aleje Jerozolimskie o godzinie W., godzinie wybuchu Powstania
Warszawskiego – o 17.00, 1 sierpnia 1944 r., są również miejscem
zgrupowania oddziału Ludwiki Wyszomirskiej. Miała stawić się pod
numerem 49, po sąsiedzku z fotoplastikonem warszawskim, niecałe 500
metrów na zachód od barykady, o której po 73 latach będzie mówił w
wolnej Warszawie prezydent USA. Tę 28-letnią sanitariuszkę ze
zgrupowania „Radosław” pięć lat wcześniej Niemcy wypędzili z domu w
Czarnowcu. Wraz z matką zamieszkały w Warszawie u siostry Ludwiki –
Zofii.
Ludwika jeszcze w 1939 roku przystąpiła do konspiracyjnej
Konfederacji Narodu – organizacji, która sama siebie nazywała
niepodległościową. Została zaś stworzona między innymi przez działaczy
przedwojennego ONR Falanga, a na jej czele stał Bolesław Piasecki.
Początkowo Konfederacja Narodu działała w opozycji wobec Związku Walki
Zbrojnej, ponieważ konfederaci postrzegali ZWZ jako organizację związaną
z przedwojennym obozem sanacyjnym. Z czasem jednak Konfederacja i
Związek zaczęły współpracować, aż w końcu stały się jedną ogólnopolską,
konspiracyjną organizacją.
Konfederacja miała swoje zbrojne
ramię – Uderzeniowe Bataliony Kadrowe. Decyzją dowództwa AK prowadziły
one wojnę partyzancką w terenie. Poza Warszawą. Głównie na
Wileńszczyźnie, Polesiu, Podlasiu i Białostocczyźnie. Walczył w nich
pochodzący z Czarnowca drugi brat Ludwiki – Jan Wyszomirski. Jego
postaci poświęcimy kolejny odcinek.
Ludwika natomiast była
żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły
udział w Powstaniu Warszawskim. Nosiła pseudonim „Ksenia”.
Po
wybuchu powstania, wieczorem 1 sierpnia przeszła wraz z grupą łączniczek
i sanitariuszek Konfederacji Narodu do fabryki Telefunkena na Woli. Tam
dostała przydział do służby sanitarnej plutonu „Mieczyki” – oddziału
składającego się z 37 szesnasto- osiemnastoletnich chłopców. Pluton ten
początkowo pełnił funkcje wartownicze i zabezpieczające, ale w kolejnych
dniach powstania został skierowany do bezpośrednich działań bojowych.
„Mieczyki” były częścią zgrupowania „Radosław”. Od 8 sierpnia Ludwika
Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie porucznika „Piotra”
(Zdzisława Zołocińskiego).
Pracowała w szpitalu Karola i Marii. Z
Woli przedostała się na Stare Miasto. Stamtąd kanałami przeszła na plac
Bankowy, a pod koniec powstania – na Górny Czerniaków. Tu została ranna
w rękę. Wraz z grupą rannych 20 września przepłynęła na drugą stronę
Wisły, gdzie Sowieci wcale nie czekali z otwartymi ramionami. Ludwika
Wyszomirska została aresztowana przez NKWD. Została zwolniona, ale na
krótko. Sowiecka policja polityczna uwięziła ją ponownie w związku z
antykomunistyczną działalnością jej brata Jana Wyszomirskiego. Jan
Wyszomirski jako wróg ludu został rozstrzelany przez komunistów. Rodzina
jednak o tym nie wiedziała.
Maria Wyszomirska wraz z córką Zofią Żyłowską wróciły w 1945 roku do Czarnowca. Gospodarstwo i dwór były w takim stanie, że nie wiadomo było w co ręce włożyć. Dwie kobiety pożyczyły konia od sąsiadów i próbowały gospodarować na swoim. Ale był to już czas reformy rolnej.
Nowe władze ustanowiły prawo, na
mocy którego gospodarstwa rolne większe niż 50 hektarów podlegały
obowiązkowej parcelacji. Ziemia obszarników miała zostać rozdana
chłopom. Maria wiedziała o tym i próbowała ratować gospodarstwo przed
parcelacją. Zrzekła się na rzecz państwa części lasów, dzięki czemu
majątek Wyszomirskich przestał być majątkiem obszarniczym. Przynajmniej w
rozumieniu dekretu o reformie rolnej.
Jednak stanowione przez
Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego prawo nie nadążało – jak się potem
okazało – za wolą polityczną komunistów i apetytami lokalnych kacyków na
władzę. To czego nie byli w stanie zrobić prawnie, egzekwowali siłą.
Zupełnie przypadkowym ale ciekawym zbiegiem okoliczności dekret PKWN o
reformie rolnej został wydany w tym samym dniu, w którym sowiecka armia
generała Gorbatowa wyparła Niemców z Ostrołęki – 6 września 1944 roku. W
mieście zaczęła się instalować nowa, zależna od ZSRS władza.
Nowym władzom w Ostrołęce nie w smak było, że oto przedwojenna
dziedziczka wraca na swoje i będzie tu gospodarować. I nic to, że pod
dekretem wyznaczającym 50 hektarów jako krytyczną masę znienawidzonego
przez bolszewików obszarnictwa, podpisał się między innymi szef resortu
bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz. Ten podpis nie znaczył
nic i niczego nie gwarantował. Ludzie Radkiewicza i tak robili reformę
rolną po swojemu. Przynajmniej w Czarnowcu.
Urząd Bezpieczeństwa
Publicznego w Ostrołęce w 1945 roku wezwał do siebie właścicielkę
pomniejszonego już o lasy Czarnowca-Folwarku i uwięził ją.
Prawdopodobnie w piwnicach swojej siedziby, w nieistniejącej dziś
kamienicy na rogu ulic 11 Listopada i Bogusławskiego.
Szantażowana i zastraszana podpisała w końcu dokument, że całkowicie zrzeka się swojego majątku. W ten sposób Maria Wyszomirska drugi raz została wypędzona ze swojego domu. Tym razem, wprawdzie formalnie przez polski urząd, faktycznie jednak przez sowieckich mocodawców nowej polskiej administracji. Maria przyjechała znów do Warszawy, gdzie mieszkały jej dwie córki, które ocalały z wojny.
Jej druga córka, Ludwika Wyszomirska, po wojnie podjęła studia na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Tymczasem z wojennej niewoli w Murnau w powiecie
Garmisch-Partnenkirchen wraca Zygmunt Trzaska, narzeczony Ludwiki.
Pierwsze co stawia sobie za cel po powrocie do kraju, to odnalezienie
ukochanej. Poszukiwania są owocne. Para znowu się schodzi i zgodnie
uznają, że wojna mogła co najwyżej odłożyć w czasie, ale na pewno nie
pokrzyżowała ich wspólnych planów. Biorą ślub. Z tego małżeństwa rodzi
się troje dzieci. Jeden z synów Zygmunta i Ludwiki Trzasków, mieszkający
w Paryżu Jan Trzaska odwiedził Czarnowiec w 2007 roku. Czy kiedykolwiek
potem – nie wiem.
O tym, że w 1945 roku ubowcy po karykaturze
procesu i wyroku, rozstrzelali drugiego brata Ludwiki – Jana, siostra
dowiedziała się dopiero w 1958 roku. Prawdopodobnie na fali
popaździernikowej odwilży państwo PRL łaskawie powiadomiło rodzinę, jaki
wyrok został wydany w imieniu komunistycznej RP trzynaście lat
wcześniej. Matka Maria zmarła w 1956 roku. Nie dowiedziała się nigdy w
jakich okolicznościach zginął jej drugi syn.
Ludwika Trzaska, z
domu Wyszomirska, zmarła w 1975 lub 1977 roku. Tu kolejna niezborność
informacji podawanych przez różne źródła, które – tak jak zapowiedziałem
– wskażę na końcu.
