70 lat temu mieszkaniec Czarnowca podpisał wniosek o budowę szkoły

70 lat temu mieszkaniec Czarnowca podpisał wniosek o budowę szkoły w Rzekuniu

Dziś w przeddzień pięknego jubileuszu Szkoły Podstawowej im. gen. Józefa Bema w Rzekuniu chcemy mieszkańcom – przybyszom oraz mieszkańcom urodzonym w Czarnowcu, w XXI wieku wspomnieć o kilku ważnych kartach podczas wznoszenia murów szkoły.
Swoją rękę do wzniesienia szkoły tysiąclatki przyłożył również mieszkaniec Czarnowca!

Historia

Szkolnictwo w gminie Rzekuń, w okresie międzywojennym

1915 r. zabudowania w Rzekuniu, foto z tablicy FB Remigiusza Makowieckiego

W sierpniu 1915 roku Rosjanie opuścili gminę Rzekuń i wycofali się na wschód. Na ich miejsce wkroczyło wojsko niemieckie. W początkowym okresie nowy okupant, tym razem niemiecki niezbyt chętnie szedł na ustępstwa w sprawach swobód narodowych Polaków. Z czasem jednak, gdy rosły jego trudności militarne, wówczas Niemcy mieli ważniejsze sprawy niż kwestia polskiego szkolnictwa. Poza tym chcieli jak najwięcej zaangażować Polaków do walki z Rosjanami. W takiej sytuacji musieli iść na ustępstwa w kwestii narodowej. Polacy więc zaczęli samodzielnie zakładać polskie szkoły i stawiać okupanta wobec faktów dokonanych. Wznowiła działalność Polska Macierz Szkolna, która główny wysiłek skupiła na przygotowaniu nauczycieli do polskiej szkoły. Duże ułatwienie w rozwoju polskiego szkolnictwa przyniosło ogłoszenie Aktu 5 listopada 1916 roku. Już 30 stycznia 1917 roku został powołany Departament Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, który dał dodatkowy impuls do rozwoju polskiego szkolnictwa. Ludność gminy Rzekuń liczyła w tym czasie 3737 mieszkańców. Na terenie gminy funkcjonowało wówczas trzy szkoły publiczne: w Rzekuniu, Borawem i na Stacji Kaczyny oraz pięć szkół prywatnych, utrzymywanych przez rodziców dzieci uczęszczających na zajęcia lekcyjne. W szkołach tych pracowało 8 nauczycieli i były to szkoły o jednym nauczycielu, tzw. jednoklasówki. W szkołach publicznych uczyło się 156 uczniów, w tym 60 dziewcząt, a w szkołach prywatnych uczyło się 219 uczniów, w tym 105 dziewcząt. Ogółem w gminie pobierało naukę 375 uczniów, co przypadało 100 uczniów na 1000 mieszkańców. W skali kraju oświata w Rzekuniu była zapóźniona. Do szkół w gminie Rzekuń uczęszczało 372 dzieci wyznania rzymsko-katolickiego, dwoje prawosławnego i jedno dziecko wyznania żydowskiego.

Skan: Monografia Gminy Rzekuń

Szkoła Powszechna w Rzekuniu

W czasie wojny w Publicznej Szkole Powszechnej w Rzekuniu uczyła dzieci L. Kowalska. Była to szkoła jednoklasowa (o jednym nauczycielu). Po odzyskaniu niepodległości w oparciu o dekret o obowiązku szkolnym z dnia 7 lutego 1919 soku inspektorat okręgowy w Ostrołęce przystąpił do opracowania sieci szkolnej. Zaczynał się nowy etap polskiej oświaty ludowej, tworzący podstawy obowiązkowej powszechnej szkoły. Przy opracowywaniu nowej sieci szkolnej brano pod uwagę zastępujące sprawy: posiadanie lokalu na szkołę i mieszkania dla nauczyciela, dobre drogi dojściowe z pozostałych miejscowości do szkoły, nie przekraczające 3 do 4 kilometrów od siedziby szkoły. W wyniku tych zmian na terenie gminy Rzekuń zaczęło funkcjonować 9 szkół, w których uczyło 17 nauczycieli. Najwięcej nauczycieli przyjechało z Warszawy, ale byli też nauczyciele z Galicji. Byli to ludzie wychowani na patriotycznej literaturze niepodległościowej + duchu miłości do Ojczyzny, a swoją pracę traktowali jak służbę, by zmniejszyć zaniedbania oświatowe polskiej wsi. Wszystkie szkoły miały charakter publiczny, szkoły prywatne przestały już funkcjonować. Tylko dwie szkoły w gminie miały swoje budynki, pozostałe mieściły się w lokalach wynajętych.

1941 r. Rzekuń. Fot: Fotopolska-Eu

Szkoła Podstawowa w Rzekuniu w dalszym ciągu była zlokalizowana w prywatnym budynku zbudowanym przez Adama Mierzejewskiego. Po spaleniu budynku w 1933 roku szkoła została przeniesiona do murowanego, piętrowego budynku Wacława Jakackiego. W Publicznej Szkole Powszechnej w Rzekuniu nauczyciele zmieniali się dość często. Pracowali: L. Kowalska, Janina Komorowska, Maria Cholewicka, po wyjściu za mąż Herbaczewska. Maria Mikicińska, Apolonia Dolińska i kierownik szkoły Henryk Rogowski z małżonką Marią. Mąż Apolonii, Michał Doliński był nauczycielem-instruktorem w szkole zawodowej w Ostrołęce, ale mieszkali w Rzekuniu. Tu zamontował urządzenie (wiatraczek), wytwarzające prąd elektryczny, wykorzystywany do oświetlenia mieszkania. Na owe czasy była to wielka rewelacja techniczna.

Po wydzieleniu placu szkolnego w wyniku przeprowadzonej w 1938 r. komasacji wsi w Rzekuniu, kierownik szkoły Henryk Rogowski wspólnie z rodzicami przystąpił do budowy budynku szkolnego. W budowie szkoły mieli dopomóc marynarze z Gdyni, którzy w ten sposób chcieli uczcić pamięć swoich kolegów marynarzy, poległych w wojnie bolszewickiej w 1920 roku i spoczywających we wspólnej mogile na cmentarzu w Rzekuniu. W celu ułatwienia dowozu materiałów budowlanych na plac szkolny została wybrukowana ulica. Zwieziono odpowiednią ilość kamieni polnych, potrzebnych do budowy fundamentów, ale dalsze prace zostały przerwane przez wybuch wojny w 1939 roku. Po wkroczeniu Niemców przygotowane materiały budowlane zostały wykorzystane do innych celów. Kierownik szkoły rzekuńskiej Henryk Rogowski został zabity przez Niemców w 1944 roku.

Szkoła Podstawowa w Rzekuniu

1957 r. – szkoła „u Jakackich”, nauczyciel Henryk Bobiński z uczniami klasy V. Foto ze zbiorów Anny Nosek.

Jeszcze w czasie działań wojennych, ale już na wolnych terenach gminy trzy nauczycielki: Maria Herbaczewska, Janina Kaliszek i Eugenia Olszewska przystąpiły do zorganizowania szkoły w Rzekuniu. Została ona uruchomiona 15 lutego 1945 roku w prywatnym budynku Wacława Jakackiego. W niedługim czasie przybył do Rzekunia Jan Ogonowski, który został pierwszym kierownikiem szkoły. Do szkoły uczęszczały dzieci ze wsi: Rzekuń, Ławy, Czarnowiec i Susk Nowy. Zgłosiło się 161. uczniów z klas I – V. W 1948 roku kierownikiem szkoły został Wiktor Przybyłowski. Do szkoły w Rzekuniu dołączyły dzieci ze wsi Daniszewo.
W 1949/1950, został zorganizowany dla ludności wsi Rzekuń kurs dla analfabetów[1], a następnie dla mieszkańców Ław i Czarnowca.

W 1950 roku zmarł w wieku 47 lat kierownik szkoły Wiktor Przybyłowski, a na jego miejsce na stanowisko kierownika szkoły została powołana Zdzisława Piasecka. W 1953 roku funkcję kierownika szkoły objął Józef Michalak.
Kierownictwo szkoły i Komitetu Rodzicielskiego rozpoczęło starania aby w czynie społecznym wybudować budynek szkolny. W myśl obowiązujących przepisów, przy tego rodzaju budowie szkół potrzebny był wkład społeczeństwa w kości 30% kosztów budowy. Zorganizowano wiele imprez dochodowych w loterii fantowych, zabaw tanecznych i powoli gromadzono środki finansowe.
[1] – taką szkołę dla analfabetów prowadził również w Czarnowcu Sołtys Julian Borkowski.

Skromny, ale bardzo ważny podpis pod uchwałą GRN, Sołtysa Gierłowskiego z Czarnowca

Dnia 24 lutego 1955 r. na plenarnym posiedzeniu Gminnej Rady Narodowej w Rzekuniu kierownik szkoły pan Józef Michalak wystąpił z wnioskiem budowy nowej szkoły, podkreślając ciężkie warunki lokalowe. Wniosek został przyjęty przez G.R.N. Wniosek odpowiednio umotywowano i wysłano do Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Ostrołęce – tekst uchwały poniżej:

Stanisław Gierłowski (21.01.1908 -24.04.1978) – Sołtys Czarnowca, Przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej w Rzekuniu. Foto z kolekcji Marka Karczewskiego.
W tym budynku „u Jakackich” mieściła się szkoła do 1959 r., obecnie ul. Bema. Foto z 1999 r., z kolekcji Anny Nosek.
W 2023 r. budynek został zburzony.

W 1955 roku Gromadzka Rada Narodowa podjęła ważną uchwałę w sprawie budowy obiektu dla Szkoły Podstawowej w Rzekuniu.
Oto ona: Uchwała nr III (2) 55:
„Gromadzka Rada Narodowa w Rzekuniu na sesji swej 24 II 55 r. postana­wia wystąpić z wnioskiem do Powiatowej Rady Narodowej w Ostrołęce o wstawie­nie do planu budowy Szkoły Podstawowej w Rzekuniu.
Uzasadnienie. Gromadzka Rada Narodowa, Komitet Rodzicielski, jak i całe społeczeństwo zdaję sobie sprawę z trudności lokalowych, jakie ma Szkoła Podsta­wowa w Rzekuniu. Mieści się ona w dwóch prywatnych budynkach, (które) nie są dostosowane do celów wychowania i nauczania dziatwy szkolnej. Sale są małe, klatka schodowa czarna, schody strome zagrażające dzieciom, brak szatni, korytarza, sali gimnastycznej, pomieszczeń na pomoce naukowe, kancelarii. Nie ma nawet kawałka boiska przed budynkiem, na którym dzieci mogłyby zabawić się w czasie przerwy. Społeczeństwo tutejsze pragnie przyjść z pomocą szkole w jej trudnych warunkach i postanowiło wytężyć swe siły, aby zbudować piękny, dostosowany całkowicie do obecnych wymogów budynek szkolny, który by przyciągał dzieci swymi jasnymi, es­tetycznymi, ogrzanymi .salami. Komitet Rodzicielski doszedł do wniosku, że czas już najwyższy, by rozpocząć dzieło budowy szkoły. W miesiącach styczniu i lutym b.r. zorganizowane zostały dwie imprezy dochodowe, które dały przeszło 3 tysiące złotych czystego dochodu na cele rozpoczęcia budowy. W planie Komitetu Rodzicielskiego są przewidziane dalsze imprezy dochodowe, jak przedstawienie, loteria fantowa, majów­ka i inne w celu zebrania jak najwięcej gotówki. Całe społeczeństwo tutejsze popiera poczynania Komitetu Rodzicielskiego. W najbliższym czasie będzie przeprowadzona zbiórka kamienia na budowę fundamentów. Społeczeństwo jest gotowe opodatkować się na rzecz budowy szkoły oraz dać robociznę. Mając na uwadze piękną inicjatywę tut. społeczeństwa w jego imieniu ośmielamy się prosić Prezydium Powiatowej Rady Narodowej o przyjście z pomocą i wstawienie budowy szkoły w Rzekuniu do swoich planów inwestycyjnych.
Niżej pieczęć i podpis

Gierłowski Stanisław

Ofiarność i zapał społeczeństwa gminy Rzekuń oraz jego gotowość do wszelkich działań, by zdobywać środki finansowe na budowę szkoły spowodowały, że w późniejszym terminie została ujęta w planie budowy ty­siąca szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego.
W styczniu 1956 r. Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Ostrołęce zaplanowało budowę szkoły w Rzekuniu w Pięciolatce 1956-1960.
W tym roku szkolnym rodzice opodatkowali się po 50 zł na zakup kamienia pod budowę szkoły. W miesiącach: maj, czerwiec i lipiec zwieziono 48 m3 kamienia.

W październiku 1958 r. Prezydium Powiatowej Rady Narodowej poinformowało, że budowa nowej szkoły wyszła z planu inwestycyjnego na rok 1959, z powodu braku gotówki. Mimo niepowodzeń Komitet Rodzicielski nie zaprzestał działać. Delegacje K.R. wyjeżdżały interweniować do Kuratorium Okręgu Szkolnego Warszawskiego i do Ministerstwa Oświaty. W niedługim czasie sprawa budowy szkoły w Rzekuniu wzięła zupełnie inny obrót. W związku z hasłem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej „1000 szkół pomników na 1000-lecie istnienia Państwa Polskiego” w dniu 28. lutego 1959 r. nadany został komunikat Polskiego Radia, a w dniu 2. marca 1959 r. ukazał się komunikat w Trybunie Ludu (gazecie, M.K.) o budowie Szkoły Pomnika 1000-lecia w Rzekuniu.

Jeszcze przed przeprowadzką do nowego budynku w skład Rady Pedagogicznej w 1957 r. wchodzili: Józef Michalak – kierownik szkoły i nauczyciele: Michalak Janina, Kowalczyk Irena, Stepnowska Krystyna (z Czarnowca, M.K.), Bobiński Henryk i ks. Truskolaski Marian.

1959 r. trwa wznoszenie budynków szkoły. Foto z kolekcji Anny Nosek.

15 lipca 1959 roku odbyło się uroczyste wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę szkoły.
Został sporządzony specjalny Akt i został, odczytany przy licznie zgromadzonej społeczności Rzekunia i okolic.

„Realizując hasło (…) na <1000-lecie istnienia Państwa Polskiego 1000 szkół w czynie społecznym> z inicjatywy Społecznego Komitetu Budowy Szkoły Tysiąclecia przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych przy poparciu społeczeństwa wsi Rzekuń, Czarnowiec, Ławy, Daniszewo, część Suska Starego oraz społeczeństwa całego powiatu ostrołęckiego, biorąc udział w gromadzeniu Społecznego Funduszu Budowy Szkół w dniu 15 lipca 1959 roku kosztem 2 939 000 złotych rozpoczyna się budowę pierwszej Szkoły Pomnika Tysiąclecia imienia generała Józefa Bema w Rzekuniu…

28. sierpnia 1960 roku następuje uroczyste otwarcie szkoły!

W części oficjalnej odbyły się przemówienia oraz odczytanie Aktu Przekazania Szkoły Pomnika 1000-lecia im. gen. Józefa Bema w Rzekuniu.

Treść aktu:
„Społeczny Komitet Budowy Szkoły w dniu 28. sierpnia 1960 r. uroczyście przekazuje do użytku nowo wybudowaną, kompletnie wyposażoną szkołę podstawową oraz salę świetlicową i bibliotekę przeznaczoną dla mieszkańców Rzekunia. Obiekt ten jest Pomnikiem Tysiąclecia, wzniesionym w odpowiedzi na apel PZPR. Szkole nadaje się imię generała Józefa Bema, gorącego patrioty i bohaterskiego dowódcy…”

1960 r. Uroczystość otwarcia szkoły tysiąclatki. Foto z kolekcji Anny Nosek.
1962 r. – klasy VI i VII przed wejściem z nauczycielką Krystyną Stepnowską z Czarnowca. Foto z kolekcji Anny Nosek.

1975 r. uroczystość przekazania Sztandaru. Foto z www szkoły (dostęp 20.05.2025 r.)

SZATANDAR DLA ZBIORCZEJ SZKOŁY GMINNEJ

24 maja 1975 r. Zbiorcza Szkoła Gminna w Rzekuniu otrzymała sztandar, ufundowany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Uroczystość przekazania sztandaru zgromadziła młodzież szkolną, mieszkańców Rzekunia i okolicznych wiosek.

Młodzież szkoły serdecznie wita licznie przybyłych gości z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Akt przekazania Szkole Sztandaru odczytuje płk. Jerzy Szlendak.

"Obiekt ten jest Pomnikiem Tysiąclecia wzniesionym (...) z dobrowolnych składek pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz Społecznego Funduszu Budowy Szkół Tysiąclecia."

Historia Szkoły nie ma końca i początku

Wejście do budynku, widok obecny (2025 r.). Foto z tablicy FB Szkoły Podstawowej w Rzekuniu.

Historia Szkoły Podstawowej w Rzekuniu ma oczywiście swój początek i nie może mieć końca. Dyrekcja, grono pedagogiczne, uczniowie, absolwenci, byli pracownicy, dyrektorzy i członkowie Rad Rodziców – Komitetów Rodzicielskich poświęcili w jej murach wiele dni, miesięcy, lat.
Nawet tacy absolwenci jak ja, który nigdy (w czasach szkolnych) nie cierpiał historii, bo na pewno uczono nas nie tego co powinniśmy wiedzieć; np. o ZSRR, o zbrodniczym CCPP, o kacapach i odwiecznych wrogach Polski i Polaków – ruskiej dziczy, która okupowała nasz kraj od wieków…

Dziś czytając o historii (również mojej, uczęszczałem do niej w latach 1977-1980) szkoły brakuje mi trochę serca w przygotowaniu tak ważnych wątków z przeszłości placówki.
Gdy czyta się krótkie streszczenie o dziejach szkoły na stronie www to chciałoby się powiedzieć – prosimy o więcej!
Indeks historyczny kończy się na 2009 roku, a przecież w kolejnych latach szkoła rozkwitła, rozbudowała się, uczniowie zdobyli zaszczytne tytuły, a byli dyrektorzy szczycą się, że mogli tu pracować. Pamiętamy, że w latach 1999-2019 w tym samym budynku oddanym do użytku w 1960 r. funkcjonowało Gimnazjum, a szkoła została zmodernizowana i rozbudowana.
Gdyby dyrekcja przychyliła się do zainicjowania odkrycia na nowo historii placówki to powstałaby zapewne piękna publikacja – może już na kolejną rocznicę/jubileusz?
Można w tych, wszelakich (jeszcze nieistniejących) indeksach przytoczyć, kto i kiedy był kierownikiem, dyrektorem. Jakie, w którym roku sukcesy odnosiły szkolne chóry, drużyny sportowe, nauczyciele itp.
W okresie 1918-2025 tak dużo się wydarzyło w budynku Szkoły Podstawowej imienia gen. Józefa Bema…

Może w swoim wpisie za dużo się rozmarzyłem, bo zdaję sobie również sprawę, że przytaczanie i wygrzebywanie wielu historycznych kart z naszej jeszcze zapamiętanej przeszłości nie jest łatwe i pochłania setki godzin mrówczej pracy.
Ale może komuś by się chciało czy zachciało i taką historię Szkoły Podstawowej w Rzekuniu by na nowo opracował?
Możliwe, że taka już jest ale wcześniej się tym nie interesowałem.
A może niezmordowana Pani Anna Nosek? Setki jak nie tysiące absolwentów zapewne z chęcią wzięłoby pozycję o historii swojej szkoły do domowej biblioteczki.

Dzięki nieocenionej pracy Pana Jerzego Dziewirskiego – byłego dyrektora szkoły w Rzekuniu, w Jego „Monografii Gminy Rzekuń” można wyszukać wiele informacji o placówce.

To dzięki Jego pracy, dziś przytoczone teksty w powyższym artykule są w zdecydowanej większości Jego autorstwa – „Monografia gminy Rzekuń”.

Jerzy Dziewirski – Dyrektor i autor Monografii Gminy Rzekuń.

Jerzy Dziewirski urodził się w 1931 r. w Ostrołęce, w rodzinie wojskowej (ojciec służył zawodowo w 5 Pułku Ułanów Zasławskich). Jest absolwentem Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Po ukończeniu studiów pracował w Liceum Ogólnokształcącym w Sobolewie, potem w Liceum Pedagogicznym w Ostrołęce i w Zespole Szkół Zawodowych nr 3, w Ostrołęce. Po utworzeniu województwa ostrołęckiego pracował w Kuratorium Oświaty i Wychowania w Ostrołęce. Następnie byt dyrektorem Szkoty Podstawowej w Rzekuniu, ostatnia praca to Zespół Kolegiów Nauczycielskich w Ostrołęce. Jest autorem licznych szkiców i artykułów publicystycznych publikowanych w prasie. oraz w wydawnictwach zbiorowych “Powstanie Styczniowe w Puszczy Zielonej’, „Mieszkańcy województwa ostrołęckiego na regularnych frontach drugiej wojny Światowej”, „Funkcjonowanie tradycji niepodległościowych z okresu powstań narodowych”, “Powstanie kościuszkowskie w symbolach kultury regionu”). Jest współautorem książki „5 Pułk Ułanów Zasławskich i autorem książek: „General Ludwik Kicki bohater nie tylko Ostrołęki”, „Rzekuń i okolice”, “Mała Troszyńska Ojczyzna”, „Goworowo i okolice” oraz „Olszewo-Borki Monografia Gminy”, “Bitwa pod Ostrołęką 26 maja 1831 roku”. W 2009 r. otrzymał doroczną nagrodę starosty ostrołęckiego za szczególne osiągnięcia w upowszechnianiu i ochronie kultury regionalnej.

Na powyższym obrazku z dyrektorem Dziewirskim czytamy jakże aktualne przesłanie (także w 2025 r.):

Kilka ważnych dat z życia szkoły

1999.01.18 – budynek szkoły, widok od ul. Szkolnej. Foto z kolekcji Anny Nosek.

(indeks skopiowany ze szkolnej strony www)
1939 r. – wybuch II Wojny Światowej uniemożliwia planowaną budowę szkoły
1945 r. – powstaje szkoła w kamienicy Wacława Jakackiego
1956 r. – planowana budowa szkoły w pięciolatce 1956-1960 r.
1960 r. – uroczyste otwarcie szkoły „Pomnika 1000 – lecia na 1000 – lecie istnienia Państwa Polskiego”. Nadanie imienia szkole
1975 r. – Zbiorcza Szkoła Gminna otrzymuje sztandar ufundowany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych
1977 r. – funkcje patronackie nad szkołą przejmuje Wojewódzka Komenda Milicji Obywatelskiej w Ostrołęce
1987 r. – została wydana pierwsza szkolna gazetka
1989 r. – Inspektor Oświaty i Wychowania Aniela Smugorzewska otrzymuje Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, a Ewa Jaroń Złoty Krzyż Zasługi, nadany przez Prezydenta Polski
1998 r. – pierwsze w dziejach szkoły prawdziwie demokratyczne wybory do Rady Samorządu Uczniowskiego
1999 r. – przeprowadzamy się do nowego budynku szkoły (nowy budynek przy ul. Nowej, M.K.)
2001 r. – spotkanie przedstawicieli różnych typów samorządów
2009 r. – uroczyste otwarcie hali sportowej oraz przekazanie nowego sztandaru szkoły

Dziś na stronie fejsbukowej Szkoły Podstawowej w Rzekuniu znajdujemy zaproszenie na uroczystości

Skan z informacją, z tablicy FB Szkoły – dostęp 20.05.2025 r.

20.05.2025 r.
„Szanowni Państwo,
Z okazji 107 rocznicy powstania szkoły, 65 rocznicy utworzenia/pobudowania szkoły „Tysiąclatki” oraz 50 rocznicy nadania imienia[2] naszej szkole, pragniemy uczcić to wyjątkowe wydarzenie w sposób szczególny, który podkreśli nasze wspólne wspomnienia, wdzięczność i więź, jaka łączy nas ze szkołą.
Serdecznie zapraszamy do przesyłania kartek z życzeniami jubileuszowymi.
Wasze kartki zostaną zaprezentowane podczas jubileuszowych obchodów oraz umieszczone na tablicy, stronie facebook i stronie internetowej naszej szkoły.
Kartki prosimy przesyłać na adres:
Szkoła Podstawowa im. gen. Józefa Bema w Rzekuniu, ul. Nowa 7, 07-411 Rzekuń
Termin nadsyłania kartek: 26.05.2025
Z góry dziękujemy za każde słowo i gest pamięci.
Razem twórzmy historię naszej szkoły!
Z wyrazami szacunku,
Dyrektor szkoły Ewa Borowska – Sawicka”
[2] – prawdopodobnie chodziło o ufundowanie Sztandaru?

I choć nie ma tu żadnej konkretnej daty, kiedy i gdzie mają się odbyć uroczystości, to warto przytoczyć zaproszenie Pani Dyrektor, bo zapewne nie wszyscy absolwenci korzystają z fejsbuka, a możliwe, że jako sympatycy szkoły chcieliby złożyć życzenia Szkole kolejnych stu lat.

Zachęcam mieszkańców Czarnowca do składania życzeń Szkole Podstawowej w Rzekuniu z okazji pięknego jubileuszu.

I na koniec ciekawostki technologiczne i rowerowe

W roku szkolnym 1949/1950 szkoła została zradiofonizowana. Komitet Rodzicielski zakupił radioodbiornik firmy „Aga” oraz 3 głośniki.

przykładowy wygląd radia AGA RSZ-F

Dnia 10. listopada 1973 r. uczniowie otrzymali rowery. W szkole odbyło się uroczyste wręczenie.

Skan ze strony www szkoły (dostęp 20.05.2025 r.)

Marek Karczewski


Źródła:
– Rzekuń, Monografia gminy – Jerzy Dziewirski
– strona www sprzekun.ddv.pl – dostęp 20.05.2025 r.
– tablica FB Remigiusz Makowiecki
– tablica FB Szkoły Podstawowej w Rzekuniu
– strona www fotopolska.eu
– zdjęcia z kolekcji Anny Nosek

edit: 2025.05.23

Pani Anna Nosek podesłała kilka zdjęć ze zjazdów absolwentów

2000.06.03 I zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek w sukience, w kwiaty. Foto: z kolekcji Anny Nosek.
2000.06.03 I zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek w sukience, w kwiaty. W środku, w czarnej sukience siedzi Pani Krystyna Stepnowska z Czarnowca. Foto: z kolekcji Anny Nosek.
2000.06.03 I zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek w sukience, w kwiaty. W czarnej sukience siedzi Krystyna Stepnowska z Czarnowca. Foto: z kolekcji Anny Nosek.
2016.06.11 II zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek siedzi druga od lewej z czerwoną teczką. Foto: z kolekcji Anny Nosek.



Kolejarze i Stacja Ostrołęka

Tym razem wyjątek. Tym razem nie o samym Czarnowcu. Tym razem nie o rdzennych mieszkańcach Czarnowca.
Jednak sama wieś Czarnowiec jak Rzekuń i Stacja Ostrołęka to przed laty (w XIX i XX wieku) były miejsca bardzo od siebie zależne i ze sobą powiązane.
Wielokrotnie przytaczaliśmy już w naszych artykułach historycznych zdarzenia związane z mieszkańcami Czarnowca, którzy często „żyli z kolei”. Pisaliśmy o rodzinie Złotkowskich, a także innych rodzinach, które utrzymywały się nie tylko z uprawy roli na słabej klasy ziemi, a przede wszystkim z kolejarstwa.

Dziś zaciekawiła mnie historia przybyszy do naszej gminy/parafii rzekuńskiej, którzy możliwe, że pozostawili po sobie potomków stąpających również po ziemi naszej wioski.

Pani Marta Wojciechowska z Myszyńca, od wielu lat znakomicie wyłuskuje pozagrobowe historie, które są publikowane na stronie fejsbukowej pod nazwą HISTORIE W AKTACH ZAPISANE.
Zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników nie korzysta z facebook`a, więc postanowiłem opublikować dziś tę historię.
Czy będzie to wyjątek od reguły? Nie jestem w stanie Państwu odpowiedzieć, bo nie znamy, jak się okazuje jeszcze setek, tysięcy czy milionów historii naszych przodków i nie wiemy co jeszcze wydłubie z akt parafialnych Pani Marta.

Jest to nieoceniona pomoc, która zdecydowanie odsłania, często zapomniane karty z naszej lokalnej historii.

Z tego miejsca chciałbym serdecznie podziękować Pani Marcie za dotychczasowe podsyłanie dziesiątek już aktów urodzeń/chrztów, ślubów, zgonów mieszkańców Czarnowca!
Wspólnie liczymy na więcej.

Osobiście interesuje mnie „wykaz” pochowanych mieszkańców Czarnowca na cmentarzu (starym cmentarzu 1410-1899 red.) – naprzeciwko kościoła w Rzekuniu. Chodzi o to miejsce gdzie stał „Ludaszek”, a teraz w tym miejscu został urządzony trawnik.

Marek Karczewski

Dziś artykuł Pani Marty Wojciechowskiej, którego treści opublikowane również na naszej stronie, może dotrą w szerszy sposób do potomków wspominanej rodziny.
Oryginał na FB


Foto 2025: Marta Wojciechowska

W pobliżu zabytkowej kaplicy na cmentarzu w Rzekuniu znajduje się nagrobek rodziny Kozdajewskich. Spoczywają pod nim małżonkowie Roman i Jadwiga z Sulińskich oraz ich córeczka Marysia. Imiona i nazwiska małżonków wypisano na pionowej płycie, a dziewczynkę upamiętniono na poziomej, pokruszonej niestety przez upływający czas.

Podczas indeksowania rzekuńskich metryk nauczyłam się już po trochu rozpoznawać nazwiska typowe dla tej parafii i te, które pochodziły „ze świata”. W przypadku rodziny Kozdajewskich byłam niemal pewna, że należą do tej drugiej grupy.

Zaciekawiona, gdzie tym razem zaprowadzą mnie ścieżki poszukiwań zabrałam się za lekturę metryk – najpierw tych spisanych w parafii Rzekuń. Pierwszy ślad rodziny Kozdajewskich znalazłam w księdze urodzeń z 1908 roku. W niej 26 grudnia zapisano akt chrztu Marii Kozdajewskiej córki czterdziestopięcioletniego maszynisty zamieszkałego na Stacji Ostrołęka i jego dziesięć lat młodszej małżonki Jadwigi z Sulińskich. Rodzicami chrzestnymi urodzonej 20 września 1908 roku Marysi zostali Stefan Suliński i Czesława Pawełkiewicz, żona nadkonduktora ze Stacji Ostrołęka. Dziewczynka bardzo krótko była radością swoich rodziców, zmarła trzy miesiące po swoich pierwszych urodzinach 21 grudnia 1909 roku.

Niecały rok po śmierci Marysi 17 listopada 1910 roku Roman i Jadwiga doczekali się narodzin córeczki, której nadali imię Aleksandra. Dziewczynka została ochrzczona 22 kwietnia 1911 roku, a jej rodzicami chrzestnymi byli Antoni i Aleksandra Kozdajewscy. Na marginesie aktu chrztu małej Oli znalazłam adnotację o zawarciu przez nią związku małżeńskiego.

Kolejna córka Kozdajewskich Stanisława przyszła na świat 1 kwietnia 1914 roku. Dziewczynka przeżyła jedynie trzy miesiące, zmarła 5 lipca. Po czterech i pół roku od śmierci Stasi, 7 stycznia 1919 roku rodzina Romana i Jadwigi powiększyła się o Lucjannę Jadwigę. Jej chrzest odbył się w Rzekuniu 17 maja 1919 roku. Ojcem chrzestnym dziewczynki był Zygmunt Chruszczewski, maszynista ze Stacji Ostrołęka.

W 1930 roku Roman Kozdajewski przeszedł na zasłużoną emeryturę otrzymując odprawę emerytalną w wysokości tysiąca złotych.

Dwa lata później 11 lutego 1932 roku emeryt kolejowy ze Stacji Ostrołęka stracił żonę, a jego córki matkę. Zgodnie z aktem zgonu jego żona przyszła na świat w Irkucku z Józefa i Marii z Kilińskich małżonków Sulińskich i przeżyła pięćdziesiąt dziewięć lat.

Udało mi się odnaleźć akt ślubu rodziców Jadwigi, którzy pobrali się 10 lipca 1859 roku w warszawskiej parafii pod wezwaniem św. Jana. Przyszły ojciec Jadwigi pracował wówczas jako urzędnik komunikacji lądowych i wodnych. Starsze siostry przyszłej pani Kozdajewskiej Marianna i Justyna przyszły na świat w Warszawie, odpowiednio w 1860 i 1862 roku. Trafiłam jeszcze na brata sióstr Sulińskich – Józefa Jana, który urodził się w Krasnojarsku na Syberii około 1866 roku. Wygląda na to, że rodzina Józefa i Marii być może w związku z powstaniem styczniowym trafiła na Syberię, gdzie przyszli na świat Józef Jan i Jadwiga, a być może także inne ich rodzeństwo.

Informacja o odprawie emerytalnej Romana Kozdajewskiego
Maszynista: organ Zawodowego Związku Maszynistów Kolejowych R. 11, nr 19/20 z 15 pażdziernika 1930 r
.

Informacja wyjeździe Romana Kozdajewskiego do pracy w Kolei Wschodniochińskiej w czasie wojny rosyjsko – japońskiej
Gazeta Polska : (dawniej Codzienna) nr 53 z 4 marca 1905 r
.

Roman Kozdajewski bardzo krótko pozostał wdowcem, już w następnym roku 5 maja 1933 roku dołączył do zmarłej żony. Z jego aktu zgonu dowiedziałam się, że emeryt kolejowy ze Stacji Ostrołęka przyszedł na świat w Żelechowie powiatu łukowskiego z Antoniego i Aleksandry z Samborskich małżonków Kozdajewskich.

Nie udało mi się odnaleźć ani aktu chrztu Romana, ani aktu ślubu jego rodziców. Trafiłam jedynie na akty chrztu braci Romana : Antoniego i Jana Pawła oraz siostry Stanisławy, którzy przyszli na świat w parafii Radoryż w powiecie łukowskim, obecnie w województwie lubelskim. Rodzice Kozdajewskich Antoni i Aleksandra zmarli w Kielcach. Ich akty zgony sporządzono w tamtejszej parafii katedralnej. Antoni zmarł w 1910 roku, a jego żona dziewiętnaście lat później.

Nie wiem, gdzie i kiedy pobrali się Roman i Jadwiga Kozdajewscy, ani czy mieli inne, starsze niż wymienione w poście, dzieci. Ich nagrobek z rzekuńskiej nekropolii zapisany na niedoskonałej fotografii zaprowadził mnie w miejsca wcześniej zupełnie nieznane.

A to spotkanie było konieczne, aby o nich przypomnieć…

Ps. Serdecznie dziękuję Pani Wioletcie Czaplickiej, bez której życzliwości odwiedziny rzekuńskiego cmentarza nie byłyby możliwe.

Marta Wojciechowska





W Czarnowcu urodziło się trzynaścioro dzieci (aktualizacja)

W Czarnowcu urodziło się trzynaścioro dzieci

Dzięki starym, parafialnym aktom dowiadujemy się dziś, kto urodził się w Czarnowcu na początku dwudziestego wieku.

Jednak sam fakt, że w archiwach państwowych są dostępne akta papierowe nie oznacza, że każdy znajdzie czas czy chęci aby pofatygować się do Łomży, Pułtuska, Warszawy lub innej odległej miejscowości.
Są wśród nas takie osoby, dzięki którym – dzięki Ich ofiarności i mrówczej pracy możemy docierać do coraz głębszych korzeni naszych przodków.
Taką osobą jest zapewne Pani Marta Wojciechowska z Myszyńca, która nie tylko pracuje zawodowo ale w wolnych chwilach, po pracy wyłuskuje i indeksuje na stronie geneteka.pl wszelkie dostępne akta – już w formie cyfrowej.

Dziś podesłała nam listę nazwisk urodzonych (ochrzczonych) dzieci z Czarnowca, w latach 1904-1907 (aktual. 23.04.2025)

Dziś, w 2025 r. w Czarnowcu po ówczesnych nazwiskach pozostała wyłącznie pamięć – za wyjątkiem jednego nazwiska. Z tą niewiedzą pozostawiam Państwa, tych którzy są tu „krzokami” i „ptokami”.

Pokuszę się jedynie o przybliżenie (z pamięci), które rodziny mieszkały tu gdzie teraz mieszka ktoś inny (za wyjątkiem tej jedynej, która mieszka tu od początku XX wieku).
Drobnica – tu gdzie mieszkali Cudni
Galak – później Koziccy
Malinowscy, Gierłowscy, Pałubińscy – teraz Karczewscy
Pałubińscy – Sikorscy
Złotkowscy – Chełstowscy

Dane zdygitalizowane znajdują się m.in. na stronie geneteka.

„Geneteka została stworzona przez Jacka Młochowskiego w 2006 roku, jeszcze przed powstaniem Polskiego Towarzystwa Genealogicznego jako realizacja dwóch pasji. Informatycznej administratora strony polskiego wsparcia CMS-a postnuke i genealogicznej użytkownika nieistniejącego dziś forum na portalu GenPol. Inspiracją był Ogólnopolski Indeks Małżeństw do 1899 r. – projekt Marka Minakowskiego. Inspiracją była potrzeba tworzenia takiej bazy ale pomysł na jej realizację był odmienny, autorski, nie opierający się na założeniach programowych innych osób, o których autor nie miał żadnej wiedzy.”
więcej o bazie ->

SKANOTEKA – Czarnowiec
SKANOTEKA – Rzekuń

Pani Marto – dziękuję serdecznie
Marek Karczewski




„Miesiącami nie spojrzałam na glinę…” Nowe fakty o Ludwice Wyszomirskiej

Personalną teczkę studentki Ludwiki Wyszomirskiej przeanalizowaliśmy niedawno w archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Kryje ona nieznane wcześniej fakty z życia powstanki warszawskiej pochodzącej z Czarnowca.

Zanim odkryjemy te fakty, przypomnijmy w skrócie co o niej wiadomo.

  • Ukończyła ostrołęckie gimnazjum w 1936 roku. Chodziła do klasy z późniejszymi żołnierzami Armii Krajowej – Norbertem Adamowiczem i Witoldem Popiołkiem. Popiołek zapamiętał, że była dowożona do szkoły bryczką.
    LINK DO ARTYKUŁU
  • Miała siostrę Zofię i dwóch braci – Zygmunta i Jana. Siostra po zamążpójściu wyprowadziła się do Warszawy. Bracia w 1939 roku zostali zmobilizowani i poszli do wojska.
    LINK DO ARTYKUŁU
  • W pierwszych dniach września 1939 roku Ludwika miała wziąć ślub z Zygmuntem Trzaską, dziedzicem z majątku Przeczki (dziś: Borowce). Wojna pokrzyżowała te plany. Narzeczony trafił do niemieckiej niewoli i wojnę spędził w oflagu Murnau pod Garmisch Partenkirchen.
    LINK DO ARTYKUŁU
  • Ludwikę i jej matkę Niemcy wypędzili z dworu w Czarnowcu. Osiedliły się w Warszawie. Prawdopodobnie u Zofii Wyszomirskiej, po mężu Żyłowskiej.
    LINK DO ARTYKUŁU
  • Ludwika brała udział w Powstaniu Warszawskim – jako sanitariuszka batalionu Czata 49. Po upadku powstania udało jej się przedrzeć na prawy brzeg Wisły. Po wojnie studiowała na Akademii Sztuk Pięknych. Wyszła za mąż za Zygmunta Trzaskę, który po wojnie powrócił z Niemiec i odnalazł narzeczoną.
    LINK DO ARTYKUŁU

W archiwum Akademii Sztuk Pięknych zachowała się teczka personalna Ludwiki Wyszomirskiej. Odnalazł ją Marek Karczewski, a niżej podpisany przeanalizował i opracował.

Archiwistów z ASP musiała w jakimś stopniu zainteresować nasza społeczna działalność na rzecz utrwalenia historii Czarnowca i jego mieszkańców. „A wiecie panowie, że w naszych aktach jest inna data urodzenia, niż podajecie na swojej stronie?” – pyta jeden z archiwistów. Jeszcze nie wiemy. Jeszcze do teczki nie zajrzeliśmy. Ale już wiemy, że oni czytali nasze artykuły o rodzinie Wyszomirskich.

O społecznym, niezarobkowym i niezależnym od władz charakterze naszego utrwalania historii wsi informujemy również rektora ASP. Jego magnificencja zwalnia więc nas od opłat licencyjnych i pozwala na opublikowanie pierwszej strony podania Ludwiki o przyjęcie na uczelnię.

„Powstanie warszawskie – i potem znów cholewki!!”

Przejrzeliśmy teczkę Ludwiki Wyszomirskiej w archiwum ASP. Dokumenty ułożone są chronologicznie. Najstarszym jest podanie o przyjęcie na uczelnię z 1946 roku. A w nim życiorys. Kandydatka na studia pisze:

„Nauki pobierałam w Państwowym Gimn. im. kr. St. Leszczyńskiego w Ostrołęce. Po ukończeniu 7 klas, na skutek śmierci ojca i choroby matki przerwałam naukę, aby objąć kierownictwo odziedziczonego po ojcu majątku. W roku 1938 wyjechałam do Wilna, gdzie w grudniu zdałam maturę przy Gimn. Państw. im. Elizy Orzeszkowej jako eksternistka. Wybuch wojny a następnie wysiedlenie dokonane przez Niemców zmienia całkowicie ramy mego życia. Znalazłszy się w Warszawie nauczyłam się cholewkarstwa i przez cały czas okupacji szyjąc cholewki zarabiałam na życie. Powstanie warszawskie – i potem znów cholewki!! Jeśli chodzi o moje zdolności plastyczne – to nie miałam nigdy złudzeń, pracowałam dorywczo, bardzo mię zresztą rzeźba absorbowała – ale jeśli przestałam to miesiącami nie spojrzałam na glinę. Warszawa 30 września 1946 r.”

Pierwsza strona podania Ludwiki Wyszomirskiej z 1946 r., o przyjęcie na studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie | Reprodukcja dokumentu z archiwum ASP opublikowana za zgodą rektora.

Już z tego pierwszego dokumentu wynikają trzy nowe fakty z życia Ludwiki.

  • Wyjazd do Wilna i eksternistyczna matura.
  • Cholewkarstwo jako źródło utrzymania w czasie okupacji. Tu wyjaśnijmy, że cholewkarz/cholewkarka to osoba zajmująca się produkcją albo naprawą cholewek do butów. Produkcja polegała na wykrawaniu, szyciu i modelowaniu cholew. Naprawa zaś na wymianie zamków, pasków, lub zszywaniu. W uproszczeniu: o ile szewcy zajmowali się dolną częścią butów – podeszwami, zelówkami, obcasami, flekami oraz poszyciem części butów bezpośrednio związanych z podeszwami. O tyle cholewkarstwo, zwane również kamasznictwem było rzemiosłem skupiającym się na wysokich butach, a konkretnie ich częściach od kostki w górę. W praktyce często te specjalności przenikały się.
  • Wywód z ostatniego zdania życiorysu jest dość niezrozumiały, ale można z niego wnioskować, że przed podjęciem studiów na ASP Ludwika pasjami rzeźbiła w glinie. Zresztą w rubryce podania zatytułowanej „dotychczasowe studia artystyczne” wpisała „samouk”.

W tym pierwszym podaniu na studia z 1946 roku Ludwika podaje datę urodzenia 26 sierpnia 1918 roku. Dotychczas jako datę urodzenia sanitariuszki „Xeni” podawaliśmy tu 26 sierpnia 1916 roku – za biogramem opublikowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Sprawę daty urodzenia omówimy jeszcze później, jako że w dokumentach pojawia się… jeszcze inna data, różna od dwóch tu przytoczonych.

Idźmy dalej. Kandydatka Wyszomirska nie przedstawiła władzom uczelni swojego świadectwa maturalnego. Spłonęło ono w czasie Powstania Warszawskiego. W teczce znajdujemy za to oświadczenie dwojga świadków – mieszkańców Warszawy Jana Niżnikowskiego i Cezarii Iljin -, którzy potwierdzili „pod skutkami odpowiedzialności sądowo-karnej”, że Ludwika zdała maturę i uzyskała Świadectwo Dojrzałości. To oświadczenie świadków zostało potwierdzone przez notariusza Stanisława Pliszczyńskiego.

Urzędnik pisze „Wyszkuf”

Załącznikiem, jaki do podania przedstawia kandydatka na studia, jest dokument o zaskakującym tytule… „zaświadczenie lojalności”, wystawione przez Starostwo Grodzkie w Warszawie.

„Starostwo Grodzkie stwierdza na podstawie przeprowadzonego dochodzenia, że ob. Wyszomirska Ludwika, córka Romana i Marii, urodz. 25[sic! – przyp. JP].8.1918, Kręgi gm. Wyszkuf [sic! sic! – przyp. JP] zam. w Warszawie, ul. Inżynierska 11 m. 10, karana sądownie nie była, jest lojalna wobec Państwa i Narodu Polskiego i nie jest podejrzana i poszukiwana o popełnienie przestępstwa wynikającego z dekretu o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla Zdrajców Narodu Polskiego w brzmieniu ustalonym Obwieszczenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 11 grudnia 1946.

Zaświadczenie niniejsze wydaje się ob. Wyszomirskiej Ludwice celem przedłożenia w Akademii Sztuk Pięknych.

Za starostę grodzkiego podpisał Wrocławski Roman, Kierownik Referatu Porządku Publicznego.

Opłatę kancelaryjną w wysokości zł 49 [dalej pieczęć nieczytelna]”

Tu również krótkie wyjaśnienie co to za dokument. Z jednej strony wygląda na odpowiednik dzisiejszego świadectwa niekaralności. Zauważmy słowa: „karana sądownie nie była”. Ale „zaświadczenie lojalności” nie dotyczy tylko braku sądowego skazania, ale również tego, że nie toczy się wobec niej żadne postępowanie o kolaborację z niemieckim okupantem ani o szmalcownictwo. Czyli w roku 1946 przeszkodą w podjęciu studiów było samo podejrzenie kandydata/kandydatki przez organy ścigania o wyżej wspomniane przestępstwa.

Zwróćmy też uwagę, że w „zaświadczeniu lojalności” znajduje się stwierdzenie, że Ludwika Wyszomirska „jest lojalna wobec Państwa i Narodu Polskiego”. Nie ma wątpliwości, że za życia była lojalna wobec swojej ojczyzny i współrodaków. Choć budzi ciekawość wedle jakich kryteriów starosta grodzki oceniał, że jest się lojalnym. Można zaryzykować stwierdzenie, że (w odróżnieniu od popartych sprawdzeniem w dokumentach – niekaralności i pozostawania poza podejrzeniem) – było to stwierdzenie uznaniowe albo pusta urzędowa formuła. Choć – podkreślmy to jeszcze raz – z życiorysu Ludwiki wynika, że do niej ta formuła z pewnością pasowała.

Podaniu o przyjęcie na studia towarzyszą dwie odbitki tej samej fotografii. Jedna – przyklejona do podania. Druga jest luzem, dzięki czemu możemy przeczytać na odwrocie, że zdjęcie to zostało wykonane w atelier fotograficznym K. Floryańskiej na ulicy Stalowej 15.

Studia u sławy i nestora polskiego rzeźbiarstwa

Tadeusz Breyer, fresk na elewacji jednej z kamienic na ulicy Freta w Warszawie | Źródło zdjęcia: Wikimedia Commons | Olekwarszawiak – Praca własna | CC BY-SA 3.0 pl

Z formularza podania można jeszcze wyczytać, że kandydatka Wyszomirska przedstawiła uczelni trzy swoje rzeźby.

Kolejnym dokumentem jest karta informacyjna już studentki, a nie kandydatki. Wynika z niej, że Ludwika została przyjęta na pierwszy rok do pracowni rzeźby profesora Tadeusza Breyera. Był to wybitny rzeźbiarz okresu międzywojennego, którego jednak większość dorobku artystycznego nie przetrwała wojny. Jednak jedno z jego najbardziej emblematycznych dzieł można podziwiać do dziś na warszawskiej Woli w parku Sowińskiego. Jest to pomnik generała Józefa Sowińskiego.

W karcie informacyjnej studentki profesora Breyera Ludwiki Wyszomirskiej można jeszcze znaleźć informację, że studentka utrzymuje się z własnych zarobków. Musiała też podać czym zajmował się jej ojciec. Romana Wyszomirskiego (nieżyjącego od 1936 roku) odkreślono w rubryce „właściciele i dzierżawcy powyżej 50 ha”. Przypomnijmy, gospodarstwo Romana Wyszomirskiego przed wojną liczyło ok. 70 hektarów.

Pierwszy i drugi semestr w pracowni rzeźby Ludwika Wyszomirska kończy z wynikiem bardzo dobrym, co profesor Tadeusz Breyer potwierdza własnoręcznym podpisem na świadectwie z datą 25 czerwca 1947 roku. Z kolei „egzamin szczegółowy” z rysunku Ludwika zdaje z wynikiem dostatecznym.

„W roku 1948 wyszłam za mąż…”

Drugiego roku studiów Ludwika Wyszomirska nie ukończyła. Przerwała studia, o czym dowiadujemy się z dokumentu datowanego na 1954 rok.

„Warszawa, dn. 28.I.1954 r.
[Odręczny dopisek kogoś z uczelni w lewym górnym rogu] >>Dla Rady Wydz.<<
Do Jego Magnificencji Rektora Akademii Sztuk Plastycznych w Warszawie
Podanie Ludwiki Wyszomirskiej-Trzaskowej, zam. w Warszawie, ul. Śmiała [tu numer budynku i mieszkania – przyp. JP]. Nawiązując do ustnej rozmowy z Ob. Dziekanem Wydziału Rzeźby ASP proszę o zaliczenie mnie w poczet słuchaczów II roku Wydziału Rzeźby ASP.
Umotywowanie: w roku 1946 wstąpiłam na Wydział Rzeźby ASP (pracownia prof. Breyera). Pierwszy rok studiów miałam zaliczony z wynikiem b. dobrym. W marcu 1948 r. nastąpiła przerwa w studiach z powodu zamążpójścia i wyjazdu z Warszawy. Obecnie znowu mieszkam w Warszawie i pragnę kontynuować studia.
Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie na II rok studiów. Jednocześnie zobowiązuję się w ciągu bieżącego roku uzupełnić przedmioty wchodzące w zakres programu II roku na Wydziale Rzeźby.
Ludwika Wyszomirska-Trzaska”.

Podaniu o ponowne przyjęcie na studia towarzyszy…

„Życiorys
Urodziłam [się] 25.VIII. 1918 roku we wsi Kręgi, pow. Pułtusk, gmina Somianka. Uczęszczałam do Państwowego Gimnazjum im. Stanisława Leszczyńskiego w Ostrołęce ale będąc w 7mej klasie z powodów rodzinno-bytowych musiałam naukę przerwać. Pracując zarobkowo przygotowywałam się do egzaminu maturalnego, który zdałam w końcu 1938 roku jako eksternistka w Państwowym Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej w Wilnie, uzyskując świadectwo dojrzałości. W roku 1940 wysiedlona przez hitlerowców zamieszkałam w Warszawie, gdzie pracowałam w Instytucie Spraw Społecznych aż do wybuchu powstania. Po wyzwoleniu nadal pracowałam zarobkowo. W roku 1946 wstąpiłam na Wydział Rzeźby ASP.
W roku 1948 wyszłam za mąż i ponieważ mąż pracował na prowincji, przerwałam studia i wyjechałam z Warszawy. W roku 1949 urodziłam syna, w 1950 – córkę, a w 1952 – drugiego syna.
Obecnie mieszkam w Warszawie i mam warunki na kontynuację studiów.
Ludwika Wyszomirska-Trzaska”

Pamiętamy z wcześniejszych opracowań na stronie czarnowiec.pl/historia, że po wojnie Zygmunt Trzaska wrócił z obozu jenieckiego z Niemiec do Polski i w końcu odnalazł narzeczoną. Do tej pory trudno nam było to ponowne spotkanie narzeczonych po wojnie umiejscowić w konkretnym roku.

Dziś na podstawie dokumentów z ASP można oszacować, że Zygmunt odnalazł Ludwikę w 1947 albo 1948 roku. Raczej nie wcześniej. Bo gdyby spotkali się wcześniej Ludwika z pewnością powołałaby Zygmunta na świadka swojego średniego wykształcenia i zdanej matury. Mieli się przecież pobrać w 1939 roku. Zygmunt musiał więc wiedzieć jaką szkołę z jakim świadectwem skończyła jego przyszła małżonka. Narzeczony nie wystąpił jednak w roli świadka przed wstąpieniem Ludwiki na studia. Należy zatem zakładać, że w II połowie 1946 roku Ludwika nie miała jeszcze Zygmunta pod ręką. A skoro wzięli ślub w 1948 roku, to znaczy, że najpóźniej w tym roku udało im się ponownie spotkać po latach rozłąki.

Miejsce pracy, po którym nie ma śladu

W drugim życiorysie Ludwiki Wyszomirskiej, zarchiwizowanym w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie nie ma ani słowa o cholewkarstwie. Ludwika twierdzi za to, że w czasie okupacji pracowała w Instytucie Spraw Społecznych. Fakt ten jest największą zagadką, jaką znaleźliśmy w teczce. I zagadki tej nie udało się nam jak dotąd rozwikłać. Przetrząsnęliśmy biblioteki i archiwa. Zasięgnęliśmy porady u pięciu historyków specjalizujących się w II wojnie światowej i okupacji Polski przez Niemców. Przeglądaliśmy opracowania dotyczące Polskiego Państwa Podziemnego. Nic! Ani słowa o Instytucie Spraw Społecznych.

Owszem, przed wojną była organizacja pozarządowa o tej nazwie. Zajmowała się szeroko rozumianą ochroną pracy. Ale drukowane ślady po tamtym Instytucie urywają się w 1939 roku.

Pamiętajmy, że niemieccy okupanci rozwiązali wszystkie uczelnie i instytucje naukowe w okupowanej Polsce. Jeżeli więc w latach okupacji istniała jakaś organizacja nosząca polską nazwę, a w nazwie tej „instytut”, to albo to była jakaś fasadowo-kolaboracyjna organizacja służąca hitlerowskiej propagandzie, albo była tajną instytucją Polskiego Państwa Podziemnego.

Pierwszą możliwość, w przypadku Ludwiki, wykluczamy. Teoretycznie mogła pracować w jakiejś instytucji założonej przez okupantów. Polskie Państwo Podziemne miało bowiem swój wywiad i kontrwywiad. W niemieckich strukturach okupacyjnych prawie na pewno nie było instytutu o takiej nazwie. Poza tym jeżeli nawet Ludwika byłaby polską szpieżką w jakiejś okupacyjnej instytucji, na pewno w 1954 roku nie przyznałaby się do tego na piśmie. Ludzie związani z Polskim Państwem Podziemnym (zależnym od rządu na uchodźstwie w Londynie) byli w latach stalinizmu prześladowani, więzieni, torturowani, a nawet zabijani.

Na podstawie rozmów z ekspertami, ukuliśmy inną hipotezę. Przedwojenny Instytut Spraw Społecznych mógł w latach okupacji – jako niesformalizowana i niemająca ram organizacyjnych grupa ekspertów – przygotowywać zasady funkcjonowania i odbudowy Polski gdy skończy się wojna. W dodatku nie musiał być związany z Polskim Państwem Podziemnym. Z przedwojennych publikacji ISP wynika, że patrząc w uproszczonych kategoriach „lewica-prawica” można dojść do wniosku, że był to instytut głoszący myśl lewicową – ochronę ludzi pracy przed wyzyskiem, zabezpieczenie socjalne, likwidację bezrobocia itd. Jeżeli tak, to nie strach było się przyznać, że współpracowało się z taką instytucją. Nawet w najmroczniejszych latach stalinizmu.

Ale podkreślmy, to tylko nasza hipoteza. Gdybyśmy wkrótce trafili na jakieś źródła, niezwłocznie zastąpimy domysły faktami.

Tajemnica daty urodzenia

Tymczasem wróćmy do studenckich dokumentów Ludwiki Wyszomirskiej. Zwraca w nich uwagę jeszcze jedna zagadka. Ludwika we własnoręcznie sporządzanych wpisach w tych dokumentach podaje różne daty swego urodzenia.

W podaniu o przyjęcia na studia pisze, że załącza metrykę urodzenia z „26.VIII.1918 r.” Rzeczywiście metryka urodzenia, wystawiona przez parafię rzymskokatolicką w Wyszkowie (w 1946 roku w Wyszkowie była jedna parafia). Na drugiej stronie podania w rubryce „data urodzenia” widnieje odręczny wpis „26.VIII.1918”. Tymczasem w omawianym wyżej „zaświadczeniu lojalności” jako dzień urodzenia Ludwiki Wyszomirskiej widnieje „25.8.1918 r.”. Zważywszy, że „zaświadczenie lojalności” sporządził urzędnik, który o Wyszkowie pisze „Wyszkuf”, można by uznać, że kolejność cyfr była mu tak samo obca, jak ortografia. Ale… data 25 sierpnia, jako dzień urodzenia Ludwiki powtarza się jeszcze w innych dokumentach – na przykład w zaświadczeniu o przyjęciu na studia, wystawionym przez Państwową Komisję Weryfikacyjno-Kwalifikacyjną dla kandydatów do szkół wyższych. Można byłoby to jeszcze złożyć na karb bałaganu w administracji. Często zdarza się tak, że błąd raz wprowadzony w system biurokratyczny system, powiela się i namnaża. I bardzo trudno jest go skorygować. Jednak i ta koncepcja nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością, bo o tym, że urodziła się 25, a nie 26 sierpnia pisze… sama Ludwika. W życiorysie towarzyszącym podaniu o ponowne przyjęcie na studia. Gdy dodać do tego, że Muzeum Powstania Warszawskiego podaje, że sanitariuszka „Xenia” urodziła się 26 sierpnia, ale 1916 roku, to mamy w urzędowym obiegu aż trzy daty urodzenia Ludwiki Wyszomirskiej.

Trudno przesądzić która data jest najprawdziwszą z prawdziwych. Chciałoby się wierzyć tej z metryki urodzenia i chrztu – czyli 26 sierpnia 1918, ale w teczce Ludwiki Wyszomirskiej jest taki galimatias z datami, że naprawdę można się pogubić. Np. profesor Breyer w odręcznie wstawionych datach w świadectwie ukończenia pierwszego roku, pisze że Ludwika była jego studentką w roku akademickim… 1936/37 [w tamtym roku szkolnym Ludwika kończyła gimnazjum w Ostrołęce], po czym wystawia jej ocenę bardzo dobrą z poprawną już datą 25 czerwca 1947 roku. Ech, to artystyczne roztargnienie…

Jednak po prawie osiemdziesięciu latach, poza wyeliminowaniem oczywistych nielogiczności, trudno w sprawie przytaczanych wtedy dat cokolwiek dziś przesądzać.

Metryka wystawiona na probostwie w Wyszkowie

Kościół św. Idziego w Wyszkowie. Widok z 2015 r. | Fot. J. Pawłowski

Pewnie Czytelnicy są już ciekawi czy Ludwika została ponownie przyjęta na studia, czy nie. Ale jeszcze przez chwilę pozostańmy w niepewności. Spróbujmy jeszcze osadzić w historii moment przyjścia na świat Ludwiki Wyszomirskiej.

Zakładając, że urodziła się w sierpniu 1918 roku, to przyszła na świat jako obywatelka Rosji. Państwo polskie, po 123 latach zaborów, odrodziło się oficjalnie 11 listopada 1918 roku.

Metrykę urodzenia i chrztu Ludwiki wystawiła parafia w Wyszkowie, w której została ona ochrzczona 2 września 1918 roku, czyli dwa miesiące przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości.

Ktoś, kto choć raz widział tamte okolice (a zakładamy, że mieszkańcy naszych stron widzieli je wiele razy), gdy czyta lub słyszy słowa „parafia w Wyszkowie”, oczyma wyobraźni widzi biały kościółek na skarpie nad Bugiem, a za nim parterową plebanię przypominającą szlachecki dworek.

To tu, niespełna dwa lata po chrzcie Ludwiki, rozegra się jeden z najbardziej znanych epizodów wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku. To „na probostwie w Wyszkowie” [tak brzmi tytuł noweli Stefana Żeromskiego inspirowanej tamtymi wydarzeniami – przyp. JP] gdy hordy bolszewików podchodzą już pod Warszawę, instaluje się Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski złożony z Feliksa Dzierżyńskiego, Juliana Marchlewskiego i Feliksa Kona. Po wyzwoleniu zaś miasta przez polskie wojsko, kościół i probostwo odwiedza m.in. generał Józef Haller.

To kolejny przykład tego, jak życiorysy dawnych mieszkańców Czarnowca splatają się z wielkimi wydarzeniami historycznymi. W taki właśnie sposób od pięciu lat staramy się ukazywać lokalną historię Czarnowca. Stąd też wziął się tytuł książeczki „Czarnowiec – nasza mała wielka historia” wydanej w 2022 roku.

No dobrze, ale czy Ludwice udało się wrócić na studia, czy nie?

Zanim odpowiemy na to pytanie, prześledźmy treść trzech kolejnych dokumentów znajdujących się w teczce zachowanej w archiwum ASP.

„Wydział Rzeźby. Do Rektoratu A.S.P. (w miejscu). W związku z podaniem ob[ywatelki]. Ludwiki Wyszomirskiej-Trzaska z dn. 28.I.br. doświadczenie wykazało, że 5-letnia przerwa w studiach przekreśla dotychczasowe osiągnięcia w nauce, także przepisy formalne nie zezwalają kontynuować studiów po takiej przerwie bez egzaminu. Dziekan Wydziału Rzeźby A.S.P. A. Jesion”

[Rektorat Akademii Sztuk Pięknych] „W-wa, dn. 8.4.54. Do Dziekanatu Wydziału Rzeźby w/m. W związku ze złożonym podaniem ob.[ywatelki] Wyszomirskiej-Trzaska Ludwiki oraz wnioskiem Ob.[ywatela]. Dziekana Wydz.[iału] Rzeźby, Rektorat zawiadamia, że decyzją z dn.[ia] 8 b[ieżącego] m[iesiąca] potwierdza wniosek Wydziału. O powyższym Dziekanat zechce powiadomić zainteresowaną. Rektor, prof. M. Wnuk.”

[Pismo bez nagłówka.] „Warszawa dn. 10 kwietnia 1954 r. Ob. Ludwika Wyszomirska-Trzaska, ul. Śmiała [tu numer budynku i mieszkania – przyp. JP]. Odpowiadając na podanie Obywatelki w sprawie przyjęcia na II rok studiów Wydziału Rzeźby, Dziekanat zawiadamia, że po pięcioletniej przerwie przepisy nie zezwalają na kontynuowanie studiów bez ponownego egzaminu. Zgodnie więc z decyzją Rektora Obywatelka winna przystąpić do normalnego egzaminu wstępnego, który odbędzie się w lipcu; prace i dokumenty należy złożyć do 20 maja br. Dokładnych informacji w sprawie przyjęcia udziela Sekretariat Studencki od godz. 12-ej do 14-ej. Prof. A Jesion.”

Jest to ostatni z chronologicznie ułożonych dokumentów w teczce studenckiej Ludwiki Wyszomirskiej. Należy więc wnioskować, że 36-letnia wówczas Ludwika nie przystąpiła do egzaminu wstępnego, albo przystąpiła i go nie zdała.


Post scriptum

Archiwalne dokumenty są jak mapa i ogień. Można się w nie wpatrywać godzinami i wielokrotnie. I zawsze, i za każdym razem zobaczy się coś nowego. W dokumentach Ludwiki Wyszomirskiej zwracają uwagę pozornie nieistotne szczegóły, które są jednak fascynującym świadectwem czasów, w których zaistniały.

Dość wspomnieć, że formularz podania o przyjęcie na studia przewiduje przedstawianie „świadectwa moralności”. Należy rozumieć, że to archaiczna nazwa czegoś, co komunistyczne państwo praktykowało jako „zaświadczenie lojalności”. A może nie?

Widać, że rubryka „stan cywilny” dla kandydatów na studia (a po wojnie, która wyrwała prawie sześć lat z normalnych życiorysów Polaków na uczelnie wstępowali stosunkowo starzy kandydaci) przewidywała tylko dwa stany cywilne: kawaler/panna; żonaty/zamężna. Druk nie zakłada, że o przyjęcie na studia mogliby się ubiegać wdowy/wdowcy i rozwódki/rozwodnicy. O ile ta ostatnia możliwość jest łatwa do wytłumaczenia – polskie prawo wprowadziło instytucję rozwodu, jednolitą dla całego kraju, dopiero w 1965 roku; o tyle niemożliwe wydaje się, że rok po wojnie wykluczono z góry z kandydowania na studia osoby, które straciły żonę bądź męża w czasie wojny. Wytłumaczenie może być tylko jedno. ASP w 1946 roku używała jeszcze przedwojennych formularzy. Na co wskazywałoby też to „świadectwo moralności”.

Po dokumentach widać też, że linia pióra profesorskiego różni się od linii pióra kandydatki na studia. Najprawdopodobniej profesor Breyer miał drogie pióro wieczne, kreślące litery piękną nieprzerwaną linią o jednolitym nasyceniu niebieskiego koloru. Z kolei w życiorysach Ludwiki poszczególne fragmenty zdań zaczynają się intensywnym granatem, który stopniowo blaknie, aż na nowo gwałtownie odzyskuje swą intensywność. Widać więc, że Ludwika wiecznego pióra nie miała. Pisała stalówką osadzoną na obsadce, maczaną w kałamarzu.

Tych ulotnych szczegółów w dokumentach Ludwiki są dziesiątki. Ale opowieść o nich to temat na zupełnie inną publikację.

Marek Karczewski [namierzenie, odnalezienie teczki i pierwszy kontakt z Akademią Sztuk Pięknych]

Jacek Pawłowski [analiza dokumentów i opracowanie artykułu]




Film o wójcie gminy Rzekuń

„Stepna – Stara 19 X 1949 r.

„Najukochańszy mój Tatusiu! Piszę do Ciebie, Kochany Tato, te parę słów, przez ten martwy papier. Kiedy mamusia powróciła od paczek z Ostrołęki i powiedziała, że Tatuś jest w więźniu, to Miecia zaczęła wołać, że tatuś idzie do domu, i zaczęła klaskać w rączki, że Tatuś przyniesie „byby i cucu”. I otworzyła sobie drzwi i nic się nie bała, że jest wieczór, tylko szła do Tatusia. Teraz zawsze pisze listy do Tatusia. Kochany Tatusiu! Żyjemy jak możemy, jesteśmy z Łaski Pana Boga zdrowe. Do szkoły staramy się chodzić, chociaż nie tak często, bo musimy pomagać mamusi. Ale staramy się uczyć dobrze, aby Kochany Tatuś cieszył się z nas. Jasia jest w piątym, Reniuś w trzecim, a Wituś w pierwszym oddziale. Chociaż jest urwis taki jak dawniej był. Kochany Władziu, czekamy wszyscy na list od Ciebie, żebyś mógł odpisać jak najprędzej. U nas całą naszą rozrywką jest Miecia, ona wszystkim rządzi, zawsze chodzi i śpiewa, że tatuś przyjdzie. Więcej nie mamy co pisać. Całujemy Cię, mężu i najdroższy nasz tatusiu, niezliczone razy Twoje ręce i nogi i czekamy, kiedy się zobaczymy. Zostań z Bogiem. Co źle napisane, to wybacz, co będzie Ci potrzeba, to napisz. Kochająca Cię żona i dzieci”.

Władysław Stepnowski urodzony 10 marca 1902 r., od 1946 r. zastępca, a od 10 marca 1948 r. wójta gminy Rzekuń.

Komunistyczny Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na sesji wyjazdowej w Ostrołęce 21 listopada 1949 r. skazał Władysława Stepnowskiego na karę śmierci. Mimo braku dowodów na bezpośredni udział w akcjach bojowych Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Wyrok wykonano 13 stycznia 1950 r. w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Komuniści zastosowali wobec Stepnowskich odpowiedzialność zbiorową. Byli aresztowani, skazywani i prześladowani.

Polecam film o wójcie gminy Rzekuń, zrealizowany przez Telewizję Polską w 2023 roku.

Źródło: Fundacja łączka

Marek Karczewski




Zobowiązanie do „nie powrotu”

Kolejny dokument dotyczący historii Czarnowca.

Krok po kroku wzbogacamy nasze internetowe archiwum dokumentów, zdjęć i świadectw z historii Czarnowca. Dziś – ponieważ mamy jeszcze parę nie publikowanych tu jeszcze dokumentów – powracamy do tragicznej historii Wyszomirskich.

Przypomnijmy, to ziemiańska rodzina, właściciele dworu i siedemdziesięciohektarowego gospodarstwa rolnego w Czarnowcu – w latach przed II wojną światową. Cztery lata przed wybuchem wojny umiera Roman Wyszomirski. Jeszcze zanim wybuchnie wojna, wychodzi za mąż Zofia – jedna z dwóch córek Romana i Marii (Maria Wyszomirska – na zdjęciu obok). Z nazwiskiem po mężu – Żyłowska – wyjeżdża i osiedla się w Warszawie.

Troje z rodzeństwa Wyszomirskich walczy z najeźdźcami. Zygmunt uczestniczy w wojnie obronnej 1939 roku. Kończy szlak bojowy na części terytorium Polski zajętej przez Sowietów. Trafia do niewoli. NKWD rozstrzela go w Katyniu, podobnie jak 22 tysiące innych polskich obywateli.

Jan to również uczestnik kampanii wrześniowej, potem żołnierz oddziału Hubala. W czasie okupacji niemieckiej działacz konspiracyjnej Konfederacji Narodu i żołnierz Uderzeniowych Batalionów Kadrowych. Adiutant Bolesława Piaseckiego. Rozstrzelany po politycznym procesie, za działalność antykomunistyczną w Warszawie. Był to mord sądowy.
O podkomendnym z Czarnowca pisaliśmy tu ->
Kilka nowych ustaleń o Janie Wyszomirskim “Wrońskim” tu ->

Ludwika była wojskową sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. Ranna ewakuowała się na prawy brzeg Wisły. Dożyła do końca wojny. Zmarła w latach 70. XX wieku.
Zapraszamy do lektury o Ludwice -> “Xenia” i “Wroński” – rodzeństwo w konspiracji

Matką rodzeństwa była Maria Wyszomirska. Gdy Zygmunt i Jan są w 1939 roku na wojnie, po kapitulacji Ostrołęki dwór i majątek w Czarnowcu zajmują Niemcy. Domowników, a dokładnie dwie domowniczki – matkę Marię i córkę Ludwikę, okupanci wysiedlają. Matka z córką znajdują schronienie w Warszawie u wspomnianej na początku Zofii Żyłowskiej (córki Marii, a siostry Ludwiki). Tam też spędzają cały okres niemieckiej okupacji.

Koniec wojny oznacza nowe porządki. Nie tylko na świecie, ale również w sprawach wewnętrznych Polski. Zależne od Związku Sowieckiego nowe władze wprowadzają dekret o reformie rolnej. W myśl jego przepisów gospodarstwa rolne większe niż pięćdziesiąt hektarów miały zostać rozparcelowane, a ziemia podzielona pomiędzy małorolnych i bezrolnych chłopów. Gospodarstwo Wyszomirskich, w przedwojennym kształcie, miało hektarów siedemdziesiąt.

Maria Wyszomirska i jej córka Zofia Żyłowska, gdy tylko nadarzyła się taka możliwość, wróciły do Czarnowca do domu. Żeby ocalić gospodarstwo przed parcelacją Maria Wyszomirska zrzekła się części lasów wchodzących w skład majątku, W ten sposób jej gospodarstwo skurczyło się poniżej 50 hektarów.
Do lektury o dworze Wyszomirskich zapraszamy tu -> Kim byli Wyszomirscy z Czarnowca – historia w czterech częściach

W czasie gdy Maria i jej córka Zofia podejmowały rozpaczliwe próby ocalenia rodzinnej posiadłości (pożyczyły konia, same pracowały fizycznie) [1], w Ostrołęce instalowała się nowa władza.

Miasto, z którego po ciężkich walkach Sowieci wyparli Niemców, było zniszczone w 55 procentach. Większość ludności władze okupacyjne wysiedliły do okolicznych wsi w gminach: Czerwin, Goworowo, Piski i Troszyn. Armia sowiecka zajęła Ostrołękę we wrześniu 1944 roku, ale przez cztery miesiące nie posuwała się dalej. Po drugiej stronie Narwi znajdowały się wojska niemieckie. Dopiero w lutym 1945 roku ostrołęczanie zaczęli wracać do swojego miasta.

W tym samym czasie działy się rzeczy, które pokazywały jaki będzie kształt nowej, powojennej Polski. 19 stycznia 1945 roku gen. Leopold Okulicki rozwiązał Armię Krajową, czyli siły zbrojne Polskiego Państwa Podziemnego działającego w okresie okupacji. W lutym na konferencji w Jałcie przywódcy ZSRS – Józef Stalin, Wielkiej Brytanii – Winston Churchill i Stanów Zjednoczonych – Franklin Roosevelt uzgodnili nowe granice Polski, kształt nowego rządu – który choć miał zostać politycznie poszerzony, to i tak w większości składał się z komunistów przysłanych przez Moskwę.

Kamienica Ostaszewskich, w której zaraz po wojnie urzędowała milicja i bezpieka. Dziś to róg ulic Bogusławskiego i 11 Listopada.

Nowego porządku politycznego w Polsce miała strzec Armia Czerwona, której oddziały pozostały w Polsce przez następne 48 lat, Ludowe Wojsko Polskie oraz wewnętrzne organy bezpieczeństwa – Milicja Obywatelska i Urząd Bezpieczeństwa. Cywilna bezpieka, będąca de facto policją polityczną, instytucjonalnie i często lokalowo była związana z mundurową milicją. Do samego końca jej dni.
Tak też działo się i w Ostrołęce. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa i siedziba milicji znajdowały się w kamienicy Ostaszewskich, zwanej tak od nazwiska przedwojennych właścicieli.

Nie wszyscy żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego złożyli broń. Część z nich nie podporządkowała się rozkazowi generała Okulickiego i na własną rękę walczyła – teraz z komunistami, którzy zaprowadzali swoje rządy w całej Polsce w jej nowych granicach.

Liczne oddziały niepodległościowego podziemia zbrojnego znajdowały się w powiecie ostrołęckim. Do tego stopnia liczne, że potrafiły – jak w maju 1945 roku – zablokować całe miasto, otoczyć i zablokować komendę milicji i wywieźć z urzędu skarbowego kasę pancerną pełną pieniędzy [2].

Po tym incydencie komunistyczna władza postanowiła pokazać kto rządzi w Ostrołęce. Do miasta skierowano czterdziestoosobową grupę funkcjonariuszy sowieckiej bezpieki, czyli NKWD, a wkrótce przybył specjalny oddział pacyfikacyjny Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

Do pracy w milicji i bezpiece zgłaszali się głównie karierowicze z nizin społecznych. Była to dla nich szansa na szybki awans i poprawę sytuacji materialnej we wszechobecnej powojennej biedzie. W jednym z raportów ostrołęckiego obwodu organizacji Wolność i Niezawisłość można przeczytać, że funkcjonariusze PUBP w Ostrołęce to zwyrodnialcy traktujący jednakowo ludzi i zwierzęta.

Na czele Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Ostrołęce komuniści postawili porucznika Stefana Koca (na zdjęciu obok), który zaraz po nominacji zmienił imię i nazwisko na Stanisław Wasilewski, motywując to względami bezpieczeństwa. We współczesnej publikacji na jego temat jawi się jako karierowicz i niezbyt rozgarnięty megaloman. [3]

To właśnie za czasów komendantury Koca vel. Wasilewskiego do aresztu ostrołęckiej bezpieki trafia Maria Wyszomirska. Niewiele wiadomo w jakich warunkach przebywała, czym ją straszono, szantażowano, bądź w inny sposób dręczono. Wiadomo jaki był efekt jej pobytu w zamknięciu. Jesienią 1945 Maria oraz jej córka Zofia podpisały dokument, na mocy którego zrzekły się prawa własności dworu i pozostałości majątku rolnego w Czarnowcu.

Podpisy Marii i Zofii Wyszomirskich są odręczne, natomiast zobowiązanie zostało napisane na maszynie, co każe domyślać się z dużą dozą prawdopodobieństwa, że zobowiązanie napisał funkcjonariusz, a Wyszomirskie je tylko podpisały.

Przytoczenie tego zobowiązania w oryginalnej pisowni też daje pewien obraz poziomu intelektualnego i znajomości zasad ojczystego języka u ówczesnych komunistycznych strażników porządku publicznego.

Reprodukcję zobowiązania, znajdującego się w zbiorach Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, na potrzeby tej publikacji, pozyskał Marek Karczewski.

„Ostrołęka 4.X.1945 r.

My niżej podpisane, Wyszomirska Marjia oraz moja curka Zyłowska Zofia byłe właścicielki majątku Czarnowiec gm. Rzekuń pow. Ostrołęka, kture na podstawie manifestu P.K.W.N. /o reformie rolnej/ zostaie rozparcelowany. My natomiast obieramy miejsce stałego zamieszkania w pow. Warszawskim woj. Warszawskiego.
Własnoręcznym podpisem zobowiązujemy się do nie powrotu i ścisłego zastosowania się do zobowiązania.”

Tak 4 października zakończyła się historia części Czarnowca należącej do Wyszomirskich zwanego urzędowo Czarnowcem Folwarkiem. Od tamtego czasu dwór i ziemia stały się własnością państwa, czyli niczyją. Dwór przez lata niszczał, aż w końcu, na początku 1979 roku zawalił się. Jego resztki zostały rozebrane w kolejnych dziesięciu latach. Dziś jedynym śladem po nim są stare kasztanowce przy pozostałościach ale wjazdowej i lipy tworzące charakterystyczną altanę.

W pobliżu tych lip znajduje się tablica informacyjna o przedwojennych właścicielach tego kawałka naszej wsi.
Tablica upamiętniająca Dwór Wyszomirskich zamontowana ->

[Opracowanie: Jacek Pawłowski]

Źródła:
[1] Jacek Karczewski, „Śladami Niezłomnych”, Księgarnia „Naszego Dziennika” 2018, str. 18.
[2] Jerzy Kijowski „Dzieje Ostrołęki 1944 – 2000”, Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki, 2002.
[3] Jerzy Kurstak, „Stefan Koc – pierwszy szef PUBP w Ostrołęce”, w: „Głos Niezłomny” Pismo Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. nr 2/2022, str. 12




Pamięć o Katyniu (zdjęcia)

Pamięć o Katyniu (zdjęcia)

To było kolejne spotkanie w ramach projektu „Pamięć o Katyniu w świadomości lokalnej i w kulturze”.

W czwartkowy wieczór odbyło się spotkanie historyczne poświęcone zbrodniom katyńskim. Na zaproszenie sołtysa Marka Karczewskiego przybył do świetlicy w Czarnowcu Pan Jacek Karczewski z Fundacji Splot Pamięci w Ostrołęce. Pan Jacek w bardzo dokładny i obszerny sposób opowiadał o bohaterach, o Ich rodzinach i o wieloletnim zdobywaniu materiałów o zabitych polskich oficerach w Kozielsku, Ostaszkowie, Starobielsku, Katyniu, Miednoje, i Charkowie.

Wideo ze spotkania w Ostrołęckiej Bibliotece Pedagogicznej, w którym Jacek Karczewski wspomina również o spotkaniu w Czarnowcu.

Najbardziej wzruszająca była historia o dziewczynie z balkonu, która siedem lat czekała na swojego ukochanego…

Poza tematem zbrodni katyńskiej – wspominano losy rodziny Wyszomirskich, która w sposób szczególny zapisała się w historii naszej miejscowości. Cała rodzina walczyła o wolność ojczyzny, a Zygmunt Wyszomirski został stracony właśnie w Katyniu.

Poruszono również inne wątki historyczne związane z rodzinami czarnowieckimi. Mówiono o Wyszomirskich, Złotkowskich, Cudnych i ich wojennych, tragicznych losach.

Dziękujemy Panu Jackowi za przygotowanie wystawy i obszerny materiał o Katyniu.
Dziękujemy uczestnikom za udział w spotkaniu.

Spotkanie „Pamięć o Katyniu w świadomości lokalnej i w kulturze” odbyło się w czwartek 23 listopada 2023 r.

Marek Karczewski

Foto: Marek Karczewski, Jacek Pawłowski




17 września 1939 r. Związek Sowiecki zbrojnie zaatakował Polskę

17 września 1939 r. Związek Sowiecki zbrojnie zaatakował Polskę

17 września 1939 r. około godziny czwartej nad ranem Związek Sowiecki zbrojnie zaatakował Polskę. W ten sposób Stalin wywiązał się z sierpniowego, tajnego porozumienia z Hitlerem (pakt Ribbentrop-Mołotow), które przewidywało wspólną agresję na Rzeczpospolitą, zajęcie i podział jej terytorium oraz faktyczną likwidację państwa polskiego. III Rzesza i ZSRS na przestrzeni nieco ponad 2 tygodni zapoczątkowały w ten sposób wybuch II wojny światowej.

foto: ciekawostkihistoryczne.pl

Przed samym atakiem, komisarz spraw zagranicznych ZSRS Wiaczesław Mołotow odczytał ambasadorowi RP w Moskwie Wacławowi Grzybowskiemu krótką notę, w której nie wspominając ani słowem o antypolskiej zmowie Stalina z Hitlerem, za powód wkroczenia wojsk sowieckich do Polski i unieważnienia polsko-sowieckiej umowy o nieagresji podawał „wewnętrzne bankructwo państwa polskiego” i „troskę Rządu Sowieckiego o zamieszkującą terytorium Polski pobratymczą ludność ukraińską i białoruską”.

Armia Czerwona uderzyła na Polskę na całej długości wschodniej granicy II RP (ponad 1400 km). Inwazję poprzedziło szczegółowe wywiadowcze rozpoznanie potencjału militarnego polskich sił wojskowych i przygotowanie zakrojonych na szeroką skalę aresztowań polskiej elity państwowej. Atak został przeprowadzony z ogromną siłą na dwóch frontach. Polakom zacięcie zmagającym się od 1 września z armią III Rzeszy został wbity nóż w plecy. Sytuację dodatkowo pogarszała dyrektywa Naczelnego Wodza marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego o unikaniu walk z jednostkami ACz i wycofywaniu oddziałów WP do Rumunii i na Węgry.

17 września 1939 r. w Polsce rozpoczęła się okupacja sowiecka, która w niedługim czasie doprowadziła do ludobójstwa w Katyniu i masowych deportacji Polaków na wschód. Poza tym ta data to symboliczny początek trwałej utraty Kresów Wschodnich i pozbawienia Rzeczypospolitej niepodległości na kilkadziesiąt następnych lat.
źródło: muzeum1939.pl

W Czarnowcu, w lesie istnieją jeszcze ślady z tamtych lat.

Są jeszcze widoczne, nawet w tej chwili najbardziej, bo wycina się kolejny czarnowiecki las jednocześnie odkrywając ślady historii Drugiej Wojny Światowej.
Na wykonanych w lipcu tego roku zdjęciach widać okopy, transzeje oraz leje po bombach lotniczych.
Z opowieści już nieżyjących mieszkańców wynika, że w tych lasach siedzieli ruskie (Ukraińcy)…

Nieżyjący już mieszkańcy opowiadali również swoje przeżycia jak było podczas okupacji niemieckiej i ruskiej. Jak zachowywali się i jak traktowali Polaków po napaści Niemieccy żołnierze a jak ruskie (Ukraińcy).
Do tych opowieści będziemy jeszcze wracać na łamach naszej strony, w dziale HISTORIA.

Dążymy do tego aby dotrzeć do choć jednego śladu kto i kiedy walczył na tym terenie (ze zdjęć).
Gdyby ktoś z Państwa posiadał wiedzę i materiały świadczące o walkach z II wojny światowej na terenach Czarnowca to serdecznie prosimy o udostępnianie.

Dziś mija 84 lata od napaści sowietów…

Pamiętajmy.

MK

Na poniższej grafice z portalu https://mapy.zabytek.gov.pl/nid/ widać doskonale to miejsce.




1 sierpnia 2023 kawałek historii trafił na płot

1 sierpnia 2023 kawałek historii trafił na płot

1 sierpnia to doskonały moment na powieszenie naszych zdobyczy historycznych.

Z okazji obchodzonej 79. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego postanowiliśmy powiesić wizerunek naszej sanitariuszki i łączniczki, która walczyła o Warszawę i suwerenną Polskę.
Jednak powieszenie jednego zdjęcia z „Ksenią” nie miałoby sensu, bo specjalnie przygotowane zdjęcia wielkoformatowe na jubileusz 610-lecia Czarnowca były wyprodukowane właśnie w tym celu aby je zaprezentować szerszej rzeszy mieszkańców i sympatyków Czarnowca.

Zdjęcia wydrukowano w maju b.r. na podstawie ustaleń trzech mieszkańców Czarnowca: Krzysztofa Chojnowskiego, Marka Karczewskiego i Jacka Pawłowskiego.
O powyższych obrazach opowiadał ze sceny w czerwcu podczas naszego święta Pan Jacek Pawłowski. Można to wszystko zobaczyć i wysłuchać w materiale wideo – tu ->

Czy zdjęcia trafią w gusta mieszkańców i przygodnych przejezdnych?

Podczas prac wtorkowych, środowych i czwartkowych udział wzięli: Marek Karczewski, Piotr Mierzejewski, Paulina Mierzejewska, Kamil Szczubełek oraz chłopcy z klas 6 i 7 Szkoły Podstawowej Nr 3 w Ostrołęce.

Zapraszamy do zatrzymania się i zerknięcia choć przez chwilkę na stary Czarnowiec (zaprezentowany na zdjęciach).

Produkcję zdjęć sfinansowali mieszkańcy Czarnowca, panowie: Przemysław Rykowski i Filip Wilczyński.

Marek Karczewski




79. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego

79rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego

Tadeusz Bór-Komorowski wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie. 79 lat temu, 31 lipca 1944 roku, dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydał komendantowi Okręgu AK Warszawa-Miasto płk. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi” decyzję o rozpoczęciu Powstania 1 sierpnia 1944 roku.

Na mocy rozkazu dowódcy Armii Krajowej, gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” powstanie warszawskie rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 r. o 17.00, tzw. godzinie „W”. Miało na celu wyzwolenie stolicy spod niemieckiej okupacji przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej. Powstańcy chcieli doprowadzić do wyzwolenia Stolicy spod okupacji hitlerowskiej przed przybyciem armii sowieckiej, a tym samym zapewnić Polsce suwerenność po zakończeniu wojny. Oddziały powstańcze, chociaż liczne, ale bez odpowiedniego uzbrojenia stanęły do walki z regularną, w pełni zmilitaryzowaną armią niemiecką.

List 11-letniego ucznia do Powstańca Warszawskiego z 2019 roku.

„Jestem małym chłopcem i dopiero teraz zaczynam uczyć się historii i zdobywać wiedzę na temat Powstania Warszawskiego. Jestem pełen podziwu dla bohaterstwa powstańców i odwagi jaką mieli ci młodzi ludzie. Mam młodszego brata i siostrę i cieszę się, że dzięki Waszemu poświęceniu mogę mieszkać i żyć w wolnym kraju.
(…)
Mam nadzieję, że żadne z następnych pokoleń Polaków już nigdy nie będzie musiało poświęcać swojego życia za Ojczyznę. (…)
P.S. Gratuluję zdobycia Krzyża Virtuti Militari! 🇵🇱
Szkoła Podstawowa Nr 1 w Łomiankach

Skan listu opublikowany na stronie „BohaterON”

Mieszkańcy Czarnowca również bronili Warszawy

W Powstaniu Warszawskim walczyli wszyscy, którzy chcieli żyć w wolnej, suwerennej Polsce!
Znamy historię jednej z mieszkanek Czarnowca – Ludwiki Wyszomirskiej, która była łączniczką i sanitariuszką w czasie powstania.
Ludwika była żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły udział w Powstaniu Warszawskim. Nosiła pseudonim “Ksenia”.
Możliwe, że w tym ważnym dla Polski powstaniu walczyli inni mieszkańcy naszej małej wioski ale o nich na tę chwilę nic nie wiemy. Dla nich wszystkich ważne było aby wypędzić ze stolicy okupantów – Niemców i nie wpuszczenie ruskiej swołoczy!

„Po wybuchu powstania, wieczorem 1 sierpnia przeszła wraz z grupą łączniczek i sanitariuszek Konfederacji Narodu do fabryki Telefunkena na Woli. Tam dostała przydział do służby sanitarnej plutonu “Mieczyki” – oddziału składającego się z 37 szesnasto- osiemnastoletnich chłopców. Pluton ten początkowo pełnił funkcje wartownicze i zabezpieczające, ale w kolejnych dniach powstania został skierowany do bezpośrednich działań bojowych. “Mieczyki” były częścią zgrupowania “Radosław”. Od 8 sierpnia Ludwika Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie porucznika “Piotra” (Zdzisława Zołocińskiego).”
O Kseni z Czarnowca pisaliśmy tu ->

Pisaliśmy również tu ->
oraz tu ->

Pamiętajmy!
Dzięki Nim żyjemy!

Źródło zdjęć: Narodowe Archiwum Cyfrowe

1 sierpnia 2023 r. MK




Skoro dwór zniszczony, ocalmy chociaż drzewa

Gdy ponad czterdzieści lat temu nie doszło do odrestaurowania dworu w Czarnowcu, władze próbowały zachować chociaż pomnikowe drzewa. Częściowo się to udało. Niektóre z nich stoją do dziś.

Przypomnijmy, komunistyczne państwo polskie najpierw doprowadziło do ruiny dwór Wyszomirskich w Czarnowcu. A następnie z ruin chciało go odrestaurować. Ta koncepcja z góry była skazana na niepowodzenie. Przeżarte erozją ściany, przegniłe piwnice i zawalony dach to nie był stan budynku, który pozwalałby na przywrócenie go do stanu sprzed wojny.

Stopniową dekapitalizację dworu oraz obraz jego technicznej zapaści, wyłaniający się z fachowej analizy Lidii Szindler, opisaliśmy w artykule „Czarnowiec nieodbudowany. Jak dwór Wyszomirskich popadał w ruinę”.

Wysiłki na rzecz odbudowy dworu komunistyczna władza podejmowała mniej więcej do przełomu lat 70. i 80. Gdy to się nie udało, zaczęły się próby ocalenia resztek parku podworskiego.

O kolejności tych zdarzeń świadczą dokumenty, w których posiadaniu jesteśmy. Opinia Lidii Szindler o możliwościach odbudowania dworu nosi datę: luty 1980. Oględziny dworu autorka przeprowadziła jesienią 1979 roku.

Tak wyglądały ruiny dworu w Czarnowcu w czasie wizji lokalnej w 1981 roku | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, „Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”

Ostatnio, dzięki wnikliwości i życzliwości Jacka Czaplickiego (miłośnika podróży rowerowych i poszukiwacza cmentarzy z Wielkiej Wojny, w szczególności odtwarzania historycznych dokumentów z 1915 r. Znany jest również z prowadzenia swojego blogu i profilu fejsbukowego „Rowerem wokół Ostrołęki” oraz „Fotki Pijącego” jako Pijący_mleko. Pomaga nam wielokrotnie w wyszperaniu ciekawych materiałów dotyczących Czarnowca) otrzymaliśmy opracowanie grupy specjalistów ze Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów i Techników Rolnictwa dla Biura Badań i Dokumentacji Zabytów w Ostrołęce. Pochodzi ono z 1981 roku, a zostało zatwierdzone przez recenzenta rok później, czyli w 1982 roku. Jest to „Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu” autorstwa Jana Zglińskiego oraz Marii Olszewskiej i Alicji Kalinowskiej.

Pomnikowy kasztanowiec, który w 1981 roku stał od południowej strony ruin dworu. Największe ze zinwentaryzowanych wtedy drzew na terenie podworskim | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”

Autorzy opisali, rozrysowali i sfotografowali park podworski. Posługiwali się materiałami archiwalnymi, wyrysem z mapy ewidencyjnej, prowadzili pomiary taśmą mierniczą na miejscu, wysokość drzew oceniali szacunkowo.

Analiza historyczna jest na kartach „Ewidencji” bardzo oszczędna. Nie ma w niej nic, czego byśmy nie opisali we wcześniejszych publikacjach. Dowiadujemy się, że po wojnie dworem i najbliższym terenem zarządzały na przemian: urząd gminy w Rzekuniu i nadleśnictwo w Ostrołęce.

„W 1978 roku dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce celem przeprowadzenia w nim remontu” – piszą autorzy „Ewidencji”. Jest to nowa, nieznana nam i niepublikowana tu wcześniej okoliczność. Ale logicznie wpisuje się w poczynione wcześniej ustalenia. [W związku z tym został uzupełniony opublikowany wcześniej artykuł „Czarnowiec nieodbudowany…”]

W 1978 roku spółdzielnia mogła jeszcze snuć plany remontu, bo dwór, choć zdekapitalizowany, miał jeszcze dach. W czasie zimy stulecia 1978/79 dach miał zawalić się. Lidia Szindler utrzymuje jednak, że został po cichu rozebrany. Tak czy inaczej, swoją wizję lokalną w Czarnowcu inż. Szindler przeprowadza już w czasie gdy budynek nie ma dachu, a ściany są nasiąknięte wodą. Chociaż we wnioskach ekspertka zaleca – pod pewnymi warunkami – odbudowę dworu, dwór odbudowany nie zostaje.

„W trakcie prac remontowych okazało się, że obiekt ten nie nadaje się, ze względu na słaby stan murów, do renowacji i prace nad jego odrestaurowaniem zostały zaniechane. Obecnie budynek ten jest w stanie całkowitej ruiny” – pisze Zgliński i jego współpracownice, przypomnijmy, w 1981 roku. Chociaż na koniec postulują… odbudowę dworu. Należy wnioskować, że odbudowa to coś innego niż renowacja i polega na zbudowaniu dworu od nowa, bez wykorzystania starych elementów.

Zanim jednak autorzy „Ewidencji” sformułują wnioski, przeprowadzają drobiazgową inwentaryzację przyrodniczo-krajobrazową parku otaczającego dawny dwór.

„Obiekt ma kształt zbliżony do trapezu (…), w którego mniej więcej środku znajdował się dwór, dłuższymi elewacjami skierowany na południe (ku drodze wjazdowej) i na północ.

Zadrzewienie występowały prawie wyłącznie w północno-zachodniej części parku, zaś na pozostałym terenie rosły tylko rzędowo kasztanowce (…) wzdłuż drogi wjazdowej, prowadzącej od szosy Goworowo – Ostrołęka do dworu. Jedyne drzewo, stary okazał kasztanowiec (…) rośnie po lewej stronie drogi wjazdowej na południe od dworu. Należy przypuszczać, że właśnie w tej południowej części obiektu celowo nie wprowadzano zadrzewień, aby nie zasłonić malowniczego krajobrazu, jaki roztaczał się w tym kierunku. Tuż bowiem za granicami z parkiem (od strony południowej) pastwiskami i łąkami, po obydwu stronach szosy do Goworowa rozciągały się (tak jak i obecnie) piękne różnogatunkowe lasy liściaste i iglaste.

W bezpośredniej bliskości dworu (przy zachodnim jego skrzydle) występowała skupina drzew i krzewów (…) z rosnącymi po jej obrzeżu (od strony dworu) sosnami wejmutkami”.

Widok ruin od strony wschodniej. Nad pozostałością ryzalitu wznoszą się korony sosen wejmutek | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”

Sosna wejmutka to gatunek sosny pochodzący z Ameryki Północnej, nieco różniąca się od powszechnej w Europie sosny zwyczajnej. Nazwa wejmutka pochodzi od nazwiska George’a Weymoutha, który pierwszy sprowadził jej nasiona do Europy. (Podobnie jak nazwa daglezja pochodzi od nazwiska Dawida Douglasa. Douglas również kojarzy się z florą Czarnowca, ze względu na dziki łubin rosnący na obrzeżach Lasu Czarnowieckiego).

Dalej autorzy „Ewidencji” następująco opisują stan zachowanego w Czarnowcu parku podworskiego. „Na północny zachód od dworu (…) występuje bardzo ciekawy układ lip rosnących tuż obok siebie w kształcie pierścienia, tworząc wewnątrz kolistą przestrzeń (altanę) o średnicy 3 m.”

Fragment altany lipowej na okładce czarnowieckiej publikacji z 2022 r.

Ta lipowa altana przetrwała do dziś i jest pomnikiem przyrody. Zdjęcie na okładce naszej społecznikowskiej broszury „Czarnowiec. Nasza mała wielka historia” to jeden z pni altany chylący się w kierunku tego malowniczego krajobrazu – linii Lasu Czarnowieckiego na horyzoncie.

Kolejny akapit opisu zachowanego parku brzmi następująco. „Na północ od dworu (przy granicy ze szkółką zadrzewieniową) rośnie skupina drzew (lipy, jeden dąb) i krzewów (śnieguliczka, pjd. [pojedyncza? – domniemanie JP] trzmielina) (…). W północno-zachodniej części parku (za pierścieniowatą grupą lip) występuje trzecia skupina drzew i krzewów (lipy, wiązy, jesiony, modrzewie, grochodrzewy, śnieguliczka, pjd. trzmielina). Wiek rosnących w parku najstarszych drzew wynosi 120-150 lat”.

W czasie inwentaryzacji opisano 67 drzew. Zdecydowane większość miała ponad metr w obwodzie pnia na zwyczajowej wysokości 1,3 m.

Tyle o drzewach i krzewach. Dalej jest o drogach i stawach.

„W południowej części obiektu (na południowy wschód i południowy zachód od dworu) usytuowane zostały dwa niewielkie stawy (…). Poza wymienioną już drogą wjazdową, na terenie obiektu nie występują żadne inne drogi lub aleje i brak jest śladów, jak były one usytuowane. Na pewno jedna z takich dróg lub ścieżek prowadziła od dworu do pierścieniowato usytuowanych lip, tworzących altanę. Prawdopodobnie trasa jej wiodła od południowej elewacji dworu (od wejścia) (…).” Dalej znajdują się przypuszczenia autorów co do możliwego przebiegu innych dróg i ścieżek na terenie parku.

„Nie można także ustalić jak usytuowane były ogrodzenia i bramy, po których nie pozostały żadne ślady”. „W okresie powojennym zostało wykonane ogrodzenie z siatki drucianej”.

Ruiny dworu w Czarnowcu z perspektywy powojennej siatki drucianej | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”

Powierzchnię parku otaczającego zrujnowany dwór autorzy obliczyli na 2,35 ha. W czasie przeprowadzania inwentaryzacji park graniczył ze szkółką zadrzewieniową. Za szkółkę były pola uprawne. W pozostałej części park otaczały łąki i pastwiska. Z budynków, poza ruinami dworu, odnotowano szopę krytą papą o powierzchni 58 m kw., gdzie nadleśnictwo składowało narzędzia potrzebne do pielęgnacji sadzonek w szkółce. Jedynym budynkiem oprócz ruin dworu i szopy na narzędzia była w tej okolicy wtedy leśniczówka. Wszystkie domy, stojące obecnie na terenie podworskim, powstały znacznie później.

Rolę parku w terenie i krajobrazie autorzy przedstawiają następująco. „Obiekt nie spełnia obecnie ważniejszej roli na tym terenie i w otaczającym go krajobrazie. Pomimo jednak, że w bezpośredniej jego bliskości występuje duży kompleks lasów, rosnące tu stare, wysokie drzewa urozmaicają niewątpliwie tutejszy krajobraz. Zaś występujące w parku pomniki przyrody (szczególnie altana lipowa) mają pewną wartość dla celów naukowo-dydaktycznych, a ich usytuowanie przy dość ruchliwej trasie komunikacyjnej może być wykorzystane w ruchu wycieczkowo-turystycznym.”

Widok parku podworskiego wraz z ruinami dworu od strony wschodniej | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”

Wnioski autorzy formułują w czterech zakresach. Przytaczamy je w całości, żeby każdy z Czytelników mógł się indywidualnie i konkretnie zastanowić co udało się z nich spełnić.

Aleja wjazdowa widziana od szosy goworowskiej. Dziś w tym miejscu znajduje się wjazd w ulicę Kasztanową | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”

„Ochrona konserwatorska układu parku

Park przedstawia jeszcze pewną wartość zabytkową i powinien być objęty ochroną pełnioną przez wojewódzkiego konserwatora zabytków. Również, ze względu na występujące tu pomniki przyrody i inne stare drzewa, należy oddać go pod szczególną opiekę wojewódzkiego konserwatora przyrody.

Ekologiczna ochrona parku

Ochrony ekologicznej nie wnioskuje się, gdyż obiekt otoczony jest w zasadzie terenami użytkowanymi rolniczo. Występująca bowiem wzdłuż jego północnej i północno-zachodniej granicy szkółka zadrzewieniowa, administrowana przez Nadleśnictwo Ostrołęka przeznaczona jest do produkcji drzewek na cele zadrzewieniowe i nie jest to stały teren zieleni.

Zmiany dotychczasowego sposobu użytkowania

Należy zlikwidować wypasy bydła, szczególnie nie terenie na północ od alei wjazdowej. Obiekt należy oferować do zagospodarowania i odbudowy dworu – administracji państwowej lub osobie prywatnej. Obiekt nadaje się na cele wypoczynkowe.

Zakres niezbędnej lub pożądanej renowacji

Nie wnioskuje się. Natomiast trzeba koniecznie utrzymać stan dotychczasowy zieleni poprzez pielęgnację drzew i krzewów.

Takie są wnioski z „Ewidencji”. Dla zainteresowanych zamieszczamy ją w pliku pdf.

Omówienie tekstu „Ewidencji”, wybór i opracowanie graficzne zdjęć: Jacek Pawłowski

źródło dokumentu: https://zabytek.pl/pl/obiekty/park-859225/dokumenty/PL.1.9.ZIPOZ.NID_N_14_EN.477614/1?fbclid=IwAR1gg4iGpRboKQU7_N0XMCT2Stto2r1m4sgl5f03m62-AtmQ-4yZ7oK-KYY
Ruiny dworu od strony północnej | Źródło zdjęcia: Jan Zgliński, Maria Olszewska, Alicja Kalinowska, “Ewidencja parku dworskiego w Czarnowcu”



Czarnowiec w słowniku i w przewodniku

Dzieło, bez którego nie znalibyśmy szczegółowo geografii dziewiętnastowiecznych ziem polskich, udało się opublikować dzięki fortelowi wobec carskiej cenzury. Na stronie tytułowej dzieła wydanego w 1880 roku widnieją następujące słowa: „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”.

Autorzy wychodzili ze słusznego założenia, że gdy zechcą opublikować usystematyzowaną wiedzę geograficzną o Królestwie Polskim, rosyjska cenzura powie im stanowcze „niet”. Wszak i Polacy, i zaborcy mieli jeszcze świeżo w pamięci powstanie styczniowe. Ale gdy twórcy „Słownika” zaproponowali rosyjskim cenzorom, że w dziele znajdą się również „inne kraje słowiańskie”, uzyskali zgodę. „Dozwolieno cenzuroju”. Było to w grudniu 1879 roku.

Projekt graficzny strony tytułowej odzwierciedla prawdziwe intencje autorów. „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego…” zapisano rzucającą się w oczy czcionką. Druga część tytułu „…i innych krajów słowiańskich” – już wyraźnie mniejszym stopniem pisma.

„Słownik” – historia jego powstawania, ludzie którzy przy nim pracowali i jego znaczenie dla polskiej historii i geografii – to temat na osobną, pasjonującą opowieść. Na przykład, wśród ok. 150 współautorów wpisów w „Słowniku” znajduje się Ludwik Krzywicki. To spod jego pióra wyszły opisy wielu miejscowości na Kurpiach.

W słowniku znajduje się oczywiście wpis o Czarnowcu, choć już nie autorstwa Krzywickiego. Z inicjałów widniejących w zakończeniu czarnowieckiej notki, można wnioskować, że jednym z jej autorów był współredaktor „Słownika” Bronisław Chlebowski – profesor literatury i encyklopedysta. Kto jeszcze – trudno z inicjałów rozczytać. Może ktoś z Czytelników pomoże. Wygląda to tak, jak poniżej.

Nota o Czarnowcu ze „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego”. Dlatego na początku jest tylko Cz., ponieważ wcześniej były wymieniane inne polskie wsie o tej samej nazwie, lecz leżące gdzie indziej.

W notce o Czarnowcu zapisano, że jest to wieś i folwark w powiecie ostrołęckim. W roku 1827 (wtedy powstała „Tabella miast, wsi i osad Królestwa Polskiego”, sporządzona po spisie ludności i domów z lat 1824-1826 – przyp. JP) było w Czarnowcu dziesięć domów i 83 mieszkańców. Z kolei w okresie powstawania informacji do „Słownika” w Czarnowcu było 14 domów i 136 mieszkańców, 1435 mórg ziemi dworskiej i 28 mórg ziemi włościańskiej. Połowę obszaru dworskiego zajmują lasy. Osad włościańskich było 20 – taka informacja znajduje się w „Słowniku”. Jak to się ma do 14 domów – nie sposób rozstrzygnąć.

„Słownik” jest dziełem typowo tekstowym. Obiekty geograficzne ułożone są w kolejności alfabetycznej. Nie zawiera map. „Uważaliśmy i uważamy dopełnienie 'Słownika’ obszernym atlasem z kilkunastu mapp złożonym a przedstawiającym te ziemie , o których dzieło wspomina. Lecz wstrzymaliśmy się z tym zamiarem przez wzgląd na znaczne koszta. 'Słownik’ z takim atlasem byłby dwa razy droższy niż jest dzisiaj i w takim razie ceną swą odstraszyłby może publiczność czytającą, to jest chybiłby swego przeznaczenia” – usprawiedliwiają się autorzy.

Musimy więc polegać na powyższym opisie tekstowym Czarnowca. To osadźmy go jeszcze w kontekście sąsiednich wsi. Na przykład takie Borawe (tuż przed 1880 rokiem) liczyło 467 mieszkańców, czyli było prawie cztery razy ludniejsze niż Czarnowiec. Dla Daniszewa dane dostępne są tylko z 1827 r. i wynika z nich, że było tam cztery domy i 71 mieszkańców. W Dzbeninie również w 1827 roku było 9 domów i 86 mieszkańców. Jak oni się tam mieścili?! W Drwęczy – 22 domy i 168 mieszkańców. W Kaczynach-Tobolicach (bo tak się wówczas nazywała wieś), w 1827 r. – 8 domów, 32 mieszkańców. A ok. 1880 r. – 182 mieszkańców. Danych o liczbie domów brak. Zapieczne w 1827 r. – 12 domów, 92 mieszkańców.

Ornament zdobiący stronę tytułową jednego z rozdziałów "Przewodnika"
Ornament zdobiący stronę tytułową jednego z rozdziałów „Przewodnika”. Tu w znacznym powiększeniu

Jest jeszcze inne wydawnictwo, w hasłowy sposób traktujące o Czarnowcu. To „Przewodnik po Królestwie Polskiem” opracowany przez Antoniego Bobińskiego i Józefa Michała Bazewicza z 1901 roku. Na stronie tytułowej znajduje się informacja, iż to „spis alfabetyczny: miast , osad, wsi, kolonii, folwarków i wszelkich miejscowości, jakąkolwiek nazwę noszących”. Zatem wg „Przewodnika” nazwę Czarnowiec nosi wieś i folwark w guberni łomżyńskiej, powiecie ostrołęckim, gminie i parafii Rzekuń. Poczta i telegraf dla Czarnowca znajdowała się wtedy w Ostrołęce. Okręg sądowy (gminny lub sądu pokoju) również w Ostrołęce. „Najbliższa stacya kolejowa” takoż w Ostrołęce. Przewodnik odnotowuje jeszcze odległości Czarnowca od miasta powiatowego, od poczty i telegrafu oraz od stacji kolejowej. Zatem z Czarnowca do poczty w mieście powiatowym Ostrołęce trzeba przemierzyć siedem wiorst (ok. 7,5 km, dość daleko, nawet jak na plac Bema, gdzie wtedy mieściła się poczta, ale należy pamiętać, że wtedy układ dróg w Ostrołęce i sąsiednich wsiach był nieco inny niż dziś), a do stacji kolejowej w Ostrołęce – dwie wiorsty.

Dodajmy jeszcze, że ówczesny powiat ostrołęcki składał się z miasta Ostrołęki (niecałe 9 tys. mieszkańców) oraz gmin: Czerwin, Dylewo, Goworowo, Myszyniec, Nakły, Nasiadki, Ostrołęka, Piski, Rzekuń, Szczawin, Troszyn, Wach.

Jacek Pawłowski

Zdjęcie główne to ornament zdobiący stronę tytułową jednego z rozdziałów „Przewodnika”. Tu w znacznym powiększeniu.

Zdjęcie strony tytułowej Słownika.
Zdjęcie strony tytułowej Przewodnika.



„Xenia” i „Wroński” – rodzeństwo w konspiracji

Kolejna publikacja, do której udało nam się dotrzeć. I kolejne fakty historyczne, w których uczestniczyli, lub współtworzyli je, Wyszomirscy z Czarnowca.

„Konfederacja Narodu w Warszawie” to wydana w 1999 przez PAX monografia tego ugrupowania, autorstwa Zofii Kobylańskiej. Odnajdujemy w niej opisy wojennych losów Ludwiki Wyszomirskiej „Kseni” i Jana Wyszomirskiego „Wrońskiego”.

Powoli docieramy do różnych źródeł. Kiedyś przyjdzie pora na scalenie tej opowieści. Na razie przypomnijmy, że:

Najobszerniej, jak dotychczas, dzieje rodziny Wyszomirskich udało się nam opisać w publikacji: „Czarnowiec i Wyszomirscy – historia w czterech częściach”.

Uzupełnienie informacji o Janie Wyszomirskim „Wrońskim” znalazło się w artykule „Kilka nowych informacji o Janie Wyszomirskim 'Wrońskim'”.

Powojenne, powolne podupadanie dworu Wyszomirskich, z którego najpierw naziści, a potem komuniści, wypędzili właścicieli, opisaliśmy w tekście „Czarnowiec nieodbudowany. Jak dwór Wyszomirskich popadał w ruinę”.

Okładka omawianej w tym artykule książki z sygnaturą Biblioteki Publicznej M. St. Warszawy

We wspomnianej na wstępie i widocznej obok książce Kobylańskiej znalazło się kilka wzmianek o Ludwice i o Janie. Oboje należeli do Konfederacji Narodu – konspiracyjnego ugrupowania początkowo konkurencyjnego wobec Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej; ostatecznie połączonego z AK.

Jan Wyszomirski był adiutantem komendanta Konfederacji Narodu Bolesława Piaseckiego. Znał go jeszcze ze studiów. Szczegóły połączenia Konfederacji Narodu z Armią Krajową, określał rozkaz komendanta Głównego AK Tadeusza „Bora” Komorowskiego. Jednym z tych szczegółów był awans dla Jana Wyszomirskiego. „Bór” nadał podchorążemu „Wrońskiemu” stopień podporucznika. Rozkaz nr L.105/BP nosi datę 17 sierpnia 1943 roku.

Na kolejnych kartach książki znajdujemy opis jednej z akcji Konfederacji Narodu, mających na celu zdobycie pieniędzy na broń, wyżywienie i inne wydatki niezbędne w prowadzeniu wojny partyzanckiej. Na początku 1943 roku administrator niemieckiego majątku położonego 12 km od Tarnowa poinformował Konfederację, że Niemcy trzymają tam sporą gotówkę. Pięciu konspiratorów Konfederacji, wśród nich 'Wroński’ pojechało pod Tarnów, aby zabrać wrogowi pieniądze. „Była to akcja o tyle bojowa, że musieli przejechać prawie przez całą Polskę, omijając liczne wówczas łapanki i rewizje. Jechali pociągiem. Przyjechali w nocy i musieli działać tak szybko, by zdążyć z powrotem na pociąg. (…) Zanim przystąpili do akcji, trzeba było poprzecinać druty telefoniczne, ponieważ w pobliżu był posterunek żandarmerii niemieckiej, która łatwo mogła ich zaskoczyć. Administrator zaprowadził ich do stodoły, gdzie Niemcy zakopali skrzynki z pieniędzmi i biżuterią. Cały ten skarb załadowali do waliz i szybko opuścili majątek. Walizy były tak ciężkie, że trzeba było je nieść po dwóch. Wracali dwiema drogami. Jedni pojechali przez Radom, inni przez Częstochowę. Po powrocie przekazali Bolesławowi Piaseckiemu cały ten majątek. Były tam dolary, które sprzedawano przez waluciarzy. Najwięcej pieniędzy z tej sprzedaży poszło na zakup broni i na wydawnictwa”. Opis tej akcji Kobylańska przytacza na podstawie wspomnień Stanisława Briesemeistera.

Kolejna akcja, w której brał udział Jan Wyszomirski polegała na zdobyciu… lisów. A dokładnie wyprawionych skór lisich, których kobiety używały jako eleganckich dodatków do odzieży zimowej. Lisia etola na kobiecej szyi była wyznacznikiem elegancji i luksusu. Dziś wyprawiony lis kosztuje od stu do kilkuset złotych. Ale wtedy lisy były bardzo drogie. Kosztowały 10.000-12.000 złotych, podczas gdy dobra, ponadprzeciętna pensja Polaka w Generalnym Gubernatorstwie wynosiła złotych 300.

W kwietniu 1943 roku do siedziby niemieckiej centrali rolnej (Landwirtschaftliche Zentralstelle) przy śródmiejskiej ulicy Moniuszki, Niemcy mieli przywieźć – jak ustalił wywiad Konfederacji Narodu – około trzystu lisów z ZSRR. Ostatecznie przywieziono ich ponad tysiąc. Konfederacja wspólnie z Szarymi Szeregami zamierzała przejąć ten cenny towar. Po wcześniejszym rozpoznaniu siedziby Centrali Rolnej, ustaleniu rozkładu pomieszczeń, grupa bojowa przystąpiła do akcji. W grupie był również „Wroński”, czyli Jan Wyszomirski z Czarnowca.

Gdy weszli grupą do lokalu, „’Wroński’ z miejsca wyłączył centralkę telefoniczną. (…) Gdy wszyscy byli już na górze, 'Bruno’ [Stefan Lipiński – przyp. JP] zwrócił się do urzędników z wezwaniemo zachowanie spokoju. Zrewidowano ich, potem polecono im otworzyć magazyny, a następnie zamknięto wszystkich w ciemnym pokoju. Urzędników było dziesięciu. Powiedziano im, by siedzieli spokojnie, bo po zakończeniu akcji zostanie powiadomiona policja, która otworzy pokój i wypuści ich. Lisy wisiały na stelażach, było bardzo trudno je pakować, ponieważ było ich o wiele więcej, niż przewidywano.”

Akcja nie obyła się bez niespodziewanych przeszkód, ale dzięki opanowaniu uczestników akcji i swoistej brawurze, przejęcie lisów zostało zakończone sukcesem. Gdy w biurze niespodziewanie pojawiło się dwóch przypadkowych intruzów, zostali zamknięci razem z urzędnikami. Załadunek lisów do furgonetki odbywał się na oczach dwóch niemieckich żandarmów, którzy nie podejrzewając niczego, spokojnie obserwowali tę czynność. Mało tego! Dowódca akcji, swoją nienaganną niemczyzną, nakłonił do pomocy przy załadunku niemieckiego żołnierza, który był trzecim przypadkowym intruzem, jaki pojawił się wcześniej w biurze. Akcja była również swego rodzaju demonstracją siły polskiego państwa podziemnego. Dowódca zostawił w biurze kartkę z oświadczeniem, że lisy zostały zarekwirowane w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej.

Zabrane Niemcom lisy zostały podzielone na mniejsze partie i rozproszone po Warszawie i okolicach. Trzeba było sprzedawać je ostrożnie, po wywabieniu oznaczeń. Bo gdy Niemcy odkryli stratę, nakazali wszystkim kuśnierzom zawiadamiać władze o każdej ofercie sprzedaży lisów. Ponieważ towar trudno było upłynnić, akcja nie przyniosła Konfederacji takich dochodów, jakich wcześniej się spodziewano.

W książce „Konfederacja Narodu w Warszawie”, podobnie jak we wcześniej przytaczanych „Wspomnieniach sanitariuszki”, Kobylańska szczegółowo opisuje akcję odbicia więźniów z gestapowskiego więzienia na ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie. Ponieważ opis jest podobny do „Wspomnień sanitariuszki”, nie będziemy go tu powtarzać. Poza tym, że w „Konfederacji Narodu w Warszawie” znajdują się dwa interesujące (przytoczone za pamiętnikiem Wojciecha Kętrzyńskiego „Wołkowyskiego” i za wspomnieniami Michała Pankowskiego „Wiłkosza”) spostrzeżenia.

Pierwsze dotyczy ucharakteryzowania grupy osłonowej, przebranej za cywilnych agentów Gestapo, w składzie której znajdował się podchorąży Wyszomirski z Czarnowca. „Reszta ekipy: 'Wroński’ [czyli Wyszomirski – przyp. JP], 'Lisbor’ i 'Wirecki’ odpowiednio ubrani i ucharakteryzowani, wyglądali na zawodowych łotrów i zabijaków”.

Druga refleksja dotyczy wielkiej radości i, powodowanego chyba nią, braku ostrożności przy zdawaniu broni po udanej akcji.

Tu z kolei Pankowski pisze: „O oznaczonej porze znalazłem się na miejscu. Przyszli koledzy: 'Romanowski’, 'Lisbor’, 'Wirecki’, 'Wroński’. Promienieli radością. Ze szczęścia zapomnieli nawet o tym, że to czas okupacji i trzeba zachować ostrożność. Nie zważając na ruch, jaki panował na ulicy, wyjmowali kolejno pistolety i podawali mi, aby znów wróciły do właściwych rąk.”

Kolejny fragment, w którym wspomniany został Jan Wyszomirski, dotyczy przygotowań do wymarszu Uderzeniowych Batalionów Kadrowych (było to zbrojne ramię Konfederacji Narodu – o czym wspominaliśmy w poprzednich publikacjach) na wschodnie tereny dawnej Rzeczpospolitej. „Pod koniec sierpnia i we wrześniu [1942 r.] wysłano patrole, które miały rozpoznać: stosunki polityczne, ekonomiczne, żywnościowe, jakość i zakres działalności czerwonej partyzantki, zachowanie się polskiej społeczności , charakter i działalność obsady niemieckiej. Na teren Polesia miały wyjechać trzy patrole. (…) Na czele akcji komendant KN postawił Stefana Lipińskiego 'Brunona’, oraz Jana Wyszomirskiego 'Wrońskiego’ i Jana Łapińskiego 'Wireckiego'”.

Natomiast już w czasie wymarszu oddziałów bojowych UBK na wschód, „Wroński” w dramatycznych okolicznościach musiał przejąć dowodzenie jedną z kompanii. Jej poprzedni dowódca 'Lisbor’, został aresztowany przez Niemców. „Wyznaczony na jego miejsce 'Wroński’ musiał przejmować kompanię dopiero w drodze” – dowiadujemy się z omawianej tu książki.

Rozproszone po różnych źródłach fragmenty dotyczące podchorążego, a później podporucznika z Czarnowca, świadczą o jednym. Jan Wyszomirski, był jednym z najbardziej zaufanych ludzi komendanta Konfederacji Narodu. Zaważyła na tym zapewne znajomość z czasu studiów, ale również to, że Wyszomirski niezawodnie wywiązywał się z powierzanych mu, nawet najtrudniejszych, zadań.

W książce Zofii Kobylańskiej „Konfederacja Narodu w Warszawie”, znajdują się również, choć w mniejszej liczbie i objętości, fragmenty poświęcone Ludwice Wyszomirskiej „Xeni”, siostrze Jana, również pochodzącej z Czarnowca, również należącej do Konfederacji Narodu.

Około dwustu członków Konfederacji Narodu walczyło Powstaniu Warszawskim. „Ksenia” była jedną z trzech sanitariuszek plutonu „Mieczyki”, w skład którego wchodzili chłopcy z Młodzieży Nowej Polski. Mówiąc dzisiejszym językiem powiedzielibyśmy, że była to młodzieżówka Konfederacji Narodu.

Tu ciekawostka na marginesie. Kobylańska przestawia sanitariuszkę z Czarnowca jako Ludwikę Wyszomirską-Trzaskę. Choć, jak pisaliśmy wcześniej, Wyszomirska wyszła za mąż za Zygmunta Trzaskę dopiero po wojnie, gdy jej narzeczony wrócił z wojennej niewoli w Murnau w powiecie Garmisch-Partnenkirchen.

W pierwszych dniach powstania „Mieczyki” pełniły głównie służbę wartowniczą. Ale już 5 sierpnia pluton otrzymał rozkaz obsadzania rogu ulic Karolkowej i Wolskiej. Tam młodzi żołnierze dostali się pod huraganowy ogień artyleryjski. Następnie, wraz z batalionem „Czata”, w skład którego wchodził ich pluton, wzięli udział w natarciu na ulicę Płocką. Batalion poniósł wtedy duże straty. „W czasie tej walki odznaczyła się sanitariuszka 'Xenia’, która pod ogniem nieprzyjaciela opatrzyła wielu rannych” – czytamy na kartach książki.

Dalszy szlak powstańczy „Mieczyków” i losy Ludwiki Wyszomirskiej opisaliśmy już wcześniej.

W przygotowaniu jest następna nasza „czarnowiecka” publikacja. Opracowana na podstawie kolejnego źródła, tym razem publikacji Instytutu Pamięci Narodowej. Z niej dowiemy się między innymi dlaczego Jan Wyszomirski przyjął pseudonim „Wroński”. Co go łączyło z tym, w jego przypadku – fikcyjnym, nazwiskiem. Ciąg dalszy wkrótce więc nastąpi.

Jacek Pawłowski



Kilka nowych ustaleń o Janie Wyszomirskim „Wrońskim”

Minęło już trochę czasu, odkąd odtworzyliśmy przedwojenne i wojenne losy Jana Wyszomirskiego z Czarnowca. Jego postać przybliżyliśmy w czwartej części publikacji „Czarnowiec i Wyszomirscy”. To było w 2020 roku. Do dziś udało się ustalić kilka faktów, które uzupełniają tę wypowiedź. Do wielu źródeł próbuję jeszcze dotrzeć. Tymczasem….

Odnalazłem dość szczegółowy opis akcji odbicia członków Konfederacji Narodu (Uderzeniowych Batalionów Kadrowych) z więzienia na ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie w 1942 roku. W akcji tej, którą osobiście dowodził komendant UBK Bolesław Piasecki, brał udział Jan Wyszomirski „Wroński”, który był adiutantem Piaseckiego. Opis ten, choć szczegółowy, nie jest relacją świadka. Jest opowieścią z drugiej ręki. Ale bardzo szczegółową, bo o akcji było głośno w podziemnej Warszawie.

Zofia Kobylańska, sanitariuszka Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, tak pisze w swoich wspomnieniach, wydanych w 1988 roku.

„Jak na kinowym ekranie zaczęły mi się przesuwać w pamięci wydarzenia, o których tyle się nasłuchałam.

W lipcu 1942 roku w czasie jednej z akcji w Śródmieściu Warszawy 'Pawłowski’ [Tadeusz Jagodziński – przyp. JP], 'Sambor’ [Tadeusz Anderszewski], ’Żegota’ [Marek Kolendo], ’Powiślak’ [NN], ’Irmus’ [Janusz Zieliński], ’Sulima’ [Zbigniew Fedorowicz] i 'Olgierd’ [Stanisław Hniedziewicz] zostają aresztowani, a następnie uwięzieni na Daniłowiczowskiej w więzieniu śledczym. Dowództwo za wszelką cenę pragnie ich wyciągnąć – wzięci z bronią w ręku mogli oczekiwać jedynie wyroku śmierci. Akcję organizuje osobiście Komendant – 'Sablewski’ [Bolesław Piasecki]. Udział w niej biorą: kpt. 'Bruno’ [Stefan Lipiński], ’Romanowski’ [Leszek Kostek-Biernacki], ’Wroński’ [Jan Wyszomirski], ’Lisbor’ [Teodor Liese] i ’Wirecki’ [Lucjan Łapiński]. ’Muszkieter’ [Stefan Witkowski] organizuje odpowiednie mundury i samochód. Przebrani i ucharakteryzowani na gestapowców, mają zajechać samochodem do więzienia i zaskakując komendanta zażądać wydania aresztowanych.

Tak też się stało. Odegrali swą rolę znakomicie. A 'Bruno’ był niezrównany! Gdy tylko znaleźli się na terenie więzienia 'Bruno’ z miejsca zwymyślał strażników za to, że ich wpuścili nie legitymując. Scenariusz akcji po przeprowadzonym przez 'Kowalskiego’ [Stanisława Briesemeistera] rozpoznaniu opracowany był bardzo dokładnie i bezbłędnie wykonany.

Kpt. 'Bruno’ krzyczał, rugał, sztorcował służbę więzienną, nawet kazał sobie podać wodę do picia. Oberwało się też i jego podwładnym. Zastraszony komendant więzienia nawet nie pomyślał, żeby sprawdzić u władz Gestapo, czy rzeczywiście ma wydać więźniów. Wyprowadzani też obrywają. 'Wirecki’ wali ich po kolei na odlew, dopomaga sobie kopniakami. Więźniowie są przekonani, że idą na śmierć. Niepodziewanie nastąpił moment niebezpieczny i dramatyczny. 'Olgierd’ poznaje 'Romanowskiego’, przypuszcza że była wsypa, że 'Romanowski’ zdradził. W ogóle cała historia wzięłaby w łeb, bo 'Pawłowski’ chciał dać nogę – co miał do stracenia. Całe szczęście, że zamiaru nie zdążył wykonać.

Wreszcie po wszystkich formalnościach, między innymi po odczytaniu listy więźniów przez kpt. 'Bruno’, wyłamującego sobie język na polskich nazwiskach, wyprowadzono ich i kopniakami wepchnięto do samochodu. Niestety, nie wszystkich uwolniono – rannych 'Sulimy’ i 'Powiślaka’, przebywających w więziennym szpitalu, nie udało się zabrać. Gdy wóz ruszył, Bruno mówi:

– No, chłopcy, rozkuwać się.

Nie wierzą mu. Myślą, że to prowokacja. Dopiero gdy 'Romanowski’ zwraca się do 'Olgierda’: 'Staszek, nie poznajesz mnie do jasnej cholery?’ – i gdy zaczęli się całować, pozostali uwierzyli, że rzeczywiście są wolni.

Odbitych rozproszono po różnych melinach, przemalowano im włosy, dano nowe dokumenty i szybko zlikwidowano z Warszawy. Przez parę dni było cicho. Bomba wybuchła, gdy na Szucha dotarły papiery związane z zabranymi więźniami. Rozpoczęły się poszukiwania, listy gończe, śledztwo. Ale wtedy już wszyscy – i odbici, i odbijający – byli w bezpiecznych miejscach…”.

Poza tym na kartach wspomnień Kobylańskiej, Wyszomirski „Wroński” epizodycznie pojawia się przy następujących wydarzeniach.

Prawdopodobnie 30 czerwca 1943 roku, może dzień albo dwa później, odbywa się koncentracja Uderzeniowych Batalionów Kadrowych w okolicach Trzciannego pod Tykocinem. Ma być uroczysta odprawa, poprzedzona nabożeństwem. Ale komendant „Sablewski” wraz ze swym adiutantem „Wrońskim” i czwórką innych oficerów pilnie wracają do Warszawy. Dotarła bowiem do nich wieść o aresztowaniu Stefana Roweckiego „Grota”.
Innym razem „Wroński” pojawia się jako przygodny świadek przybycia Kobylańskiej na dywanik do komendanta.

Autorka „Wspomnień sanitariuszki” wspomina jak będąc jedyną kobietą w oddziale toczyła – jak to określa – „wojnę” z kolegami. Nie precyzuje na czym ona polegała, ale opisuje jak w czasie kwaterowania w Mociewiczach spoliczkowała jednego z partyzantów, innego objechała 'po łacinie’. Domyślała się, że obowiązek stawienia się o komendanta był pokłosiem tej awantury. Kobylańska weszła do domu, w którym kwaterował Piasecki „Sablewski”. W kuchni coś gotowała „Janka” [Janina Czarnecka]. „Przy stole siedział 'Wroński’ – coś mi tam przygadywał, ale 'Janka’ mu przerwała: – Komendant czeka na panią i jest w pokoju”.

Kolejny raz 'Wroński’ pojawia się już nie jako mimowolny świadek, ale uczestnik konfliktu. W Uderzeniowych Batalionach Kadrowych, jak w każdej partyzantce, brakowało broni. Gdy ktoś został ranny, albo chory szedł na melinę, albo wyjeżdżał do Warszawy, oddawał swoją broń „pozostającym w polu kolegom. Tak też się stało z bronią niektórych chłopców powracających teraz z Warszawy. Domagali się po prostu zwrotu 'swojej’ broni. Ci co ją nosili, traktowali ją jak 'swoją’ – 'Wroński’ na przykład nosił PPD „Maćka” i za żadne skarby nie chciał się z nim rozstać. Dochodziło czasami do ostrej wymiany poglądów na ten temat. Jakże często zapominaliśmy, że stanowimy całość.” W tym miejscu dwa wyjaśnienia. Pseudonim „Maciek” nosiło co najmniej dwóch partyzantów UBK – Mieczysław Lipko i Eugeniusz Zawistowski. Autorka nie precyzuje, którego Maćka broń nosił Wyszomirski 'Wroński’. PPD – to natomiast skrótowiec oznaczający pistolet maszynowy sowieckiej konstrukcji. Nazywany był (podobnie jak Kałasznikow) od nazwiska konstruktora – pistoliet puliemiot Diegtiariowa.

„Ze wspomnień sanitariuszki” można jeszcze dowiedzieć się, że „Wroński” był u boku komendanta UBK, gdy ten stojąc pod drzewami dowodził próbą zdobycia Wilna 7 lipca 1944 roku i w czasie odwrotu spod Wilna.

Kolejne źródło” „Życie i śmierć dla Polski” Kazimierza Krajewskiego, po wielu perturbacjach, dotarło wreszcie do Czarnowca. W książce tej jest trzynaście wzmianek o Janie Wyszomirskim i kilka zdjęć. Ale to tym ciąg dalszy nastąpi.

Jacek Pawłowski




Tablica upamiętniająca Dwór Wyszomirskich zamontowana

Tablica upamiętniająca Dwór Wyszomirskich zamontowana.

Dziś (14.02.2022 r.) przy ulicy Kasztanowej w Czarnowcu stanęły dwie tablice na gruncie Lasów Państwowych, Nadleśnictwa Ostrołęka, Leśnictwa Borawe.
Pomysł o upamiętnieniu tego miejsca zrodził się już we wrześniu 2020 r. na zebraniu sołeckim ustalającym budżet z Funduszu Sołeckiego na 2021 r.
Mieszkańcy jednogłośnie zdecydowali, że warto to miejsce oznaczyć aby przywrócić pamięć o świetności dworku z lat powojennych XX wieku.

O problemach związanych z realizacją zadania wspominaliśmy tu ->

Dotychczas zebrane materiały o rodzinie Wyszomirskich i o dworku, opisane przez Pana Jacka Pawłowskiego znajdują się tu ->

Informujemy, że dane skompresowane, zawarte na tablicy są umyślnie minimalnych rozmiarów. Aby dostać się do obszernego materiału o tym miejscu należy zeskanować smartfonem lub tabletem kod QR, zamieszczony w lewym dolnym rogu tablicy.
W menu „historia” można przeczytać o historii rodziny zamieszkującej w dworku oraz o innych historycznych miejscach, ludziach i wydarzeniach naszej wioski.

Zapraszamy serdecznie na spacer ulicą Kasztanową w celu zapoznania się z losami rodziny z Czarnowca.

Za dzisiejszą pracę dziękujemy serdecznie pracownikom Nadleśnictwa Ostrołęka panom: Wojciechowi Kaczyńskiemu i Marianowi Czyż, pod kierownictwem Pana Damiana Piekarskiego, którzy sprawnie ustawili obie tablice.
ps. Co znajduje się na bliźniaczej tablicy? Zachęcamy do osobistego przeczytania.
Miejsce (pobocze) wokół tablicy zostanie w późniejszym czasie utwardzone kostką aby można było swobodnie dojechać wózkiem dziecięcym czy rowerem.
Obie tablice zostały sfinansowane ze środków Funduszu Sołeckiego Sołectwa Czarnowiec i środków własnych Nadleśnictwa Ostrołęka.

Dziękuję serdecznie Panu Zdzisławowi Gadomskiemu, nadleśniczemu Nadleśnictwa Ostrołęka za udostępnienie terenu pod tablice i pracę leśników.
Dziękuję Panom Krzysztofowi Chojnowskiemu i Jackowi Pawłowskiemu za prowadzenie/pilotowanie „sprawy tablicy”.

Marek Karczewski

Aby dostać się do obszernego materiału o tym miejscu należy zeskanować smartfonem lub tabletem kod QR, zamieszczony w lewym dolnym rogu tablicy.



O śmierci pachciarza z Czarnowca pisano w USA

Gazeta z 1893 roku. W dodatku amerykańska. I było w niej o tragicznej przygodzie pachciarza z Czarnowca. Z Czarnowca pod Ostrołęką – ściśle rzecz ujmując.

Zacznijmy jednak od początku. Gazeta jest tygodnikiem drukowanym po polsku dla Polaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Ukazuje się pod winietą „Ameryka”. Redaktorem „Ameryki” jest Antoni Alfred Paryski.
Jako osiemnastolatek, w 1883 roku, wyemigrował z Polski do USA. Sześć lat później, w Toledo (Ohio) zaczął wydawać tygodnik „Ameryka”.

„’Ameryka’ jest największą, najlepszą i najtańszą gazetą polską w Stanach Zjednoczonych. Urzędowe wykazy świadczą, że żadna inna gazeta polska nie ma tylu abonentów co 'Ameryka'” – chwali się wydawca na pierwszej stronie pierwszego czerwcowego wydania.

Tak. Właśnie tak. „Ameryka” pod koniec XIX wieku miała abonentów i sprzedawano ją od razu na cały rok. Roczny abonament kosztował zaledwie półtora dolara. A kto zapłacił dwa dolary, mógł liczyć na prezent od wydawcy na Gwiazdkę w postaci olejnego obrazu i kalendarza na 1894 rok.

Wydanie z 3 czerwca 1893 roku podaje, że w tych dniach agent „Ameryki” będzie przebywał i zbierał pieniądze od chcących zaprenumerować pismo albo odnowić abonament. Trzeba przyznać, że jak na owe czasy było to profesjonalnie redagowane czasopismo i zawierające aktualne informacje. W wydaniu z 3 czerwca 1893 na pierwszej stronie znajdują się doniesienia agencyjne z Europy i reszty świata datowane na 2 czerwca. Wiadomości na duże odległości przekazywano wtedy telegrafem.

Poza informacjami z USA, ze świata, wiele łamów „Ameryki” zajmowały doniesienia ze starego kraju. W tym jedna notka z… Czarnowca pod Ostrołęką. Niestety nie ma w niej daty. Nie wiadomo więc dokładnie, kiedy doszło do opisywanego zdarzenia.

„We wsi Czarnowiec pod Ostrołęką, miejscowy pachciarz skutkiem rozbiegania się koni u wozu frachtowego, dostał się pod koła i poniósł tak ciężkie obrażenia, że wkrótce zmarł” – brzmi jednozdaniowa notka zatytułowana „Wypadek.”. Interpunkcja oryginalna.

Kto to był pachciarz? Ktoś kto od kogoś dzierżawił coś za opłatą. Pacht albo pachta znaczyło w XIX wieku nic innego jak tylko odpłatną dzierżawę nieruchomości, ruchomości lub inwentarza.

A wóz frachtowy? Upraszczając i domniemywając, można powiedzieć że była to konna ciężarówka. Czyli wóz konny przystosowany do przewożenia ładunków.

Nic więcej na ten temat w amerykańskiej gazecie już nie ma. Trudno więc snuć domysły kim był ów pachciarz i w jakich okolicznościach doszło do zdarzenia. Z pewnością jednak jest to najstarsze udokumentowane doniesienie medialne o wypadku komunikacyjnym w Czarnowcu.

Jacek Pawłowski




Narodowe Święto Niepodległości – wywieś flagę narodową

Jutro Święto Niepodległości.
Warto uczcić ten dzień, wywieszając flagę narodową.

Mimo wielu akcji społecznych, wciąż niewielu mieszkańców wywiesza flagę narodową za oknem bądź na ścianach frontowych swoich domów. Zachęcam, by o tym pamiętać.

Warto dodać, że zgodnie z ustawą uchwaloną 20 lutego 2004 r. o zmianie ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej, każdy może legalnie wywieszać flagę narodową nie tylko z okazji świąt państwowych, narodowych czy lokalnych, ale także z okazji uroczystości i wydarzeń z życia prywatnego. Flagę można zatem wywieszać kiedy się chce i kiedy się czuje taką potrzebę również z okazji prywatnych uroczystości aby w ten sposób manifestując szczęście, że jest się Polakiem. Wcześniej przez 50 lat istniał zakaz wywieszania flagi poza wyznaczonymi świętami.

Teraz możemy, a nawet powinniśmy w takim dniu jak 11 listopada!

103 lat temu, w 1918 r., Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu pełnię władzy państwowej. Po 123 latach Polska odzyskała niepodległość!

Sołtys Czarnowca
Marek Karczewski




Jak biegacze biegali w Czarnowcu?

Jak biegacze biegali w Czarnowcu?

Z archiwów elektronicznych i papierowych „wygrzebałem” kilka dni temu taki temat:
„II BIEG Amatorskiej Grupy bez limitu Ostrołęka i okolice”.

Już od rana na placu wiejskim przed świetlicą (jeszcze przed remontem) zaczęli gromadzić się biegacze, którzy głodni byli rywalizacji na przygotowanej, dziesięciokilometrowej trasie.

W zapowiedziach imprezy czytamy:

Witam serdecznie.
Wychodząc naprzeciw WASZYM oczekiwaniom (biegowym) nadszedł czas zaproszenia na jesienny bieg OSTROŁĘKI i OKOLIC.
TERMIN I MIEJSCE
Bieg odbędzie się 8 listopada 2009 (niedziela).
Start godz. 10.00
miejsce – Czarnowiec (przy Świetlicy Wiejskiej)
dystans – 10km (dla początkujących 3,5km lub 7km)

Proszę zaplanować w swoich grafikach w.w. termin jako uczestnictwo obowiązkowe.:)
Chciałbym przypomnieć, że w sierpniu b.r. uczestniczyło 21 osób i mam jednocześnie nadzieję, że w listopadzie liczba ta się podwoi.
W związku z powyższym proszę o zgłaszanie swoich znajomych, kolegów, koleżanki itd. Bardzo proszę o przesyłanie do mnie danych kontaktowych „nowych” biegaczy, do których będę mógł osobiście kierować zaproszenia na treningi oraz zawody.
Lista startowa powinna rosnąć z dnia na dzień, na razie podaję osoby, które zadeklarowały przybycie.

  1. Marko Karczewski:) to ja
  2. Olek Yetsyk
  3. Jacko Kołakowski
  4. Roberto Biedka
  5. Damianno Świerdzewski
  6. Wiecho Sacharski
    … czekam na następnych.
    BARDZO PROSZĘ O POTWIERDZENIE PRZYBYCIA.
    Wystarczą słowa „TAK chcę biec”:)

    Pozdrawiam
    Marek Karczewski

Okazało się, że w II Biegu wystartowało 53. zawodniczek i zawodników.
TU ZNAJDZIECIE PEŁNE WYNIKI RYWALIZACJI
Bieg odbywał się o Puchar Przewodniczącego Rady Gminy Rzekuń Kazimierza Jastrzębskiego.
Nagrody rzeczowe ufundowali: Wiesław Sacharski – Hurtownia Centrum, Jacek Kołakowski – Strauss Caffe, Piotr Liżewski – Tettsui, Jacek Dmochowski – Agro-Metal, Grzegorz Kaczorowski – MG Sport, Sławomir Lis – Nestle, Joanna, Tomasz Gumowscy – Drogeria Joanna, Sławomir Mąka, Jarosław, Bogusław Jakubiak – Os-Int, Marek Karczewski, Filip Wasiński – PLAY.

W wykazie nagród można znaleźć aż 78. nagród rzeczowych, co wskazywałoby na większą ilość niż uczestników 🙂
Żaden biegacz nie wrócił do domu bez nagrody!

Kto pomógł w organizacji sportowej imprezy w Czarnowcu?
Brak listy szczegółowej (papierowej i elektronicznej) zmusza mnie do „grzebania” w szarych komórkach oraz zdjęciach. Postaram się wymienić wszystkich z pamięci.
Jeśli kogokolwiek pominę w tym zestawieniu – proszę o wybaczenie lub o wiadomość na priv z przypomnieniem 🙂 (zaktualizuję natychmiast)
Poniżej lista osób, które przyczyniły się do sukcesu wydarzenia (przypadkowa kolejność):
Norbert Siemiątkowski, Jacek Kołakowski, Sławomir Saj, Robert Biedka, Wiesław Sacharski, Małgorzata Karczewska, Antoni Karczewski, Przemysław Dudziak, Wiesława Milewska…

Dokumentację fotograficzną wykonali: Pijący_mleko, Witek Pochopień, Norbert Siemiątkowski i moja-ostroleka.pl (Krzysztof Chojnowski). Zdjęć z „MO” nie udało mi się zlokalizować.
ZDJĘCIA MOŻNA OGLĄDAĆ W BOGATEJ GALERII NA FB

Czy ktoś z mieszkańców Czarnowca pamięta jeszcze tę biegową imprezę, która odbyła się dwanaście lat temu – 8 listopada 2009 roku?

Po dwunastu latach dziękuję serdecznie wszystkim wolontariuszom i kibicom oraz biegaczom za stworzenie sympatycznej imprezy sportowej w naszej wsi.

poniedziałek 2021.11.08
Marek Karczewski

Plakat wykonałem w bezpłatnym „OOO”. Tło stanowiło zdjęcie z sierpnia 2009 r.
Mapka trasy biegu.
Krzysztof Chojnowski bacznie śledził obiektywem wszystkich uczestników biegu.
W Biurze Zawodów pracowali: Przemek Dudziak i Wiesław Sacharski
Wojtek Dudkowski z podopiecznymi nie chcieli boksować – musieli biec 10km 🙂
W biegu wziął udział Mistrz Polski/Rekordzista Polski w biegu 24. godzinnym Waldemar Pędzich z Szafarczysk.
I obecny Przewodniczący Rady Miasta Ostrołęki Wojciech Zarzycki.
Nagród rzeczowych było więcej niż zawodników.
Podium K: Anna Domian Ostrołęka, Eliza Olbryś Dzbenin, Katarzyna Kołakowska Rzekuń.
Zwycięzcy OPEN: Przemysław Dąbrowski Borawe, Damian Świerdzewski Dzbenin, Mirosław Wilkowski Ostrołęka
Wszyscy uczestnicy II Biegu AG bez limitu Ostrołęka i okolice. Czarnowiec, 8.11.2009 r.



Kto nocował w Czarnowcu, w 1915 roku?

Kto nocował w Czarnowcu, w 1915 roku?

I choć w zamieszczonym tekście na blogu „Ostrołęka i okolice – 1915, Podróże w przeszłość” dopiero w przedostatnim wersie czytamy wzmiankę o Czarnowcu, to z całego tekstu możemy wyczytać niezwykły kawał historii tego przerażającego okresu.

Pijący_mleko, Rowerem wokół Ostrołęki to znany nie tylko w okolicy Ostrołęki ale również zapraszany na wiele ogólnopolskich spotkań historyków i eksploratorów ekspert od „powrotu do przeszłości”

Pijący ma również zadaną ode mnie pracę domową aby wygrzebać jak najwięcej historycznych wiadomości o naszej wiosce. Na razie (jak twierdzi) nie może dogrzebać się do czegoś ciekawego 🙁 Może nadejdzie kiedyś taki dzień?

Na swoim blogu prowadzi obszerne tłumaczenia pamiętników i dzienników wojennych właśnie z 1915 roku.
Na dziś proponuję zainteresowanym osobom lekturę wydarzeń z przełomu lipca i sierpnia 1915 r.
Kto nocował w Czarnowcu z 3 na 4 sierpnia 1915 roku? Dowiemy się z opracowania.
Czy jednak był to nocleg w dworku? Tej informacji niestety nie znajdziemy 🙁

Lewa flanka, część 16: Pod Ostrołęką
2. Ermländisches Infanterie-Regiment Nr 151
151. Regiment Piechoty (2. Warmiński)
Fragmenty historii którą napisał Oberleutnant w stanie spoczynku Plickert Heinrich (adiutant Regimentu)

Tłumaczenie i opracowanie: Jacek Czaplicki
W połowie lipca miała ruszyć nowa ofensywa, a oddziały regimentu miały opuścić okopy i wziąć udział w natarciu. Ofensywa ta, to początek fazy walk, w których regiment niestety nie miał szans na zdobycie nowych laurów jako zwarta formacja pod jednym dowódcą. Niekorzystny stosunek sił, w którym Rosjanie dysponowali dużo liczniejszymi jednostkami, zmusił dowództwo do rozczłonkowania 151. Regimentu Piechoty, jak i innych na froncie, by wzmocnić batalionami siłę innych regimentów…

Nasyp kolejowy i mocno rozbudowane linie obrony na nim dostają się w ręce Niemców. Jeszcze około 2 km na wschód od nasypu kolejowego kompanie gonią uciekających Rosjan. Uchwycono cztery karabiny maszynowe i 780 rozbrojonych jeńców. Ale kolejne straty osłabionego już batalionu są stosunkowo wysokie. 29 podoficerów i żołnierzy, w tym Leutnant rezerwy Hoffmann, legło na polu bitwy. 95 rannych leży w kałużach krwi. Batalion Bischofsburger, po prawie 70 godzinach zaciekłych walk jest na granicy wyczerpania. Wszyscy marzą o odpoczynku. I tak właśnie się staje, gdy późnym wieczorem batalion zostaje zluzowany przez oddziały 83. Dywizji Piechoty i maszeruje przez wieś Borawe do obozu w Czarnowcu (5 km na południe od Ostrołęki).
Następnego dnia po wypoczynku batalion jest gotowy do nowych walk razem z III. Batalionem/151.

CAŁY TEKST O BITWACH NIEOPODAL CZARNOWCA MOŻNA PRZECZYTAĆ TU
Zapraszam do lektury
Marek Karczewski




„Ksenia” z Czarnowca w Powstaniu Warszawskim

Dziś, 1 sierpnia, obchodzimy 77. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. W bohaterskim zrywie stolicy uczestniczyli również nasi bliscy z Czarnowca.

Wybuch powstania w Warszawie był nieplanowanym wcześniej, wynikłym z rozwoju sytuacji, elementem Akcji „Burza”. Jej celem była próba zahamowania niekorzystnych dla Polski decyzji, które zapadły na konferencjach Wielkiej Czwórki w Teheranie i Jałcie oraz zaprzeczenia antypolskiej propagandzie władz Związku Sowieckiego. Bezpośrednim impulsem do wydania rozkazu o rozpoczęciu otwartej walki zbrojnej było rozpoczęcie pancernej bitwy pomiędzy Niemcami a Armią Czerwoną na przedpolach Warszawy (pomiędzy Radzyminem, Markami, Choszczówką i Targówkiem) oraz pojawienie się na warszawskiej Pradze sowieckich czołgów.

1 sierpnia 1944 do nierównej walki z okupantem stanęło ok. 20-30 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej oraz innych organizacji podziemnych, przeważnie słabo uzbrojonych i źle wyszkolonych. Wyjątek stanowiły elitarne oddziały dyspozycyjne Kierownictwa Dywersji KEDYWU. Łącznie w powstaniu walczyło 50 tys. żołnierzy.

Wśród powstańców była również mieszkanka z Czarnowca Ludwika Wyszomirska „Ksenia”.

Poniżej część historii o Wyszomirskich i „Kseni” z opracowania Pana Jacka Pawłowskiego:

„Właśnie w tym miejscu i tego dnia przemawia do Polaków prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, goszczący z oficjalną wizytą w Polsce. Porywa zgromadzonych odnosząc się do epizodu z Powstania Warszawskiego. Porywa dlatego, bo mówi tak, jak by znał historię powstania od podszewki, a topografia Warszawy nie stanowiła dla niego tajemnic.

A mówił między innymi tak:

“W sierpniu 1944 roku, tak jak teraz, Aleje Jerozolimskie były jedną z głównych arterii przecinających miasto ze wschodu na zachód. Kontrola nad nią miała kluczowe znaczenie dla obu stron bitwy o Warszawę. Wojsko niemieckie chciało ją przejąć jako najkrótszą drogę przemieszczania oddziałów na front i z frontu.

Dla członków Polskiej Armii Krajowej natomiast, możliwość
przedostawania się na północ i na południe przez Aleje Jerozolimskie
miała zasadnicze znaczenie dla utrzymania Śródmieścia, a tym samym
utrzymania przy życiu samego Powstania.

Noc w noc, pod obstrzałem broni maszynowej, Polacy znosili
worki z piaskiem, by bronić swojego wąskiego przejścia w poprzek Alei
Jerozolimskich. Dzień w dzień, wróg rozbijał je w drobny mak. Wtedy
Polacy zrobili okop, a wkrótce – barykadę. W ten sposób nieustraszeni
powstańcy zaczęli przekraczać tę arterię.

(…)

Przesmyk przez Aleje Jerozolimskie wymagał ciągłej obrony,
napraw i umocnień. Ale wola obrońców, nawet w obliczu śmierci, była
niezachwiana; przejście istniało do ostatnich dni Powstania. Nigdy nie
zostało zapomniane, dzięki Polakom było zawsze dostępne.

Pamięć o ofiarach tego heroicznego wydarzenia woła do nas przez
dziesięciolecia, a wspomnienia o obrońcach przejścia przez Aleje
Jerozolimskie należą do najbardziej żywych
” – mówił Trump.

To przejście przez Aleje Jerozolimskie znajdowało się w okolicach
skrzyżowania z ulicą Kruczą. Tak… Aleje Jerozolimskie były strategicznym
pasem na powstańczej mapie Warszawy. Od samego początku powstania.

Aleje Jerozolimskie o godzinie W., godzinie wybuchu Powstania
Warszawskiego – o 17.00, 1 sierpnia 1944 r., są również miejscem
zgrupowania oddziału Ludwiki Wyszomirskiej. Miała stawić się pod
numerem 49, po sąsiedzku z fotoplastikonem warszawskim, niecałe 500
metrów na zachód od barykady, o której po 73 latach będzie mówił w
wolnej Warszawie prezydent USA. Tę 28-letnią sanitariuszkę ze
zgrupowania “Radosław” pięć lat wcześniej Niemcy wypędzili z domu w
Czarnowcu. Wraz z matką zamieszkały w Warszawie u siostry Ludwiki –
Zofii.

Ludwika jeszcze w 1939 roku przystąpiła do konspiracyjnej
Konfederacji Narodu – organizacji, która sama siebie nazywała
niepodległościową. Została zaś stworzona między innymi przez działaczy
przedwojennego ONR Falanga, a na jej czele stał Bolesław Piasecki.

Początkowo Konfederacja Narodu działała w opozycji wobec Związku Walki
Zbrojnej, ponieważ konfederaci postrzegali ZWZ jako organizację związaną
z przedwojennym obozem sanacyjnym. Z czasem jednak Konfederacja i
Związek zaczęły współpracować, aż w końcu stały się jedną ogólnopolską,
konspiracyjną organizacją.

Konfederacja miała swoje zbrojne
ramię – Uderzeniowe Bataliony Kadrowe. Decyzją dowództwa AK prowadziły
one wojnę partyzancką w terenie. Poza Warszawą. Głównie na
Wileńszczyźnie, Polesiu, Podlasiu i Białostocczyźnie. Walczył w nich
pochodzący z Czarnowca drugi brat Ludwiki – Jan Wyszomirski. Jego
postaci poświęcimy kolejny odcinek.

Ludwika natomiast była
żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły
udział w Powstaniu Warszawskim. Nosiła pseudonim “Ksenia”.

Po wybuchu powstania, wieczorem 1 sierpnia przeszła wraz z grupą łączniczek i sanitariuszek Konfederacji Narodu do fabryki Telefunkena na Woli. Tam dostała przydział do służby sanitarnej plutonu “Mieczyki” – oddziału składającego się z 37 szesnasto- osiemnastoletnich chłopców. Pluton ten początkowo pełnił funkcje wartownicze i zabezpieczające, ale w kolejnych dniach powstania został skierowany do bezpośrednich działań bojowych. “Mieczyki” były częścią zgrupowania “Radosław”. Od 8 sierpnia Ludwika Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie porucznika “Piotra” (Zdzisława Zołocińskiego).

Pracowała w szpitalu Karola i Marii. Z Woli przedostała się na Stare Miasto. Stamtąd kanałami przeszła na plac Bankowy, a pod koniec powstania – na Górny Czerniaków. Tu została ranna w rękę. Wraz z grupą rannych 20 września przepłynęła na drugą stronę Wisły, gdzie Sowieci wcale nie czekali z otwartymi ramionami. Ludwika Wyszomirska została aresztowana przez NKWD. Została zwolniona, ale na krótko. Sowiecka policja polityczna uwięziła ją ponownie w związku z antykomunistyczną działalnością jej brata Jana Wyszomirskiego. Jan Wyszomirski jako wróg ludu został rozstrzelany przez komunistów. Rodzina jednak o tym nie wiedziała.”… /Jacek Pawłowski/

Ciąg dalszy o rodzinie Wyszomirskich z Czarnowca znajdziecie Państwo w dziale HISTORIA

Wyszomirska Ludwika Ksenia 08.1944 Powstanie Warszawskie. Zdjęcie ze zbiorów Urszuli Katarzyńskiej-Ballner_MPW

Marek Karczewski, 1.08.2021 r.




Dziękuję po dziesięciu latach

… „W sobotę od samego rana do roboty ruszyli koledzy z „Amatorskiej Grupy Bez limitu Ostrołęka i okolice”. Przygotowania trwały oczywiście dużo wcześniej jeśli chodzi o przygotowanie trasy wyścigu, którą trzeba było „wyczarować” z niezbyt przyjaznego terenu dla kolarzy „górskich”. Na nizinach takich jak w Czarnowcu trudno o komfortowe warunki terenowe do uprawiania kolarstwa MTB, ale co się okazało na mecie można i w takim terenie zbudować ciężką trasę.
Większość zawodników w samych superlatywach wypowiadało się o profilu trasy. Po prostu dała w kość! „

Wystartowało 107 zawodników
Do wyścigu przystąpiło 107 zawodników i zawodniczek (w różnych kategoriach wiekowych). Na wyścigu pojawili się reprezentanci 27 miast i wiosek: Warszawa, Białystok, Olsztyn, Ostrołęka, Przasnysz, Ostrów Mazowiecka, Maków Mazowiecki, Łyse, Rzekuń, Czerwin, Olszewo-Borki, Lelis, Troszyn, Płoniawy, Białobrzeg Dalszy, Czarnowiec, Dzbenin, Działyń, Jarnuty, Jawory Stare, Nowosiedliny, Zabrodzie, Grabowo, Nowa Wieś, Szafarczyska, Daniszewo, Ławy. „

Wyjaśnienie pojęć „Organizator nieoficjalny” – „Organizator oficjalny”.
W 2011 roku jako Amatorska Grupa Bez Limitu Ostrołęka i okolice nie byliśmy formalnie zarejestrowani jako stowarzyszenie ani klub. Zresztą nigdy ostatecznie do tego nie doszło, choć były kilkakrotnie podejmowane próby założenia stowarzyszenia.
Wyścig organizowaliśmy pod szyldem „Rzekunianki”, bo wszelkie papiery do samorządów trzeba było opieczętować. Ówczesny Prezes Rzekunianki Arkadiusz Sakowski podpisywał wyłącznie wszystkie wcześniej przygotowane przeze mnie dokumenty. Udział w tym wydarzeniu samej Rzekunianki był tylko symboliczny, bo Pan Prezes pojawił się wyłącznie do zdjęcia. Niemniej jednak dziękuję, że wziął nas pod swoje skrzydła. Bez Jego podpisów nie moglibyśmy pozyskać pieniędzy z gminy i powiatu.
Kto najbardziej zasłużył na miano Organizatora tego pierwszego wyścigu?
Koledzy z AG Bez Limitu w osobach:
– Robert Biedka
– Jacek Kołakowski
– Sławomir Saj
– Norbert Siemiątkowski
i bardzo ważne osoby w dniu zawodów:
…”

Oto cytaty z artykułu o pierwszej kolarskiej imprezie w powiecie ostrołęckim, która odbyła się 18 czerwca 2011 roku w Czarnowcu.
Czy ktoś z mieszkańców pamięta tę imprezę?

Cały artykuł można przeczytać tu: kolarstwoostroleckie.pl

Zachęcam do lektury i wspomnień, bo wielu z nas nie ma już … odeszli 🙁
Na końcu artykułu pojawia się obszerna galeria zdjęć – tak wyglądał Czarnowiec dekadę temu 🙂 – miłego wspominania 🙂
Marek Karczewski




Czarnowiec nieodbudowany. Jak dwór Wyszomirskich popadał w ruinę

Dwór, z którego komuniści wypędzili w 1946 Marię Wyszomirską i jej córkę Zofię Żyłowską, przez ponad trzydzieści lat nie był konserwowany ani remontowany. Gdy w 1979 roku zawalił się dach, władze zaczęły zastanawiać się nad odbudową. Na zastanawianiu się poprzestały. Dzięki życzliwości Państwa Wandy i Andrzeja Piersów oraz determinacji sołtysa Marka Karczewskiego pokazujemy tu wcześniej nigdzie nie publikowane zdjęcia dworu oraz dokumenty.

„Budynek zlokalizowany jest w odległości 7-8 km na północny-wschód od Ostrołęki w terenie nieznacznie pofałdowanym przy drodze gruntowej w miejscowości Czarnowiec”.

Autorka „opinii dotyczącej stanu technicznego i możliwości wykorzystania do odbudowy budynku d. dworku w Czarnowcu koło Ostrołęki” musiała położyć mapę do góry nogami. Ten północny-wschód… 🙂 Ale w sumie to drobiazg.

Strona tytułowa opracowania Lidii Szindler

Opinia jest bardzo ciekawym dokumentem. Dostarcza sporo informacji o nieistniejącym już dworze, należącym przed wojną do rodziny Wyszomirskich, a po wojnie – do komunistycznego państwa. Ale oprócz dawki informacji, dokument ten rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Jest w nim kilka enigmatycznych sformułowań, które aż chciałoby się wyjaśnić do cna. Do samego spodu. Ale minęło tyle lat. Zachowało się bardzo niewiele dokumentów. Nie sposób ustalić wszystkiego co rozbudza ciekawość. Ale może dzięki tej publikacji odezwie się ktoś, kto coś pamięta, ma jakieś papiery, spisane wspomnienia po rodzicach/dziadkach, albo chociaż fotografie. Taką mamy nadzieję.

Postaramy się tu odtworzyć fakty i wskazać znaki zapytania. Na podstawie wyżej wspomnianego dokumentu, serii fotografii i ustnych wspomnień, które sołtys Marek Karczewski odebrał od Państwa Wandy i Andrzeja Piersów.

Ale najpierw o autorce opinii. Opracowanej na podstawie wizji lokalnej w Czarnowcu jesienią 1979 roku, a napisanej w Warszawie w lutym 1980 roku.

Mgr inż. Lidia Szindler z Warszawy. Była inżynierem budownictwa lądowego, specjalizowała się w odbudowie i ochronie zabytków. Pochodziła z Wileńszczyzny. Mieszkała w Warszawie na górnym Mokotowie. Otrzymywała zlecenia dotyczące ochrony zabytków z różnych stron kraju. Lidia Szindler nie żyje. Syn, do którego udało nam się dotrzeć latem 2022 roku, nie pamiętał wyjazdów matki do Czarnowca. W 1979 roku miał sześć lat. Nie dysponuje też żadnymi zapiskami świadczącymi i pracy Lidii Szindler w Czarnowcu. Po śmierci matki pozostawił w domu wyłącznie dokumenty mające wartość pamiątek rodzinnych. Syn wspominał, że matka była zaangażowana w społeczny ruch mający uzdrowić siedlisko patologii, jakim była peerelowska spółdzielczość mieszkaniowa.

Istotnie, Lidia Szindler w 1981 roku była w zespole ekspertów “Solidarności” Regionu Mazowsze zajmującym się problemami budownictwa mieszkaniowego – jednego z największych problemów bytowych w komunistycznej Polsce. Nie czas i miejsce, by się nad tym rozwodzić. Dość wspomnieć, że skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie było dziewiętnastym spośród dwudziestu jeden postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego latem 1980 roku. Szindler była współautorką “Raportu o naprawie budownictwa mieszkaniowego” opublikowanego w “Zeszytach Ośrodka Badań Społecznych NSZZ Solidarność Regionu Mazowsze”.

Wróćmy dodokumentu o czarnowieckim dworze. W opinii jest napisane, że jednym ze źródeł opracowania był „wywiad z dawnym mieszkańcem obiektu”. Z kim konkretnie? O tym już opinia milczy. Ale może ktoś z żyjących obecnych czy byłych mieszkańców Czarnowca kojarzy z kim rozmawiała ekspertka z Warszawy w 1979 roku?

Ktokolwiek ma coś do dodania w tej kwestii, piszcie. Albo komentarze, albo mail na wiesczarnowiec@gmail.com

Tak wyglądał dwór od strony ogrodu w październiku 1975 r.

Opinia została sporządzona na zlecenie Urzędu Wojewódzkiego w Ostrołęce, Wydziału Kultury i Sztuki. Skoro było zlecenie, to ktoś w urzędzie musiał wpaść na pomysł odbudowy dworu w Czarnowcu. Po co? Dla kogo? Informacje są szczątkowe. W 1978 roku dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce „celem przeprowadzenia w nim remontu” – dowiadujemy się z „Ewidencji parku dworskiego w Czarnowcu”, wykonanej trzy lata później przez Stowarzyszenie Naukowo-Techniczne Inżynierów i Techników Rolnictwa dla Biura Badań i Dokumentacji Zabytów w Ostrołęce. Tu więc dwa fakty wyglądają na zbieżne – dwór przejęła spółdzielczość mieszkaniowa. Opinię na temat odbudowy wykonała specjalistka związana ze spółdzielczością mieszkaniową.

Na pomysł odbudowy urzędnicy wpadli rychło w czas. Jesienią 1979 roku sterczały tu już tylko kikuty ścian. Ze wspomnień mieszkańców Czarnowca wynika, że dach dworu zawalił się podczas zimy stulecia 1978/1979 roku. Po zdjęciach z 1975 roku, które też tu publikujemy, widać wyraźnie, że jeszcze pięć lat wcześniej można było próbować ratować – i tak już wtedy bardzo zaniedbany – dwór. Po 1980 roku możliwe było co najwyżej postawienie nowego budynku przypominającego dawną siedzibę Wyszomirskich. Z wykorzystaniem fragmentów istniejących ścian.

Jak można było dopuścić do takiego zniszczenia? Odpowiedź jest brutalna w swojej prostocie. Komunistom, rządzącym krajem przez pięćdziesiąt lat po wojnie, nie zależało na pielęgnowaniu pamiątek po przedwojennej Polsce. W propagandzie tamtej epoki, wszystko co działo się przed nadejściem komunistów, było złe, opierało się na wyzysku biednych przez bogatych, krzywdzie i zgniliźnie moralnej.

Ocalałe z wojny matkę i córkę komunistyczna policja polityczna zmusiła do zrzeczenia się własności obejmującej dwór i przyległą ziemię rolną. Właścicielem dworu stało się państwo – czyli nikt.

Do pewnego momentu dawny dwór Wyszomirskich był wykorzystywany na cele mieszkalne. Władze kwaterowały w nim lokatorów. Ale budynek nigdy nie został poddany generalnemu remontowi.

Ściana szczytowa dworu przed zawaleniem się (rozebraniem?) dachu; październik 1975 r.

Na zdjęciach z 1975 roku widać, że dwór jest już opuszczony. W oknach brakuje szyb. Niektóre otwory okienne są zabite deskami. W bocznym wejściu nie ma drzwi. Z kolei do drzwi ogrodowych przylepiona jest jakaś rozpadająca się drewniana szopa z resztkami pomarszczonej papy na dachu. Obok jednego z okien od strony ogrodu wystaje ze ściany zagięta rura skierowana do góry. Prawdopodobnie jest to prowizoryczny komin odprowadzający dym z jakiegoś równie prowizorycznego piecyka typu koza. Być może ktoś z lokatorów rozwiązał sobie w ten sposób problem ogrzewania w jednej z izb. Nie jest wykluczone, że oryginalne piece i kominy po prostu nie działały. Wskazywałby na to stan wylotów kominów wystających z dachu. Są one zwyczajnie zrujnowane. Jako tako trzyma się jedynie komin w szczycie budynku. Prawdopodobnie jest to jednak komin wentylacyjny, a nie paleniskowy.

Otoczenie budynku jest zaniedbane. Dookoła jakieś chaszcze i chwasty, sterta zeschłego zielska; pozostałości studni; ślady ogrodzenia. Nad tym krajobrazem górują stare drzewa, które na pewno rosły tu w czasach świetności dworu. Pozostałości świadczą, że był to ładny i stylowy budynek.

Od frontu wyelegancony ryzalitem, zwieńczonym od góry ostrym wierzchołkiem i z wystającymi po bokach kolumnami. Okna na parterze – tylko prostokątne, dzielone szprosami na sześć części każde. Okna na poddaszu – wyłącznie łukowate. Otwory okienne i drzwiowe na parterze zdobione od góry gzymsami. Na dole jednej z bocznych ścian łukowaty otwór. Na wsiach używano takich do wsypywania do piwnicy węgla, albo kartofli.

Ściana szczytowa dworu, stan z października 1975 .

W sumie dwór Wyszomirskich to zwarta, proporcjonalna bryła, bez zbędnych udziwnień, ładnie wkomponowująca się w krajobraz. Na podstawie jednego z tych zdjęć można by nawet namalować obraz – ziemiański dworek wśród starych drzew. Ale w kadrze znalazł się obcy element. Są nim trzy samochody – polski, czeski i wschodnioniemiecki. Syrena, skoda i trabant. Wszystkie na tablicach rejestracyjnych TF – wspólnych dla powiatu ostrołęckiego i ostrowskiego, znajdujących się wówczas w województwie warszawskim. Na innym ujęciu widać jeszcze fragment… autobusu. Jest to albo san, albo jelcz ogórek.

To też zagadkowa sytuacja. Tyle pojazdów wokół opuszczonego budynku, w którym nikt nie mieszka? Do głowy przychodzą co najmniej trzy domysły.

Pierwszy to taki, że opuszczone budynki w tamtych czasach często przyciągały ludzi, którzy chcieli – nazwijmy to – pobiesiadować z dala od niechętnych spojrzeń domowników czy wścibskich sąsiadów.

Drugi wynika ze skojarzenia z ważną datą. Październik 1975 roku, kiedy powstały zdjęcia opuszczonego dworu, to był zaledwie piąty miesiąc istnienia nowego województwa ostrołęckiego. I piąty miesiąc nieistnienia starego powiatu ostrołęckiego. Niewykluczone, że pojazdy na zdjęciu należą do jakiejś urzędniczej delegacji, która inwentaryzuje mienie skarbu państwa po reformie administracyjnej.

Trzeci wiąże się z faktem, że w okolicach dworu była szkółka leśna. Mogło więc być i tak, że widocznym na zdjęciu autobusem grupa młodzieży, albo dorosłych uczestników jakiegoś czynu społecznego przyjechała na sadzenie lasu. Pora roku – październik – uprawdopodobnia tę wersję.

W tej publikacji również zawarto wizję zagospodarowania dworu. Pozostała tylko wizją

Jest też publikacja „Zabytki województwa ostrołęckiego przeznaczone do zagospodarowania” (oprac. E. Jaworowska, A. Kalinowska, S. Łojewski) Widać na niej zdjęcie dworu – już zniszczonego, ale jeszcze nie pozbawionego dachu i bardzo konkretny opis. „Dwór murowany. Wzniesiony w XIX w. w stylu klasycystycznym z cegły, otynkowany, dwukondygnacyjny, kubatura 900 m3. Powierzchnia użytkowa 260 m2, pomieszczeń 9. Jest własnością Urzędu Gminy w Rzekuniu, nieużytkowany, półruina. (…) Otoczony pozostałością parku„.

Na tym kończy się rzut oka na czarnowiecki dwór z połowy lat 70. W roku 1979 dwór jest już kompletną ruiną bez dachu. W swojej opinii Lidia Szindler powątpiewa czy dach aby na pewno zawalił się samoistnie.

W 1980 roku dwór nie miał już dachu

„Charakterystyczny dla omawianego obiektu jest fakt dokonania rozbiórki dachu i stropu, a nie zawalenia się tych części budynku, co wskazuje na działanie nieformalne w odniesieniu do obiektu stanowiącego przedmiot zainteresowania Urzędu Konserwatorskiego”.

Niestety bliższych informacji brak. Nie wiadomo na czym autorka opiera swe stwierdzenie, że dach został jednak rozebrany, a nie zawalił się.

Nie wiadomo też, czy autorka opinii oraz władze województwa ostrołęckiego zdawały sobie sprawę, że w tamtym czasie odbudowa dworu była ideą czysto teoretyczną. Kraj pogrążał się w kryzysie gospodarczym. W latach 1979-1980 zaczęła się recesja. Inflacja niebezpiecznie zbliżyła się do dziesięciu procent. Kasa państwa świeciła pustkami.

Kraj w ruinie. Dwór w Czarnowcu w ruinie…

Pozostałości ścian i ryzalitu; luty 1980 r.

„Obiekt znajduje się obecnie w stanie ruiny pozbawionej stropu i dachu” – czytamy w opinii. „Brak podstawowego zabezpieczenia murów przed bezpośrednim działaniem na nie czynników atmosferycznych spowodował określone, niszczące skutki zarówno w strukturze materiałów ścian, jak i w ich ustrojach. (…) Częściowemu wyburzeniu uległy ściany podziału wewnętrznego oraz fragmenty ściany szczytowej.(…) Zawilgocenie cegły i zaprawy w spoinach, powstałe w ostatnim okresie, nie doprowadziło jeszcze do większych zniszczeń w strukturze materiału. Zaleganie na stropie [piwnicy] gruzu z częściowo wyburzonych ścian wewnętrznych – w tym przypadku działa pozytywnie dla sklepienia, izolując je od wód opadowych.”

Autorka opinii proponuje aby, w razie ewentualnej odbudowy, najpierw zadaszyć ruiny, nawet prowizorycznie, a dopiero potem odgruzować wnętrze. Ostrzega jednak, że „sytuacja” (należy się domyślać, pozostawienie gruzu na stropach piwnic) „nie powinna być zbytnio przedłużana”. To ostrzeżenie zostało zignorowane i miało po dziesięciu latach opłakane skutki, o czym tu jeszcze wspomnimy.

Szkic Lidii Szindler ukazujący miejsca spękań ścian i erozji cegieł w lutym 1980 r.

Tymczasem Lidia Szindler, dopuszczając wykorzystanie istniejących ścian w ewentualnej odbudowie, dalej kreśli obraz zniszczeń. Konkretnie odnosi się do ścian nośnych, których stopień zniszczenia sprowadza się do „zerodowania [zniszczenia wskutek erozji – przyp. red.] powierzchniowych warstw w dużych fragmentach ścian, oraz korony wszystkich murów; spękania wszystkich nadproży w ścianach zewnętrznych; odspojenia się murów centralnego ryzalitu wejściowego od ściany podłużnej – frontowej; częściowego zawalenia się niektórych murów wewnętrznych. (…) Wielkość erozji wgłębnej w murach sięga 20 cm. (…) Zrysowania ścian są przelotowe przy czym niektóre z nich /w osiach skrajnych/ biegną przez całą wysokość i prawdopodobnie sięgają fundamentów. Zakres zniszczeń pozwala przypuszczać, że do ewentualnego wykorzystania można zakwalifikować około 30% istniejących ścian.”

Lidia Szindler zaznacza, że można próbować wykorzystać w odbudowie większą niż 30% część zrujnowanych ścian, ale będzie to bardzo dużo kosztowało. Uzasadnieniem dla ewentualnych nadzwyczajnych wydatków mogły być tylko „szczególne walory konserwatorskie”, a roboty powinny były być – zdaniem autorki – wykonywane przez najwyższej klasy fachowców.

Pozostałości dworu od strony ogrodu w lutym 1980 r.

Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniają zdjęcia wykonane w czasie wizji lokalnej. Przy jednej z wcześniejszych naszych publikacji o czarnowieckim dworze znalazł się komentarz. Relacjonuje on zasłyszane wspomnienie kogoś kto pamięta dwór i fakt, że były w nim „piękne kręcone schody”. Te schody widać na jednej z fotografii z wizji lokalnej. Widok z zewnątrz przez okno z wybitymi szybami. W środku zaś widać spiralne schody, okręcone wokół pionowej belki, wiodące na poddasze, którego w chwili zrobienia zdjęcia, już w budynku nie było.

Oglądając uważnie wszystkie zachowane fotografie, nawet okiem niefachowca, nasuwa się wniosek, że przez 34 lata od wypędzenia Wyszomirskich przez komunistów z Czarnowca nikt nie zadał sobie trudu, żeby w jakikolwiek sposób powstrzymać postępującą rujnację dworu. Nie widać śladów aby komuś chciało się naprawiać ubytki w odpadającym tynku zewnętrznym, czy wdzierające się w ściany zawilgocenia, czy uzupełniać odpadające fragmentami gzymsy, czy też naprawiać kruszące się kominy.

Okno z widokiem na kręte schody

Władze województwa ostrołęckiego nie odbudowały dworu w Czarnowcu, choć Wanda i Andrzej Piersowie, bardzo chcieli, żeby został odbudowany. Wspominają, że władze były przychylnie nastawione do ich pomysłu. Zachęty jednak miały charakter nieformalny. Nie przybrały formy żadnego dokumentu. Wśród zachęt było również zapewnienie, że Wojewódzkie Biuro Konserwacji Zabytków dofinansuje odbudowę. Zlecili i sfinansowali projekt odbudowy. Architekt dostał stare fotografie budynku…

Niewykluczone, że jakieś wstępne prace remontowe zostały podjęte, ale nie były kontynuowane. „W trakcie prac remontowych okazało się, że obiekt ten nie nadaje się, ze względu na słaby stan murów, do renowacji i prace nad jego odrestaurowaniem zostały zaniechane” – czytamy we wspomnianej wcześniej Ewidencji Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów i Techników Rolnictwa.

Gdyby przyłożyć do tamtych czasów dzisiejsze realia polegające na tym, że nieruchomość jest zawsze czyjaś, a nie bezpańska. Gdy w wolnorynkowej gospodarce nieruchomości z tradycją i w atrakcyjnym położeniu osiągają zawrotne ceny… Gdyby poczynić takie założenia, to dwór i jego okolice byłyby nieruchomością z wielkim potencjałem. Dostrzega go również Lidia Szindler, nawet w warunkach pogrążonej w kryzysie gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

„Odosobniona lokalizacja budynku daje swobodę dla prawidłowego zagospodarowania terenu przyległego, co może dodatkowo uatrakcyjnić jego program użytkowo-funkcjonalny” – czytamy w opinii.

„Po przeprowadzonym remoncie kapitalnym, uporządkowaniu parku i otoczenia obiekt może być wykorzystany na cele rekreacyjno-wypoczynkowe” – takie zdanie znalazło się z kolei we wspomnianej wyżej publikacji, „Zabytki województwa ostrołęckiego przeznaczone do zagospodarowania” .

W dokumencie autorstwa Lidii Szindler znajdują się jeszcze stwierdzenia o piaszczystych gruntach z niewielkimi gliniastymi domieszkami i o niskim poziomie lustra wód podziemnych. Nic tylko budować i gospodarować. Ale w tamtym czasie stała tam bezpańska ruina, która zagrażała „bezpieczeństwu ludzi przypadkowo przebywających na terenie obiektu, tym bardziej że jest on całkowicie dostępny i brak jest tablic ostrzegających przed niebezpieczeństwem”.

Analizując spostrzeżenia zawarte w opinii Lidii Szindler, warto poczynić pewien wtręt zabytkoznawczy.

Na polskich ziemiach – potarganych przez liczne wojny, a najbardziej przez drugą światową – nie ma zbyt wielu starych budowli, pamiętających zamierzchłe czasy. Część zniszczonych w wojennej zawierusze zabytków wznoszono na nowo. Nazywano to odbudową. Tak powstało istniejące Stare Miasto w Warszawie, odtworzone na podstawie obrazów Bernarda Belotto. I Zamek Królewski, który gdy Lidia Szindler lustrowała ruinę w Czarnowcu, był już wprawdzie w większości odbudowany, ale jeszcze nieudostępniony dla zwiedzających.

Ściana szczytowa, stan z 1980 r.

Takie odbudowane zabytki jak starówka czy zamek, choć imponujące i/lub piękne, są atrakcją turystyczną, bywają wpisywane na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO, po prawdzie są namiastką zbytków, bo co by nie mówić, powstały jednak w nowoczesnych czasach. Znakiem szczególnym tych powojennych czasów są jednak również podwójne standardy w traktowaniu zabytków przez władzę. W czasie gdy jedne zabytki odbudowywano praktycznie od ław fundamentowych, wielkim nakładem sił i pieniędzy, inne zabytki – zachowane w znacznie lepszym stanie – niszczały i popadały w kompletną ruinę.

Ale zmieniły się czasy i zmieniła się doktryna konserwatorska. Gdyby ruiny dworu w Czarnowcu w stanie takim, jak na części zaprezentowanych tu zdjęć, przetrwały do dziś, projekt odbudowy obiektu zapewne wzbudziłby kontrowersje. W ochronie zabytków zaczyna przeważać pogląd, że jeżeli jakaś ruina ma być rzeczywiście świadectwem dawnych czasów, to konserwuje się ruinę, ale nie buduje się na nowo czegoś co miałoby przypominać historyczny pierwowzór.

Pozostałości dworu, stan z 1980 r.

Obecnie, jak ujmują to fachowcy, ochrona zabytków polega przede wszystkim na ochronie oryginalnej substancji zabytku. I taka też jest polityka państwa wynikająca z ustawy o ochronie zabytków. Na mocy jej przepisów publiczne pieniądze z Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków mogą być przeznaczone na utrwalenie istniejącej substancji zabytkowej obiektu oraz wyposażenie go w instalacje przeciwwłamaniową, przeciwpożarową i odgromową. Dopuszcza się częściową odbudowę zniszczonych zabytkowych budowli, ale tylko wtedy gdy oryginalna substancja stanowi co najmniej połowę obiektu. Doktryna konserwatorska dopuszcza odbudowywanie zabytków od podstaw tylko wtedy, gdy mają one wielką i bezsporną wartość symboliczną.

Puszczając więc wodze fantazji… Gdyby dziś ktoś chciał zrekonstruować dwór w Czarnowcu, to zapewne mógłby to sobie zrobić, ale na własny koszt. Do uzyskania dofinansowania państwa nie byłoby podstawy prawnej.

Nie byłoby też podstawy faktycznej. Ziemia, na której stał dwór, została na przełomie lat 80. i 90. podzielona na działki, które gmina sprzedała prywatnym właścicielom. Wśród nabywców byli Wanda i Andrzej Piersowie. Ale od pomysłu odbudowy dworu minęło już wtedy dziesięć lat i podworska ruina była jeszcze bardziej zrujnowana. W zasadzie zostały tylko piwnice. Stan techniczny ścian i stropu piwnic oceniał rzeczoznawca. Oglądał, lustrował, dziobał długopisem zaprawę w spoinach. Wstępnie doszedł do wniosku, że piwnice są w katastrofalnym stanie. I cudem uszedł z życiem. Strop piwnicy zawalił się następnego dnia po wizycie rzeczoznawcy. Pozostały już tylko fundamenty.

Na tych fundamentach nowi właściciele postawili nowy dom – szkieletowy, w rzadko spotykanej wówczas w Polsce technologii kanadyjskiej. Jedynym śladem przeszłości na tej ziemi pozostały stare drzewa. Choć i tu nie obyło się bez potrzeby interwencji.

Dwie wiekowe sosny amerykańskie zostały zaatakowane przez przypłaszczka granatka, jednego z najgroźniejszych szkodników drzewostanów sosnowych. Trzeba było je wyciąć. Pozostałe drzewa udało się zachować. Nowi właściciele posadzili na podworskiej ziemi dwa pamiątkowe orzechy włoskie.

Widoczny z daleka, wyróżniający się na tle czarnowieckiego krajobrazu starodrzew na dawnej dworskiej ziemi, to pozostałości parku otaczającego dwór. Trochę danych na jego temat znajdujemy w publikacji Jana Zglińskiego, wydanej przez Regionalną Pracownię Krajoznawczą w Ostrołęce – Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (seria maszynopisów zwielokrotnionych chyba na powielaczu, w obwolucie wydrukowanej przez Spółdzielnię Inwalidów Narew w Ostrołęce). Inwentaryzacja prawdopodobnie z pierwszej połowy lat 80. XX wieku. Wynika z niej, że park otaczający dwór Wyszomirskich miał powierzchnię, 2,35 hektara, a w czasie oględzin zachowany był w słabym stanie. Autor odnotowuje kasztanowiec będący pomnikiem przyrody o obwodzie pnia 332 cm, oraz dwa modrzewie o obwodzie pni 275 i 210 cm oraz altanę 16 lip.

Zgliński objechał 65 parków wiejskich na obszarze ówczesnego województwa ostrołęckiego. Na koniec swej publikacji podzielił się następującą refleksją.

Często (…) opanowywały mnie uczucia smutku, głębokiego żalu, gdy stykałem się ze śladami zniszczeń. Gdy patrzyłem na miejsca, gdzie występowały już tylko zarysy fundamentów dawnych, zarastających obecnie samosiewami drzew lub chwastami – budowli. Gdy obserwowałem ubytki drzew wśród parkowych zadrzewień i wśród starych, wspaniałych alei czy szpalerów. A ileż smutku niosły za sobą relacje nielicznie już żyjących najstarszych ludzi, którzy wspominali minione bezpowrotnie okresy dawnej świetności tych obiektów, a następnie kreślili obraz zniszczeń, spowodowanych działaniami wojennymi lub zwykłą ludzką bezmyślnością. Bolesna jest również świadomość, że szkód tych nie można już będzie naprawić. Są to bowiem, szczególnie w środowisku przyrodniczym, straty nieodwracalne.

Musimy więc uświadomić sobie, że wszystkie parki, a nawet ich resztki, powinny być objęte ścisłą ochroną i opieką. (…) Należy chronić i pielęgnować występującą w parkach roślinność, gdyż już tylko tam można spotkać tak wielką jej różnorodność, a rosnące w nich stare, okazałe drzewa niech spełniają jak najdłużej rolę żywych pomników przyrody”.

Nic dodać, nic ująć. Niech przynajmniej drzewa stoją jak najdłużej.

Starodrzew w miejscu, gdzie stał dwór. Widok współczesny

2021.05.18 /Jacek Pawłowski/

Podziękowania.
Po raz kolejny okazuje się, że są jeszcze wspaniali ludzie, którym zależy na ratowaniu historii od zapomnienia.
Po dworku w Czarnowcu nie pozostał już ślad, nie licząc starych drzew włącznie z altaną lipową, pod którą wypoczywał dziedzic Wyszomirski. Dokumenty i wspomnienia, które nie przepadły w czeluściach piwnic czy strychów są świadectwem, że warto pielęgnować wspomnienia. Może za parę lat taki „kawał” znakomitego opracowania Pana Jacka Pawłowskiego, mieszkańca Czarnowca z ul. Dzikiej Róży posłuży naszemu pokoleniu do inspiracji i początku nowej historii?
Serdecznie dziękuję autorowi, który otrzymując moje „zlecenia” wkłada serce i ogrom czasu abyśmy wszyscy mogli wrócić pamięcią w dawne czasy. Wielkie podziękowania dla Państwa Wandy i Andrzeja Piersów z ul. Kasztanowej, który udostępnili mi swoje prywatne archiwum. Bez tego materiału nie byłoby tego tekstu!

Serdecznie dziękuję
Marek Karczewski
Sołtys
19 maja 2021r.

ps. ciąg dalszy (z czasów II WŚ) historii dworku znajdziecie Państwo tu: DWÓR WYSZOMIRSKICH




18 kwietnia 2021 odsłonięto pamiątkową tablicę

18 kwietnia 2021r. odsłonięto pamiątkową tablicę.

Mała uroczystość patriotyczno-rodzinna odbyła się wczoraj przy posesji Nr 4 w Czarnowcu.
W setną rocznicę urodzin i w 76. rocznicę śmierci, odsłonięto pamiątkową tablicę Podporucznika z Czarnowca.

Sto lat temu 12 lutego 1921 roku w tym właśnie miejscu urodził się Stefan Henryk Sakowski. Samo odsłonięcie zaplanowane było pierwotnie na dzień urodzin czyli 12 lutego, jednak nieprzewidziane okoliczności sprawiły, że do odsłonięcia mogło dojść ostatecznie w dniu rocznicy, gdy Stefan Sakowski poległ na polu bitwy, w Operacji Łużyckiej.

W uroczystości odsłonięcia pamiątkowej tablicy uczestniczyli zaproszeni goście: Wójt Gminy Rzekuń Pan Bartosz Podolak, Pan Jan Grzyb – czarnowiecki ułan na koniu i Jego przyboczni szeregowi „kolarze” (rekonstruktorzy) z wojennego oddziału bojowego, Pan Krzysztof Chojnowski – właściciel portalu moja-ostroleka.pl, który wykonał dokumentację fotograficzną oraz Państwo Katarzyna i Jacek Pawłowscy.

Ze strony rodziny podporucznika uczestniczyli: Marianna Karczewska, Małgorzata i Janusz Szarwaccy, Małgorzata i Marek Karczewscy.

Z zaproszenia skorzystał również Pan Jerzy Kijowski – historyk, który w ostatniej chwili z powodów zdrowotnych nie mógł przybyć na uroczystość ale przesłał życzenia wszystkim uczestnikom i informację o zdobytych nowych dokumentach w sprawie Stefana Sakowskiego.

Prelegentem podczas odsłonięcia tablicy był Pan Jacek Pawłowski z Czarnowca, który zebrał i uporządkował wszystkie dotychczas dostępne materiały o życiu podporucznika Stefana Sakowskiego.
Kompletny opis o Stefanie Sakowskim autorstwa Pana Jacka Pawłowskiego na dzień 18.04.2021r. znajduje się w dziale HISTORIA.
Wspomnienie żyjącej jeszcze przyjaciółki Stefana, Pani Zofii Sikorskiej opisywaliśmy tu: stefan-sakowski-setna-rocznica-urodzin

Symbolicznego odsłonięcia tablicy dokonała Marianna Regina Karczewska – siostra cioteczna Stefana Sakowskiego w asyście Bartosza Podolaka – wójta gminy.

Mamy wciąż nadzieję, że kolejne fakty z życiorysu podporucznika, z Czarnowca będą pojawiać się po ponownym otwarciu archiwów państwowych oraz zdobytych informacjach przez Pana Jacka Pawłowskiego i Pana Jerzego Kijowskiego.

Dziękujemy serdecznie
Rodzina
Karczewskich, Gierłowskich, Sakowskich

Sympatyków historii Czarnowca odsyłamy do działu HISTORIA, w którym staramy się pozostawić ślad dla potomnych o naszej niewielkiej wiosce.

  • historyczne materiały zdjęciowe, skany dokumentów z kolekcji Małgorzaty Szarwackiej, Marianny Karczewskiej, Marka Karczewskiego
  • foto 18.04.2021 – Krzysztof Chojnowski, Marek Karczewski
  • wykonanie tablicy marmurowej i zdjęcia z kodem QR – Bogdan Piasta Czarnowiec.

Zdjęcia o większej rozdzielczości




Podporucznik z Czarnowca

Stefan Sakowski (1921-1945)

Proces norymberski, 1946 r. | zdjęcie z Niemieckiego Archiwum Federalnego

Jest jesień 1946 roku. Teoretycznie prawie półtora roku po wojnie. Ale wojna wciąż o sobie przypomina. Na całym świecie. W Polsce też. 

1 października zapadają wyroki w pierwszym procesie norymberskim. Dwunastu najwyższych dowódców III Rzeszy zostaje skazanych  na śmierć.

W innym państwie dawnej Osi –  w Japonii – amerykańskie władze okupacyjne orientują się, że Japończycy nie są w stanie sami sobie napisać demokratycznej konstytucji. Amerykański generał  Douglas MacArthur nakazuje współpracownikom, żeby napisali Japończykom konstytucję. Parlament w Tokio 7 października przyjmuje ustawę zasadniczą sporządzoną na rozkaz amerykańskiego generała.

Trumny ze skrzyń po bombach

Tymczasem w Polsce, 10 października
ponad czterystu żołnierzy Wojska Polskiego wyrusza w okolicach Zgorzelca za
niemiecką granicę, żeby wykopać spod ziemi ciała swych towarzyszy broni.
Półtora roku wcześniej w czasie forsowania Nysy Łużyckiej oraz późniejszych
zaciętych i krwawych walk w okolicach Niskiej (Niesky), Rozborku (Rothenburg)
oraz Budziszyna (Bautzen) zginęło prawie pięć tysięcy polskich
żołnierzy.  

Oddział poszukujący zakopanych zwłok składa się z sześciu grup. Dominują żołnierze-grabarze. Ale w każdej grupie jest też dowódca, kierowca i pisarz (dziś powiedzielibyśmy raczej: protokolant). 

Stefan Sakowski, ok. 1938 r.

Żołnierze – mający świeżo w pamięci wojnę, z jej bezmiarem cierpienia, bezsensownym okrucieństwem i wszechobecną śmiercią – pracują przy zwłokach z zaangażowaniem. We wspomnieniach nie eksponują jednak traumatycznych doznań.

„W pracę przy ekshumacji włożyłem całe moje serce i duszę. Wykopywałem przecież swoich najlepszych wówczas przyjaciół – towarzyszy broni (…). Z całego okresu służby mojej w wojsku pracę przy ekshumacji cenię sobie najbardziej. Po prostu jestem nawet z niej dumny” [1] – wspomni po latach Edward Popiel, weteran 2 Armii Wojska Polskiego.

W tym czasie w Zgorzelcu oficerowie wydelegowani przez szefa Śląskiego Okręgu Wojskowego szukają godnego miejsca na cmentarz wojskowy. Znajdują wolny plac w okolicy istniejącego cywilnego cmentarza miejskiego. I na to wolne miejsce zaczęto wozić ekshumowane zwłoki żołnierzy poległych przy forsowaniu Nysy i w całej operacji łużyckiej. 

Tysiące poległych, tysiące ekshumacji i ponownych pochówków. Gigantyczna operacja. W pewnym momencie zaczyna brakować drewna na trumny. Pojawia się problem. Jak chować bohaterów? Tak bez trumien? Nie godzi się. 

Żołnierze mają jednak głowy nie
od parady. Ktoś przypomina sobie, że w nieodległej Bogatyni jest opuszczony
magazyn niemieckich bomb lotniczych, opakowanych w solidne drewniane skrzynie.
Jadą więc do Bogatyni. Bomby wyrzucają przez okno, skrzynie rozbijają, prostują
pozaginane gwoździe. Z pozyskanych w ten sposób desek zbijają trumny dla
poległych kolegów. 

W sumie z ekshumacji do Zgorzelca zwieziono zwłoki ponad trzech tysięcy żołnierzy. Wśród nich pochowano podporucznika 29 Pułku Piechoty Stefana Sakowskiego. Poległ 18 kwietnia 1946 roku. Miał 25 lat. Pochodził z Czarnowca. 

Szkoła, gimnazjum, harcerstwo…

Stefan Sakowski 1941 r.

Urodził się 17 lutego 1921 roku w Czarnowcu. W domu, który stał na posesji oznaczonej obecnie numerem 4. Był synem Bolesława i Anastazji. Tak naprawdę niewiele wiadomo o jego życiu. To, co udało się ustalić, pochodzi rozproszonych, często niepełnych, trudnych do zweryfikowania źródeł. Ale spróbujmy…

Do szkoły podstawowej chodził w Rzekuniu. Tak wynika z ustnej relacji  Zofii Sikorskiej z domu Kozłowskiej, która była jego przyjaciółką. Dalej kształcił się w Ostrołęce – w Państwowym Gimnazjum imienia Króla Stanisława Leszczyńskiego.  Uczył się tam polskiego, łaciny, francuskiego, matematyki, historii, geografii, religii, gimnastyki i robót ręcznych. Tak przed wojną nazywał się przedmiot, który później nosił jeszcze nazwę: zajęcia praktyczno-techniczne, praca-technika, a obecnie chyba technika – już bez pracy. Być może uczył się jeszcze innych przedmiotów. Ale ślad ołówka na „planie lekcyj” w kalendarzyku PKO na rok 1938 wyblakł przez lata.  Część wpisów jest nieczytelna. Tylko nieliczne nazwy przedmiotów zostały ponownie, wyraźnie zapisane piórem. 

Ten kalendarzyk to zagadkowa pamiątka. Choć na pierwszych stronach nosi odręczne wpisy, że był własnością Stefana, to w części, gdzie w kalendarzykach zwykle były puste strony przeznaczone na notatki, znajdują się właśnie notatki. Ich treść wskazywałaby, że kalendarzyk ten Bolesław Sakowski podarował Reginie Gierłowskiej. Regina to siostra cioteczna Stefana, córka późniejszego sołtysa Czarnowca Stanisława Gierłowskiego. Co ciekawe, na dalszych kartach notatek znajdują się słowa odręcznie kreślone cyrylicą: „Podarok dla…” (nieczytelne dwa słowa, chyba pomieszane są w nich litery alfabetu łacińskiego i cyrylicy, ale trudno to orzec z całą pewnością) i podpis po rosyjsku: „Sakowskij Bolesław”. 

O co tu chodzi? Można snuć wiele domysłów. Może był to kalendarzyk przechodni? Przez jakiś czas należał do Reginy, a przez inny – do Stefana? Na wsi w Białostockiem, przed wojną, kieszonkowy kalendarzyk, z prooszczędnościową sentencją prezydenta Mościckiego, danymi statystycznymi i historycznymi o Polsce, oraz terminarzem świąt różnych wyznań, mógł uchodzić za rarytas. Choć może nie aż taki jak posrebrzane sztućce, które Bolesław Sakowski kupił w lutym 1937 roku w domu handlowym „Joter” Józefa Erlicha w Warszawie. Fakt faktem, kalendarzyk jest dość stylowy, elegancki. I gustowny a jednocześnie staranny – już w sensie czysto typograficznym. Niewykluczone też, że może pod nieobecność Stefana, jakieś dziecko uczące się dopiero pisać, nie wiadomo w jakich latach, gryzmoliło po czystych kartkach kalendarzyka żartując sobie z seniora rodu? A może wpisy dotyczące Bolesława skrywają jeszcze jakąś tajemnicę, której już nie poznamy?

Kalendarzyk z „planem lekcyj” Stefana Sakowskiego

Kalendarzyk PKO jest świadectwem czasów, w których powstał. Wokół najwyższych przedstawicieli władz próbowano  wtedy wykreować zjawisko, które historycy nazywają kultem jednostek. Wśród dat ważnych dla Rzeczpospolitej w jednym rzędzie, na jednej karcie, państwowe wydawnictwo wymienia: uchwalenie Konstytucji 3 Maja, powstania: listopadowe i styczniowe, odzyskanie niepodległości oraz… imieniny prezydenta i imieniny naczelnego wodza.

W takim to właśnie kalendarzyku
Stefan Sakowski zanotował swój „plan lekcyj”. W roku szkolnym
1937/38, w poniedziałki na czwartej lekcji była biologia. 

Zachował się zeszyt do biologii Stefana Sakowskiego z tamtego roku szkolnego. A w nim dziennik hodowli gąsienicy bielnika kapustnika. „Gąsienice, po odebraniu im liści, którymi się żywią, innych wcale nie przyjmują”. „Gąsienica przed linieniem jest krótsza i przestaje zjadać liście, zaś po linieniu jest dłuższa i ma ogromny apetyt”.

Wśród pamiątek jest też notatka, bez związku z biologią, prawdopodobnie z jakiejś składki szkolnej. Wynika z niej, że cztery osoby wpłaciły po 75 groszy. Ale na co? Informacji brak. I jeszcze ciekawe notatki w rogu, że ktoś rozmawiał na lekcji geografii, a ktoś na historii pisał francuski. Jakaś zaległa praca domowa? Ta kartka-brudnopis jest bardzo zagadkowa. Neutralnym zapiskom o składce, towarzyszą dwie notatki na temat grzeszków jednego ucznia, bądź dwóch uczniów. Czy to notatki samego Stefana Sakowskiego? Trudno jednoznacznie potwierdzić. Charakter pisma różni się od tego w zeszycie biologii. A może to tylko złudzenie? 

Lista dyżurnych z wiosny 1939 r.

Na co to mogła być składka? Może na jakieś drobne przyjemności? Upominek dla nauczyciela? Ale równie dobrze to mogły być składki, na oficjalne cele, które wpisują się w polityczny krajobraz tamtych lat.  Np. w roku szkolnym 1938/39 władze oświatowe w Polsce zarządzały składki na co najmniej sześć celów. Fundusz Szkolnictwa Polskiego Za Granicą, Fundusz Obrony Narodowej,  Fundusz Obrony Morskiej, Pożyczkę Przeciwlotniczą. Do tego wielokrotnie w ciągu roku odbywały się składki na  Towarzystwo Popierania Budowy Publicznych Szkół Powszechnych (przy zapisach do szkół, na rozpoczęcie roku, w czasie uroczystości okolicznościowych, dobroczynne znaczki, dobroczynne karty bożonarodzeniowe). W państwowych szkołach w II RP w 1938 roku przeprowadzono jeszcze jedną ciekawą składkę. W związku z zajęciem przez  Polskę Zaolzia i innych przygranicznych ziem należących wcześniej do Czechosłowacji, władze rozprowadzały po szkołach odpłatne znaczki na budowę polskich szkół na Spiszu, Orawie i w okręgu czadeckim. Trudno jednak przesądzić jaki był cel składki, której ślad pozostał w pamiątkach po Sakowskim. 

Kolejna pamiątka, która się zachowała, to lista dyżurnych. Obejmuje ona wiosnę 1939 roku.  Wynika z niej, że uczniowie Sakowski i Załęski rozpoczęli dyżur tydzień po Wielkiejnocy – od 17 do 24 kwietnia. Lista rozpisana jest do końca roku szkolnego, do 19 czerwca 1939 roku. 

Później już nie powstała żadna
lista dyżurnych. Rok szkolny 1939/40  nie rozpoczął się. 1 września Niemcy
zaatakowały Polskę. Rozpoczęła się II wojna światowa. 

Wojenne losy Stefana Sakowskiego są bardzo trudne do odtworzenia.  Ale trudności w ułożeniu życiorysu, pojawiają się jeszcze przed wojną.

Urodził się w 1921 roku. Powinien podlegać obowiązkowi szkolnemu od 7. roku życia. System szkolny wyglądał wtedy tak, że gdy rodzice jakiegoś dziecka decydowali, że poprzestają tylko na wykształceniu podstawowym, to podstawówka trwała 7 lat. Dzieci, które chciały kształcić się dalej, kończyły naukę w podstawówce na sześciu klasach, a dalej było gimnazjum [2]. Zakładając, że Rzeczpospolita ujednoliciła system oświatowy dopiero w 1932 r. i Sakowski skończył jednak siedmioletnią podstawówkę i dopiero poszedł do gimnazjum, to w pierwszej klasie gimnazjum powinien stawić się 1 września 1935 roku. Tymczasem jego gimnazjalny zeszyt do biologii wskazuje, że w pierwszej klasie gimnazjum Sakowski uczył się dwa lata później – w roku szkolnym 1937/38.

Książeczka harcerska Stefana Sakowskiego

To nie jedyna zagadka w życiorysie Sakowskiego, w części zahaczającej o wybuch wojny. Będąc w gimnazjum wstępuje do harcerstwa. Zapisuje się do ZHP 17 października 1938 roku. Przyrzeczenie harcerskie składa już jako pełnoletni mężczyzna – 2 lipca 1939 r. I jako dorosły człowiek – w sumie dość późno jak na debiut w harcerstwie – zdobywa pierwsze sprawności harcerskie: leśnego człowieka, przyrodnika i trzech piór. 

Sprawność trzech piór, to jedna z najwyższych kwalifikacji harcerskich. Nawet ci, co nie są harcerzami, wiedzą że zdobywa się ją przez trzy dni. Każdego z nich kandydat poddawany jest trzem próbom – milczenia, głodu i samotności. To w dużym uproszczeniu. Z rozkazu naczelnika ZHP z 1936 roku wynika, że kandydat przez jedną dobę ma zachować milczenie. Przez drugą – albo nic nie jeść, albo odżywiać się wyłącznie posiłkiem leśnym. Przy czym „posiłek leśny (…) – to taki, który jest przyrządzony np. z wyszukanych dzikich roślin jadalnych lub upolowanej (sic!) zwierzyny albo ze złowionych ryb” [3]. Tak brzmi rozkaz naczelnika. Cóż… Inne czasy, inna kultura, inna wrażliwość. Wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby dziś jakiś harcerz zjadł posiłek w lesie ze zwierzyny, którą sam upolował…

Ale i przed wojną dość
rygorystycznie pilnowano, żeby kandydat do sprawności trzech piór nie narażał
się na zbytnie niebezpieczeństwa. Sprawność ta mogła być zdobywana indywidualnie
pod osobistą opieką najbardziej doświadczonych harcerzy, zwanych ojcami
chrzestnymi. Bo na przykład próba samotności polegała na ukrywaniu się przed
innymi w lesie przez 24 godziny. Według rozkazu naczelnika każdy ojciec
chrzestny musiał wiedzieć gdzie znajduje się ukrywający się kandydat i
obserwować ukrywającego się, a jakże, z ukrycia. 

Wszystko wskazuje na to, że
pierwsze swoje trzy harcerskie sprawności Stefan Sakowski zdobywał na obozie,
którego lokalizacja została opisana jako „Krzyżowate k. Supraśla”.
Trudno dociec gdzie to dokładnie było. Dziś ani w okolicach Supraśla, ani nad
rzeką Supraśl nie ma łatwoidentyfikowalnego obiektu geograficznego o nazwie
„Krzyżowate”. 

Obóz trwał szesnaście dni i był kursem dla drużynowych. Sakowski ukończył kurs z oceną dostateczną. Jeśli wierzyć poetom, lato 1939 roku było piękne…

Wojna

Urzędnicy III Rzeszy przy moście kolejowym na Wiśle w Dęblinie, listopad 1939 r. Od lewej: Beck, Leferenz, du Bois-Reymond | zdjęcie z Narodowego Archiwum Cyfrowego

W tym miejscu ktoś dociekliwy mógłby zadać pytanie. Dlaczego Sakowski na półtora miesiąca przed wybuchem wojny zdobywał sprawności harcerskie, a nie upominało się o niego wojsko? Otóż warto pamiętać, że jeszcze wiosną i latem 1939 roku  życie w Polsce toczyło się normalnie. I większość Polaków była przeświadczona, że wojna jednak nie wybuchnie.  Pobór, ogłoszony 14 kwietnia 1939 roku, obejmował – tak jak i w poprzednich latach – mężczyzn 21-letnich i starszych. A harcerski młodzik – Sakowski, miał wtedy lat 18. Jeżeli w lipcu 1939 roku ktoś otrzymywał karty mobilizacyjne, to rezerwiści. I pocztą. Bez rozgłosu.

Poza tym, jak wspomnieliśmy, życie toczyło się normalnie. W lipcu 1939 roku w swój dziewiczy rejs wyruszał najnowszy polski transatlantyk MS Chrobry, a w sierpniu do Częstochowy z całego kraju pielgrzymki szły w najlepsze. Pięć dni przed wybuchem wojny, 26 sierpnia w święto Matki Boskiej Częstochowskiej, na Jasnej Górze modliło się sto tysięcy ludzi. Powszechna mobilizacja została ogłoszona w Polsce dosłownie w przeddzień wybuchu wojny.

Gdzie Sakowskiego zastała wojna i pierwsze lata okupacji – trudno powiedzieć. Z listu siostry Stefana, Marianny Karczewskiej (z domu Gierłowskiej) do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – napisanego w 2016 roku – wynika, że mógł być w szkole lotniczej w Dęblinie.

„Gdy miał 20 lat był w szkole lotniczej w Dęblinie. Wojna wszystko zmieniła 1939 r. Poszedł na wojnę i walczył o Polskę” – oświadcza Marianna Karczewska. Jej brat od niej był starszy o 19 lat.

Stefan Sakowski ze Stanisławem Gierłowskim. Fotografia wykonana w 1942 roku

Trudno dziś zweryfikować tę informację o Dęblinie. Marianna Karczewska podaje, że jej brat urodził się w 1920 roku, więc z jej rachunków wynikałoby, że trafił do Dęblina w 1939 roku. Ale nie miał wtedy przecież skończonego gimnazjum. Przypomnijmy, naukę w gimnazjum zaczął w roku 1937/38. Można więc przypuszczać, że do Dęblina rzuciła go wojna obronna Polski. Ale w szkole tej na pewno nie podjął nauki, bo od 2 września zarówno szkoła, jak i lotniska w Dęblinie, były intensywnie bombardowane przez Niemców. Wyszkoleni piloci a nawet podchorążowie III roku tuż przed wybuchem wojny zostali skierowani do eskadr bojowych i już ich tam nie było. Kadra oficerska i wykładowcy, zostali ewakuowani z Dęblina dzień później, czyli już 3 września – do Lublina a potem na Wołyń. Stamtąd niektórzy przedostali się do Rumunii, ale część kadry, po wkroczeniu Sowietów dostała się w ręce NKWD. Zostali zabici w Katyniu.

W opowieści o Stefanie Sakowskim skądś ten Dęblin musiał się jednak wziąć.  Być może wcielony do wojska osiemnastolatek został skierowany do obrony Dęblina przed Niemcami. Miasta tego broniła Brygada Pancerno-motorowa płka Stefana Roweckiego i 39 Dywizja Piechoty gen. Brunona Edwarda Olbrychta.  Obrona tego miasta przez wojska zmotoryzowane i piechotę trwała dwa tygodnie. Niemcy weszli do Dęblina 15 września. Czy  w tej obronie uczestniczył Sakowski? A jeżeli tak, to co się z nim stało po kapitulacji?  Trafił do niewoli? Czy dowództwo rozformowało jednostki i kazało żołnierzom na własną rękę wracać do domów?

Zachowały się dwie fotografie Stefana – z 1941 i z 1942 roku. Na obu występuje w cywilnych ubraniach. Na jednym stoi w kadrze ze swoim małym kuzynem Stanisławem Gierłowskim. Wskazywałoby to, że w czasie okupacji był w rodzinnych stronach.

Z kolei relacja Zofii Sikorskiej o wojennych losach Sakowskiego brzmi zgoła inaczej: „Gdy wybuchła wojna pamiętam jak 'Ruskie’ zabierali Stefka do szkoły oficerskiej w Komorowie koło Ostrowi Mazowieckiej. Nie mogłam z Nim pojechać, bo 'Ruskie’ mówili, że mnie zastrzelą”. Precyzyjniejszego umiejscowienia w czasie brak. 

W 1939 roku – zaraz gdy wybuchła wojna – żołnierzy sowieckich raczej nie było w Czarnowcu. Po kapitulacji Polski  w 1939 roku Czarnowiec był okupowany przez Niemców. Choć – to prawda – granica z ZSRS biegła niemal po sąsiedzku. Sowieci zaanektowali część gminy Rzekuń mniej więcej na wschód od szosy ostrowskiej. Pozostała część gminy, w tym Czarnowiec, znajdowała się pod okupacją niemiecką. Gdy Polska pozostawała pod okupacją, szła ofensywa hitlerowców na wschód.

Czerwonoarmiści kolejny raz pojawili się w gminie Rzekuń w sierpniu 1944 roku. Niemcy cofali się na zachód, a wojska sowieckie zajmowały kolejne obszary Polski. 3. armia gen. Gorbatowa, po ciężkich walkach wypędziła Niemców z okolic Ostrołęki. Być może to właśnie wtedy z jakichś powodów Sowieci zabrali Sakowskiego do Komorowa.  Jeśli zestawić tę relację z historycznym faktem, że 15 sierpnia 1944 roku Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego ogłosił pobór do wojska Polaków mieszkających na terenach, z których wyparto Niemców, to istotnie mogło tak być, że sowieccy żołnierze zabrali Sakowskiego do wojska – jako poborowego. Z poboru ’44 została sformowana 2 Armia Wojska Polskiego, w której znaczącą część kadry oficerskiej stanowili Sowieci. Stąd mogło pochodzić wspomnienie Zofii Sikorskiej, że Sakowskiego zabierali „Ruscy”. Był on wtedy w wieku poborowym. Do zależnego od ZSRS Wojska Polskiego, nazwanego później „Ludowym”, wcielano w 1944 roku mężczyzn z roczników od 1921 (rocznik Sakowskiego) do 1924. Pobór trwał od  20 do 31 sierpnia. 

Matka Anastazja Sakowska nad grobem syna Stefana Sakowskiego na cmentarzu wojennym w Zgorzelcu, 1961 r.

To, że Stefan Sakowski  został wcielony do wojska w 1944 roku, to fakt. Nie wiadomo tylko dokładnie kiedy i w jakich okolicznościach.

Wiadomo natomiast na pewno, że szkolił się w 2 Frontowej Szkole Oficerskiej w Lublinie. Najprawdopodobniej po ukończeniu tej szkoły otrzymał stopień podporucznika. Na pewno – jako podporucznik – został 28 lutego 1945 roku dowódcą 1 plutonu w 8 kompanii strzeleckiej, w 3 batalionie 29 pułku piechoty.

Pułk ten był częścią 10 dywizji piechoty, nazywanej później sudecką. Choć została nazwana sudecką, zaczęła się formować w Rzeszowie – w październiku 1944 roku.

W kwietniu 1945 roku 10 dywizja brała udział w tzw. operacji łużyckiej i forsowaniu Nysy. 29 Pułk Piechoty przeprawiał się przez rzekę między Lipną a Przewozem – na północ od Zgorzelca. Z dostępnych map i dokumentów wynika, że 29 Pułk Piechoty, w którym służył Sakowski, 17 kwietnia stał na wschodnim brzegu Nysy, 18 kwietnia zdobył okopy wroga [4] (niektóre źródła podają, że mały przyczółek 300×400 metrów, na zachodnim brzegu Nysy i był to  2 batalion 29 pp), a 22 kwietnia był już na linii Szprewy.  

18 kwietnia 1945 roku to data śmierci Stefana Sakowskiego. Poległ w nurtach rzeki, trafiony kulą wroga [5]. Koledzy pochowali go w pobliżu miejsca śmierci i poszli dalej po zwycięstwo. 29 pułk nigdy nie dotarł do Berlina. Cała 10 dywizja, po operacji łużyckiej, została skierowana na południe. Szlak bojowy zakończyła 11 maja 1945 w zwycięskiej operacji praskiej, mającej na celu wyparcie Niemców ze stolicy Czech. 

Stefan Sakowski spoczywa na
cmentarzu w Zgorzelcu wraz z 3391 żołnierzami Wojska Polskiego, poległymi przy
forsowaniu Nysy i podczas operacji łużyckiej. Rada Ochrony Pamięci Walk i
Męczeństwa zapewniła w 2016 roku Mariannę Karczewską, że stan cmentarza, poziom
zadbania i stale prowadzone prace konserwatorskie, pozwalają stwierdzić iż
polscy żołnierze, w tym Stefan Sakowski, są godnie upamiętnieni. 

O cmentarz dba zarówno zgorzelecki samorząd, jak i miejscowi społecznicy. Latem, gdy jest gorąco i susza, z powodu zagrożenia pożarowego, obowiązuje zakaz palenia zniczy.

Powyższy tekst to zapewne nie wszystko, co można ustalić na temat podporucznika z Czarnowca. Niestety z powodu pandemii dostęp do niektórych źródeł jest utrudniony. Zamknięte archiwa, nieczynne biblioteki. Ukazały się co najmniej dwie obszerne książki opisujące historię 29 Pułku Piechoty. Jest też kilka pozycji poświęconych 2 Frontowej Szkole Oficerskiej w Lublinie, której absolwentem był Sakowski. Książki te namierzamy w bibliotekach i antykwariatach. Biblioteki są jednak na razie zamknięte.

Jeżeli ktokolwiek ma wiedzę o Stefanie Sakowskim, lub jakieś dokumenty, albo wiarygodne źródła i chciałby się nimi podzielić, do dyspozycji jest mail kontaktowy: wiesczarnowiec@gmail.com. W miarę zdobywania nowych informacji, niniejsza publikacja będzie uzupełniana.

2021.04.17 /Jacek Pawłowski/

Ważniejsze źródła:

  • [1] – Andrzej Żuber „Pomnik orła oraz morze krzyży  na cmentarzu wojskowym”, zgorzelecki serwis zinfo.pl, 12 lipca 2017
  • [2} Sebastian Adamkiewicz, „Edukacja w II Rzeczypospolitej”; https://niepodlegla.gov.pl/o-niepodleglej/edukacja-w-ii-rzeczypospolitej/
  • [3] „Sprawności harcerskie” – HBW Warszawa 1936, na zlecenie GK Harcerzy, zgodnie z rozkazem L.9 z dnia 20.04.36 Naczelnika Harcerzy
  • [4] strona internetowa 10 Brygady Kawalerii Pancernej im. gen. Stanisława Maczka w Świętoszowie, https://archiwum2019-10bkpanc.wp.mil.pl/
  • [5] Mieczysław Juchniewicz, Stanisław Rzepski, „Piastowskim szlakiem. Z dziejów 29 pułku piechoty, Warszawa 1966.



Święto Chrztu Polski – Wywieś Flagę

„Mesco dux Poloniae baptizatur”, czyli „Mieszko książę Polski ochrzczony”, jak zapisano w „Roczniku kapitulnym krakowskim” przy roku 966. Ten lakoniczny wpis zawiera w sobie ogrom treści i daje nam przekonanie o istniejącej w tym czasie na ziemiach polskich scentralizowanej formie władzy, dzięki czemu właśnie ta data może wyznaczać narodziny państwa polskiego. Nie jest pewna dokładna data i miejsce tego wiekopomnego wydarzenia, wielu historyków podejrzewa jednak Wielką Sobotę 14 kwietnia, dlatego to właśnie ten dzień został przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej umownie wyznaczony na nowe święto państwowe.

W środę 14 kwietnia obchodzimy 1055. rocznicę wydarzenia, które symbolicznie uważane jest za początek państwa polskiego, a historycznie za istotny katalizator w procesie jego konsolidacji i eliminacji cech plemienności.
Święto Chrztu Polski ustanowiono 22 lutego 2019 r.
W tym roku mamy możliwość obchodzić je po raz trzeci.

W tym szczególnym dniu zachęcamy do wywieszenia na swych domach, płotach i balkonach flag narodowych, jako wyraz znajomości historycznej tożsamości naszego kraju oraz znak pielęgnacji wartości patriotycznych.




Stefan Sakowski – setna rocznica urodzin

RELACJA NIEMIECKICH DOKUMENTALISTÓW:
16 kwietnia 1945 – rozpoczęła się walka
Plan działań 1 Frontu Ukraińskiego pod dowództwem marszałka Konjewa w bitwie o Berlin przewidywał boczny atak na południe od Puszczy Mużakowskiej do centrum Rothenburga. Pomiędzy ciągami głównymi a bocznymi miał pozostać wolny korytarz o szerokości około 15 kilometrów, który był tylko słabo obsadzony przez siły polskie i miał więcej za zadanie wiązania wojsk wroga. Nie planowano zatem ataku na Nysę w prostym kierunku zachodnim na Weißwasser.
Oddział ten miał prowadzić 2 Armia Polska, działająca na południe od 5 Armii Gwardii. Na noc przed rozpoczęciem ataku rosyjskie dywizje przeprowadziły gwałtowny rekonesans z siłami wzmocnionej kompanii karabinowej, gdzie jest bardzo prawdopodobne, że celem był również Weißwasser.
to początek relacji (tłumaczenie google)

dalsza część relacji: „…Nach Tschernitz geflüchtet
Die Muskauer, die schon Ende Februar nach Tschernitz flüchteten, merkten auch, dass der Angriff unmittelbar bevorstehen musste, da bereits zwei Tage zuvor die ersten russischen Granaten in der Stadt und der Umgebung einschlugen. Sie verließen Tschernitz in Richtung Wolfshain. Am 15. April, es war Sonntag, der Tag vor dem Angriff.
In Weißwassers Kirchen fand der letzte Gottesdienst statt. Ein Unteroffizier einer Landesschützeneinheit bot sich für ein paar Teilnehmer an, die Orgel zu spielen. Am Nachmittag fuhr Vikarin Oehlke von der evangelischen Kirche nach Kromlau, um hier noch einige Kinder zu konfirmieren. In der Nacht wurde Kromlau vollständig geräumt.
An der Neiße jedoch herrschte auf russischer Seite Ruhe, Ruhe vor dem Sturm. Das Motorengeräusch war verstummt, die letzte Nacht brach an. Die Soldaten standen an Lagerfeuern, aßen, tranken, rauchten und unterhielten sich – für viele das letzte Mal. Es wurde Mitternacht, die Feuer waren kleiner geworden und Stille herrschte über der Neiße.
Für die eilig umgruppierten deutschen Einheiten war die Nacht kurz, sie mussten sich schnell eingraben und für die Verteidigung vorbereiten, der Angriff stand kurz bevor. Auch gaben russische Gefangene den Angriffsbeginn für den 16. April an.
Am frühen Morgen lag leichter Nebel über der Neißeaue bei Muskau. Gespannte Ruhe herrschte auf beiden Seiten der Front. Plötzlich zerriss eine Raketensalve russischer Werfer die unheimliche Stille. Es war 4.15 Uhr Ortszeit, als das Signal zum Beginn der Offensive der 1. Ukrainischen Front unter Marschall Konjew zum Kampf um Berlin gegeben wurde.
Nach 40 Minuten Artillerie- und Luftwaffenvorbereitung auf die deutschen Stellungen entlang der Neiße begann der Auftakt zur letzten großen Schlacht in diesem Krieg. Mit Angriffsbeginn verlagerten die russischen Artilleristen ihr Feuer tiefer auf die deutschen Stellungen, um den nun folgenden Schützen und Panzern den Weg freizumachen.
Abschnittsweise erfolgten jetzt auch Angriffe der russischen Luftstreitkräfte auf die südliche Flanke ihres Hauptstoßes. Unter diesem Schutz und dem künstlich vernebelten Neißeabschnitt überquerten Infanteristen mit Booten den Fluss und warfen die Deutschen aus ihren Stellungen. Anschließend errichteten russische Pioniertruppen Pontonbrücken, über die Panzer und andere schwere Technik rollten.”

Pełna treść relacji w następnych publikacjach na naszej stronie w dziale „historia”.

17 lutego 1921 roku w Czarnowcu (obecnie numer domu 4) urodził się Stefan Sakowski.

Legitymacja harcerska z 1939r.

Stefan Sakowski jako uczeń uczęszczał do rzekuńskich i ostrołęckich szkół. Przed Drugą Wojną Światową uczęszczał do Gimnazjum i Liceum w budynku przy obecnej ulicy Traugutta w Ostrołęce (I Liceum Ogólnokształcące).

Kartka z zeszytu szkolnego Stefana Sakowskiego – wykaz dyżurnych w roku szkolnym 1939.
Zdjęcie wykonane do legitymacji szkolnej.

W 1944 roku zaciągnął się do Szkoły Wojskowej i później w Rzeszowie trafił w szeregi formowanej Dywizji Piechoty.
10. Dywizja Piechoty zwana „Sudecką” została sformowania w końcu 1944 roku w Rzeszowie i do końca wojny działała pod dowództwem 2. Armii Wojska Polskiego.

Szlak Bojowy10 Sudeckiej Dywizji Piechoty 1945r. FOTO: wikipedia

Stefan Henryk Sakowski w wieku 24 lat poległ w walkach z Niemieckim najeźdźcą dnia 18 kwietnia 1945r. Podczas operacji łużyckiej w trakcie forsowania rzeki Nysa.
Ppor. Stefan Sakowski zginął w lasach Muskauer Forst nad Szprewą w rejonie Nelkenberg i Spreefurt (Niemcy).

Z późniejszych
opowieści, tych którzy przeżyli, wszedł na minę
przeciwpiechotną, stracił obie nogi i wykrwawił się na śmierć.

Grób Stefana Sakowskiego z 1960 roku – Zgorzelec.
Grób Stefana Sakowskiego na cmentarzu żołnierzy Wojska Polskiego w Zgorzelcu. 2014.05.14

Pochowany w sektorze 1c, rząd 5, kwatera/grób nr 1953 na cmentarzu żołnierzy Wojska Polskiego w Zgorzelcu wśród 3392 żołnierzy – niektóre źródła mówią o 3420 pochowanych żołnierzach.
W roku 1946 Uchwałą Prezydium Rady Narodowej został odznaczony „BRĄZOWYM MEDALEM ZASŁUŻONYM NA POLU CHWAŁY
źródło: „M.P.47.29.247, UCHWAŁA PREZYDIUM KRAJOWEJ RADY NARODOWEJ z dnia 18 września 1946 r.
Prezydium Krajowej Rady Narodowej na posiedzeniu w dniu 17 września 1946 r. uchwala odznaczyć następujących obywateli:… 37. Sakowski Stefan,…”

STEFAN SAKOWSKI
ur. 17.02.1921r. Poległ dn. 18.04.1945r.
Podporucznik 29 Pułku Piechoty, 10 Sudeckiej Dywizji Piechoty urodzony i wychowany w Czarnowcu, gmina Rzekuń, powiat ostrołęcki. Syn Anastazji i Bolesława Sakowskich.

To tylko krótka zajawka opowieść o podporuczniku z Czarnowca.
Więcej materiałów, zdjęć oraz materiał z odsłonięcia tablicy pamiątkowej nastąpi dnia 18 kwietnia 2021r. w rocznicę śmierci podporucznika. Materiały historyczne gromadzone są przez mieszkańców Czarnowca – będziemy o tym pisać niebawem, a kompletny opis o podporuczniku znajdzie się na stałe tu: HISTORIA.

CIEKAWOSTKA!
Dziś udaję się do żyjącej jeszcze sąsiadki Stefana Sakowskiego zza płota, Pani Zofii Sikorskiej z domu Kozłowskiej, która była Jego przyjaciółką!

Chcę przekazać materiały, które dotychczas zgromadziłem.
Dowiemy się zatem czy Pani Zofia pamięta jeszcze Stefana.

Marek Karczewski

17.02.2021r. (środa)
Z niewielu faktów, które pamięta jeszcze Pani Zofia:
” Stefek chodził do Szkoły Podstawowej w Rzekuniu, ja chodziłam do szkoły na stację, bo ojciec był kolejarzem i tam byłam wożona – najczęściej rowerem, bądź chodziło się pieszo.
Później Stefan poszedł do szkoły średniej do Ostrołęki. W wakacje znajdowaliśmy czas oby jechać razem na wycieczki rowerowe. Gdy wybuchła wojna pamiętam jak „ruskie” zabierali Stefka do Szkoły Oficerskiej w Komorowie koło Ostrowi Mazowieckiej.
Nie mogłam z Nim pojechać, bo ruskie mówili, że mnie zastrzelą. Nie mogłam Go również odwiedzać w jednostce wojskowej, bo tego nie chciała Jego matka (Anastazja Sakowska).
Spotykałam się ze Stefkiem przez dwa lata ale matka wolała aby Jego małżonką była Honorka Wróblewska z Kamianki, która później mieszkała we dworze u Wyszomirskich. Żadna z nas nigdy nie została Jego żoną.
Matka Stefana bardzo chciała aby zaciągnął się do wojska i bronił Polski przed Niemieckim najeźdźcą. Jednocześnie bardzo chciała aby nie spotykał się ze mną i nie został moim mężem. Pojechał do Rzeszowa i już nie wrócił.
Miałam również kilka snów, w których Stefek mówił do mnie, że On wszystko widzi i wie co się u nas dzieje.
Posiadam do dziś zdjęcia ze Stefkiem i bardzo szanuję swojego męża Mariana Sikorskiego, że nigdy tych zdjęć nie zniszczył, leżą nadal w pudełeczku i przypominają mi moją młodość.”

Spisał Marek Karczewski




Gdzie podziała się sosna? To już dziewięć lat od zaginięcia.

4 stycznia 2012 roku w lokalnej prasie mogliśmy przeczytać o „zaginięciu” 200 letniej sosny.
Oto część archiwalnego news`a z portalu moja-ostroleka.pl:

„Okazała sosna, rosnąca jeszcze do niedawna w Czarnowcu (gm. Rzekuń), wywołała spore zamieszanie nie tylko we wsi, ale także w urzędach.
Sprawa ujrzała światło dzienne, gdy 5 stycznia do naszej redakcji dotarł anonimowy list. Jego nadawcy napisali, że jeszcze dzień wcześniej – 4 stycznia w centrum wsi Czarnowiec, ok. 3-4 m od budynku świetlicy wiejskiej, rosła piękna sosna. Jej wiek przez wielu mieszkańców oceniany był na ok. 200 lat.

Nie pozostał żaden ślad po drzewie

  • Przeprowadzenie akcji „zabicia” tego pomnika przyrody zastanawia tym bardziej, że tak wielkie drzewo zniknęło w parę godzin, a sam pień wyrwano praktycznie z wszystkimi korzeniami tak, aby nikt nie ujrzał i nie udokumentował, jak stare było to drzewo oraz że było zdrowe – czytamy w liście. – Do tej operacji użyto wielu specjalistycznych urządzeń i maszyn tak, aby nie pozostał żaden ślad po drzewie.

Autorzy pisma, a jednocześnie mieszkańcy wsi mają ogromny żal o to, co się stało. Twierdzą, że w ubiegłym roku złożyli do urzędu gminy wniosek o ustanowienie sosny pomnikiem przyrody. Niestety, w ustawowym terminie nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

  • Tydzień przed wycięciem do Czarnowca z zamiarem poinformowania o zniszczeniu drzewa przybył wójt – piszą w liście do naszej redakcji. – O tym spotkaniu niewielu mieszkańców wiedziało…”

Czy po dziewięciu latach od „zaginięcia” ktokolwiek z mieszkańców wie gdzie podziała się sosna?

Więcej ważnych wydarzeń z życia Czarnowca w trakcie uzupełniania.

/SC/
foto: Jerzy Jabłonowski, Przemek Gadomski, Pijący_mleko




Żołnierze byli głodni…

Fot. Sławomir Fiebig/Europejskie Centrum Solidarności

Trzydzieści dziewięć lat temu w Czarnowcu również wprowadzono stan wojenny tak jak na terytorium całego kraju.
Dziś mój znajomy stomatolog i fan dwóch kółek Zbigniew Zajewski podesłał do mnie list ze wspomnieniami tych pamiętnych dni.
Najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa, że żołnierze byli głodni…
Zapraszam do lektury:

„W dniu wybuchu stanu wojennego byłem u swojej dziewczyny w Lęborku. Miałem wtedy 23 lata i byłem studentem ostatniego roku stomatologii. Gdy rano obudziliśmy się i włączyłem TV na ekranie był tylko „śnieg”.
Postanowiliśmy wybrać się na spacer. Wyszliśmy na rogatki miasta od strony Słupska. W pewnej chwili dostrzegłem kolumnę czołgów jadącą szosą od strony Słupska w kierunku Gdańska. Na jednym z wiaduktów przebiegających nad szosą grupa młodych ludzi rzucała w przejeżdżające dołem czołgi kamieniami. Pomyślałem sobie, że to miejscowi chuligani wymyślili sobie tak niebezpieczną zabawę.
Tknęło mnie także złe przeczucie, że stało się w Gdańsku coś niedobrego.
Powiedziałem swojej dziewczynie, żebyśmy wracali do domu. Po powrocie natychmiast włączyłem TV i zobaczyłem gen. Wojciecha Jaruzelskiego ogłaszającego wprowadzenie na terytorium Polski stanu wojennego. Zacząłem przeraźliwie krzyczeć i płakać. Moja dziewczyna Mirka uspokajała mnie, ale ja byłem przerażony. Nie wiedziałem jak wrócę do domu w Gdańsku, czy jeżdżą pociągi i czy rodzicom i znajomym w Gdańsku nie stało się nic złego.
Wieczorem udałem się na dworzec.
Pociąg do Gdańska przybył nieznacznie opóźniony. Bezpiecznie dojechałem do Gdyni i przesiadłem się na kolejkę elektryczną w kierunku Gdańska. Wysiadłem na Zaspie i udałem się do domu, który znajdował się przy ul. Startowej.
Podczas podróży nie widziałem żadnego milicjanta ani żołnierza. Dopiero dochodząc do swojej klatki zobaczyłem jak z sąsiedniej klatki panowie w czarnych płaszczach wyprowadzają sąsiada skutego kajdankami. Człowiek ten był w piżamie i kapciach. Sąsiada wsadzono do samochodu i powieziono w nieznanym kierunku. Pomyślałem, że sąsiad musiał być działaczem „S”. W domu zastałem przerażonych rodziców. Bardzo się o mnie martwili.
Następnego dnia udałem się kolejką do Gdańska i poszedłem pod stocznię.
Przed bramą główną na placu „Solidarności” zebrał się duży tłum ludzi. Na bramie i na płotach siedzieli stoczniowcy. Milicji i wojska nie widziałem.
Atmosfera pod bramą stoczni była bardzo gorąca. Co chwila ktoś przemawiał z utworzonego na stoczni komitetu strajkowego. Dowiedziałem się o aresztowaniu Lecha Wałęsy i wielu innych działaczy „S”. Stoczniowcy byli zdecydowani kontynuować strajk do czasu odwołania stanu wojennego i wypuszczenia wszystkich aresztowanych. Ludzie pod bramą byli pewni zwycięstwa „S”. Brama była udekorowana kwiatami jak w sierpniu 80. Jednemu ze stoczniowców podałem przywiezione z domu konserwy i kupione po drodze papierosy. Jeden z przemawiających na bramie stoczniowców powiedział, że obawiają się w nocy próby pacyfikacji stoczni przez ZOMO i wojsko. Powiedział, że stoczniowcy stawią opór. Gdy zrobiło się ciemno udałem się kolejką do domu.
Nazajutrz 15 grudnia udałem się z samego rana do Gdańska. Wysiadłem na stacji Gdańsk Stocznia. Pod trzecią bramą stoczni zobaczyłem stojące czołgi. Na bramie stoczni siedzieli stoczniowcy. Było ich znacznie mniej niż dzień wcześniej. Wokół czołgów niepewnie kręciło się kilka osób. Zszedłem z kładki nad torami pod trzecią bramę stoczni. Czułem ogromny strach. Powoli zbliżyłem się do jednego z czołgów. Z jakimś mężczyzną weszliśmy na czołg. Na bramie przemawiał jeden stoczniowiec. Powiedział, że w nocy nastąpił desant z powietrza morza i lądu zomowców i wojska. Część stoczniowców uciekła ze stoczni, część się ukryła na terenie stoczni a część starła się z zomowcami. Nad ranem zomowcy i wojsko wycofali się z terenu stoczni zabierając ze sobą wielu aresztowanych i pobitych stoczniowców, a stocznia została otoczona czołgami. Zabrano też i zniszczono cały sprzęt nagłaśniający. Została tylko jedna kolumna i wzmacniacz, przez którą przemawiał ów stoczniowiec.
Wokół czołgów zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Widząc, że z czołgów nie strzelają ludzie otoczyli czołgi ciasnym pierścieniem. Właz czołgu, na którym stałem uchylił się i wyjrzał z niego jakiś młody żołnierz. Wyglądał na nieco przestraszonego. Zapytałem, czy mogę wejść do czołgu. Pozwolił. Gdy wszedłem do czołgu zapytałem siedzących w nim żołnierzy skąd przyjechali.
Powiedzieli, że z jednostki ze Słupska. Wtedy ja powiedziałem, że prawdopodobnie widziałem ich czołgi 13 grudnia rano jak przejeżdżały przez Lębork. Żołnierze to potwierdzili. Zapytałem ich, po co przyjechali pod stocznię. Powiedzieli, że taki mieli rozkaz. Jeden z żołnierzy wspomniał, że słyszał jakoby na stocznię zrobili desant Niemcy. W tym czasie do czołgu wsunął się jeszcze jeden cywil. Zaczęliśmy im tłumaczyć, że żadnego.
Niemieckiego desantu na stocznie nie było. Był natomiast desant zomowców i Wojska Polskiego, ale stoczniowcy obronili się. Żołnierze powiedzieli nam, że trzeci dzień nic nie mieli w ustach i są bardzo głodni. Poprosiłem jednego z żołnierzy, żeby pokazał mi jakiś dokument. Ten wyjął książeczkę wojskową, z której odczytałem jego nazwisko, i nr jednostki wojskowej.
Wyszedłem z czołgu i udałem się pod bramę stoczni, żeby powiedzieć stoczniowcom, że żołnierze są głodni i, że zostali oszukani opowieścią o desancie niemieckim na stocznię. Przemawiający na bramie stoczniowiec
zaprosił żołnierzy na zupę, którą stoczniowcy ugotowali dla siebie. Pobiegłem z powrotem do tego samego czołgu i powiedziałem żołnierzom, że są zaproszeni na zupę do stoczni. W tym czasie czołgi zostały oklejone plakatami Solidarności a w lufy ludzie powtykali wiązanki kwiatów. Odpowiedzieli, że nie mogą opuszczać czołgu, ale bardzo dziękują.
Wyszedłem z czołgu i zobaczyłem, jak jakaś dziewczyna wdrapała się na czołg i zaczęła całować w usta jakiegoś czołgistę.
Po jakimś czasie pod drugą bramą stoczni pojawiła się Anna Walentynowicz i zaczęła nawoływać stoczniowców, którzy w nocy uciekli do domów, żeby wracali na stocznię. Mówiła, żeby przełamali strach i wspomogli kolegów, którzy zostali na terenie stoczni. Na moich oczach z tłumu ludzi, którzy stali pod stocznią część zaczęła wchodzić przez bramę na stocznię. W pewnym momencie obok przemawiającego stoczniowca pojawił się oficer w mundurze wojskowym. Wziął od niego mikrofon i powiedział, że jest dowódcą batalionu czołgów otaczającego stocznię. Powiedział, że wojsko jest z narodem i że w razie ataku ZOMO na stocznię jego żołnierze obronią stoczniowców. Dostał od zgromadzonych ludzi i stoczniowców ogromne brawa. Gdy zbliżał się wieczór czołgi nagle uruchomiły silniki i zaczęły opuszczać teren wokół stoczni.
Byliśmy tym faktem mocno zmartwieni. Prowadzący wiec stoczniowiec wzywał wszystkich, aby przybyli w dniu następnym pod pomnik trzech krzyży w rocznicę wydarzeń grudniowych. Wieczorem wróciłem do domu i opowiedziałem o wszystkim rodzicom i bratu.
Nazajutrz od samego rana słychać było na Zaspie odgłosy wybuchów i strzelaniny dochodzące od strony Gdańska. Po śniadaniu poszedłem na kolejkę i pojechałem do Gdańska. Wysiadłem na stacji Gdańsk Stocznia. Wszedłem na kładkę nad torami. W dole ukazał mi się makabryczny widok. Ogromne ilości zomowców uzbrojonych w tarcze i pały oraz pistolety okupowały teren stoczni i wokół stoczni. Na ulicach wokół stoczni i na terenie stoczni widziałem dużo transporterów opancerzonych i dużo tzw. bud z zomowcami. Z terenu stoczni dochodziły odgłosy wybuchów petard i strzały. Słychać było krzyki bitych ludzi.
Na kładce nad torami zebrał się duży tłum ludzi. Krzyczeliśmy do zomowców „gestapo”, „wrona skona”. Zomowcy zaczęli strzelać do nas z petard i rac świetlnych i gazów łzawiących. Zepchnęli nas z kładki do parku w okolicy Placu Zebrań Ludowych. Tam po uzbrojeniu się w kamienie próbowaliśmy odeprzeć atak ZOMO. Udało nam się wykurzyć ZOMO z kładki nad torami i obrzucić ich kamieniami. Przyjemnie było widzieć jak uciekają z kładki.
Niestety zaczęli strzelać prosto w nas z rac świetlnych i gazów łzawiących i znów wykurzyli nas z kładki. Jeszcze kilka razy kładka nad koleją przechodziła z rąk do rąk. Po opanowaniu kładki przez ZOMO udałem się z dużym tłumem ludzi na most Błędnik. Próbowaliśmy przedostać się w rejon dworca głównego. Zagrodziły nam drogę zwarte oddziały ZOMO. Utworzyły one czworoboki podobne do czworoboków, jakie widziałem na filmie o rzymskich legionach. Z boków i od góry osłonięci byli przez tarcze. Dla dodania sobie animuszu i w celu przestraszenia tłumu uderzali pałami w tarcze. Starli się z czołem pochodu. Zaczęły dobiegać mnie przeraźliwe krzyki bitych ludzi i okrzyki hura. Tłum zaczął się cofać w stronę Placu Zebrań Ludowych. W pewnym momencie cofającemu się tłumowi ludzi zajechały drogę ciężarówki wojskowe, z których wysypali się żołnierze z bagnetami na karabinach. Skierowali bagnety w stronę ludzi. Stałem za jakimś wysokim i grubym mężczyzną. Z tyłu słyszałem przeraźliwe krzyki bitych ludzi i widziałem zbliżających się zomowców. Część ludzi zaczęła skakać z Błędnika na tory kolejowe. Facet stojący przede mną i ja schowany za jego plecami ruszyliśmy w stronę żołnierzy. Żołnierz skierował bagnet w pierś owego mężczyzny. Ten krzyknął do niego „Dźgaj! Kiedyś ojca swojego zabijesz w tłumie” i ruszył w stronę żołnierza. Żołnierz zaczął się cofać. Inni żołnierze też zaczęli się cofać mimo krzyków ich dowódcy by nie ustępowali.
Razem z dużą grupą ludzi udało mi się wycofać na Plac. Tam uzbrojeni w kamienie odparliśmy atak ZOMO i wojska. Później z dużym tłumem ludzi udałem się ul. 3 Maja w stronę dworca PKS. Zostaliśmy tam ostrzelani przez ZOMO racami świetlnymi, petardami i gazami łzawiącymi. Po obrzuceniu zomowców kamieniami udało mi się dostać na peron kolejki. Tam z drugim młodym mężczyzną podnieśliśmy leżącego w kałuży krwi młodszego od nas chłopaka. Był przytomny, ale nie mógł się podnieść. Miał rozciętą skórę na głowie. Z rany lała się krew. Zawiązaliśmy mu głowę szalikiem i weszliśmy z nim do stojącej kolejki. Po jakimś czasie kolejka ruszyła. Wysiadłem na Zaspie a ten młody chłopak pojechał dalej pod opieka tego drugiego mężczyzny.
Przez całą noc i następnego dnia od strony Gdańska słychać było wybuchy petard i wystrzały. Dopiero 18 grudnia wszystko ucichło. Gdańsk został spacyfikowany przez ZOMO i wojsko.
Potem każdego 13-go ludzie wychodzili na ulice i zacierali się z ZOMO. A na 1 maja zebraliśmy się Na placu Solidarności pod Krzyżami na pochód. Przebieg pochodu opiszę przy innej okazji.

W listopadzie 1982 roku opuściłem Gdańsk i udałem się do pracy w Ostrołęce gdzie mieszkam do dzisiaj. Rodzice nadal mieszkają w Gdańsku. Stan wojenny wpłynął na całe moje dalsze życie. Opowiadałem o tych wydarzeniach pacjentom w Ostrołęce.
Poznałem ludzi, których bliscy byli internowani. Zacząłem u nich bywać.
Zostałem namierzony przez miejscowe SB. Próbowano nakłonić mnie do współpracy. Gdy odmówiłem Przesłuchujący mnie esbek straszył mnie internowaniem, ale potem stwierdził, że nie potrzebny im jest nowy więzień polityczny i że zrobią ze mnie kryminalistę. Przysyłano mi podejrzanych pacjentów, którzy próbowali załatwić u mnie zwolnienie lekarskie wkładając pieniądze do książeczek zdrowia i prosząc o kilka dni zwolnienia. Co drugi dzień moja szefowa przychodziła do mojego gabinetu i sprawdzała moje bloczki zwolnień lekarskich. Byłem przez kilka lat pozbawiony premii, które stanowiły 20% wynagrodzenia. Premia była uznaniowa. Nasyłano na mnie IRCHĘ. Byłem często wzywany no rozmowy do dyrekcji szpitala, gdzie upominano mnie, żebym w gabinecie nie poruszał tematów politycznych. Mieszkanie służbowe, jakie otrzymałem ze szpitala było przydzielone na dwa lata. Po upływie tych dwóch lat nie przedłużono mi przydziału. W każdej chwili mogli mi je zabrać.
Wszystkie szykany ustały po okrągłym stole.
Dzisiaj po 39 latach cieszę się, że żyję w wolnej Polsce.

Zbigniew Zajewski – Ostrołęka

Jak było w Czarnowcu?

Ja w 1981 roku 13 grudnia miałem zaledwie 15 lat i nie bardzo zdawałem sobie sprawę ilu ludzi musiało być wcielonych do wojska, do ZOMO, do służb od zadań specjalnych.
Pamiętam tylko z tego dnia, że mój ojciec płakał, że będzie musiał iść do wojska, a tego nie chce, bo nie można strzelać do Polaków.
Wyszedłem rano na drogę, było wtedy dużo śniegu. Z rana lub dzień wcześniej wieczorem przejechał pług śnieżny jak co dzień.
Wyszedłem zobaczyć co dzieje się w Czarnowcu, bo na dwa dostępne programy telewizyjne (jedynka i dwójka) był tylko jeden, na którym generał Wojciech Jaruzelski i szeregowy Marek Tumanowicz przebrany za wojskowego powtarzali w koło, że „nadszedł dzień próby”.
Wyszedłem z domu na drogę powiatową 2550W i w skarpie odgarniętego przez pług śnieżny śniegu znalazłem 100 zł polskich.
Na co przeznaczyłem te 100 zł nie pamiętam, ale wiem, że tuż po szkole trzeba było szybko wracać do domu i nie planować spotkań, ponieważ od 22:00 do 6:00 obowiązywała „godzina milicyjna*”.
* – Milicja to to samo co Policja, tylko za czasów Polski pod rządami sowietów.

A Państwo posiadają swoje wspomnienia z 13 grudnia 1981 roku?
Może dziś odnajdzie się właściciel tego banknotu?

Marek Karczewski – sołtys, 13.12.2020 r.

Fotografia tytułowa: Sławomir Fiebig/Europejskie Centrum Solidarności

Taki banknot 100zł Polskich znalazłem 13 grudnia 1981 roku w Czarnowcu.



Krzyż nie jako prima aprilis

Krzyż nie jako prima aprilis
W nocy z niedzieli na poniedziałek, dnia 1 kwietnia 2019r. mieszkaniec wsi Zapieczne jadący od strony Daniszewa nie dostosował prędkości do panujących warunków drogowych i w związku z tym wylądował swoim autem niemieckiego producenta na przydrożnym krzyżu. Zdarzenie miało miejsce u zbiegu ulic Słonecznej i Leszczynowej.
Następnego dnia rano po oględzinach zniszczonego krzyża okazało się, że nieuszkodzony został tylko kamień, na którym posadowiono metalowy krzyż.
Ogrodzenie, które w latach 80-tych XX wieku wykonał w czynie społecznym Pan Lesław Kupis z Czarnowca zostało doszczętnie zniszczone.
Tego samego dnia otrzymałem dokumenty z Komendy Miejskiej Policji w Ostrołęce o przebiegu zdarzenia.
Sprawę skierowałem do Sopockiego Towarzystwa Ubezpieczeń ERGO – ubezpieczyciela pojazdu sprawcy.
Pierwsze informacje jakie dotarły z ERGO to deklaracja wypłaty w wysokości 300zł! za uznaną szkodę.

Podczas wolnych wniosków na jednej z Sesji Rady Gminy Rzekuń zadałem pytanie władzom gminy czy Gmina posiada środki prawne do udzielenia nam pomocy jako społeczności wsi przy odbudowie krzyża. Gmina nie ma możliwości finansowania takich inwestycji – usłyszałem.

Skierowaliśmy razem z Panem Czesławem Żebrowskim zapytanie do trzech kowali/ślusarzy, którzy wykonają naprawę za 300zł – odpowiedzi mogą sobie Państwo udzielić sami – co powiedzieli kowale 🙂
Ponownie kierowaliśmy z Panem Żebrowskim zapytania do kowali, za jaką kwotę wykonają naprawę/remont.
Odpowiedzi były rozbieżne. Od 6 do 10 tys zł.
Lokalny ślusarz (nie z Czarnowca!) nawet zaprezentował mi już gotowe ogrodzenie, jednak do transakcji nie doszło, bo nie odbierał telefonów 🙁
Czesław Żebrowski i ja szukaliśmy kolejnego wykonawcę, na próżno. Za oferowane pieniądze przez ubezpieczyciela nie było chętnych do pracy.
W tym czasie dobrzy ludzie z Gminy Rzekuń podrzucili nam dwie wywrotki żwiru aby podnieść teren, bo na dotychczasowej niskiej łące krzyża tam stojącego widać byłoby tylko wierzchołek. Powiat ostrołęcki przebudował, poszerzył i podniósł drogę powiatową (ul. Słoneczną) i dlatego krzyż trzeba było również podnieść.

Z powodu posadowienia krzyża możliwe, że 100 lat temu na gruncie prywatnym stał on tam i nikomu nie wadził. Jednak w obecnej chwili, po przewróceniu i przesunięciu kamienia należało zapytać o zgodę właściciela gruntu czy wyraża nadal dobrą wolę aby krzyż ustawić w tym samym miejscu.
W tym celu zaprosiłem Pana Romana Stepnowskiego, właściciela łąki aby ocenił sytuację i wypowiedział się o ewentualnych zmianach.
Pan Stepnowski wykazał dobrą wolę i pozwolił na postawienie kamienia w tym samym miejscu co przed wypadkiem.
Już po sobotnim, rannym oporządku w gospodarstwie Żebrowskich umówiony byłem z Nimi na „akcję” budowlano-inżynieryjną 🙂 1 lutego 2020r. z rana rodzina Państwa Żebrowskich (Czesław i syn Jarosław) pod moim okiem i okiem aparatu fotograficznego ustawiliśmy kamień w pionie, tak przynajmniej nam się wydawało, bo kamień pionu nie chciał trzymać. Przyczyną komplikacji ustawienia kamienia było zapewne to, że ani ja ani Żebrowscy nie posiadamy doświadczenia budowlanego ani tym bardziej inżynierki budowlanej. Oni rolnicy, ja menedżer od organizacji sportu 🙂
Po kilku próbach i poprawkach kamień stanął na swoim miejscu.

Również w lutym otrzymaliśmy kosztorys i ostateczną zgodę na pokrycie kosztów remontu, na kwotę 4800zł brutto.
Wykonania zadania podjął się:
ZUHP Jerzy Adam Małkowski, 07-410 Ostrołęka ul Targowa 15
Podjął się… i pandemia spowodowana koronawirusem C-19, zamknęła zakład.
Ale mieliśmy nadzieję z Czesławem Żebrowskim, że uda się dobrnąć do końca. Dzwoniliśmy do kowala na zmianę, chyba co 2 tygodnie z ponaglaniem. Oczekiwanie było dość długie…

W środę 5 sierpnia 2020r. stanęło nowe ogrodzenie, a na kamieniu zamontowano nowy krzyż.
W piątek 11 września 2020r. ukończono układanie kostki betonowej.

W tym czasie do Czarnowca, na posesję po Państwu Stepnowskich sprowadzili się Państwo Grażyna i Kazimierz Gawryś. To oni zajęli się wystrojem i pielęgnacją otoczenia wokół krzyża.

Zaraz po wykonaniu podłoża udałem się do potencjalnego sponsora donic marmurowych – mieszkańca Czarnowca Pana Bogdana Piasty. Nie odmówił i obiecał, że „będziesz miał takie jakie chcesz”. Znakomita postawa kamieniarza, który zaproponował wykonanie i ustawienie pięknych donic za 0,0zł brutto 🙂
Wiadomo, że przed dniem Wszystkich Świętych dnia 1 listopada nikt nie oczekuje cudów, że nasze donice już staną, czekaliśmy cierpliwie do wtorku 8 grudnia 2020r.
Donice stanęły przytwierdzone do podłoża przez pracowników Granity-Kamieniarstwo PIASTA, a na dodatek (niespodzianka) Pan Bogdan wykonał super kamienne przykrywki na zimę aby lód nie rozsadził ścianek wartościowych doniczek.
Na wiosnę zobaczymy w nich zieleń 🙂

Muszę również dodać, że w czasie tych wszystkich prac wpłynęło doniesienie do lokalnej prasy od mieszkańca Czarnowca, że „sołtys nic nie robi z krzyżem”. Mieszkańca, który obok krzyża zapewne codziennie przechodzi lub przechodził/przejeżdżał.
Natomiast przy pracach uczestniczyli wyłącznie Żebrowscy i Gawrysie, ja pilnowałem spraw formalnych i jeździłem na miejsce gdy tylko „coś się działo”. Wspomnę również niekorzystne komentarze na jednym z portali ostrołęckich o braku dbałości o krzyż, a raczej o braku krzyża, gdy w najlepsze krzyż już stał 🙂 Zamiast krytykować miał już możliwość się przy nim modlić.
Jako sołtys nadal nie mam prawa czuć się właścicielem krzyży czy kapliczek ustawionych na terenie sołectwa, bo one są własnością lokalnej społeczności – tych mieszkańców, którzy najbliżej nich zamieszkują. Są ogólnodostępne, bądź na prywatnych działkach (ogrodzone). Te krzyże czy kapliczki przydrożne mieszkańcy Czarnowca stawiali w XIX i XX wieku na rogatkach wsi aby najbliżsi mieszkańcy mieli się gdzie pożegnać po śmierci ze swoją wsią i sąsiadami przed odprowadzeniem ciała do kościoła i na cmentarz.
Obecnie zauważamy zanikanie tej wielowiekowej tradycji lecz krzyże pozostały nadal we władaniu najbliższych mieszkańców – nie Sołtysa, nie Wójta, nie Gminy!
Z przyjemnością zaangażuję się w remont czy ustawienie kolejnego krzyża w sołectwie jeśli tylko będzie taka wola mieszkańców lecz na własność ich żaden dotychczasowy sołtys nie przejmował i ja również nie mam ani zamiaru ani prawa tego robić.
Te krzyże, kapliczki są Wasze – mieszkańców.

Ostatnim „etapem” jaki planujemy przeprowadzić to poświęcenie przez kapłana tego nowego krzyża w najbliższych dniach.
O terminie przybycia księdza będziemy na bieżąco informować.

Z tego miejsca dziękuję serdecznie za zaangażowanie podczas odbudowy:
Czesław Żebrowski – Słoneczna,
Jarosław Żebrowski – Słoneczna,
Grażyna Gawryś – Leszczynowa,
Kazimierz Gawryś – Leszczynowa,
Bogdan Piasta – Sosnowa.

Marek Karczewski
Sołtys

WIĘCEJ ZDJĘĆ W GALERII NA FB
Krzyże i kapliczki czarnowieckie można zlokalizować na MAPA CZARNOWCA.

2019.04.01
2020.02.01
2020.12.08



Jak car Aleksander uwłaszczył czarnowieckich chłopów

Ciekawostka historyczna o Czarnowcu, w której niewiadomych jest co najmniej tyle, co danych. Uwagi i poprawki mile widziane.
Poniższe dokumenty do tłumaczenia dostarczył sołtysowi Markowi Karczewskiemu, w maju 2020r. Pan Jacek Czaplicki z Ostrołęki, który przywraca pamięć okolicznym cmentarzom z okresu Wielkiej Wojny.
Jego profil z dokumentacją fotograficzną i video znajduje się tu: ROWEREM WOKÓŁ OSTROŁĘKI
Dziękujemy Panu Jackowi za „zdobycie” tych starych dokumentów.

W Archiwum Państwowym w Białymstoku znajdują się dokumenty administracji carskiej z XIX wieku. 6 października 1977 roku operator pracowni mikrofilmowej Archiwum Dokumentacji Mechanicznej w Warszawie Halina Olszak sporządziła z nich mikrofilmy. Dokumenty te – z dziewiętnastowiecznego rosyjskiego na polski – przełożył nam Pan Michaił Barkowski, znakomity tłumacz i niezawodny Kolega, prowadzący na Facebooku świetny profil @niestrasznyrosyjski. Za co serdecznie dziękujemy. Bo to kawał dobrej roboty był.

Wątpliwości Tłumacza rozstrzygaliśmy własnym rozumem. Jeżeli ktokolwiek oglądając kopie akt, stwierdzi że jakieś rozstrzygnięcie było nietrafne bądź niesłuszne, reklamację pokornie przyjmiemy.Najogólniej rzecz biorąc, załączone tu archiwalia, zawierają dokumentację opisującą własność gospodarstw pól i lasów w Czarnowcu po uwłaszczeniu chłopów w Królestwie Polskim przez cara Aleksandra II w 1864 roku. Gdyby chcieć to jakoś odnieść do współczesności, to co do metody i skutków przypomina to trochę Powszechny Spis Rolny (w tym roku trwa kolejny spis). Jednak jego przyczyny, przesłanki i państwo przeprowadzające były zupełnie inne. Własność ziem na polskiej wsi w XIX wieku to bardzo skomplikowane zagadnienie.

W bardzo wielkim, być może zbyt wielkim, uproszczeniu można powiedzieć, że przed uwłaszczeniem chłopi posiadali niewielkie kawałki ziemi, ale nie byli ich właścicielami. Własność należała do szlachty. Chłopi za możliwość posiadania swych gospodarstw odrabiali pańszczyznę lub płacili czynsz (w pracy, w naturze, w gotówce). Posiadanie a własność to były (i są zresztą do dziś) dwa różne tytuły prawne do nieruchomości. Ruchomości takoż. Żeby zyskać poparcie chłopów dla powstania styczniowego polski Tymczasowy Rząd Narodowy 22 stycznia 1863 r. ogłosił, że chłopi stają się właścicielami swoich gospodarstw bez konieczności wykupywania się od właścicieli ziemskich. Mniej więcej miesiąc przed upadkiem powstania, 2 marca (19 lutego w obowiązującym w Rosji kalendarzu juliańskim) car wydał ukaz, w którym uwłaszczał chłopów na tych samych zasadach, co rząd powstańczy. W ten sposób osiągnął polityczny cel.

I znowu w dużym uproszczeniu… pokazał chłopom: zobaczcie, macie od rosyjskiej administracji to samo co od powstańczego rządu. Jednocześnie, jak ujmuje to część polskich historyków, car wbił w ten sposób klin między dwory a wsie. Uwłaszczenie na prawie carskim musiało generować konflikty, a – jak wiadomo nie od dziś – skonfliktowane społeczeństwo jest mniej skłonne do buntowania się przeciw władzy. Chłopi stali się więc właścicielami swoich zabudowań i pól. Zamiast czynszu do dziedzica mieli wnosić podatek gruntowy do skarbu. Właściciele ziemscy mieli prawo do odszkodowania od państwa za utracone grunty rolne. Pastwiska oraz lasy formalnie pozostały własnością ziemian, ale chłopi mieli prawo paść na nich swe zwierzęta i pozyskiwać z lasu opał oraz drewno budowlane. Żeby zapobiec rabunkowej gospodarce w lasach, lokalni urzędnicy rosyjskiej administracji mieli ustalać ile i jakiego drewna chłopi mogą pozyskać z dworskich lasów. Ziemi nie dostali chłopi bezrolni i robotnicy folwarczni, no bo przecież przed uwłaszczeniem jej nie posiadali. Mieli dostać ją z gruntów państwowych, bezpańskich albo opuszczonych. Niestety gruntów takich było mniej niż chętnych. W drugiej połowie XIX wieku tworzyli więc półmilionową rzeszę tzw. wolnych najmitów. Wolnych od jakiejkolwiek własności, a najmujących się do prac w folwarkach i z tego żyjących. Do wolnych najmitów zaliczali się również chłopscy bankruci, którzy z powodu nieurodzajów, klęsk żywiołowych nie byli w stanie płacić wygórowanych podatków i tracili w ten sposób swoje gospodarstwa (patrz „Wolny najmita” Marii Konopnickiej).

Któż więc gospodarował na Czarnowcu po uwłaszczeniu na mocy ukazu z 1864 roku. Pokazuje to tabela w załączonych dokumentach. Figurują w niej następujący gospodarze, których nazwiska zapisano cyrylicą i przypisano im rosyjskie odpowiedniki polskich imion. Polskie imiona podajemy w nawiasach. Poniższe zestawienie może zawierać niewielkie błędy i odstępstwa, a także braki, wynikające z tego, że po pierwsze w XIX wieku w rosyjskim występowały niektóre litery, których nie ma we współczesnym rosyjskim alfabecie. Po drugie, odręczne pismo urzędnika sporządzającego protokoły i tabele jest miejscami zwyczajnie nieczytelne.

1. Dribnica Iwan (Jan Dribnica/Drybnica/Drobnica)
2. Kowalczyk Michaił (Michał)
3. Ambroziak Wikentij (Wincenty)
4. Lewicki Stepan (Stefan)
5. Laskowski Osip (Józef)
6. Chludziński Paulin
7. Wasilewski Francisk (Franciszek)
8. Stefaniak Andriej (Andrzej)
9. Lis Foma (Tomasz)
10. Tymuś Marcin
11. Słowikowski Francisk (Franciszek)
12. Złotkowski Samuel
13. Malinowski Foma (Tomasz)
14. Lis Szymon
15. Lis Iwan (Jan)
16. Iłonak lub Iłosznak (nieczytelne nazwisko) Walenty
17. Kruk Piotr.

W kolejnych kolumnach tabeli znajdują się wyrażone w morgach i prętach (rosyjskie odpowiedniki polskich liter M i P w główkach tabeli) powierzchnie poszczególnych rodzajów użytków.
Od lewej:
* budynek mieszkalny z ogródkiem lub bez ogródka
* grunty orne
* łąki
* pastwiska
* nieużytki
* razem.
Ostatnie dwie kolumny tabeli to wyrażony w rublach i kopiejkach „rozmiar zniesionej powinności podlegającej wynagrodzeniu od Rządu na mocy art. 14-26 Ukazu o Komisji Likwidacyjnej”. Tu pojawia się nowe pojęcie – „Komisja Likwidacyjna”. Wyjaśnijmy więc, że był to organ administracji carskiej na ziemiach zaboru rosyjskiego mający operacyjnie przeprowadzić uwłaszczenie – nadać nowe tytuły własności, porachować grunta oraz na tej podstawie obliczyć odszkodowania należne właścicielom ziemskim. Przewodniczącym Centralnej Komisji był J. Sołowiow, członkami zaś – Brunschweig i W. Trubnikow. W podsumowaniu działań komisji w Czarnowcu czytamy, że 2 kwietnia (21 marca) 1866 roku zostało oficjalnie i ostatecznie zatwierdzone nadanie wyżej wymienionym mieszkańcom Czarnowca w sumie 27 mórg i 285 prętów użytków rolnych, i 16 prętów nieużytków.

Dawny właściciel wsi Czarnowiec Władysław Czerniejewski otrzymał za to 546 rubli i 72 kopiejki odszkodowania. Rzecz jasna, majątek ziemski Czerniejewskiego został uszczuplony, ale nie ograbiony. Ówczesny właściciel dworu w Czarnowcu nadal miał swoją ziemię, która wcześniej nie była w posiadaniu chłopów. Na innych archiwalnych kartach można wyczytać również na jakich zasadach uwłaszczeni chłopi z Czarnowca mogli korzystać z dworskich pastwisk i lasów. Trudno wyjaśnić to w przystępny sposób, ale żeby dać Czytelnikom pewien ogląd sytuacji, wrzucamy kilka dosłownych, przetłumaczonych, cytatów.

Pierwszy, ze względu na nieczytelność niektórych odręcznie spisanych słów, polega po części na domysłach i tak naprawdę nie jest cytatem, a omówieniem. Tak czy inaczej spróbujmy…”(…) wszystkie gospodarstwa od nr 1 do nr 20 mają prawo do wypasania bydła [?], mogą otrzymywać siano, [jest coś o liczbie sztuk bydła]; wszystkie uwłaszczone gospodarstwa mają prawo do zbierania w lesie chrustu, suszki oraz wywrotów niezdatnych do użycia w budownictwie, każde gospodarstw po 76 jednokonnych wozów. [dalej jest coś o wyrębach] Każda osada ma prawo do otrzymania rocznie po 50 żerdzi z jesionu lub olchy lub, przy braku żerdzi, po 4 wozy chrustu [dalej fragment nieczytelny], prawo do otrzymywania rocznie drzew sosnowych o średnicy 20 cali”. Kolejne wpisy dotyczą rozstrzygnięć administracji carskiej z późniejszych lat – 1872, 1875, 1878, 1880.”(…) postanowiono, że przynależny folwarkowi Czarnowiec las obciążony na mocy niniejszej tabeli serwitutami włościan obejmuje 587 mórg i 77 prętów i oddzielony jest od lasu przynależnego folwarkowi Dzbenin miedzą biegnąca od wsi szlacheckiej Kaczyny-Tobolice poprzez łąkę [nazwa mało czytelna – Krzykiew? – przypis Tłumacza], a od tejże łąki – przez działkę z lasem liściastym w kierunku na wprost lasu sosnowego do granicy wsi szlacheckiej Korczaki”. „(…) postanowiono co następuje: przyznać na mocy niniejszej tabeli likwidacyjnej po 76 wozów jednokonnych z paliwem na osadę, co równa się 26 wozom parokonnym, a zatem 1520 przyznanych na całą wieś wozów jednokonnych z powyższym materiałem stanowią odpowiednik 520 wozów parokonnych rocznie oraz przyznać na mocy tejże tabeli po 50 żerdzi na osadę [wyraz nieczytelny] o długości 3 sążnie i grubości 3 cale w średnicy”.

Jest też wpis z 1903 roku. Bardzo obszerny, liczący około dwóch tysięcy znaków. Niezwykle szczegółowo i dość hermetycznie opisuje on zależności i stosunki ziemskie w Czarnowcu po tym jak w 1900 roku właścicielka dóbr Czarnowiec Antonina Michniewicz zawarła porozumienie ze wszystkimi włościanami wsi Czarnowiec, na mocy której włościanie zrzekli się na jej rzecz praw do serwitutów leśnych i pastwiskowych, w zamian za co otrzymali na własność część gruntów dworskich. Dalej jest istny labirynt sążni, dziesięcin, serwituów, mórg, prętów. Żeby się w tym połapać, trzeba by jakiegoś rzeczoznawcy w dziedzinie zarządzania nieruchomościami z doktoratem z historii 🙂

W tamtych czasach to wielce skomplikowane przekształcenie gruntowe rozmierzył i rozliczył mierniczy Julian Płaczkowski.

2020.08.23 /Jacek Pawłowski/

Objaśnienia pojęć za Wikipedia:
1. sążni (sążnia) – Sążeń – niemetryczna, antropometryczna jednostka długości. Miara miała długość rozpostartych ramion dorosłego mężczyzny. Pochodną sążnia jest sąg – jako sześcienna miara drewna.
W Polsce sążeń (lub inaczej siąg) zmieniał się na przestrzeni wieków, oscylując w granicach 2 metrów:
– sążeń staropolski – 1,786 m (według konstytucji 1764),
– sążeń nowopolski – 1,728 m = 3 łokcie = 6 stóp = 72 cale = 864 linie (obowiązywał w Królestwie Polskim 1819-1848)
2. mórg (morg) – Morga (także mórg, jutrzyna) – historyczna jednostka powierzchni, używana w rolnictwie. Początkowo oznaczała obszar, jaki jeden człowiek mógł zaorać lub skosić jednym zaprzęgiem w ciągu dnia roboczego (dokładnie: od rana do południa), a jej wielkość wynosiła – zależnie od jakości gleby, zaprzęgu i narzędzi w Europie 0,33–1,07 hektara.
3. dziesięcin – (dziesięcina) – Dziesięcina, także: dziesiatyna – dawna miara powierzchni gruntu.
Dziesięcina na terenach zaboru rosyjskiego, które nie tworzyły Królestwa Kongresowego, czyli na wschód od Bugu i linii Ciechanowiec-Łapy-Tykocin-Biebrza-Niemen, w XIX wieku i na początku XX, była urzędową miarą powierzchni gruntów.
Stosowane były dwie jednostki o tej nazwie:
– dziesięcina tzw. skarbowa = 10925,2 m² = 1,09252 ha, inne przeliczenia tej miary: 1 dziesięcina = 2400 sążni kw. = 1,9508 morgów n. p. = 109,252 arów
– dziesięcina tzw. większa (o 1/3, nazywana też „dużą”) = 14567 m² = 1,4567 ha.
Obie były stosowane równolegle, co stwarza trudność w przeliczaniu wielkości gruntów na dzisiejsze jednostki.
4. serwituów – Serwitut, serwituty – uprawnienia chłopów do korzystania z dworskich łąk i pastwisk oraz lasów, wywodzące się z okresu feudalnego, będące powodem licznych zatargów między wsią a dworem. Na ziemiach polskich zostały zlikwidowane w większości do końca XIX w. Sprawę serwitutów regulowała ustawa z dnia 7 maja 1920 r. o likwidacji serwitutów na terenie b. Królestwa Kongresowego i rozporządzenie Prezydenta z dnia 1 lutego 1927 r.
Część lasu objętą serwitutem nazywano cerklem lub cyrklem. Serwituty, zwane też służebnościami, były rodzajem prawa rzeczowego. Serwituty oparte były na aktach jednostronnych (np. przywilejach nadanych osadźcom wsi przez królów polskich), na umowach ustnych lub zwyczajach. Początkowo serwituty dotyczyły własności królewskiej lub dworskiej, później w miarę, jak zmieniali się właściciele lasów, również prywatnej lub państwowej.
5. prętów – Pręt – historyczna miara długości i powierzchni.
– Miary rolne i budowlane:
1 pręt = 2,5 sążnia = 4,32 m
– Rolne miary powierzchni:
1 pręt kwadratowy = 18,66 m2
6. żerdzi – Żerdź – strzała drzewa lub jej część o średnicy mierzonej w odległości 1 metra od grubszego końca (tzw. średnicy znamionowej, przy uwzględnieniu kory) wynoszącej dla drzew iglastych 7-14 cm, dla drzew liściastych 7-18 cm. W sortymentacji drewna jest to drewno okrągłe średniowymiarowe. Wyróżnia się żerdzie użytkowe i przemysłowe.
7. Chrust – małowymiarowy sortyment drzewny. Rozróżniany jest w dwóch odmianach: jako chrust opałowy oraz chrust użytkowy.
8. Suszka – w leśnictwie określenie na stojące, częściowo lub całkowicie martwe, suche drzewo, zamarłe na skutek działania szkodliwych czynników, np.: owadów lub grzybów, zanieczyszczeń atmosferycznych, bądź z powodu naturalnego procesu starzenia rośliny.
9. wywrotów – Wywrót, wykrot, wiatrował – drzewo z naderwanym korzeniem, lub całkowicie wywrócone w wyniku działania wiatru.
/MK/