Kilka nowych ustaleń o Janie Wyszomirskim “Wrońskim”


Minęło już trochę czasu, odkąd odtworzyliśmy przedwojenne i wojenne losy Jana Wyszomirskiego z Czarnowca. Jego postać przybliżyliśmy w czwartej części publikacji “Czarnowiec i Wyszomirscy”. To było w 2020 roku. Do dziś udało się ustalić kilka faktów, które uzupełniają tę wypowiedź. Do wielu źródeł próbuję jeszcze dotrzeć. Tymczasem….


Odnalazłem dość szczegółowy opis akcji odbicia członków Konfederacji Narodu (Uderzeniowych Batalionów Kadrowych) z więzienia na ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie w 1942 roku. W akcji tej, którą osobiście dowodził komendant UBK Bolesław Piasecki, brał udział Jan Wyszomirski “Wroński”, który był adiutantem Piaseckiego. Opis ten, choć szczegółowy, nie jest relacją świadka. Jest opowieścią z drugiej ręki. Ale bardzo szczegółową, bo o akcji było głośno w podziemnej Warszawie.


Zofia Kobylańska, sanitariuszka Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, tak pisze w swoich wspomnieniach, wydanych w 1988 roku.


“Jak na kinowym ekranie zaczęły mi się przesuwać w pamięci wydarzenia, o których tyle się nasłuchałam.

W lipcu 1942 roku w czasie jednej z akcji w Śródmieściu Warszawy ‘Pawłowski’ [Tadeusz Jagodziński – przyp. JP], ‘Sambor’ [Tadeusz Anderszewski], ‘Żegota’ [Marek Kolendo], ‘Powiślak’ [NN], ‘Irmus’ [Janusz Zieliński], ‘Sulima’ [Zbigniew Fedorowicz] i ‘Olgierd’ [Stanisław Hniedziewicz] zostają aresztowani, a następnie uwięzieni na Daniłowiczowskiej w więzieniu śledczym. Dowództwo za wszelką cenę pragnie ich wyciągnąć – wzięci z bronią w ręku mogli oczekiwać jedynie wyroku śmierci. Akcję organizuje osobiście Komendant – ‘Sablewski’ [Bolesław Piasecki]. Udział w niej biorą: kpt. ‘Bruno’ [Stefan Lipiński], ‘Romanowski’ [Leszek Kostek-Biernacki], ‘Wroński’ [Jan Wyszomirski], ‘Lisbor’ [Teodor Liese] i ‘Wirecki’ [Lucjan Łapiński]. ‘Muszkieter’ [Stefan Witkowski] organizuje odpowiednie mundury i samochód. Przebrani i ucharakteryzowani na gestapowców, mają zajechać samochodem do więzienia i zaskakując komendanta zażądać wydania aresztowanych.

Tak też się stało. Odegrali swą rolę znakomicie. A ‘Bruno’ był niezrównany! Gdy tylko znaleźli się na terenie więzienia ‘Bruno’ z miejsca zwymyślał strażników za to, że ich wpuścili nie legitymując. Scenariusz akcji po przeprowadzonym przez ‘Kowalskiego’ [Stanisława Briesemeistera] rozpoznaniu opracowany był bardzo dokładnie i bezbłędnie wykonany.

Kpt. ‘Bruno’ krzyczał, rugał, sztorcował służbę więzienną, nawet kazał sobie podać wodę do picia. Oberwało się też i jego podwładnym. Zastraszony komendant więzienia nawet nie pomyślał, żeby sprawdzić u władz Gestapo, czy rzeczywiście ma wydać więźniów. Wyprowadzani też obrywają. ‘Wirecki’ wali ich po kolei na odlew, dopomaga sobie kopniakami. Więźniowie są przekonani, że idą na śmierć. Niepodziewanie nastąpił moment niebezpieczny i dramatyczny. ‘Olgierd’ poznaje ‘Romanowskiego’, przypuszcza że była wsypa, że ‘Romanowski’ zdradził. W ogóle cała historia wzięłaby w łeb, bo ‘Pawłowski’ chciał dać nogę – co miał do stracenia. Całe szczęście, że zamiaru nie zdążył wykonać.

Wreszcie po wszystkich formalnościach, między innymi po odczytaniu listy więźniów przez kpt. ‘Bruno’, wyłamującego sobie język na polskich nazwiskach, wyprowadzono ich i kopniakami wepchnięto do samochodu. Niestety, nie wszystkich uwolniono – rannych ‘Sulimy’ i ‘Powiślaka’, przebywających w więziennym szpitalu, nie udało się zabrać. Gdy wóz ruszył, Bruno mówi:

– No, chłopcy, rozkuwać się.