CIĄG DALSZY TEKSTU POD PONIŻSZĄ SERIĄ ZDJĘĆ
NA ZDJĘCIACH:
Ludwika Wyszomirska na zdjęciach ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego. Dwa zdjęcia w jednym pliku to reprodukcja fragmentu monografii Rzekunia Jerzego Dziewirskiego – Ludwika Wyszomirska i Zygmunt Trzaska. Na tej reprodukcji widać, że wojenne zdjęcie „Kseni” zostało wykorzystane na okładce tygodnika „Stolica”. Niestety nie mogę odczytać który to numer, bo być może w środku jest napisane coś więcej o okładkowej postaci. Szukanie na piechotę to zbyt benedyktyńska praca – ponad dwa tysiące wydań 🙂
Wojskowy blok mieszkalny przy ulicy Inżynierskiej w Warszawie, stan z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. To w nim prawdopodobnie mieszkała Ludwika Wyszomirska wraz z matką Marią i siostrą Zofią w czasach okupacji, po wypędzeniu przez Niemców z Czarnowca. Prawdopodobnie, bo skojarzyłem następujące fakty. Zofia Wyszomirska jeszcze przed wybuchem wojny wyszła za mąż za oficera nazwiskiem Żyłowski. Muzeum Powstania Warszawskiego podaje, że Ludwika Wyszomirska „Ksenia” przed wybuchem powstania mieszkała na ulicy Inżynierskiej. Zakładając, że mąż Zofii – Żyłowski – dostał przed wojną mieszkanie z zasobu wojskowego, a adres Ludwiki „Kseni” – Inżynierska – jest tak naprawdę adresem Zofii, która przygarnęła bezdomną matkę i siostrę, to jest to ten blok co na zdjęciu, wybudowany z Funduszu Kwaterunku Wojskowego – jedyny blok wojskowy na Inżynierskiej. Możliwe są oczywiście alternatywne scenariusze. Ten jednak wydaje się dość prawdopodobny. Niestety w książce teleadresowej Warszawy nie znalazłem żadnego Żyłowskiego na Inżynierskiej. Faktem jednak jest również, że jedyna książka teleadresowa, Warszawy do jakiej udało mi się dotrzeć, pochodzi z roku 1930. Wtedy Żyłowski nie musiał mieć jeszcze mieszkania jako za młody wiekiem i stopniem. [Taka dygresja i ciekawostka na marginesie. Szukając Żyłowskiego, zupełnie przypadkiem zatrzymałem wzrok na pewnym bardzo znanym nazwisku, którego właściciela porządek abecadła polskiego ustawił na przedostatniej stronie książki między urzędniczką Żurawską, a subiektem Żurawiem. Tym kimś jest „Jerzy Żurawlew, muzyk, Wiejska 19, telefon 510-99”. Niesamowite! Dziś nie do pomyślenia.
Seria współczesnych zdjęć z dawnego majątku Przeczki, z którego pochodził narzeczony i mąż Ludwiki Wyszomirskiej – Zygmunt Trzaska. Dziś Przeczki to nieużywana administracyjnie, lecz tylko zwyczajowo, nazwa części wsi Borowce. Zdjęcia przedstawiają widok na dawną posiadłość Trzasków od strony południowej; wierzbową aleję wiodącą do dawnego dworu i krzyż przy bramie wjazdowej. Dziś dawne gospodarstwo Trzasków wygląda na prywatną zadbaną posiadłość. Kadry zdjęć dobrałem tak, żeby nie naruszać prawa do prywatności obecnych właścicieli. Zdjęcia są również stylizowane na retro/vintage.
/Jacek Pawłowski/
Czarnowiec i Wyszomirscy cz. IV
W Józefowcu, na Józefowskiej, Józef Światło wyszedł z ciemności.
Jakkolwiek głupio to nie brzmi, tak właśnie było.
Znany na całym świecie oficer komunistycznej bezpieki, który uciekł na
Zachód, był tak ukryty, że nie wiadomo było nawet czy żyje, czy nie
żyje.
Data jego śmierci została oficjalnie ujawniona dla potrzeb
śledztwa dotyczącego mordu sądowego popełnionego na Janie Wyszomirskim z
Czarnowca.
(* * *)
Jest 6 sierpnia 2010 roku. Na
katowickim osiedlu Józefowiec życie toczy się powoli. Wręcz sennie. Jak
to w piątek w środku wakacji. Co jakiś czas słychać samochody
przeciskające się uliczkami wśród jedenastopiętrowych bloków. Z radia,
nastawionego w osiedlowym spożywczaku, dobiegają słowa transmitowanej na
żywo przysięgi prezydenckiej. Tego dnia Bronisław Komorowski obejmuje
urząd głowy państwa.
Józefowiacy z niepewnością spoglądają w
niebo. Zastanawiają się: jechać na weekend do Wisły albo Ustronia, czy
nie jechać. Wczesnym popołudniem termometry wskazują wprawdzie 26
stopni i jest duszno, ale pogodynki w telewizjach ostrzegają przed
nadchodzącą falą ulew i nawałnic. Ktoś wychodzi właśnie z piwnicy bloku,
taszcząc oburącz dachowy bagażnik na rowery. Stoi chwilę na parkingu i
zawraca do wejścia…
W jednopiętrowym biurowcu przy ulicy
Józefowskiej, w którym mieści się oddział Instytutu Pamięci Narodowej,
prokurator Marzena Matysik-Folga kończy pisać postanowienie o umorzeniu
śledztwa. Dotyczy ono zbrodni komunistycznych popełnionych w latach
1944-45 przez oficerów bezpieki Józefa Światłę i Mieczysława
Godlewskiego. Śledztwo musiało zostać umorzone bo obaj sprawcy nie
żyją. Zmarłych – z oczywistych względów – nie da się postawić przed
sądem i wtrącić do więzienia.
Prokuratorka, zanim wydrukuje
postanowienie wraz z uzasadnieniem, przegląda jeszcze dokument pod kątem
pisowni. Skupia się na nazwiskach. Światło, Godlewski, Briesemeister,
Lipka, Grądzki, Wyszomirski…
Jan Wyszomirski, pseudonim „Wroński”. Zgadza się.
Kolejne nazwiska, kolejne daty, kolejne nazwy własne. Dokument jest
obszerny. Wielowątkowe śledztwo, z mnóstwem pokrzywdzonych i świadków.
Edytor Word, który zawsze chce być mądrzejszy od autora, złośliwie
zamienia w tym dokumencie łagier w Workucie na łagier w… Workujcie.
( * * * )
„Workujcie!” – krzyczy do pracowników folwarku w Czarnowcu, właściciel
siedemdziesięciohektarowego majątku Roman Wyszomirski. Polecenie
właściciela z trudem przedziera się przez hałas kieratowej młocarni. Z
wylotów maszyny właśnie zaczęły wysypywać się pierwsze ziarna
wymłóconego zboża. Trzeba wsypać je do worków.
W tumanach kurzu
Roman czuje że zaschło mu w gardle. Bierze blaszany kubek z ręcznie
namalowaną niezapominajką. Zagłębia go w kance z kompotem
morwowo-jeżynowym. Na wyloty młocarni nałożone są już worki i zaciśnięte
zatrzaski. Widać jak pęcznieją pod wpływem wpadających do nich ziaren.
Jest koniec lata. I początek lat 30. XX wieku. Roman Wyszomirski może
być dumny. Gospodarstwo kwitnie. Dzieci dorastają. Starszy syn Zygmunt
jest na studiach rolniczych w Cieszynie. Młodszy – Jan – właśnie dostał
się na elitarny Wydział Mechaniczny Politechniki Warszawskiej.
Wcześniej ukończył ostrołęckie Gimnazjum imienia Króla Stanisława
Leszczyńskiego.
STUDIA JANA WYSZOMIRSKIEGO I ZNAJOMOŚĆ Z PIASECKIM
Janowi Wyszomirskiemu przychodzi studiować w burzliwym okresie dla
świata akademickiego. Władza państwowa ogranicza autonomię uczelni
wyższych, podwyższane są stawki czesnego, dochodzi do protestów
studenckich, które nierzadko mają burzliwy przebieg.
W czasie
studiów Jan Wyszomirski poznaje Bolesława Piaseckiego, studenta Wydziału
Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i kierownika akademickiego oddziału
Obozu Wielkiej Polski i działacza Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego.
Na studiach Jan Wyszomirski odbywa obowiązkowe przeszkolenie
wojskowe i jako podchorąży zostaje przeniesiony do rezerwy. W czasie
mobilizacji w 1939 roku trafia do 102 rezerwowego pułku ułanów w
Wołkowysku – 90 kilometrów na wschód od Białegostoku. Miał on stanowić
wsparcie dla Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew”. W pierwszych
tygodniach wojny obronnej koncepcja wykorzystania rezerwowych sił
kawalerii zmieniała się.
Z ODDZIAŁEM WYDZIELONYM PIECHOTĄ DO WARSZAWY
Gdy 17 września Polskę zaatakował Związek Sowiecki, naczelny wódz
rozkazał: „z bolszewikami nie walczyć”, chyba że w obronie własnej. 102
pułk ułanów walczył więc w obronie Grodna. Obrona miasta nie powiodła
się. 22 września sowieci wkroczyli do miasta.
Część żołnierzy
102 pułku ułanów – w tym Jan Wyszomirski – przedostała się do wsi
Podmacharce nad Jeziorem Serwy między Sejnami a Augustowem. Tam
dołączyli do 110 pułku rezerwowego, dowodzonego wówczas przez majora
Henryka Dobrzańskiego (późniejszego „Hubala”).
Żołnierze
Dobrzańskiego, w tym Wyszomirski, nie podporządkowali się rozkazowi aby
wycofać się na Litwę i rozformować jednostki. Ruszyli w kierunku
oblężonej Warszawy przez Grajewo, Stawiski, Łomżę, Czerwony Bór i Ostrów
Mazowiecką. W drodze przyjęli nazwę Oddział Wydzielony Wojska Polskiego
mjr. Dobrzańskiego.
Nie zdążyli pomóc w obronie stolicy. 28
września wieczorem, gdy byli pod Wołominem, dotarła do nich wiadomość,
że Warszawa skapitulowała.
Oddział Dobrzańskiego wyruszył więc
na południe do Dęblina. Tam przeprawił się przez Wisłę na Kielecczyznę.
Dowódca zarządził, że będą prowadzić walkę partyzancką. Żołnierze
przyjęli konspiracyjne pseudonimy. Dobrzański został „Hubalem”. W Górach
Świętokrzyskich walczyli z Niemcami do kwietnia 1940 roku, gdy ich
dowódca został zastrzelony przez wroga pod Anielinem.
Z
dostępnych mi źródeł nie wynika, w którym momencie Jan Wyszomirski
przedostał się do Warszawy. Czy walczył z „Hubalem” do końca, czy też
odłączył się od oddziału wcześniej? W czasie działania „oddziału
wydzielonego” były dwa momenty, gdy część żołnierzy zrezygnowała z
dalszej walki pod dowództwem Dobrzańskiego. Pierwszy raz – po
kapitulacji Warszawy, 28 września 1939 roku dowódca dał żołnierzom
możliwość wyboru – iść dalej z nim, bądź wrócić do domu. Drugi – gdy w
Górach Świętokrzyskich Dobrzański zmienił swoją początkową decyzję o
marszu do południowej granicy Polski w celu jej przekroczenia.
Postanowił zostać na Kielecczyźnie i prowadzić walkę partyzancką bo
zaczął wierzyć, że alianci zaatakują Niemców już na wiosnę 1940 roku.
Wtedy również część żołnierzy opuściła oddział.
Nazwisko
podchorążego Jana Wyszomirskiego widnieje na tablicy będącej elementem
ścieżki edukacyjnej pod Anielinem. Lista ta liczy jednak aż 318 nazwisk
żołnierzy „oddziału wydzielonego”. Tymczasem gdy Hubal rozpoczynał walkę
partyzancką, zostało przy nim zaledwie kilkudziesięciu członków
„oddziału wydzielonego”.
WSYPA NA WYPRAWIE PO PIENIĄDZE
Faktem jest, że Jan Wyszomirski przedostał się do Warszawy. I tam niemal
natychmiast zaangażował się w działalność konspiracyjną wymierzoną
przeciw niemieckim okupantom. Odnowił kontakty z kolegami ze studiów i
wstąpił do konspiracyjnej organizacji Konfederacja Narodu. Co to była za
organizacja – wskazałem nieco szerzej w odcinku poświęconym siostrze
Jana Ludwice Wyszomirskiej. Ona również działała w Konfederacji.
Jednym z przywódców Konfederacji Narodu był przyjaciel Jana
Wyszomirskiego z czasu studiów Bolesław Piasecki. Konfederacja była
konkurencyjną organizacją wobec Związku Walki Zbrojnej. Konfederacji nie
finansował rząd polski na uchodźstwie w Londynie. Organizacja ta sama
musiała więc zapewnić sobie byt. Zabierała więc cywilom ich własność.
Takie działanie ma swoje umocowanie w prawie. Nazywa się ekspropriacją.
Sprowadza się do tego, że w czasie wojny państwo ma prawo zabrać
obywatelowi pieniądze albo wartościowe ruchomości, albo zająć
nieruchomości celem prowadzenia walki z wrogiem. Konfederacja uważała
się za polską organizację państwowo-wojskową i nakazywała obywatelom,
żeby ją utrzymywali.
Zanim wrócimy ponownie do postaci Jana
Wyszomirskiego, jeszcze dwie ciekawostki personalne. W akcjach
ekspropriacyjnych Konfederacji Narodu uczestniczył Ryszard Reiff,
późniejszy członek najwyższych władz powojennego komunistycznego państwa
polskiego nazywanego Polską Rzeczpospolitą Ludową. Reiff zapisał się
na kartach najnowszej historii między innymi głosowaniem, w 1981 roku
jako jedyny członek Rady Państwa przeciw wprowadzeniu stanu wojennego.
Stracił za to stanowisko. W Radzie Państwa PRL zasiadał również „za
Gierka” przywódca Konfederacji Narodu Bolesław Piasecki.
Wróćmy
jednak do czasów okupacji. W 1942 roku, w czasie jednej z akcji
ekspropriacyjnych z bronią w ręku, doszło do wsypy. Ktoś zaalarmował
Niemców, wskutek czego pięciu konspiratorów Konfederacji zostało
aresztowanych przez Gestapo. Trafili do aresztu na ulicy
Daniłowiczowskiej w Warszawie. Konfederacja Narodu zorganizowała akcję
ich odbicia. W przygotowaniach i w samej akcji brał udział Jan
Wyszomirski.
ZBARANIELI NIEMIECCY KLAWISZE
W nocy z 26 na
27 lipca 1942 roku do aresztu na Daniłowiczowskiej weszło – normalnie,
jawnie, przez dyżurkę – kilku mężczyzn w mundurach Gestapo.
Oświadczyli, że przejmują pięciu więźniów i przewożą ich na
przesłuchanie do centrali, w aleję Szucha. Wystawiają pokwitowania.
Podpisują protokoły. Wychodzą.
Następnego dnia rano we wszystkich
jednostkach Gestapo potężna awantura. Nikt nie dowiózł na Szucha
polskich więźniów przejętych z Daniłowiczowskiej. Gestapowcy, którzy
złożyli nocną niespodziewaną wizytę na Daniłowiczowskiej okazali się
przebierańcami.
Nie trzeba dodawać, że w mundury policji
politycznej III Rzeszy przebrali się konspiratorzy z Konfederacji
Narodu. W ten sposób, bez jednego wystrzału, udało się odbić pięciu
więźniów.
Niemcy byli tak zaskoczeni i tak zawstydzeni tym
faktem, że w odwecie nie przeprowadzili żadnych łapanek i rozstrzelań
cywilów. Przyjęli taktykę „ciszej nad tą trumną”, bo gdyby wiadomość o
akcji na Daniłowiczowskiej dotarła do Berlina, paru ważnych niemieckich
oficerów musiałoby zamienić wygodne posady w Warszawie na walkę na
froncie wschodnim w Związku Sowieckim.
TĘSKNOTA PRZEZ LORNETKĘ
Jan Wyszomirski posługuje się pseudonimami „Wroński” albo „Bej”. Jest
przeszkolonym i doświadczonym żołnierzem. Trafia więc do Uderzeniowych
Batalionów Kadrowych. To było zbrojne ramię Konfederacji Narodu.
Bataliony miały wyruszyć ze stolicy na Białostocczyznę. Tam – zjednać
sobie poparcie miejscowych i prowadzić wojnę partyzancką z Niemcami.
Główne siły, dowodzone przez Bolesława Piaseckiego, w maju 1943 roku
zbierają się w okolicy stacji kolejowej Dalekie – na linii
Ostrołęka-Tłuszcz. Stamtąd, lasami, mieli przedostać się na
Białostocczyznę. Niestety, miejsce koncentracji zostało otoczone przez
Niemców. Partyzantom udało się wydostać z otoczenia, choć czterech ludzi
zostało zabitych. Uznali, że bezpieczniej będzie podzielić się na dwie
grupy i iść dwiema różnymi drogami.
Jan Wyszomirski „Wroński”
idzie w grupie, która przedziera się na północny wschód w okolicach
Ostrołęki. Podobno towarzysze broni zapamiętali jak wspiął się na jedno z
leśnych wzgórz i długo patrzył przez lornetkę w kierunku Czarnowca.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że nigdy już nie powróci do rodzinnego domu.
ADIUTANT
Bataliony Konfederacji 17 sierpnia 1943 roku
zostały włączone do Armii Krajowej. Stały się 3 batalionem 77 pułku
piechoty AK. Na czele tego batalionu staje Bolesław Piasecki.
Wyszomirski „Wroński”, w stopniu podporucznika, otrzymuje nominację na
adiutanta dowódcy.
Batalion walczył z Niemcami w okolicach
Nowogródka i Lidy. Potem, w lipcu 1944 r. brał udział w operacji „Ostra
Brama” będącej elementem szerszej akcji „Burza”. Celem tej akcji i tej
operacji miało być samodzielne wyzwolenie spod niemieckiej okupacji
wschodnich terenów RP, zanim zrobią to Sowieci. Gdy zaś nadejdą, polskie
państwo podziemne miało wystąpić wobec Armii Czerwonej jako niezależna,
legalna władza, gospodarze terenu.
Samodzielne wyparcie Niemców
z Wilna nie powiodło się. Niektóre oddziały AK wspomagały Sowietów w
zdobyciu Wilna, po czym zostały podstępnie rozbrojone.
Z PORUCZNIKA REDAKTOR
Jan Wyszomirski wrócił do Warszawy. Tam zajął się wydawaniem
antykomunistycznych czasopism. Było to o tyle niebezpieczne, że Sowieci,
ich armia oraz bezpieka zajęły już prawobrzeżną część stolicy.
Ta działalność wydawnicza odbywała się z inicjatywy byłych członków
Armii Krajowej oraz delegatury rządu londyńskiego na kraj. We wrześniu
1944 roku podjęli oni próbę zorganizowania Polskiej Organizacji
Niepodległościowej mającej skupić wszystkie polskie siły, które
sprzeciwiały się nowej, sowieckiej okupacji. PON podjęła działania
organizacyjne, wywiadowcze, informacyjne i propagandowe. Te ostatnie
miały polegać właśnie na drukowaniu czasopisma.
W Warszawie
zaczął się ukazywać „Przegląd Tygodniowy”, którego redaktorem był
Czesław Grądzki „Krzemień”. Pomagał mu Jan Wyszomirski „Wroński”. Jednak
w pierwszych dniach listopada 1944 r. „Krzemienia” zabił niewypał.
„Przegląd Tygodniowy” przestał się ukazywać.
W międzyczasie z
inicjatywy Bolesława Piaseckiego zaczęła ukazywać się inna
antykomunistyczna gazeta – „Alarm”. Piasecki powierzył jej redagowanie
właśnie Wyszomirskiemu. Druk zlecono drukarni księży z parafii przy
ulicy Grochowskiej. Udało się wydać trzy numery „Alarmu”. Dwa w
październiku i jeden w listopadzie. Listopadowego numeru nie udało się
rozprowadzić w całym nakładzie. Polską Organizację Niepodległościową
tropiła już sowiecka i polska bezpieka.
KOMANDO ŚMIERCI W WILLYSIE
W połowie lat 90. XX wieku w Warszawie żyli jeszcze świadkowie, którzy
pamiętali jak podporucznik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józef
Światło w towarzystwie enkawudzistów jeździł wojskowym willysem ulicą
Grochowską i aresztował ludzi związanych z „Alarmem” – redaktorów,
drukarzy i kolporterów. W sumie przeszło sto osób.
Wyszomirskiego, choć został zatrzymany 19 listopada, dopiero 6 grudnia
poddano rewizji osobistej. Choć bezpieczniacy doskonale wiedzieli, że
zatrzymany jest oficerem wojska polskiego, ta poniżająca czynność
prowadzona była w obecności ubeków niższych stopniem niż „Wroński”.
Rewizję osobistą, w czasie której nic nie znaleziono, prowadził
wprawdzie osobiście Światło, ale towarzyszyli mu przy tym kapral
podchorąży Chojnowski i strzelec Kardas.
Dopiero 9 stycznia 1945
roku bezpieka przeszukała mieszkanie Jana Wyszomirskiego. Jedyne co w
czasie niej zabezpieczono, to 51 egzemplarzy „Przeglądu Tygodniowego”,
dwa egzemplarze „Alarmu” i egzemplarz „Dziennika Radiowego” – bardziej
ulotki niż czasopisma, w formie maszynopisu sporządzanego na podstawie
nasłuchu radiowego, powielanego i rozprowadzanego wśród powstańców.
Śledztwo przeciw Wyszomirskiemu było prowadzone na podstawie dopiero co
wydanego dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego o ochronie
państwa. PKWN wydał ten dekret 30 października, a więc niecałe trzy
tygodnie przed zatrzymaniem porucznika z Czarnowca. Artykuł pierwszy
tego dekretu brzmiał: „Kto zakłada związek mający na celu obalenie
demokratycznego ustroju Państwa Polskiego, albo kto w takim związku
bierze udział, kieruje nim, dostarcza mu broni lub udziela mu innej
pomocy, podlega karze więzienia lub karze śmierci”.
Śledztwo z
tego dekretu wszczęto przeciw Wyszomirskiemu 3 stycznia 1945 roku.
Areszt formalnie nałożono 5 stycznia. Nie przeszkadzało to komunistom
trzymać go w zamknięciu już od 19 listopada poprzedniego roku. Śledztwo
prowadził ubek w stopniu podporucznika Kazimierz Peret.
Postępowanie przygotowawcze przeciw Janowi Wyszomirskiemu zakończyło się
16 stycznia 1945 roku. Trzy dni później chorąży podprokurator Henryk
Podlaski skierował akt oskarżenia do Sądu Wojskowego Garnizonu
Warszawskiego.
OSKARŻONY NA MOCY PRAWA DZIAŁAJĄCEGO WSTECZ
Gdyby prawnik praktykujący w normalnym demokratycznym państwie prawnym
przeczytał akt oskarżenia przeciw Janowi Wyszomirskiemu, na pewno włosy
stanęłyby mu dęba na głowie.
Choć dekret karzący zakładanie,
wspieranie i członkostwo w nielegalnych związkach został wydany w
przedostatnim dniu października 1944 roku, akt oskarżenia obejmował
czyny Wyszomirskiego już od września 1944. A zatem w dużej części został
on oskarżony o czyn, który w chwili popełnienia przestępstwem nie był.
Nic to jednak. Bezpieka i pośpiesznie awansowani prokuratorzy po
wieczorowych kursach prawa, nie przejmowali zasadami, nie wierzyli w
miecz Temidy. Być może nawet nie wiedzieli co to takiego ta temida i po
co temu czemuś jakiś miecz. Jedyne narzędzia, w które wierzyli były dwa –
ostre i tępe. Sierp i młot. Jan Wyszomirski został oskarżony o to, że
„w okresie od września 1944 r. do chwili zatrzymania tj. do dnia 19
listopada 1944 r. na [warszawskiej] Pradze brał czynny udział w pracy
nielegalnego związku AK, mającego na celu obalenie demokratycznego
ustroju Państwa Polskiego, zajmując się wydawaniem nielegalnego organu
prasowego tegoż związku pod nazwą 'Alarm'”.
W aktach sprawy
znajduje się adnotacja, że Wyszomirski przyznał się do popełnienia
zarzucanych mu przestępstw. To dość zagadkowa historia. Wiem o niej
tylko tyle co zostało zapisane jednym zdaniem w postanowieniu IPN z 2010
r. o umorzeniu śledztwa w sprawie tamtego śledztwa. „Wroński” mógł
potwierdzić w śledztwie, że redagował pismo „Alarm”, bo też zapewne nie
miał powodów, żeby się tego wypierać. Ale czy rzeczywiście ubrał to w
słowa przyznania się do winy? To pytanie musi pozostać otwarte. Bezpieka
potrafiła torturami zmusić do przyznania się do całkowicie
wyimaginowanych czynów. Bezpieka chodziła też na skróty. Podejrzany mógł
potwierdzić tylko, że coś robił, a gorliwy ubek protokołował to jako
przyznanie się do winy.
UROCZYSTE ZATWIERDZENIE AKTU OSKARŻENIA
Proces Jana Wyszomirskiego z Czarnowca brutalnie pokazał ponurą zasadę
sądownictwa krajów totalitarnych, wedle której wyrok jest uroczystym
zatwierdzeniem aktu oskarżenia.
Dziś ta maksyma przypisywana A.W.
Wieniedyktowowi jest przedmiotem ponurych żartów prawników, polityków,
czy dziennikarzy. Wtedy jednak sędziowie sądów specjalnych, wychowani na
podręcznikach Wieniediktowa, gorliwie wcielali ją w życie.
22
stycznia 1945 roku w Otwocku, na sesji wyjazdowej, odbyła się rozprawa
porucznika „Wrońskiego”. Rozprawa odbywała się bez oskarżyciela i
obrońców. Tylko sąd i oskarżony. W składzie orzekającym zasiadali:
porucznik Władysław Garnowski, podporucznicy Władysław Sobiech i
Eugeniusz Krzewski. Protokołował podporucznik Ignacy Leszcz. Na jednej
rozprawie sąd zamknął cały proces. Skazał Wyszomirskiego na karę
śmierci.
Nie było drugiej instancji. Komunistyczna
sprawiedliwość nie przewidywała zaskarżania wyroków. Prezydent Bolesław
Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Karę śmierci wykonano 29 stycznia w
ubeckim więzieniu przy ulicy 11 Listopada w Warszawie.
Podsumujmy. Bezprawne „przybicie” Wyszomirskiemu czynów popełnionych
przed wejściem w życie dekretu o ochronie państwa. Bezprawne uwięzienie
przez półtora miesiąca, przed formalną decyzją o aresztowaniem.
Pozbawienie prawa do obrony. Brak możliwości zaskarżenia wyroku.
Wszystkie te okoliczności jednoznacznie przesądzają, że na Wyszomirskim
popełniono klasyczną zbrodnię mordu sądowego.
REHABILITACJA
Nie dało się osądzić tych, którzy skazali na śmierć porucznika z
Czarnowca. Śledztwo w tej sprawie, prowadzone przez Oddziałową Komisję
Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie w 2001 roku,
trzeba było umorzyć bo ci, którzy wydali bezprawny wyrok śmierci już nie
żyli.
Sam wyrok został uznany za bezprawny dopiero rok później.
27 marca 2002 roku Sąd Okręgowy w Warszawie unieważnił ten wyrok. Była
to oficjalna rehabilitacja Jana Wyszomirskiego. Niezawisły sąd wolnej
Polski uznał, że czyny przypisane skazanemu „związane były z
działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”.
Postępowanie rehabilitacyjne trwało dziesięć (!) lat. Wniosek o
unieważnienie wyroku śmierci złożyła w 1992 roku wdowa po Janie
Wyszomirskim, mieszkająca wtedy w Hiszpanii Maria
Bartoszewicz-Biernacki. Po trzech latach od złożenia tego wniosku Sąd
Warszawskiego Okręgu Wojskowego uznał się za niewłaściwy w tej sprawie i
przekazał akta do sądu powszechnego. W 1997 roku wniosek o
rehabilitację „Wrońskiego” złożył prezes Światowego Związku Żołnierzy
Armii Krajowej. Dopiero w 2002 roku Sąd Okręgowy w Warszawie połączył
sprawy do wspólnego prowadzenia i unieważnił wyrok sądu komunistów.
GDZIE JEST ŚWIATŁO?
Pozostała jednak jeszcze kwestia odpowiedzialności Józefa Światły,
który nadzorował śledztwo przeciw Wyszomirskiemu. Józef Światło to,
przypomnijmy, wysoki i wpływowy funkcjonariusz komunistycznej bezpieki,
który w 1953 roku uciekł do Berlina Zachodniego, a potem uzyskał azyl w
Stanach Zjednoczonych. Znany jest z cyklu audycji „Za kulisami partii
bezpieki” nadawanych w Radiu Wolna Europa, w których ujawnił zbrodnicze
praktyki komunistycznego państwa polskiego i jego resortów siłowych.
Choć na Światle ciążyła odpowiedzialność za represjonowanie i
aresztowania działaczy antykomunistycznego podziemia, Amerykanie
udzielili mu azylu, poddali operacji plastycznej i schowali przed
możliwą zemstą komunistycznych służb specjalnych. Bardzo długo nie było
wiadomo czy Światło żyje, czy też umarł. Strona amerykańska odmówiła
polskiemu historykowi Andrzejowi Paczkowskiemu dostępu do dokumentów na
temat Światły. Paczkowski spotkał się z nieudowodnioną hipotezą jakoby
Światło zmarł w 1985 roku.
Oficjalnie o dacie śmierci Światły
Stany Zjednoczone poinformowały Polskę dopiero w związku ze śledztwem w
sprawie śledztwa przeciw Janowi Wyszomirskiemu z Czarnowca. Ministerstwo
Sprawiedliwości w Waszyngtonie 11 stycznia 2010 roku podało polskiej
prokuraturze, że Józef Światło zmarł w Stanach Zjednoczonych 2 września
1994 roku. Czy administracja USA kiedykolwiek podałaby sama z siebie
taką informację? Trudno powiedzieć. Faktem jest, że podała ją na wniosek
prokuratorów prowadzących sprawę legalności postępowania
komunistycznych władz przeciw Wyszomirskiemu.
Podanie przez
Amerykanów informacji o śmierci Światły stało się natychmiast sensacją w
Polsce. Media nią żyły. Pion śledczy IPN również, ale w innym sensie.
Bo był to kłopot. Amerykanie podali lakoniczną informację o dacie
śmierci. Odmówili jednak przekazania kopii aktu zgonu oraz opisu jego
okoliczności. Nie ma aktu zgonu? Nie ma dowodu. Co dalej więc ze
śledztwem?
BYŁA ZBRODNIA, NIE MA SPRAWCÓW
Decyzja zapadła
po pół roku. Śledztwo zostało umorzone z powodu śmierci podejrzanego.
Jednocześnie IPN – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
– uznała, że zebrany w śledztwie materiał dowodowy w pełni uzasadnia
podejrzenie, że inicjując i nadzorując śledztwo w sprawie redaktorów i
kolporterów „Alarmu” Światło dopuścił się zbrodni komunistycznej.
„Nie budzi bowiem wątpliwości fakt, że opisanych powyżej aresztowań
dokonano bezprawnie, ze względów politycznych, tj. z powodu
przynależności pokrzywdzonych do Armii Krajowej, a następnie przekazano
ich we władztwo obcego państwa tj. ZSRR. Było to – w styczniu 1945 r. i
miesiącach następnych – zjawisko masowe i dotykało wielu tysięcy
żołnierzy AK” – napisano w uzasadnieniu umorzenia śledztwa IPN.
Wolne państwo polskie, w odróżnieniu od komunistycznego, oceniało czyn
Józefa Światły zgodnie z ogólnie przyjętymi w cywilizowanym świecie
zasadami odpowiedzialności karnej. Prokuratorzy IPN badali czy
postępowanie Światły wyczerpywało znamiona przestępstwa z kodeksu
karnego z 1932 roku (zwanego od nazwiska autora kodeksem Makarewicza).
Bo taki obowiązywał w Polsce przed wojną i po wojnie, dopóki komuniści
nie uchwalili tzw. kodeksu Andrejewa.
W kodeksie Makarewicza
była opisana kwalifikowana postać bezprawnego pozbawienia wolności –
dłuższe niż 14 dni, połączenie ze szczególnym udręczeniem, oddaniem we
władztwo obcego państwa. Czyż nie taki los spotkał Jana Wyszomirskiego?
Przypomnijmy, Światle w zatrzymaniu porucznika z Czarnowca towarzyszyli
enkawudziści.
MIEJSCE POCHÓWKU BLIŻEJ NIEZNANE
Nie
wiadomo gdzie spoczywa ciało Jana Wyszomirskiego. Są przypuszczenia, że
na Cmentarzu Bródzieńskim w Warszawie (kwatera 45N), bo tam grzebano
ciała zabitych w ubeckim więzieniu na 11 Listopada na Pradze. W
ekshumacjach i badaniach prowadzonych pod kierunkiem prof. Krzysztofa
Szwagrzyka nie potwierdzono jednoznacznie, że szczątki Wyszomirskiego
spoczywają w tej kwaterze. Na tablicy natomiast znajduje się adnotacja,
że w tej zbiorowej mogile spoczywa między innymi porucznik Jan
Wyszomirski „Wroński” 1913-1945. Jego nazwisko, daty urodzenia i śmierci
znajdują się również na dostępnej w internecie oficjalnej liście
pochowanych na Cmentarzu Bródnowskim.
Symboliczny grób Jana
Wyszomirskiego znajduje się również na cmentarzu w Rzekuniu. Na tablicy
nagrobnej przedwojennego właściciela Czarnowca Romana Wyszomirskiego
znajdują się również nazwiska dwóch jego synów. „Jan Wyszomirski,
1913-1945, oficer AK zamordowany przez komunistów” – brzmi inskrypcja.
Jak już wspomnieliśmy, matka Jana Wyszomirskiego, choć żyła do 1956
roku, nie dowiedziała się że jej młodszego syna zabili komuniści. Jego
siostry i żona dowiedziały się o tym, że został skazany na karę śmierci,
dopiero w 1958 roku. Żona, która zmarła w Hiszpanii w 2007 roku, nie
poznała nawet prawdopodobnego miejsca pochówku swojego pierwszego męża.
Podobnie jak jego siostra Zofia zmarła w Wielkiej Brytanii w 2005 roku.
I siostra Ludwika, zmarła w latach 70. w Warszawie.
Komunistyczne śledztwo w sprawie czasopisma „Alarm” obejmowało wiele
wątków i wiele osób. Tylko Wyszomirski i drugi redaktor Tomasz
Malczewski – zostali skazani na śmierć. Pozostali – opisani po latach
przez IPN – aresztowani, zostali wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego.
Stąd ta Workuta, co pojawiła się na początku…
KONIEC
2020.11.19 /Jacek Pawłowski/
NA ZDJĘCIACH Fragment tablicy upamiętniającej oddział „Hubala” z wymienionymi nazwiskami wszystkich żołnierzy Oddziału Wydzielonego, znajdującej się pod Anielinem na ścieżce edukacyjnej. Pod pozycją 306 widnieje nazwisko Jana Wyszomirskiego, wtedy jeszcze podchorążego. Zdjęcie autorstwa Jarosława Kruka zamieszczone w Wikipedii.
Tak wyglądał samochód Willys. Podobnym jeździł Józef Światło po ulicy Grochowskiej w Warszawie w listopadzie 1944 roku, w towarzystwie funkcjonariuszy sowieckiego NKWD, wyłapując ludzi związanych z redakcją „Alarmu”. Fragment zdjęcia z Narodowego Archiwum Cyfrowego, przedstawiającego Willysa w akcji kompanii sanitarnej w Bolonii w kwietniu 1945 roku.
Niewyraźne zdjęcie żołnierzy na ganku drewnianego domu to dowództwo nowogródzkiego III batalionu 77. pp AK (Uderzeniowe Bataliony Kadrowe). Jan Wyszomirski stoi pierwszy z lewej między dwoma słupami w czapce z orzełkiem. Pozostali widoczni na zdjęciu to (od lewej): Bolesław Piasecki „Sablewski” komendant UBK, Stanisław Briesenmeister „Kowalski” oficer informacyjny, Wojciech Kętrzyński „Wołkowyski” szef sztabu, Stanisław Hniedziewicz „Olgierd” dowódca 3. kompanii, R. Korab-Żebryk „Operacja Ostra Brama”. Zdjęcie z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej.
Rodzeństwo Wyszomirskich. Od lewej: Jan, Ludwika i Zygmunt. Plakat Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce.
Mężczyzna w krawacie to Józef Światło. Fotografia z akt osobowych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Obecnie w domenie publicznej.
Tablica nagrobna Romana Wyszomirskiego z wyrytymi nazwiskami dwóch synów zamordowanych przez przeciwników politycznych w okresie II wojny światowej. Zdjęcie wykonał Marek Karczewski
——————————————————————–
Źródła, z których korzystałem przy pisaniu wszystkich czterech części: Postanowienie o umorzeniu śledztwa. Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Badania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu, sygn. akt S 139/08/Zk Dariusz Baliszewski, „Zakłamana historia ucieczki Józefa Światły”, „Uważam Rze Historia” 18.04.2019 „Polski kodeks karny z 11 VII 1932”, Księgarnia Nakładowa Dr Maksymilian Bodek, Lwów 1932 Książka adresowa miasta stołecznego Warszawy, 1930 r., udostępniona na stronach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej. Jerzy Dziewirski, „Monografia gminy Rzekuń, 2014 Jacek Karczewski, „Zostaną tylko drzewa”, „Nasz Dziennik”, 20.02.2017 Paweł Krajewski, „Ocalić dla potomnych:. „Tygodnik Ostrołęcki”, 27.03.2007 Komunikat nr 12 Instytutu Śląskiego w Katowicach, 1936 r. „Przemówienie prezydenta Donalda J. Trumpa przy Pomniku Powstania Warszawskiego na Placu Krasińskich”, strona internetowa Ambasady USA w Polsce. https://pl.usembassy.gov/pl/przemowienie_potus/ Małgorzata Pieczyńska, „Śladami rzekuńskich zabytków. Czarnowiec”. Biuletyn Informacyjny Gminy Rzekuń nr 5/2012 Bernard Kielak, „Tradycje Wigiijne”, Biuletyn Informacyjny Gminy Rzekuń nr 7/2012 Biogram Ludwiki Wyszomirskiej na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego, https://www.1944.pl/powstan…/ludwika-wyszomirska,46446.html… Profile społecznościowe Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce i Muzeum Powstania Warszawskiego.
/Jacek Pawłowski/
Czarnowieckie Stonehenge
Category: Historia
written by Artur | 21 kwietnia 2024
Jeden z “najbardziej interesujących zabytków archeologicznych w skali kraju”
Może to i przesada bo kudy Czarnowcowi do słynnej na cały świat megalitycznej budowli w angielskim hrabstwie Witshire. Warto jednak przypomnieć, że w języku staroangielskim ‘stonehenge” znaczy tyle co ‘kamienny krąg’. W tym więc znaczeniu, przypominamy, że w administracyjnych granicach wioski, niedaleko szosy goworowskiej znajduje się kamienny krąg, który może mieć nawet dwa tysiące lat!
Jak na bezmiar czasu, który dzieli współczesność od powstania tego kręgu, śmiało można rzec, że został on dopiero co odkryty. W 1992 roku Antoni Smoliński i Sławomir Żółkowski przeprowadzili w Lesie Czarnowieckim “ratownicze badania wykopaliskowe”. Kontynuowali je w roku 1996.
W archeologii pojęciem wykopalisk ratowniczych określa się badania prowadzone w celu odkrycia, rozpoznania, zbadania i dokumentowania obiektów archeologicznych na obszarach zagrożonych zniszczeniem potencjalnych stanowisk archeologicznych.
Co groziło wtedy ukrytym w ziemi reliktom archeologicznym? Ślad opisu zagrożenia znajdujemy w pracy Małgorzaty Balcerzak (o której szerzej za chwilę). Ktoś w tym miejscu kopał sobie piasek i żwir i natrafił na jakieś dziwne przedmioty, których nie sposób użyć do zaprawy, albo do betonu.
Badania archeologów 26 lat temu finansowała Państwowa Służba Ochrony Zabytków. W sprawozdaniu zamieszczonym w “Informatorze Archeologicznym” cztery lata później napisano:
“Drugi sezon badań. Założono wykop badawczy o powierzchni 20 m2, przylegający do północnej części kamiennego wykopu z 1992 r., w którym odsłonięto część zewnętrznego kręgu kamiennego oraz wewnętrznego bruku z warstwą kulturową. Zawierała ona liczne fragmenty naczyń glinianych, fragmenty przepalonych kości ludzkich, kilka fragmentów przedmiotów żelaznych i fragment stopionego brązu, a także ślady konstrukcji drewnianych”.
zdjęcie pochodzi z publikacji: Dzieje powiatu ostrołęckiego pod redakcją: Janusza Gołoty, Jerzego Kijowskiego i Jana Mironczuka Ostrołęka 2018
Takie znaleziska rozpalają wyobraźnię – zdolność, która jest właściwa tylko człowiekowi. Archeolodzy kopiący w Czarnowcu musieli wprawdzie w swoich sprawozdaniach opierać się na materialnych dowodach, zdobytych metodą naukową i poddanych krytyce wedle naukowej metodologii.
My wyobraźmy sobie natomiast puszczę porastającą naszą wioskę, a w puszczy pradawną osadę, ludzi odzianych w skóry i futra. Mężczyzn wracających z polowania z dzidami i trofeami. Kobiety warzące jakąś strawę ze zbóż, mleka, może jakichś leśnych owoców. Odgłosy zwierząt, popiskiwania dzieci…
Ludzie rodzą się, żyją i umierają. To, co 26 lat temu archeolodzy odkopali w Czarnowcu było najprawdopodobniej miejscem pozbywania się zwłok zmarłych. Czarnowieckie stanowisko archeologiczne opisywane jest w fachowej literaturze jaki wykopalisko, w którym znaleziono ślady kultury wielbarskiej i kultury przeworskiej,
W kulturze wielbarskiej (epoka żelaza, wpływy Gotów) zwłoki zmarłych albo palono, albo owinięte w całun zakopywano w ziemi. Ciałopalenie odbywało się w kamiennym kręgu wyłożonym również kamiennym brukiem, co być może wynika z jakiegoś pogańskiego obrzędu, a niewykluczone, że miało też funkcjonalne znaczenie – chodziło o to, żeby od ciałopalenia nie zajął się las albo osada.
W kulturze przeworskiej zaś (ukształtowanej przez Wenedów w epoce żelaza) również stosowano dwa rodzaje pozbywania się zwłok zmarłych – palenie albo zakopywanie. Przy czym zakopywanie występowało znacznie częściej, a zmarłych w wycieczkę na tamten świat wyposażano w różne przedmioty codziennego użytku.
Obie kultury – wielbarska i przeworska nie były ściśle od siebie oddzielone, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Często przenikały się.
Trochę więcej na temat czarnowieckiego wykopaliska można wyczytać w pracy Małgorzaty Balcerzak “Zarys pradziejów ziem położonych między Narwią a Orzem”
“W 1992 r. w Czarnowcu w gminie Rzekuń odkryto relikty kolejnego cmentarzyska z konstrukcjami kamiennymi, datowanego (…) na wczesny okres wpływów rzymskich. Badania wykopaliskowe na stanowisku prowadzono w roku 1992 i 1996. Przebadano trzy ćwiartki kręgu, który został uszkodzony w wyniku wydobywania piasku i kamieni. Krąg zbudowany był z dużych głazów,z wewnętrznym jednowarstwowym brukiem kamiennym utworzonym ze średniej wielkości kamieni polnych. Duże głazy zewnętrznego kręgu posadowione były na stropie piasku calcowego i wkopane na głębokość 0,20 – 0,40 m. Bruk kamienny zalegał na poziomie humusu kopalnego, który występował wokół bruku i nad nim.
Górne części dużych głazów przysypane były piaskiem wydmowym, a ich wierzchołki zagłębione były 0,30 – 0,40 m poniżej współczesnej powierzchni gruntu. Pod brukiem kamiennym zalegała warstwa ziemi nasycona fragmentami przepalonych kości ludzkich, z licznymi fragmentami naczyń glinianych. Znaleziono w niej fragmenty przedmiotów żelaznych, fragment stopionego brązu, a także ślady konstrukcji drewnianych, być może resztki stosu ciałopalnego. Poniżej bruku odkryto jamę grobową zawierającą dwa pochówki.
Badania wskazują, że wewnątrz kręgu dokonywano obrzędu ciałopalenia, a następnie spalone szczątki grzebano w grobach jamowych w obrębie kręgu. Krąg kamienny w Czarnowcu, podobnie jak inne cmentarzyska tego typu, funkcjonował zapewne jako obiekt odsłonięty, wyróżniający się w krajobrazie, a jego zasypanie warstwami piasku dokonało się w sposób naturalny już po porzuceniu obiektu”. (w: “Z kart naszej historii – dzieje ziem nadorzańskich. Stowarzyszenie Lokalna Grupa Działania „Zaścianek Mazowsza”, Troszyn 2014).
Po szczegóły autorka odsyła do swojego “Sprawozdania z ratowniczych badań wykopaliskowych, przeprowadzonych w 1992 r. w Czarnowcu, gm. Rzekuń woj. ostrołęckie”, Ostrołęka 1992, Archiwum WUOZ w Ostrołęce. Niestety, wszystko na to wskazuje, że praca ta jest dostępna tylko w urzędzie ochrony zabytków.Katalogi biblioteczne nie zwracają nic gdy zadać im tytuł tej pracy.
W “Informatorze Archeologicznym” znajdujemy jeszcze więcej informacji, o kontynuacji w 1996 roku badań archeologicznych w Czarnowcu.
zaznaczone stanowisko przy „Trakcie Goworowskim” w Czarnowcu
“Badania wykopaliskowe w 1996 r. przyniosły odkrycie północno-wschodniej części kręgu kamiennego. Podobnie jak w wykopie z 1992 r. wystąpił tutaj jednowarstwowy kamienny bruk wewnętrzny, utworzony ze średniej wielkości kamieni polnych, oraz duże głazy wyznaczające zewnętrzny zasięg kręgu. Materiały odkryte w pierwszym sezonie badań jednoznacznie wskazują na kulturę przeworską (faza B2 okresu wpływów rzymskich), natomiast dwa fragmenty ceramiki odkryte w obrębie tegorocznego wykopu łączyć należy z kulturą wielbarską. Obiekt zinterpretowano jako kamienny krąg, będący miejscem ciałopalenia i pochówku. W przypadku tego obiektu możemy prawdopodobnie zaobserwować sekwencję kulturową — zastępowanie kultury przeworskiej przez kulturę wielbarską, m.in. również na obiektach o charakterze cmentarzyskowym. Badania zostały zakończone”.
Pewną hipotezę jakie mogło być przeznaczenie przedmiotów codziennego użytku porzuconych przez naszych praprzodków w Czarnowcu znajdujemy w objaśnieniach do mapy geośrodowiskowej Polski Państwowego Instytutu Geologicznego. “Fragmenty ceramiki, przepalonych kości i węgli drzewnych”, mogły być “pozostałością po ucztach ofiarnych, związanych z ówczesnymi zwyczajami pogrzebowymi”. Zważywszy, że znalezione wykopalisku kości były kośćmi ludzkimi, należy uznać ten opis za niefortunny skrót myślowy, a nie sugestię, że w naszej wiosce przed wiekami dochodziło do aktów kanibalizmu.
Ciekawe jest jednak, że Państwowy Instytut Geologiczny zalicza odkrycie archeologiczne w Czarnowcu “do najbardziej interesujących zabytków archeologicznych w skali kraju”.
Niestety, w dostępnych źródłach pisanych brak jest informacji o tym czy kamienne kręgi zostały zachowane, czy też archeolodzy pracowicie je zakopali, co czasami się robi gdy nie ma pieniędzy na konserwację i eksponowanie wydobytych obiektów.
Nie znaleźliśmy również nigdzie wskazania gdzie dokładnie jest zlokalizowany ów kamienny krąg. Dobrzy ludzie podpowiedzieli, że jest to w Lesie Czarnowieckim w zasięgu kilkuminutowego spaceru od szosy goworowskiej. Do końca ubiegłego tygodnia leżał jednak śnieg. Po roztopach i deszczach w lesie jest grząsko…
foto: Pijący_mleko V Spacer Leśny w Czarnowcu organizowany przez Marka Karczewskiego. O Kamiennym Kręgu opowiada Jacek Pawłowski (18.11.2018r.)
Rejestr Zabytków delegatura Ostrołęka: Czarnowiec – Krąg kamienny kultury przeworskiej z okresu wpływów rzymskich, stanowisko nr 3 – nr rej. 316, z dn. 22.06.1992r.
Opracowanie: – Jacek Pawłowski (3.02.2018) – Marek Karczewski (19.11.2020)
Czarnowieccy pszczelarze
Category: Historia,natura,NEWS,rolnicze,zwierzęta
written by Marek | 21 kwietnia 2024
Czarnowieccy pszczelarze.
Gdzie są pszczoły z tamtych lat? Gdzie jest miód pozyskany z kwietnych łąk, lasów ogrodów? Ludzie mówią, że gdy wyginą pszczoły, wyginą również ludzie.
Mówi się, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Nie ujmując niczego naszym ukochanym czworonogom, w rankingu najbardziej pożytecznych i przyjaznych ludziom zwierząt na jednym z czołowych miejsc powinny znaleźć się pszczoły. Dlaczego? Oto 10 powodów.
Aż jedna trzecia tego, co jemy, jest w jakiś sposób zależna od pracy pszczół. A 75 proc. wszystkich roślin w ekosystemach lądowych jest zapylanych przez pszczołowate. Te owady w czasie swojej aktywności wykonują nieprawdopodobną pracę, zapylając rośliny, które później na różne sposoby trafiają na nasze talerze. Dotyczy to niektórych owoców, warzyw, zbóż, ziół, przypraw, orzechów, kawy, miodów. Oczywiście brak pszczołowatych nie sprawi, że ludzkość nie będzie miała co do garnka włożyć. Jednak konsekwencje wyginięcia tych owadów mogą być niezwykle poważne. Część roślin trzeba będzie zapylać ręcznie, co otworzy nowe możliwości na rynku pracy, ale ograniczy dostęp konsumentów do niektórych towarów poprzez spowolnienie produkcji i radykalne podwyższenie cen. Nasza dieta stanie się mniej zbilansowana, o czym później.
Dzięki pszczołowatym możemy cieszyć się nie tylko jedzeniem, ale i śpiewem ptaków. Wiele z nich bowiem żywi się owocami zapylanymi przez owady. Dotyczy to również niektórych małych ssaków i innych roślinożernych zwierząt. Pszczoły mają więc gigantyczny wpływ na ekosystem.
Jeśli mówimy o zredukowaniu ilości jedzenia, nie musimy mieć wcale na myśli bezpośrednich konsekwencji zmniejszenia populacji zapylaczy. Możemy też mówić o tych pośrednich. Jakich? Z pracy pszczołowatych produkuje się np. elementy pasz dla zwierząt hodowlanych. Mniej pasz to mniej mięsa czy produktów nabiałowych – jaj, serów, czy mleka. Ucierpieć więc mogą kolejne gałęzie rolnictwa.
Według raportu Greenpeace „Nie tylko miód”, roczna wartość naturalnego zapylania w samej tylko Polsce wyniosła 4,1 miliarda złotych w 2015 roku. Innymi słowy: to suma całkowitej wartości polskiej produkcji rolnej, za którą odpowiadają pszczoły. W większości województw to ponad 100 milionów rocznie, w lubelskim ponad 750 milionów, a w mazowieckim przeszło miliard. Na świecie pszczoły wypracowują ponad 200 miliardów dolarów rocznie.
Skupmy się jeszcze na chwilę na Polsce. Nasz kraj znany jest z jabłek – globalnie jesteśmy na 4. miejscu, jeśli chodzi o produkcję tych owoców, wyprzedzając państwa tak ogromne, jak Rosja, Brazylia czy Indie. Zaś w Unii Europejskiej mamy pozycję lidera. Co mają do tego nasze pszczoły? Ano to, że odpowiadają one za zapylanie 65 proc. upraw jabłek, malin i gruszek oraz 25 proc. rzepaku.
Dzięki pracy zapylaczy mamy tak dobry dostęp do bawełny i możemy cieszyć się stosunkowo niedrogimi ubraniami z naturalnych włókien, nie musząc decydować się na syntetyczne zamienniki.
Także branża papiernicza sporo zawdzięcza pszczołom. Część papieru produkowana jest również m.in. z bawełny. Zeszyty, bloki, notesy, ryzy papieru do drukarek i kserokopiarek – pomyślmy o pszczołach, gdy sięgamy po nie w sklepie.
To dzięki zapylaczom możemy cieszyć się rosnącymi na dziko, kolorowymi łąkami pełnymi kwiatów. Pszczoły odpowiadają za większość z nich. I sprawiają, że nasze codzienne życie może być tak kolorowe.
Pszczoły mają wpływ nie tylko na ilość jedzenia, ale też na jego jakość. To dzięki nim owoce są słodsze i smaczniejsze, a uprawy żyźniejsze.
Pszczołowate odpowiadają za zapylanie roślin stanowiących ponad 1/3 dobrej, zbilansowanej ludzkiej diety. Tym samym bez pszczół dużo ciężej nam będzie ułożyć dobry jadłospis, wyposażony w odpowiednie wartości odżywcze i witaminy. A bez tego zdecydowanie pogorszy się nasze zdrowie i zwiększą się kolejki do lekarzy.
Żyjemy w idealnej symbiozie z pszczołami. Z ich ciężkiej, bezpłatnej pracy czerpiemy korzyści niejako „przy okazji”. A te korzyści są ogromne – nie ograniczają się jedynie do produkcji miodu. ź: special.gazeta
W Czarnowcu stoi nadal kilka pasiek lecz czy to wystarczy i czy pszczoły za bardzo nie przeszkadzają mieszkańcom podczas spacerów, wycieczek, grillowania i ogólnego wypoczynku. Stosowane przez rolników pestycydy doprowadzają całe roje do śmierci. Czy powstaną metody/procedury na uratowanie pszczół? Słychać głosy z różnych stron świata, że w niektórych krajach zabroniono już produkcji oprysków zabijających pszczoły. Może pszczoły jak i cała natura poradzi sobie z chwilową „niedyspozyczją”?
Pan Jacek Pawłowski, który bardzo mocno zaangażował się w odgrzebanie kart historii Czarnowca (pisaliśmy tu: cz.1, cz.2, cz.3, cz.4 ), grzebie dalej i wciąż odnajduje ciekawe historyczne news`y 🙂
Np. o pszczołach w Czarnowcu w 1936 roku. Oto opis notatki prasowej: „Notatka z „Przeglądu Ostrołęckiego” – tygodnika ilustrowanego, 22 marca 1936. Oddział w Ostrołęce, ul. Gomulickiego 2, redaktor przyjmuje codziennie od 4 do 5. Pismo postrzegane jako popierające sanację. Mutacja „Przeglądu Łomżyńskiego””
Kto w tym czasie posiadał pasieki? Może: 1. Dribnica Iwan (Jan Dribnica/Drybnica/Drobnica) 2. Kowalczyk Michaił (Michał) 3. Ambroziak Wikentij (Wincenty) 4. Lewicki Stepan (Stefan) 5. Laskowski Osip (Józef) 6. Chludziński Paulin 7. Wasilewski Francisk (Franciszek) 8. Stefaniak Andriej (Andrzej) 9. Lis Foma (Tomasz) 10. Tymuś Marcin 11. Słowikowski Francisk (Franciszek) 12. Złotkowski Samuel 13. Malinowski Foma (Tomasz) 14. Lis Szymon 15. Lis Iwan (Jan) 16. Iłonak lub Iłosznak (nieczytelne nazwisko) Walenty 17. Kruk Piotr, którzy pół wieku wcześniej tworzyli społeczność Czarnowca. „Społeczność” to zapewne o sobie nie mówili ale chłopy, mieszkańcy, rolnicy 🙂 O tej dawnej „społeczności” Czarnowca (za Cara) pisaliśmy tu
Współczesna (poznańska) pasieka w Czarnowcu – lipiec 2020 (MK)
Informujemy również, że na naszej stronie Czarnowiec.pl trwa przebudowa menu CZARNOWIEC/HISTORIA, które będzie podzielone na poszczególne wątki historyczne. Zapraszamy do obserwowania.