Nie wierzą mu. Myślą, że to prowokacja. Dopiero gdy ‘Romanowski’ zwraca się do ‘Olgierda’: ‘Staszek, nie poznajesz mnie do jasnej cholery?’ – i gdy zaczęli się całować, pozostali uwierzyli, że rzeczywiście są wolni.

Odbitych rozproszono po różnych melinach, przemalowano im włosy, dano nowe dokumenty i szybko zlikwidowano z Warszawy. Przez parę dni było cicho. Bomba wybuchła, gdy na Szucha dotarły papiery związane z zabranymi więźniami. Rozpoczęły się poszukiwania, listy gończe, śledztwo. Ale wtedy już wszyscy – i odbici, i odbijający – byli w bezpiecznych miejscach…”.

Poza tym na kartach wspomnień Kobylańskiej, Wyszomirski “Wroński” epizodycznie pojawia się przy następujących wydarzeniach.


Prawdopodobnie 30 czerwca 1943 roku, może dzień albo dwa później, odbywa się koncentracja Uderzeniowych Batalionów Kadrowych w okolicach Trzciannego pod Tykocinem. Ma być uroczysta odprawa, poprzedzona nabożeństwem. Ale komendant “Sablewski” wraz ze swym adiutantem “Wrońskim” i czwórką innych oficerów pilnie wracają do Warszawy. Dotarła bowiem do nich wieść o aresztowaniu Stefana Roweckiego “Grota”.
Innym razem “Wroński” pojawia się jako przygodny świadek przybycia Kobylańskiej na dywanik do komendanta.

Autorka “Wspomnień sanitariuszki” wspomina jak będąc jedyną kobietą w oddziale toczyła – jak to określa – “wojnę” z kolegami. Nie precyzuje na czym ona polegała, ale opisuje jak w czasie kwaterowania w Mociewiczach spoliczkowała jednego z partyzantów, innego objechała ‘po łacinie’. Domyślała się, że obowiązek stawienia się o komendanta był pokłosiem tej awantury. Kobylańska weszła do domu, w którym kwaterował Piasecki “Sablewski”. W kuchni coś gotowała “Janka” [Janina Czarnecka]. “Przy stole siedział ‘Wroński’ – coś mi tam przygadywał, ale ‘Janka’ mu przerwała: – Komendant czeka na panią i jest w pokoju”.

Kolejny raz ‘Wroński’ pojawia się już nie jako mimowolny świadek, ale uczestnik konfliktu. W Uderzeniowych Batalionach Kadrowych, jak w każdej partyzantce, brakowało broni. Gdy ktoś został ranny, albo chory szedł na melinę, albo wyjeżdżał do Warszawy, oddawał swoją broń “pozostającym w polu kolegom. Tak też się stało z bronią niektórych chłopców powracających teraz z Warszawy. Domagali się po prostu zwrotu ‘swojej’ broni. Ci co ją nosili, traktowali ją jak ‘swoją’ – ‘Wroński’ na przykład nosił PPD “Maćka” i za żadne skarby nie chciał się z nim rozstać. Dochodziło czasami do ostrej wymiany poglądów na ten temat. Jakże często zapominaliśmy, że stanowimy całość.” W tym miejscu dwa wyjaśnienia. Pseudonim “Maciek” nosiło co najmniej dwóch partyzantów UBK – Mieczysław Lipko i Eugeniusz Zawistowski. Autorka nie precyzuje, którego Maćka broń nosił Wyszomirski ‘Wroński’. PPD – to natomiast skrótowiec oznaczający pistolet maszynowy sowieckiej konstrukcji. Nazywany był (podobnie jak Kałasznikow) od nazwiska konstruktora – pistoliet puliemiot Diegtiariowa.

“Ze wspomnień sanitariuszki” można jeszcze dowiedzieć się, że “Wroński” był u boku komendanta UBK, gdy ten stojąc pod drzewami dowodził próbą zdobycia Wilna 7 lipca 1944 roku i w czasie odwrotu spod Wilna.

Kolejne źródło” “Życie i śmierć dla Polski” Kazimierza Krajewskiego, po wielu perturbacjach, dotarło wreszcie do Czarnowca. W książce tej jest trzynaście wzmianek o Janie Wyszomirskim i kilka zdjęć. Ale to tym ciąg dalszy nastąpi.

Jacek Pawłowski

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz