Zaufany człowiek Stalina. Kim był ubek, który posłał na śmierć Wyszomirskiego

O rodzinie Wyszomirskich, o dworze w Czarnowcu, o smutnych losach wojennych i powojennych piszemy wtedy, gdy wpadają nam w ręce na nowo odkryte karty historii naszej wioski.
Dziś, po osobistej wizycie studyjnej w Muzeum Żydów Polskich POLIN, w Warszawie, którą zorganizowało Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce chciałbym wspomnieć ponownie czytelnikom o roli bezwzględnego kata, który stał się ostatecznie użytecznym łajdakiem.

Jeśli chodzi o same zwiedzanie wystawy stałej i czy warto ją zobaczyć, to decyzję pozostawiam Państwu, ale dopiero po pierwszej wizycie w POLIN. Twierdzę zdecydowanie, że każdą wystawę i każde Muzeum warto zwiedzić, bo dopiero wtedy każdy z nas może wyrobić sobie opinię o potrzebie prezentowania historii.

Wystawa stała „1000 lat historii Żydów polskich”

Poniżej zdjęcie i cytat z wystawy w Muzeum Żydów Polskich, w Warszawie.
Na ekspozycji znajdujemy zdjęcie bezwzględnego komunisty, który doprowadził do aresztowania i ostatecznie mordu na Janie Wyszomirskim z Czarnowca.

Fot: MK Ekspozycja w POLIN

Józef Światło
Urodzony w 1915 roku Izaak Fleischfarb wstąpił do krakowskiej sekcji młodzieżowej organizacji syjonistycznej Gordonia, ale potem porzucił syjonizm i został komunistą. Zdystansował się od żydowskiej tożsamości, a nawet przestał utrzymywać bliskie kontakty z rodziną. Pracował jako robotnik, organizował strajki i demonstracje, bywał za to aresztowany.
Powołany do wojska w 1938, został ranny w kampanii wrześniowej. Przekroczył nielegalnie granicę z ZSRR i został zesłany do obozu pracy. Po amnestii ożenił się z Justyną Światło, której nazwisko przejął. Wstąpił do wojska polskiego. Gdy ujawnił swoją przedwojenną przeszłość komunistyczną, został oficerem politycznym. Uczestniczył w zwalczaniu Armii Krajowej, a w 1945 roku został wysokim oficerem UB. Był odpowiedzialny za aresztowanie m.in. Władysława Gomułki i prymasa Stefana Wyszyńskiego. W grudniu 1953 zgłosił się do władz amerykańskich w Berlinie. Jego audycje w Radio Wolna Europa, nadawane od 1954 roku, ujawniały mechanizm terroru. Zyskały w Polsce olbrzymią popularność i przyczyniły się istotnie do erozji systemu.

Józefa Światło doprowadził wielu Polaków do aresztowania, i w następstwie do śmierci.

Opinia na temat Józefa Światło jest złożona i pełna kontrowersji, ponieważ łączy on w sobie rolę bezwzględnego kata i kluczowego świadka. Można ją streścić w kilku punktach. Był bezwzględnym funkcjonariuszem aparatu terroru. Przed ucieczką Światło był jedną z najbardziej mrocznych postaci stalinizmu w Polsce. Jako wicedyrektor Departamentu X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego był „prawą ręką” Bermana i Bieruta do zadań specjalnych. Nie był jedynie urzędnikiem, ale aktywnym uczestnikiem brutalnych przesłuchań i prowokacji, odpowiedzialnym za niszczenie życia zarówno przeciwników politycznych, jak i członków samej partii. Uciekł z motywów egoistycznych. Mało który badacz historii wierzy w ideologiczną przemianę Światły. Przeważa pogląd, że jego ucieczka na Zachód w 1953 roku była wynikiem czystego instynktu przetrwania.

Po śmierci Stalina w ZSRR, Światło zrozumiał, że w Polsce rozpocznie się szukanie kozłów ofiarnych winnych „błędom i wypaczeniom”, a on – jako osoba wiedząca zbyt wiele o brudach elity władzy – był pierwszy w kolejce do eliminacji.

Co ważne!
Mimo fatalnej oceny moralnej jego postaci, historycy przyznają mu kluczową rolę w rozbiciu systemu od wewnątrz. Jego audycje w Radiu Wolna Europa („Za kulisami partii i bezpieki”) obnażyły hipokryzję, luksusy i brutalność komunistycznych dygnitarzy. Wywołało to szok w szeregach PZPR, doprowadziło do likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i znacząco przyspieszyło proces destalinizacji w Polsce (październik 1956). W oczach badaczy Światło pozostaje więc „użytecznym łajdakiem” – człowiekiem, który z niskich pobudek i dla ratowania własnej skóry, dostarczył Zachodowi i Polakom wiedzę, która ostatecznie skompromitowała i osłabiła system, który sam wcześniej budował.

Fot: MK Ekspozycja w POLIN

„KOMANDO ŚMIERCI W WILLYSIE
W połowie lat 90. XX wieku w Warszawie żyli jeszcze świadkowie, którzy pamiętali jak podporucznik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józef Światło w towarzystwie enkawudzistów jeździł wojskowym willysem ulicą Grochowską i aresztował ludzi związanych z „Alarmem” – redaktorów, drukarzy i kolporterów. W sumie przeszło sto osób.”

cytat z artykułu Jacka Pawłowskiego [JP] zamieszczony na naszych łamach, tu ->

Konkretna, imienna lista wszystkich osób aresztowanych przez Józefa Światłę (Izaaka Fleischfarba) prawdopodobnie nie istnieje w formie jednego, publicznie dostępnego spisu, ponieważ jego działalność obejmowała tysiące spraw operacyjnych. Można jednak wyodrębnić grupy i konkretne nazwiska, które najczęściej pojawiają się w opracowaniach historycznych oraz archiwach IPN w kontekście jego bezpośrednich działań.

Ważne postacie aresztowane przez Światłę:
– Władysław Gomułka i jego żona Zofia – Światło osobiście aresztował ich w sierpniu 1951 roku w Krynicy.
– Kardynał Stefan Wyszyński – Światło nadzorował operację jego aresztowania we wrześniu 1953 roku.
– Leopold Okulicki „Niedźwiadek” – ostatni komendant główny AK; Światło brał udział w pacyfikacjach i represjach wobec członków podziemia niepodległościowego.
– Michał Rola-Żymierski – marszałek Polski, aresztowany w 1952 roku pod zarzutem szpiegostwa.
– Hermann Field – amerykański architekt, którego „zniknięcie” w 1949 roku było jedną z najbardziej tajemniczych spraw prowadzonych przez Światłę.

Życiorys Józefa Światło z 31 maja 1945 r.sygn. IPN BU 0193-7549

Sprawa organizacji „Alarm”

„Alarm” to kryptonim akcji wymierzonej w środowiska konspiracyjne często związane z AK lub ruchem narodowym. Choć historycy wspominają o „ponad stu osobach” aresztowanych w tej konkretnej operacji na warszawskiej Pradze przy ul. Grochowskiej, w literaturze nazwiska szeregowych drukarzy czy kolporterów pojawiają się rzadziej niż nazwiska liderów. W ramach tej i podobnych spraw, Światło jako wicedyrektor Departamentu X MBP, przyczynił się do uwięzienia Redaktorów pism podziemnych, Pracowników drukarni konspiracyjnych, Członków rodzin osób poszukiwanych jako forma szantażu.

UROCZYSTE ZATWIERDZENIE AKTU OSKARŻENIA
„Proces Jana Wyszomirskiego z Czarnowca brutalnie pokazał ponurą zasadę sądownictwa krajów totalitarnych, wedle której wyrok jest uroczystym zatwierdzeniem aktu oskarżenia.
22 stycznia 1945 roku w Otwocku, na sesji wyjazdowej, odbyła się rozprawa porucznika „Wrońskiego”. Rozprawa odbywała się bez oskarżyciela i obrońców. Tylko sąd i oskarżony. W składzie orzekającym zasiadali: porucznik Władysław Garnowski, podporucznicy Władysław Sobiech i Eugeniusz Krzewski. Protokołował podporucznik Ignacy Leszcz. Na jednej rozprawie sąd zamknął cały proces. Skazał Wyszomirskiego na karę śmierci.
Nie było drugiej instancji. Komunistyczna sprawiedliwość nie przewidywała zaskarżania wyroków. Prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Karę śmierci wykonano 29 stycznia w ubeckim więzieniu przy ulicy 11 Listopada w Warszawie…” – [JP]

Pełna treść Postanowienia – PDF

Bezprawne „przybicie” Wyszomirskiemu czynów popełnionych przed wejściem w życie dekretu o ochronie państwa. Bezprawne uwięzienie przez półtora miesiąca, przed formalną decyzją o aresztowaniu. Pozbawienie prawa do obrony. Brak możliwości zaskarżenia wyroku. Wszystkie te okoliczności jednoznacznie przesądzają, że na Wyszomirskim popełniono klasyczną zbrodnię mordu sądowego.

Bezpośrednim sprawcą tej zbrodni był Światło. Dlaczego amerykanie kryli jego datę śmierci aż do 2010 roku?

Przyczyna, dla której amerykańskie służby (CIA) utrzymywały informację o losach i dacie śmierci Józefa Światły w ścisłej tajemnicy przez dekady, wynikać może z kilku powodów.

Chronili kluczowego świadka. Światło był dla USA jednym z najcenniejszych uciekinierów z bloku wschodniego. Po zakończeniu audycji w Radiu Wolna Europa otrzymał nową tożsamość i zamieszkał w USA. Ujawnienie jakichkolwiek szczegółów o nim mogło narazić go na akcję odwetową ze strony grup likwidacyjnych KGB lub polskiego MSW, które przez lata oficjalnie uznawało go za zmarłego lub zaginionego, ale wciąż go poszukiwało. Byli wiarygodni dla przyszłych dezerterów. Amerykanie chcieli pokazać innym potencjalnym uciekinierom z elit komunistycznych, że jeśli zdecydują się na współpracę, USA zapewni im całkowite bezpieczeństwo i anonimowość aż do śmierci. Ujawnienie danych Światły mogłoby zostać odebrane jako słabość systemu ochrony.

Światło był postacią „brudną” – zbrodniarzem stalinowskim z rękami umazanymi krwią. Publiczne przyznanie, że taki człowiek żyje spokojnie na koszt amerykańskiego podatnika, mogło budzić kontrowersje etyczne i naciski ze strony środowisk polonijnych oraz organizacji walczących o sprawiedliwość za zbrodnie stalinizmu. Przez lata polskie służby specjalne prowadziły operacje mające na celu ustalenie miejsca jego pobytu. Utrzymywanie ścisłej tajemnicy zmuszało wywiad PRL do marnowania zasobów na szukanie kogoś, kto był pod pełną kontrolą CIA. Ostatecznie dopiero w 2010 roku, w odpowiedzi na wniosek o odtajnienie informacji (FOIA) złożony przez Instytut Pamięci Narodowej, Amerykanie oficjalnie potwierdzili, że Józef Światło zmarł w 1994 roku.

Józef Światło – przez aresztowanie Jana Wyszomirskiego z Czarnowca do mordu sądowego!

Artykułu na naszych łamach: „Czarnowiec i Wyszomirscy cz. IV” https://czarnowiec.pl/2020/08/20/czarnowiec-i-wyszomirscy-cz-iv/Tak, szczegółowo opisuje losy Jana Wyszomirskiego oraz rolę Józefa Światły w jego aresztowaniu.

Artykuł przywołuje relacje świadków, według których Józef Światło osobiście jeździł wojskowym willysem po warszawskiej Pradze, wyłapując osoby związane z redakcją „Alarmu”, w tym Jana Wyszomirskiego z Czarnowca. Światło nie tylko dokonał zatrzymania, ale jako wysoki funkcjonariusz bezpieki inicjował i nadzorował śledztwo, które IPN uznał po latach za zbrodnię komunistyczną. To właśnie dzięki śledztwu w sprawie „mordu sądowego” na Janie Wyszomirskim, strona amerykańska została zmuszona do oficjalnego potwierdzenia daty śmierci Światły. Ministerstwo Sprawiedliwości w Waszyngtonie podało polskiej prokuraturze 11 stycznia 2010 roku, że Światło zmarł 2 września 1994 roku. Mimo podania daty, Amerykanie odmówili przekazania kopii aktu zgonu czy opisu okoliczności śmierci, co zmusiło IPN do umorzenia śledztwa, bo zmarłego nie można sądzić.
Artykuł Jacka Pawłowskiego jest istotnym źródłem, ponieważ łączy ogólną wiedzę o „uciekinierze z RWE?” z konkretną, tragiczną historią ofiary jego wcześniejszej działalności w aparacie bezpieczeństwa.

Światło nie tylko bezprawnie pozbawił wolności Jana Wyszomirskiego, ale następnie „oddał go we władztwo obcego państwa”, przekazując go funkcjonariuszom radzieckiego NKWD. Było to działanie wykraczające poza standardowe procedury Urzędu Bezpieczeństwa i nosiło znamiona zbrodni przeciwko ludzkości. Akcja przeciwko redaktorom „Alarmu” nie zakończyła się na samym Wyszomirskim. Kilka dni po jego aresztowaniu, Światło i jego ludzie urządzili zasadzkę w mieszkaniu, w którą wpadły matka i siostra Jana – Maria oraz Ludwika Wyszomirskie. Wciągnięto rodzinę w zasadzkę. Pokazuje to brutalną metodę odpowiedzialności zbiorowej stosowaną przez Światłę.

Aresztowali go bez podstawy prawnej! Jan Wyszomirski został aresztowany 19 listopada 1944 roku, a formalna decyzja o jego uwięzieniu zapadła dopiero półtora miesiąca później. Co więcej, skazano go na podstawie dekretu o ochronie państwa, który wszedł w życie już po czynach, o które go oskarżano! Chociaż IPN zakwalifikował działania Światły jako zbrodnię komunistyczną, śledztwo zostało ostatecznie umorzone w 2010 roku tylko i wyłącznie z powodu śmierci podejrzanego. Amerykanie, informując o jego zgonie, odmówili wydania kopii aktu zgonu oraz jakichkolwiek szczegółów dotyczących jego życia w USA, co uniemożliwiło pełną weryfikację i zamknięcie procesowe sprawy ofiar takich jak Wyszomirski. Jan Wyszomirski nie miał obrońcy, a rozprawa trwała jeden dzień i zakończyła się natychmiastowym wyrokiem śmierci.

Jan Wyszomirski


Po osobistej rozmowie z przewodnikiem w Muzeum Żydów Polskich i zadanym pytaniu: Jak sama ekspozycja w Muzeum Żydów Polskich traktuje Światłę? Jako bohatera żydowskiego czy jako zdrajcę, przestępcę i wysokiego urzędnika UB – komunistę?

Według przewodnika, ekspozycja w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN nie stosuje wobec Józefa Światły uproszczonych etykiet „bohatera” czy „zdrajcy”. Zamiast tego, przedstawia jego postać w sposób analityczny i wielowymiarowy, wpisując ją w tragiczny i skomplikowany kontekst powojennych losów polskich Żydów. Sposób narracji na wystawie można podzielić na dwa kluczowe aspekty:
– Aspekt krytyczny – Jako sprawca i funkcjonariusz. Muzeum wprost wskazuje na jego rolę w komunistycznym aparacie terroru. Opisuje go jako wysokiego oficera UB (Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego), który był odpowiedzialny za brutalne represje, w tym aresztowania kluczowych postaci życia publicznego (Gomułka, Wyszyński). W tym kontekście Światło jest pokazany jako postać, która odrzuciła swoją żydowską tożsamość na rzecz bezwzględnej ideologii komunistycznej.
– Aspekt historyczny – Jako narzędzie rozkładu systemu. Wystawa akcentuje moment jego ucieczki i działalności w Radiu Wolna Europa. Nie jest to jednak przedstawiane jako akt bohaterstwa, lecz jako wydarzenie o ogromnym znaczeniu politycznym. Muzeum podkreśla, że jego rewelacje „przyczyniły się istotnie do erozji systemu”, obnażając mechanizmy strachu i korupcji władzy.

Muzeum POLIN unika ocen moralnych, pozostawiając je zwiedzającym, ale rzetelnie dokumentuje jego drogę od młodego syjonisty, przez brutalnego stalinowca, aż po uciekiniera, którego głos pomógł zdemontować system, który sam współtworzył. Światło pojawia się tam jako postać ilustrująca dylematy, wybory i ciemne karty historii Żydów w powojennej Polsce, a nie jako wzór do naśladowania.

POLIN – to nazwa muzeum w Warszawie. Dlaczego POLIN? Skąd wzięła się taka nazwa?

POLIN to hebrajskie określenie Polski, które w dosłownym tłumaczeniu oznacza „tutaj odpoczniesz”. Słowo to składa się z dwóch członów: po („tutaj”) oraz lin („odpocznij/spocznij”).
Wybór tej nazwy przez Muzeum POLIN nawiązuje do popularnej legendy o przybyciu pierwszych Żydów na ziemie polskie.
Legenda o lesie: Według podań, Żydzi uciekający przed prześladowaniami w Europie Zachodniej dotarli do lasu, gdzie usłyszeli głos z nieba lub śpiew ptaków układający się w słowo „Polin”.
Symbolika: Zinterpretowali to jako znak, że Polska ma stać się ich bezpieczną przystanią i miejscem odpoczynku.
Wystawa: Legenda ta stanowi motyw przewodni galerii „Las”, która otwiera wystawę stałą muzeum, dokumentującą 1000 lat wspólnej historii. Budowa Muzeum rozpoczęła się w 2009 roku, a słowo „Polin” oficjalnie dodano do jego nazwy we wrześniu 2014 roku gdy otwarto wystawę stałą.

Kontekst Józefa Światło w Katowicach

Warto przypomnieć, że prawda o śmierci Jana Wyszomirskiego z Czarnowca wyszła na jaw m.in. dzięki śledztwu IPN, które doprowadziło do ustalenia daty śmierci samego Józefa Światło (zmarł w 1994 r. w USA pod nazwiskiem Charles Guck (Gacek)). Co ciekawe, ogłoszenie tych faktów zbiegło się czasowo z zaprzysiężeniem prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego w 2010 roku. Stanowi to ciekawą klamrę czasową dla historii Światło-Wyszomirski.

Źródła:
– Przystanekhistpria.pl
– YT.dawnotemu – Józef Światło ucieczka czy mistyfikacja?
– IPN
– MŻW

Dla zainteresowanych podpinam również krótki film z YT.

Marek Karczewski, 6.05.2026 r.




Parafjanin donosi

W 1912 roku, kiedy Polska znajdowała się pod zaborami, autorzy piszący do lokalnych gazet (często krytycznie o rzeczywistości) używali pseudonimów takich jak „parafjanin” głównie z obawy przed represjami ze strony władz carskich.
Głównym zagrożeniem była odpowiedzialność karna za „nieprawomyślne” publikacje. Ówczesne prawo prasowe w zaborze rosyjskim było bardzo restrykcyjne. Za krytykę porządku publicznego, administracji czy nawoływanie do oporu groziły surowe kary pozbawienia wolności. Ochrana (tajna policja) śledziła autorów tekstów, które mogły budzić nastroje narodowe lub społeczne. Redakcje i autorzy mogli zostać obciążeni ogromnymi grzywnami, które prowadziły do bankructwa gazety. Podpisując się jako „parafjanin”, autor chronił swoją tożsamość, aby uniknąć osobistych prześladowań, a jednocześnie nadawał swojej wypowiedzi ton głosu „zwykłego człowieka”, co miało zwiększać wiarygodność opisu lokalnych problemów.

Artykuły w „Gazecie Świątecznej” z 1912 roku opisywały inicjatywę ks. Stanisława Żebrowskiego budowy neogotyckiego kościoła w Rzekuniu, zaprojektowanego przez Józefa Piusa Dziekońskiego. Relacje „Parafjanina” dokumentowały mobilizację parafian, gromadzenie materiałów oraz ofiarność społeczną na rzecz nowej świątyni, która zastąpiła stary, drewniany kościół.

Stan Polski w 1912 roku

W 1912 roku państwo polskie formalnie nie istniało na mapie świata. Ziemie polskie znajdowały się pod rozbiorami trzech mocarstw: Rosji, Niemiec (Prus) oraz Austro-Węgier. Sytuacja Polaków zależała od zaboru, w którym mieszkali. Rzekuń był w zaborze rosyjskim (Królestwo Polskie). Panowała tu silna rusyfikacja i represje. Polacy żyli w atmosferze inwigilacji przez tajną policję (Ochranę), a dzieci w szkołach zmuszano do nauki w języku rosyjskim i ograniczano polską własność ziemi.

W tym czasie nie istniał jeden oficjalny rząd Polski ani instytucja „przywódcy na uchodźstwie” w takim sensie, jak w trakcie II wojny światowej. Rolę liderów narodu pełnili przywódcy głównych obozów politycznych, którzy przygotowywali się do nadchodzącego konfliktu światowego.
Józef Piłsudski – Stał na czele nurtu niepodległościowego szykując kadry do przyszłej walki zbrojnej przeciwko Rosji.
Roman Dmowski – Lider Narodowej Demokracji (tzw. orientacja prorosyjska). Uważał, że największym zagrożeniem dla Polski są Niemcy, dlatego dążył do zjednoczenia ziem polskich pod berłem cara, co miało być krokiem do przyszłej niepodległości.
Wincenty Witos – Rosnący w siłę lider ruchu ludowego, walczący o interesy chłopów w parlamencie austriackim.

Budowa kościoła a administracja carska

Przez dekady po powstaniu styczniowym władze rosyjskie prowadziły politykę ograniczania wpływów Kościoła katolickiego, co objawiało się m.in. zakazem budowy nowych świątyń oraz zamienianiem kościołów na cerkwie. Dopiero wydanie „Ukazu Tolerancyjnego w 1905 r. przez cara Mikołaja II umożliwiło starania o budowę nowych obiektów sakralnych. Kościół w Rzekuniu, zaprojektowany przez Józefa Piusa Dziekońskiego, powstał w stylu neogotyku wiślano-bałtyckiego. Styl ten był celowo wybierany przez Polaków jako manifestacja tożsamości narodowej w kontrze do narzucanego przez zaborcę stylu bizantyjsko-rosyjskiego. Inicjatywa i plany ruszyły w 1912 roku (za czasów ks. Stanisława Żebrowskiego), właściwe prace budowlane trwały z przerwami aż do 1935 roku.

Czy parafianie byli represjonowani?

W 1912 roku chodzenie do kościoła katolickiego samo w sobie nie było już karane więzieniem, ale wierni mierzyli się z innymi formami ucisku. Duchowni znajdowali się pod stałą obserwacją Ochran (tajnej policji), a kazania nie mogły zawierać treści patriotycznych. Władze dążyły do wprowadzenia języka rosyjskiego do ksiąg parafialnych i administracji kościelnej. Choć w Rzekuniu dominował katolicyzm, w innych częściach zaboru (szczególnie na Podlasiu) zmuszano do przechodzenia na prawosławie.

Wspomniany, tytułowy „parafjanin” pisał do prasy anonimowo, ponieważ każda wzmianka o problemach lokalnych, która mogła być odebrana jako krytyka urzędników carskich lub nawoływanie do solidarności narodowej, groziła aresztem lub grzywną dla redakcji.

Z krótkich informacji na stronie Parafii Rzekuń dowiadujemy się, że budowę rozpoczęto w 1914 roku. Z artykułu w Gazecie Świątecznej czytamy: „…To też wielu żyje tą Jedyną myślą, aby jak najprędzej oglądać już kościół wykończony...” Z kontekstu przekazu prasowego wynika, że budowa została już rozpoczęta w 1912 roku.
Nie stanowi to w zasadzie żadnego sporu o datę rozpoczęcia wznoszenia świątyni, ale raczej o braku dokładnych danych z tego okresu.

Gazeta Świąteczna z 1912 roku

29 kwietnia (12 maja) 1912 roku

Z Rzekunia,
wsi kościelnéj w powiecie ostrołęckim, gubernji łomżyńskiej, pisze do nas jeden czytelnik:

„Mam pod ręką obliczenia dotyczące parafiji Rzekuńskiej, więc chce się niemi podzielić ze spólczytelnikami Gazety.

Parafja Rzekuńska, według obliczenia dokonanego w tym roku, ma ogółem 7270 dusz, z których w Ameryce przebywa mężczyzn 458-ech, koblét-124, w Prusiech mężczyzn 19-tu, kobiét 5, czyli razem 601 osób. Na miejscu więc w parafji znajduje się 6569 dusz. W tej liczbie nieumiejących czytać, prócz małych dzieci, jest 675 osób.
W pracy oświatowej i spółecznej parafja nasza stara się nie pozostawać w tyle za innemi. Gazet różnych przychodki do nas 149; jest to liczba dosyć pokaźna. Mamy dwa kółka rolnicze: jedno w Rzekuniu, drugle w Borowem; co miesiąc odbywają ale w tych kółkach pożyteczne pogadanki. W Kaczynach zaś, gdzie jest stacja koleji żelaznéj, znajduje się stowarzyszenie spożywcze, które się bardzo dobrze rozwija. Mamy też w Rzekunlu książnicę, z której bierzemy do czytania książki bardzo pożyteczne i ciekawe.

– Największą naszą troską obecną jest budowa wspaniałej świątyni, o dwóch wysokich wieżach, która ma nam zastąpić mały stary kościołek. Piękny ten kościół będzie chlubą parafjan rzekuńskich, a pokolenia następne po kilkuset latach jeszcze wspominać będą, jaki to dom Boży wystawili ich praojcowie. To też wielu żyje tą Jedyną myślą, aby jak najprędzej oglądać już kościół wykończony.

Jeden staruszek, dając ofiarę na budowę kościoła powiedział: Chciałbym choć przed śmiercią jeszcze zobaczyć ten kościół, a potém już będę mógł umrzeć. – Mamy w Bogu nadzieję, że w tym roku pokryjemy mury dachem, zasklepimy i postawimy wieże. A gdy Bóg dopomoże nam to zrobić, wówczas, choćby na wiosnę roku przyszłego, postawimy sobie przy kościele piękny „dom ludowy” parafjalny, aby mieć gdzie się zbierać i radzić nad polepszeniem naszego bytu, a nawet i uczciwie się zabawić, naprzykład urządzać na Boże Narodzenie jasełka, a w innym czasie pokazywać ciekawe i pożyteczne obrazy przy pomocy malowanych szkiełek i latarni. Mogłaby się tam mieścić i czytelnia, i ochrona dla dzieci, i, o ile by można było, inne też pożyteczne urządzenia. Chociaż, co prawda, ciężko nam na razie przy tej budowie kościoła, ale mamy w Bogu nadzieję, że przy dobrych chęciach i zgodzie wystarczy nam jeszcze i na dobrą gazetę, i na książkę pouczającą. I na „dom ludowy”.”

Parafjanin.

Widok kościoła i chałup w Rzekuniu, w roku 1914. (Fotopolska.eu)

Władze świeckie w okresie rozpoczęcia budowy kościoła – 1912-1915.

Pismo od naczelnika powiatu ostrołęckiego, z 4 czerwca 1912 r. do gubernatora łomżyńskiego.

„Zawiadamiam Waszą Ekscelencję, oczekując rozporządzeń z Waszej strony, że w związku z rozpoczęciem trzyletniej kadencji 1912–1915, zgodnie z decyzją zgromadzenia gminnego w Rzekuniu, nie ma przeszkód do powołania Jana Francewicza Laskowskiego na stanowisko wójta gminy oraz Antona Francewicza Mierzejewskiego na stanowisko zastępcy wójta tejże gminy.”

W źródłach historycznych postać Jana Laskowskiego, sprawującego urząd wójta gminy Rzekuń w latach 1912–1915, pojawia się rzadko.

Imię ojca („Francewicz” – syn Franciszka). Nazwisko Laskowski może być związane z Laskowcem w gminie Rzekuń, która historycznie mogło być gniazdem rodowym Laskowskich. Można przypuszczać, że Jan był przedstawicielem lokalnej ludności, co dawało mu odpowiedni autorytet do objęcia urzędu. Jego urzędowanie (1912–1915) przypadło na wybuch I wojny światowej. Rzekuń i Ostrołęka stały się w 1915 roku areną krwawych walk między wojskami rosyjskimi a niemieckimi – między innymi walki w Kamiance. Jako wójt musiał zmierzyć się z rekwizycjami wojennymi, mobilizacją oraz ewakuacją urzędów przed wkroczeniem Niemców latem 1915 roku.
W miarę zbliżania się frontu w lipcu i sierpniu 1915 roku, rekwizycje przybrały formę „rabunkową”. Rosjanie stosowali taktykę spalonej ziemi, zabierając wszystko, co mogłoby przydać się nacierającym Niemcom.
Kiedy Rosjanie, opuszczając te tereny, palili zabudowania i wysadzali kluczowe obiekty, księży, mieszkańców i wójta dotykały ogromne problemy przy budowie kościoła.

Legenda o Złotkowskich z Czarnowca – murarzach

Wśród mieszkańców Czarnowca oraz żyjącej jeszcze rodziny Złotkowskich krąży legenda o budowniczym kościoła.
Prawdopodobnie w rzekuńskim kościele, za ołtarzem głównym wmurowana jest cegła z wygrawerowanym napisem „Złotkowcy”.
Legenda głoszona przez rodzinę i mieszkańców brzmi:

„Złotkowski – murarz z Czarnowca pracował przy wznoszeniu świątyni za darmo. Ustalił wówczas z księdzem Stanisławem Żebrowskim, że od chwili pobudowania kościoła, na zawsze rodzina Złotkowskich (Złotkowscy) otrzyma wszelkie sakramenty od rzekuńskich duchownych za darmo…”

Czy istnieje za ołtarzem taka cegła? Czy w księgach parafialnych istnieje zapis o umowie Złotkowskiego i Żebrowskiego? Żaden z dotychczasowych proboszczów nie potwierdził powyższego faktu.

Kościoła w Rzekuniu nie mógł budować murarz z Czarnowca Teodor Złotkowski, ten który w 1857 ukończył kaplicę na cmentarzu.
To mało prawdopodobne, aby Teodor Złotkowski osobiście murował obecny kościół w Rzekuniu, głównie ze względów chronologicznych.

Teodor Złotkowski ukończył kaplicę cmentarną w 1857 roku. Budowa obecnego murowanego kościoła ruszyła dopiero w 1912 roku. Od zakończenia prac przy kaplicy do rozpoczęcia budowy kościoła minęło aż 57 lat. Gdyby w 1857 roku był już ukształtowanym murarzem (mającym ok. 25–30 lat), w 1912-1914 roku musiałby mieć ponad 80 lat.

Jest jednak bardzo możliwe, że w budowie kościoła brał udział syn lub wnuk Teodora. W tamtym czasie zawód murarza (mularza) był często dziedziczny, a lokalni mistrzowie cieszyli się zaufaniem parafii przez pokolenia. Nazwisko Złotkowski jest silnie zakorzenione w gminie Rzekuń.

Kaplica z 1857 roku to skromniejsza forma późnoklasycystyczna. Kościół z 1912-1914 roku to potężny, skomplikowany inżynieryjnie neogotyk autorstwa Józefa Piusa Dziekońskiego. Tak wielkie inwestycje wymagały młodszych, sprawniejszych fizycznie ekip, które potrafiły pracować na bardzo wysokich rusztowaniach przy wznoszeniu wież.

Teodor Złotkowski z Czarnowca niemal na pewno nie kładł cegieł pod obecny kościół, ale niewykluczone, że jego potomkowie kontynuowali mularskie tradycje przy tej budowie. Co więcej, Teodor Stanisław Złotkowski, o którym pisaliśmy tu -> również nie mógł uczestniczyć w budowie kościoła, bo urodził się w roku 1910. Jednak, gdy zauważymy, że prace przy wznoszeniu trwały aż do 1935 roku, to rzeczywiście Teodor Stanisław mógł w tych pracach murarskich uczestniczyć.

Niewykluczone, że syn lub wnuk murarza Teodora budował kościół w Rzekuniu, ale na chwilę obecną nie znajdujemy w dokumentach takich informacji.

Nagrobek księdza Stanisława Żebrowskiego na cmentarzu rzekuńskim (założonym w 1851 r.) Foto: Marek Karczewski
Nagrobek Teodora Złotkowskiego na cmentarzu rzekuńskim (założonym w 1851 r.) Foto: Marek Karczewski

Marek Karczewski, 23.04.2026 r.

Źródła:
– Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa,
– Fotopolska.eu,
– Narodowe Archiwum Cyfrowe,
– Archiwum Państwowe w Białymstoku – Jacek Czaplicki.




Podzwonne dla dworku w Czarnowcu

Wstęp

Podczas lutowego spotkania w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Ostrołęce, gdy na zaproszenie Anny Wołosz oraz dyrektorki Katarzyny Kossakowskiej wespół z Jackiem Pawłowskim opowiadaliśmy o dworze Wyszomirskich, oraz o innych historycznych miejscach i zdarzeniach w Czarnowcu — usłyszeliśmy: gdzieś czytałam w Trybunie Mazowieckiej lub Naszej Trybunie o Czarnowcu…”
Powiedziała Anna Wołosz bibliotekarka MBP, która niebawem podesłała skany artykułów z 1980 i 1981 roku. Nie było to łatwe zadanie, bo obszerne segregatory Naszej Trybuny mieszczą kilkaset egzemplarzy tej gazety.
Udało się wyłuskać w gąszczu informacji kilka zdań o upadającym dworze.
Z tego miejsca serdecznie dziękujemy bibliotekarkom za pomoc w odkrywaniu kolejnych kart z historii naszej wioski.

1975 rok

18 stycznia 1980 rok. Nasza Trybuna publikuje krótki artykuł.

W rubryce „Z ukosa”
Zabytek czy ruina?
„W podostrołęckich gminach nie ma zbyt wielu obiektów zabytkowych. Z tym większym pietyzmem od paru lat mówiło się więc o potrzebie pełnego zagospodarowania tych, które ocalały do naszych czasów i wpisane zostały do konserwatorskich rejestrów jako świadectwa minionych epok. Taka właśnie budowla — zabytkowy dworek murowany znajduje się w Czarnowcu (gmina Rzekuń), kilka kilometrów od Ostrołęki, tuż przy drodze do Goworowa. Do niedawna w dworku w Czarnowcu mieszkali jeszcze lokatorzy. Ze względu na stan obiektu zostali oni wprowadzeni do innych pomieszczeń.
Były różne propozycje, związane z dalszymi losami czarnowieckiego dworku. M.in. miano tam urządzić zajazd turystyczny, później mówiło się o ośrodku wypoczynkowym, domu pracy twórczej itp. Ostatecznie zdecydowano, że murowany dworek w Czarnowcu przejmie Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa, przeznaczając go po niezbędnej adaptacji na cele kulturalne swoich członków.
Takie były plany. A rzeczywistość? Wystarczy pojechać do Czarnowca, aby naocznie przekonać się, iż opuszczony i zapomniany zabytek sypie się po prostu w ruinę. Jeśli nie zostanie natychmiast zabezpieczony, trzeba będzie, niestety, rozebrać resztę starych murów, wykreślić jeszcze jedną pozycję w konserwatorskich rejestrach.
Skąd my to znamy?…”

(WMS)

18 lutego 1980 r. kolejny artykuł w tej samej gazecie.

Śladem naszych publikacji” – tym razem decyduje się na przedstawienie kilku szczegółów więcej.
Historia jednego zabytku
„18 stycznia br. ukazała się na tym miejscu publikacja pt., „Zabytek czy ruina”. Pisaliśmy w niej o losie uznanego za zabytek dworku w Czarnowcu (gm. Rzekuń). Obiekt miał być odrestaurowany, tymczasem popadł w ruinę. Otrzymaliśmy w tej sprawie szybkie i rzeczowe wyjaśnienie od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Ostrołęce mgr. Stanisława Łojewskiego:
– Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce w porozumieniu z Centralnym Związkiem Budownictwa Mieszkaniowego, wyszła z inicjatywą odrestaurowania dworku w Czarnowcu w celu adaptowania go na Klub Budowlanych. Inicjatywą tą zainteresowały się również ostrołęckie zakłady pracy jak: Kombinat Budowlany, Beton-Stal.
– Rejon Budów w Ostrołęce, oraz „Prefabet” zgłosiły swój akces w procesie odbudowy.

Sztab odbudowy dworku złożony z kierowników ww. przedsiębiorstw i instytucji na swych naradach roboczych dokonał podziału zadań. I tak: Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa miała przejąć obiekt we władanie i sprawować rolę koordynatora robót oraz zlecić wykonanie inwentaryzacji i ekspertyzy technicznej obiektu. Przedsiębiorstwo budowlane podzieliły między siebie wykonanie robót remontowo-budowlanych.

WSM w 1978 r., sporządziła dokumentację fotograficzną obiektu, zaś jesienią tegoż roku ,,Prefabet” w uzgodnieniu z naczelnikiem gminy w Rzekuniu (bez uzgodnienia z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków), dokonał rozbiórki więźby dachowej i stropu. Ponieważ powstały wątpliwości co do dostatecznej wytrzymałości ścian konstrukcyjnych dyrektor „Beton-Stalu” zobowiązany do wykonania nowego stropu zażądał opracowania ekspertyzy technicznej stwierdzającej przydatność istniejącej konstrukcji do dalszego wykorzystania. W dniu 5.VI.1979 r. WSM zleciła wykonanie ekspertyzy technicznej przez uprawnionego rzeczoznawcę budowlanego. Jednak po zmianach, jakie nastąpiły w Zarządzie Spółdzielni (nowy prezes), we wrześniu zlecenie to zostało anulowane. W międzyczasie nastąpiły zmiany na stanowisku dyrektora w „Prefabecie” oraz w „Beton-Stalu”, które w decydujący sposób wpłynęły na wstrzymanie działalności sztabu odbudowy dworku.

Obecnie Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa po zasięgnięciu opinii w CZSBM, a także wobec aktualnej sytuacji finansowej — nie widzi możliwości pozostania udziałowcem przedsięwzięcia odbudowy dworku w Czarnowcu. Natomiast przedstawiciele pozostałych przedsiębiorstw wyrazili chęć dalszego współdziałania przy odbudowie zabytkowego dworku w Czarnowcu.

Wojewódzki Konserwator Zabytków w Ostrołęce zlecił wykonanie ekspertyzy technicznej obiektu (fundamenty, mury), przez uprawnionego rzeczoznawcę budowlanego. W oparciu o tę ekspertyzę podjęta zostanie decyzja (po uzgodnieniu w WKZ oraz władzami budowlanymi) co do dalszego remontu i przeznaczenia dworku.”
WMS

26 stycznia 1981 roku Nasza Trybuna pisze.

Podzwonne dla dworku w Czarnowcu
„Nie opodal rogatek Ostrołęki, do Goworowa tuż przy szosie jeszcze do niedawna stał stary uważany przez większość za zabytek, dworek. Obiekt w Czarnowcu nie wykorzystany, chylił się ku ruinie, o czym swego czasu pisaliśmy na lamach „NT”. Dziś pozostały li tylko smętne jego resztki.
Warto więc zaprezentować sprawie stanowisko, jakie w dawnego dworku w Czarnowcu zajmuje wojewódzki konserwator zabytków, mgr Stanisław Łojewski:

Na początek wyjaśnienie. Otóż W 1978 r. Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w porozumieniu z Centralnym Związkiem Budownictwa Mieszkaniowego wyszła z inicjatywą odrestaurowania dworku w celu adaptowania go na klub budowlanych. Inicjatywą tą zainteresował się również miejscowy Kombinat Budowlany, „Beton-Stal” i „Prefabet”, które zawiązały nieformalne porozumienie w sprawie remontu tego dworku.
Sztab odbudowy dworku, złożony z kierownictw tych przedsiębiorstw na swych naradach roboczych dokonał podziału zadań. I tak Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa miała przejąć obiekt od naczelnika gminy w Rzekuniu i sprawować rolę koordynatora robót oraz zlecić wykonanie inwentaryzacji i ekspertyzy technicznej obiektu, zaś przedsiębiorstwa budowlane podzieliły między siebie wykonanie robót remontowo-budowlanych. W ramach roboczych poza wymienionymi przedsiębiorstwami brał udział naczelnik gminy Rzekuń oraz jeden raz został zaproszony wojewódzki konserwator zabytków. Zgodnie z ustaleniami WSM w 1978 r. sporządziła dokumentację fotograficzną obiektu. Jesienią tegoż roku „Prefabet” w uzgodnieniu z naczelnikiem gminy w Rzekuniu dokonał rozbiórki więźby dachowej i stropu.
Ponieważ powstały wątpliwości co do wytrzymałości ścian konstrukcyjnych, dyrektor „Beton-Stalu” zobowiązany do wykonania nowego stropu, zażądał opracowania ekspertyzy technicznej stwierdzającej przydatność istniejącej konstrukcji do dalszego wykorzystania. W dniu 5 czerwca 1979 r. WSM zleciła wykonanie ekspertyzy technicznej przez uprawnionego rzeczoznawcę budowlanego. Jednak po zmianach kadrowych w zarządzie spółdzielni, nowy prezes we wrześniu 1979 r. anulował to zlecenie i wycofał się z całego przedsięwzięcia. W międzyczasie nastąpiły zmiany na stanowisku dyrektora w „Prefabecie” oraz w „,Beton-Stalu”, co również w decydujący sposób wpłynęło na wstrzymanie działalności sztabu odbudowy dworku.
Chociaż dworek nie został jeszcze wpisany do rejestru zabytków, wojewódzki konserwator zabytków złożył informację do Prokuratury Wojewódzkiej w Ostrołęce w sprawie ustalenia odpowiedzialności rozebranie dworku. W toku postępowania prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa.
W tej sytuacji na podstawie opinii technicznej Wojewódzkiej Dyrekcji Rozbudowy Miast i Osiedli Wiejskich w Ostrołęce oraz opinii biegłego z Ministerstwa Kultury i Sztuki stwierdzono, że istniejące resztki ścian dworku nie nadają się do dalszej odbudowy z powodu złego stanu technicznego (spękane i rozpadające się mury, brak izolacji poziomej i pionowej).
Koszt odbudowy, a raczej rekonstrukcji obiektu w poważnym stopniu przerastałby jego ewentualne, walory zabytkowe. Dlatego uznano, że resztki murów zostaną rozebrane. Decyzję w tej sprawie wystosował architekt wojewódzki do naczelnika gminy w Rzekuniu dnia 23 września 1980 r.
Natomiast Wojewódzkie Biuro Planowania Przestrzennego zaprojektuje najbardziej korzystne, z punktu widzenia ekonomicznego i społecznego, rozwiązanie zagospodarowania tego terenu. Jest między innymi propozycja wykorzystania terenu przez Koło Łowieckie nr 1 w Ostrołęce.”

(E)

Zdjęcia, dokumenty, ekspertyzy z czasów wspomnianych prezentowaliśmy już w obszernym artykule z 18 maja 2021 r. – tu ->

W 1984 r. Wojciech Woźniak (dziennikarz i publicysta) podsumował krótko rozebranie dworu.

Na łamach Tygodnika Ostrołęckiego, który ukazał się 26 sierpnia 1984 r. Wojciech Woźniak rozważając o różnych historiach z przedmieść Ostrołęki wspomina również Czarnowiec.

Korzystając z notatek Henryka Ciszewskiego (w zasadzie o wsi Ławy) wspomina również o czasach założenia dworu w Czarnowcu:
„…W roku 1477 ksiądz Paweł Ławski, mając na wyposażeniu parafii dwór Rzekuń i dwór Ławy, założył dwór Czarnowiec…”
oraz w kolejnym akapicie, już z widocznym poirytowaniem:
„…(rozebranie XIX-wiecznego już dworku w Czarnowcu w ostatnich la­tach, dla zrzucenia z łysiny kłopotu z konserwacją zabytku, to osobna historia, nowiutka i na ćwierć kryminalna)…”

Co w 1984 r. autor miał na myśli określając rozbiórkę „ćwierć kryminalną”?

1986 rok

W 1987 r. Wojewódzki Konserwator Zabytków mówi: „…trudno skłonić do opieki nad zabytkami architektury właścicieli państwowych…”

Adam Gułajski na łamach Tygodnika Ostrołęckiego Nr 17 z dnia 26 kwietnia 1987 r. w rozmowie z Aldoną Rusinek „Zrujnowana Kultura” żali się na niemoc konserwatorów.

„…Każdy obiekt ma swego właściciela, prywatnego bądź państwowego. Większość tych budyn­ków jest wykorzystywana ale niestety; duża ich część jest obecnie w opłakanym stanie…”

AR – Tymczasem po pięknym dworku w Czarnowcu pozostał dziś zaorany ugór.
„Właśnie, i przykro by było, gdyby inne obiekty tego typu podzieliły smutny los Czarnowca…”

AR – Z tego co pan mówi wynika, że Wojewódz­ki Konserwator Zabytków ma raczej niewielki wpływ na stan swego posiadania. Nie ma sank­cji, więc nie ma władzy. Nie może nikogo zmu­sić do opieki nad zabytkami, sam nie może być inwestorem, bowiem nie ma ku temu uprawnień ani środków. Co zatem może?…

kliknij w obrazek aby przeczytać całą rozmowę.

Kto zatem dążył do odbudowy/ratowania, a kto nie chciał?

Kilka poczynionych ustaleń, kto w rzeczonym okresie zajmował najwyższe stanowiska w tak zwanym „komitecie odbudowy” bądź burzenia dworu w Czarnowcu.

Po zmianach podziału administracyjnego kraju w 1975 r. w Ostrołęce awansowanej na siedzibę nowego województwa powstała Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa. Pierwszym prezesem WSM został Mirosław Chełchowski łącząc przez pewien czas to stanowisko z funkcją prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej w Ostrołęce. Kolejni prezesi Wojewódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej (przemianowanej w 1982 r. na Wojewódzki Związek Spółdzielni Mieszkaniowych) to: Wiesław Podbielski, Zdzisław Sulmirski, Kazimierz ParszewskiRyszard Dragun.
Z dniem 1 stycznia 1982 r. Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce postawiona została w stan likwidacji, a w jej miejsce utworzono Wojewódzki Związek Spółdzielni Mieszkaniowych.

Kazimierz Głowala – jako dyrektor „Prefabetu” i społecznik podejmował próby rozmów z lokalnymi władzami na temat ratowania dworu w Czarnowcu. Stanowisko naczelnika gminy Rzekuń w tym czasie sprawował Paweł Sacewicz. Kazimierz Głowala, widząc postępującą ruinę dworu Wyszomirskich, interweniował u władz gminnych. Proponował m.in. zabezpieczenie obiektu lub przekazanie go na cele społeczne (np. izbę regionalną). Ówczesne władze gminne (w tym naczelnik Sacewicz) reprezentowały oficjalną linię polityczną, która nie sprzyjała ratowaniu „pańskich” zabytków. Czy naczelnik Sacewicz utrudniał działania „komitetu odbudowy” twierdząc, że obiekt nie przedstawia wartości lub że gmina nie ma funduszy na jego utrzymanie? Czy dyrektor Prefabetu oferował materiały lub pomoc, ale spotykał się z odmową lub lekceważeniem ze strony naczelnika?
Brak porozumienia i brak decyzji o zabezpieczeniu dachu doprowadziły do ostatecznej zagłady dworu. Należy wnioskować, że opieszałość władz była główną przyczyną utraty zabytku. Rozmowy miały miejsce, ale nie przyniosły efektu z powodu niechętnej postawy ówczesnego naczelnika, co doprowadziło do rozbiórki resztek dworu w latach 80.

Paweł Sacewicz – naczelnik gminy Rzekuń


Dzięki wielu, wspaniałym technologicznym narzędziom, przedstawiamy dziś obraz upadającego dworu. Na obrazach (zdjęciach) pozyskanych od Państwa Andrzeja i Wandy Piersów widzimy Syrenę 105, Skodę 1000MB, i Trabanta 601.
Czy we wrześniu 1975 roku była tak piękna pogoda, śpiewały ptaki? Przyroda na pewno nie zamierzała się poddawać.

Prosimy o zerknięcie na ożywione zdjęcia.

Do historii z tych lat pewnie nie raz jeszcze będziemy wracać…

Źródła:
– Nasza Trybuna – archiwum Miejskiej Biblioteki Publicznej w Ostrołęce – Anna Wołosz,
– Tygodnik Ostrołęcki – archiwum Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej,
– Andrzej i Wanda Piersowie z Czarnowca,
– Jan Trzaska – zdjęcia z 1986 r.
– Monografia OSM – 60- lat OSM, Jerzy Kijowski,
– Wikipedia org,

Marek Karczewski, 18.04.2026 r.




KTO KOGO OKŁAMUJE

W maju br. wojewoda obiecał osobiście mieszkańcom kolonii Czarnowca, że sfinansuje budowę drogi żwirowej z Czarnowca do Daniszewa. W połowie czerwca z Urzędu Wojewódzkiego nadeszło pismo informujące, że przydzielono gminie na tę drogę 20 tys. zł. Wójt […] z Rzekunia twierdzi, że do 7 października na konto Urzędu Gminy w Rzekuniu nie wpłynęła ani złotówka na ten cel. Tadeusz Olkowski, jeden z siedmiu gospodarzy z Czarnowca kolonii, pojechał w tej sprawie do wojewody. W ostatniej chwili rozmyślił się i zamiast do Urzędu Wojewódzkiego, przyszedł do redakcji. „Wychodzi na to, że ktoś nas okłamuje” – stwierdził. Sprawdziliśmy i znamy już odpowiedź na to pytanie.

Aby dojechać do kolonii Czarnowca, należy skrę­cić w prawo z szosy prowadzącej do Rzekunia. Najpierw przez ok. pół kilometra jedzie się drogą gruntową. Mniej więcej na przejeździe kolejowym droga polepsza się. Jest już szersza, okopana rowami i ma nawierzchnię żwirową. To rezultat gminnej inwestycji w 1994 i 1995 roku. Na tyle starczyło wówczas pieniędzy.

Dalej, kiedy jedzie się w kierunku na Daniszewo i minie się już zabudowania Czarnowca kolonii, droga staje się tragiczna. I tak jest do samego Daniszewa (ok. 1 km). To ważny odcinek drogi, bo wszyscy dostawcy z Czarnowca kolonii wożą mleko właśnie do Daniszewa.

Nie tylko Tadeusz Olkowski, ale i pozostali mieszkańcy Czarnowca kolonii, twierdzą, że gmina o nich zupełnie zapomniała. Nie dość, że droga niedokończona, to nie ma tu jednego telefonu, nie ma wodociągu, nie doprowadzono gazu, mimo że sam Czarnowiec go ma. Ludzie czują się więc pokrzywdzeni. „A przecież produkcję rolniczą dajemy nie mniejszą niż cała reszta Czarnowca” – podkreśla Tadeusz Olkowski.

W marcu br. napisali pismo do wójta gminy. Wymienili wszystkie bolączki, zawarli swoje postulaty i wszyscy się pod tym podpisali. W połowie kwietnia otrzymali z gminy odpowiedź. Sekretarz gminy […] z upo­ważnienia wójta poinformował mieszkańców Czarnowca kolonii, że w roku 1994 gmina wydała na drogę do ich przysiółka 2700 zł, a w 1995 – 14 tys. zł, co stanowiło odpowiednio 5,4 i 18,7 proc. wszystkich gminnych wydatków.
– Natomiast w roku 1996 nie będzie się budowało w gminie żadnych dróg żwirowych, bo wszystkie pieniądze przeznaczone na drogi pochłonie wyasfaltowanie kilometrowego odcinka z Rozwór do Przytuł, co ma związek z wybudowaniem tam szkoły rolniczej. Sekretarz ustosunkował się także do innych problemów poruszanych w piśmie. Podkreślił przede wszystkim, że warunkiem koniecznym wszelkich gminnych inwestycji jest udział własny mieszkańców. Zasugerował – zdaje się, że z tym udziałem mieszkańców Czarnowca kolonii nie jest najlepiej.

Lucjan Stepnowski 1990 r.

Pomagaliśmy przy budowie drogi, a ja ze swojego pola dałem na drogę 2-metrowy pas – powiada Lucjan Stepnowski, który wiele lat temu był przewodniczącym Gminnej Rady Narodowej w Rzekuniu, a który jest antagonistą wójta […].
– Z tą pomocą nie było aż tak różowo, jak mówią mieszkańcy – ripostuje wójt gminy […], a za chwilę pokazuje mi starą mapę geodezyjną. – Co do tego pola, to niech pan spojrzy: zaznaczone jest, że droga ta ma w niektórych miejscach 2 metry, a w innych aż 4 metry! I to jest oficjalna mapa geodezyjna…
Pretensje mieszkańców dotyczące niedoprowadzenia gazu wójt zbija stwierdzeniem, że kiedy gazyfikacja miała być rozpoczęta, mieszkańcy Czarnowca kolonii nie wykazywali nią zainteresowania. Gazyfikacja gminy wchodzi właśnie w trzeci etap, ale szanse na doprowadzenie rury do kolonii nie są wielkie, bo półtora kilometra gazociągu zaspokoiłoby potrzeby zaledwie siedmiu odbiorców, a jakie będą koszty takiej inwestycji?… Co do telefonów, to – jak tłumaczy wójt – Telekomunikacja Polska SA ma swoje reguły i załatwia te sprawy bez pośrednictwa Urzędu Gminy. Najważniejszą sprawą jest jednak droga. Po otrzymaniu odpowiedzi z gminy, mieszkańcy kolonii zrozumieli, że w tym roku – a może także i w paru następnych? – nie mają szans na to, żeby gmina im ją poprawiła. Wtedy to do wojewody […] udał się Lucjan Stepnowski, stary działacz ZSL-owski. W wyniku tej wizyty wojewoda obiecał przyjechać do wsi.

Był na kolonii w Czarnowcu w maju. Zaproszono także wójta, sekretarza i jednego z członków Zarządu Gminy. Wojewoda w towarzystwie władz gminy obejrzał drogę do Daniszewa i obiecał sfinansowanie jej budowy. Tak to zrozumieli mieszkańcy wsi. Tak też napisano w piśmie z 12 czerwca br., podpisanym przez Genowefę Żebrowską, dyre­ktora Wydziału Infrastruktury Technicznej i Komunikacji UW. Oto jego treść: „Uprzejmie informuję, że wniosek mieszkańców kolonii Czarnowiec w sprawie budowy drogi żwirowej relacji Czarnowiec – Daniszewo został załatwiony pozytywnie. W bieżącym roku na realizację wyżej wymienio­nego zadania przydzielono środki finansowe w wysokości 20.000 zł. Dysponentem środków jest Urząd Gminy w Rzeku­niu. Zadanie to zostanie wprowadzone do planu na najbliż­szej sesji Rady Gminy w Rzekuniu”.

– Zgodnie z umową sporządziliśmy kosztorys na tę drogę, a pieniądze z Urzędu Wojewódzkiego do 7 października jeszcze nie wpłynęły – mówi wójt […].
– My tu we wsi czujemy, że w tej sprawie jest jakaś złośliwość ze strony wójta – twierdzi Lucjan Stepnowski. – Jeśli pieniędzy gmina nie dostała, to wójt powinien na piśmie zawiadomić nas, że to Urząd Wojewódzki zawinił. – Ja myślę, że gdyby wójt dostał te pieniądze, to by drogę zrobił – broni wójta Tadeusz Olkowski.
Gdzie więc podziało się 20 tys. zł, które w piśmie z 12 czerwca br. obiecała mieszkańcom wsi dyrektor Żebrowska? Spytaliśmy ją o to. Wyjaśniła, że oczekiwanie wójta na jakieś dodatkowe pieniądze z Urzędu Wojewódzkiego bę­dzie bezowocne, bo istota sprawy polega na czymś zupełnie innym i wójt na pewno to rozumie. Wojewoda nie może otóż dać pieniędzy na drogę gminną. Co roku jednak zawierane jest z każdą gminą porozumienie, na mocy którego wojewoda przekazuje pieniądze na drogi wojewódzkie. Po wizycie wojewody w Czarnowcu, porozumienie z Rzekuniem zostało zmienione i środki wojewody na drogi wojewódzkie w gminie zostały zwiększone o 20 tys. zł. Wójt powinien zabrać ze swojej puli na drogi wojewódzkie taką samą kwotę i prze­znaczyć ją na drogę z Czarnowca do Daniszewa. Wcześniej powinna zostać podjęta uchwała Rady Gminy w tej sprawie.

„Wójt o tym wszystkim dokładnie wiedział” – zapewnia dyr. Żebrowska.

Odpowiedzi na tytułowe pytanie każdy niech więc udzieli sobie sam. Wszelki komentarz wydaje się zbyteczny.


Powyższy tekst pochodzi z papierowego wydania Tygodnika Ostrołęckiego Nr 43/96, z dnia 27 października 1996 r.
Pod tekstem podpisał się Mieczysław Bubrzycki.

Poruszony w artykule temat tragicznego stanu drogi dotyczy drogi powiatowej 2581W relacji Czarnowiec – Daniszewo. Obecnie to ulica Słoneczna (w granicach wsi Czarnowiec).

Zdjęcia na osiedlu, kiedyś zwanym „kolonia” wykonałem dnia 5 marca 2026 r. Na zdjęciach dawne posiadłości Stepnowskich i Olkowskich. Obecnie to ulice: Słoneczna, Leszczynowa i Polna.
Ze swojej strony bardzo zachęcam do spaceru w te zupełnie jeszcze wolne od technologii cyfrowych i urbanistycznych rejony Czarnowca. Jeśli kogoś oko cieszy droga gruntowa, naturalny widok ptactwa i zwierzyny, to można udając się na południe przedłużeniem ul. Leszczynowej to wszystko zobaczyć.

Źródło: Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa.
Foto w artykule: Marek Karczewski, Aldona Stepnowska, Monografia Gminy Rzekuń Jerzy Dziewirski, Dzieje Ostrołęki 1944-1975 Jerzy Kijowski.

Marek Karczewski, 5.03.2026 r.




Władza śledzi ludzi, czyli rzecz o samowolnym wydalaniu się

Osoby, które samowolnie „wydaliły się” z miejsca zamieszkania, są wymieniane z imienia i nazwiska w rubrykach ogłoszeń urzędowych w gazetach. Rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku. W takich ogłoszeniach figurują również mieszkańcy Czarnowca.

Ogłoszenie nosi datę 13 listopada 1866 roku. „Poniżej wymienione osoby z Gubernii Płockiej wydaliły się samowolnie niewiadomo dokąd. Rząd Gubernialny (…) poleca Wójtom gmin, Burmistrzom i Prezydentom miast, aby w obrębie swej administracyi, zarządzili śledztwo pobytu tychże osób, a po wynalezieniu postąpili z niemi w myśl przepisów. O rezultacie poszukiwania, jeżeli właściwi Naczelnicy Powiatowi nie otrzymają od nich raportów w dniach 15, a Rząd Gubernialny od tych ostatnich w dniach 30, takowe na ich odpowiedzialność uważanem będzie za bezskuteczne”.

Dalej następuje długa lista osób, które „wydaliły się samowolnie niewiadomo dokąd”. Są wśród nich mieszkańcy podostrołęckich wsi – Zabiela, Laskowca, Ołdak, Rzekunia, Przytuł Dzbenina i innych. Są też wskazani z nazwiska mieszkańcy Czarnowca, którzy opuścili wieś, a miejsce ich pobytu nie jest znane. „Wieś Czarnowiec: Maryanna Kobyleńska, Krystyna Komrat, Katarzyna z Teodorów Stojnowska, Józef Landa, Heim Welsztejn, Józef Łuba”.

Takie ogłoszenie ukazało się w „Dzienniku Urzędowy Gubernii Warszawskiej” w 1866 r.  (nr 47 z 24 listopada).

Sto sześćdziesiąt lat po ukazaniu się tego ogłoszenia ten dziwny czasownik w formie zwrotnej „wydalić się” może się wydawać cokolwiek niezrozumiały. Ale w dziewiętnastym wieku i w pierwszej połowie dwudziestego  „wydalić się” znaczyło tyle co „opuścić jakieś miejsce bez pozwolenia”, albo szerzej – opuścić jakieś miejsce, do którego z jakichś przyczyn było się przypisanym, przywiązanym.  Spotykamy go na przykład w rozporządzeniu ministra spraw wewnętrznych z 1929 roku w sprawie ruchu cudzoziemców w Polsce. I tak na przykład cudzoziemiec, który miał przepustkę lądową pasażerską, musiał zwrócić się do polskich władz, jeżeli zamierzał „wydalić się poza obręb portu oraz miasta portowego”.

„Właśnie ukończył dwudziesty rok życia. Nie wydalił się dotąd nigdy poza okolice najbliższe swego rodzinnego miasta, a świat znany był mu jedynie z opowiadań”. To fragment przetłumaczonego na polski arcydzieła niemieckiego romantyzmu.

To upewnienie się o co chodzi z tym wydalaniem się pozwala zrozumieć ogłoszenie, a nie tylko domyślać się z kontekstu. Wynika z niego, że kilkoro obywateli Cesarstwa Rosyjskiego, których choć władza miała zanotowanych jako mieszkańców Czarnowca, to w Czarnowcu ich nie było. Władza zarządziła więc poszukiwania w trybie administracyjnym.

Przepisy meldunkowe w zaborze rosyjskim były bardzo rygorystyczne. Wręcz opresyjne i represyjne zarazem. W Cesarstwie Rosyjskim, żeby wyjechać poza miejsce stałego pobytu, trzeba było mieć paszport wewnętrzny. Lokalne władze prowadziły księgi meldunkowe, a przetrzeganie miejsca stałego pobytu podlegało policyjnej kontroli. Po przybyciu na nowe miejsce pobytu, należało w ciągu doby zgłosić się do władz, aby się zameldować. Gminy prowadziły księgi pobytu ludności stałej i niestałej. Za wyjazd z miejsca zamieszkania bez powiadomienia władz, albo za pobyt w nowym miejscu bez zameldowania się groziły kary.

Zasady pobytu, przemieszczania się i meldowania ludzi określała instrukcja Rady Administracyjnej Królestwa Polskiego z 1861 roku. Instrukcja ta szczegółowo, by nie powiedzieć szczególarsko okreśała jak gminy powinny prowadzić księgi meldunkowe. „Na jednej stronnicy ksiągi ludności, zapisywać można odtąd tylko 10. osób stosownie do linij poprzeczych” – głosi aneks do instrukcji z 1862 roku. „Wszystkie wyrazy i liczby w księgach tych wpisywać należy całkowicie, bez zastępowania  ich używaniem 'ditto’ [tak samo – przyp. JP] lub t.p. [prawdopodobnie 'temu podobne’ – przyp.JP]. „O osobach ubyłych bez wiedzy Urzędu gminnego, prowadzoną ma być oddzielna kontrolla”.

Udało mi się dotrzeć tylko do przepisów przejściowych i tzw. „czyszczących”, czyli przepisów o przepisach. Z nich wiadomo jedynie, że w przywołanej instrukcji „art. 51-54 określają: znaczenie stałego zamieszkania; co się zowie przesiedleniem, a co emigracyą; skutki wynikające z samowolnego opuszczenia miejsca swego zamieszkania; przyjęcia na stałe mieszkanie osoby w stosówne pozwolenie nie opatrzonej; niezameldowania Władzy o przybyłej  na mieszkanie osobie i wydania niewłaściwego świadectwa przesiedlenia”.

I jeszcze jeden przepis, będący świadectwem czasów, w których powstał. „Niewiasta zamężna zapisaną być ma w miejscu stałego zamieszkania, jej męża; nie może więc bez zezwolenia jego, uzyskać przesiedlenia w inne miejsce”.

Jak dotąd nigdzie nie udało mi się trafić na jakąkolwiek informację czy poszukiwani obywatele zostali odnalezieni i co z nimi władza zrobiła. Najprawdopodobniej dlatego, że fakt zaginięcia był podawany do publicznej wiadomości, a fakt odnalezienia lub nieodnalezienia, już niekoniecznie.

Jacek Pawłowski

PS. Jak to często ze sprawami dziewiętnastowiecznymi bywa, brakuje zdjęć z epoki. Żeby wzrok miał na czym spocząć zamieszczam tegoroczne zdjęcie zimowego Czarnowca. Dawno nie było takiej zimy, więc na swój sposób obecna pora roku ma również walor historyczny 🙂




Michniewicz z Czarnowca wystawiał ogiera anglo-trakeńskiego. Czy został skrytykowany?

Niezdecydowanie, zdawać by się mogło wydawca dziewiętnastowiecznej „Gazety Rolniczej” Nr 25 z 1897 r. podaje datę publikacji 7(19) czerwca. Czy zatem gazetę wydrukowano 7 czy może 19 czerwca?
Otórz obie daty są prawidłowe. W XIX wieku różnica między kalendarzami wynosiła 12 dni, co sprawiało, że data juliańska przypadała wcześniej niż jej gregoriański odpowiednik. Zapis 7 (19) czerwca 1897 oznacza: 7 czerwca – data według kalendarza juliańskiego, 19 czerwca – data według kalendarza gregoriańskiego (używanego obecnie). Taki podwójny zapis był powszechny w dokumentach z terenów zaboru rosyjskiego, gdzie kalendarz juliański obowiązywał urzędowo aż do 1915/1918 roku.

Z racji na fakt, że kalendarz juliański spóźniał się o 1 dzień na każde 128 lat, 24 lutego 1582 roku, Papież Grzegorz XIII w bulli papieskiej[1] „Inter Gravissimas” ogłosił reformę kalendarza, zwanego odtąd kalendarzem gregoriańskim. Dokument nakazywał pominąć 10 dni z dotychczasowego kalendarza, dlatego też po środzie, 4 października 1582 nastąpił od razu czwartek, 15 października.

Napotykając w dostępnych źródłach podwójne datowanie już wiemy, że te daty prezentowane w nawiasie są podawane według „naszego” gregoriańskiego kalendarza.

Teraz już wiemy, że fakty poniżej opisane będą dotyczyć tych dat z nawiasów. Tyle o podwójnych datach.
Wyszło trochę długo, a mieliśmy się w tym wpisie dowiedzieć o Michniewiczu…

Co wiemy z Gazety Rolniczej o Maurycym Michniewiczu – właścicielu majątku Czarnowiec?

Na pierwszej stronie gazety czytamy:

Wystawa inwentarzy.

W dniu 12 b. m. o god. 2-ej po południu otwar­to, po dziewięcioletniej przerwie, wystawę inwentarzy, które, jak się spodziewać uależy, odtąd już stale, co roku, powtarzać się będzie.

Wbrew naszym, a i ogólnym przewidywaniom, opartym na tak bardzo spóźnionej decyzji, wystawa obesłaną została bardzo licznie.
Liczba dostarczonych okazów przewyższa o wiele ilość, jaką widywaliśmy na wystawach poprzednich; stąd prosty wniosek, że gdyby nie spóźniona decyzja, wystawa tegoroczna byłaby wprost imponującą i że takiemi też będą następne.

Lista eksponentów przedstawia się szczegółowo jak następuje: W dziale koni...”

Wystawa inwentarzy, otwarta 12 czerwca 1897 roku po dziewięcioletniej przerwie, odbyła się w Warszawie. Wystawy tego typu organizowano na placach wystawowych w Warszawie, najczęściej na tzw. Polu Ujazdowskim (rejon dzisiejszego Parku Ujazdowskiego i Al. Ujazdowskich). Za organizację odpowiadało Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie, a konkretnie jego Sekcja Rolnicza.

Co było przyczyną wspomnianej w gazecie przerwy?
Wspomniana przerwa w organizowaniu Wystaw Inwentarzy była spowodowana przede wszystkim zagrożeniem epidemiologicznym (pomorem bydła i chorobami trzody) oraz restrykcjami administracyjnymi władz carskich.
Główną przyczyną zawieszenia wystaw po 1888 roku były powtarzające się epidemie chorób zakaźnych zwierząt, które wymuszały na władzach wprowadzanie surowych zakazów przemieszczania inwentarza. Organizowanie dużych skupisk zwierząt z różnych regionów kraju niosło zbyt wielkie ryzyko rozprzestrzenienia się zarazy na całe Królestwo Polskie.
Władze rosyjskie, w ramach polityki po powstaniu styczniowym, niechętnie patrzyły na wszelkie inicjatywy sprzyjające konsolidacji polskich środowisk ziemiańskich i gospodarczych. Brak zgody na zjazdy i wystawy był formą kontroli nad aktywnością społeczną Polaków. Po 1888 roku sekcje rolnicze działające przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie borykały się z trudnościami w uzyskaniu odpowiedniego terenu (później wystawy odbywały się na Polu Ujazdowskim) oraz funduszy na budowę tymczasowych pawilonów.
Wystawa była wielkim wydarzeniem, ponieważ po raz pierwszy od niemal dekady hodowcy mogli zaprezentować postępy w hodowli bydła, koni i trzody.

Wśród 63. wystawców koni tejże wystawy, przy pozycji 48 widzimy nazwisko Maurycego Michniewicza z Czarnowca, który wystawił jednego ogiera anglo-trakeńskiego.

Wspomniany ogier anglo-trakeński Maurycego Michniewicza był jednym z eksponatów (choć nielicznych) mających dowieść postępu w hodowli prywatnej, która po latach zastoju spowodowanego epidemiami mogła wreszcie zaprezentować swoje wyniki szerokiej publiczności i potencjalnym nabywcom w stolicy.

Ogier Michniewicza (anglo-trakeński) był jedynym egzemplarzem warszawskiej wystawy. Wystawiono araby, oldenburskie, konie wierzchowe swego chowu, anglo-arabskie i inne, ale anglo-traken z Czarnowca był jedyny na warszawskiej wystawie.

Czy ogier Michniewicza (anglo-trakeński) pod koniec XIX wieku był popularny w hodowlach?

Pod koniec XIX wieku ogiery o pochodzeniu anglo-trakeńskim (czyli konie trakeńskie z silną domieszką pełnej krwi angielskiej) były nie tylko popularne, ale wręcz kluczowe dla europejskiej hodowli koni szlachetnych. Cieszyły się uznaniem. Były fundamentem kawalerii. Rasa trakeńska, rozwijana w Prusach Wschodnich, była głównym dostawcą koni dla armii. Pod koniec XIX wieku dążono do uzyskania koni lżejszych i szybszych, co osiągano właśnie poprzez krzyżowanie lokalnych klaczy z ogierami pełnej krwi angielskiej (anglo-trakeny). W latach 60. XIX wieku ponad 68% klaczy w Stadninie Głównej w Trakenach było krytych ogierami pełnej krwi angielskiej. Do roku 1912 wskaźnik ten wzrósł do ponad 84%, co pokazuje, jak potężny był trend uszlachetniania rasy.
Trakeny były symbolem luksusu i sprawności. Konie słynęły z niezwykłej wytrzymałości i szybkości. Pod koniec wieku potrafiły pokonywać trasy długodystansowe znacznie szybciej niż inne ówczesne rasy.
W tamtym okresie na ziemiach polskich konie te były marzeniem każdego ziemianina, łącząc elegancję konia wierzchowego z twardością potrzebną w rolnictwie i wojsku.

Jak traken czy anglo-traken Michniewicza mógł wyglądać w 1897 r.?

TEMPELHÜTER ur.1905 w Stadninie w Trakenach. Foto: skrzypiec.net/historia

Królewska Stadnina Koni w Trakenach (Hauptgestüt Trakehnen) była prawdziwym „klejnotem w koronie” Prus Wschodnich. Była to najznamienitsza, najbardziej znana i największa w Europie do wybuchu II wojny światowej hodowla koni szlachetnych.

Początek XIX wieku przyniósł w stadninie rewolucyjne zmiany w hodowli trakeńskiej. Zapoczątkowano organizowanie wystaw hodowlanych i premiowanie materiału zarodowego. Koniowi trakeńskiemu nadano typ bardziej wierzchowy poprzez stanowienie ogierami pełnej krwi angielskiej.
Koniec XIX wieku to starania hodowlane w kierunku konia trakeńskiego cięższego kalibru, stosowano intensywny wychów, trening wytrzymałościowy młodych koni, selekcję na dzielność i staranny dobór osobników do kojarzenia.

Dlaczego właściciel ziemski wsi Czarnowiec Maurycy Michniewicz w roku 1897 posiadał w gospodarstwie pełnokrwistego ogiera anglo-trakeńskiego?
Michniewicz posiadał ogiera anglo-trakeńskiego z tych samych powodów, dla których rasa ta była wówczas powszechnie ceniona – prestiż, potrzeby wojska (kawalerii) oraz rolnictwa.
Można przypuszczać, że będąc aktywnym hodowcą oraz uczestnikiem wspomnianej wystawy, kierował się wieloma motywacjami. Dążeniem do doskonałości hodowlanej, bo konie anglo-trakeńskie uchodziły za konie „szlachetne”, łączące pożądaną wytrzymałość z elegancją i szybkością, co było wynikiem intensywnego uszlachetniania ich krwią angielską. Posiadanie takiego ogiera świadczyło o nowoczesnym podejściu do hodowli i statusie właściciela. Konie te były wszechstronne i posiadały wysoką użyteczność. Choć hodowcy pod koniec XIX wieku dążyli do uzyskania nieco masywniejszych koni na potrzeby rolnictwa, to konie trakeńskie wciąż były cenione jako wierzchowce i konie zaprzęgowe (kawaleryjskie). Ich wytrzymałość i dzielność czyniły je idealnymi do pracy w majątku ziemskim, jak i na użytek wojska.

Wystawy, takie jak ta wznowiona w 1897 r., były miejscem prezentacji najlepszego inwentarza i zawierania transakcji. Michniewicz mógł sprowadzić lub wyhodować takiego ogiera, aby podnieść wartość swojego stada i odnieść sukces na prestiżowej wystawie. Hodowla koni pełnej krwi była często pasją ziemian, a sukcesy hodowlane przynosiły im rozgłos i satysfakcję w środowisku arystokratycznym i gospodarczym.
Posiadanie ogiera tej rasy było wówczas inwestycją w najlepszą dostępną „technologię” hodowlaną, gwarantującą potomstwo o pożądanych cechach użytkowych i dużej wartości rynkowej.

Skrytykowano Michniewicza czy wystawę?

Tygodnik rolniczo-przemysłowy „Rolnik i Chodowca” z 1 lipca 1987 roku krytykuje wystawę?

Tak streszcza „ECHA z miasta i z zagona.
Treść: … – Z jakiej strony przedstawiony został коń? – Jakie konie mamy, a jakich nam brak?- Nędza koni warszawskich…”

„…Wiele było powodów, dla których wystawa „koni i zwierząt gospodarskich” mogła się nie udać. Najważniejszy ten, że zabrano się do niej zbyt późno i że gdy zabrano się, mówiono zbyt mało. Pomimo to jednak wystawa się udała.
O ileżby się więc udała lepiej gdyby… Ale dajmy pokój. Stało się! Na przyszły rok można się będzie po- prawić…”

„…Co do koni, które wyniesione zostały nawet po nad zwierzęta domowe, to te cieszyły się jeszcze innemi honorami, jakie im się należą od towarzystwa wyścigów; umieszczono je w „głównym” pawilonie, przeprowadzano je przed publicznością, jeżdżono na nich
wierzchem i w powozach… Koń przedstawiony został ze strony piękna i przyjemności i ewentualnie wojny; jakby zapomniano, że jest on także przyjacielem pracy człowieka i zwierzęciem pociągowem. Na 233 okazy, przedstawiono 20 zaledwie koni roboczych, z których…”

„…Reszta to paradjery pod wierzch i trochę do zaprzęgu. Mamy mnóstwo drobiazgu marnego na wszystkich jarmarkach, hodowanego przez włościan, a kupowanego przez dwory na „fornalki”[2]. Nie brak nam koni i do powozu i do bryczki, ale jeżeli przemysłowiec nasz w Warszawie chce kupić konia pociągowego, silnego do furgonu, to musi go szukać albo za granicą, albo kontentować się przyprowadzonemi przez handlarzy z Cesarstwa.
Te ostatnie zaś przychodzą do nas po większej części jako trzylatki (tak jak na wyścigi), a po latach dwóch, lub trzech, z nogami krzywemi i opojami[3] przedstawiają obraz, do czego hodowla racyonalna nie powinna dopuszczać. Tak nędznych koni, jakie się widzi w Warszawie, nie zdarzyło mi się widzieć w żadnem mieście europejskiem. Niktby się nie domyślił u nas tego zamiłowania do koni, z jakiego się ciągle chwalimy i tego „znawstwa” naturalnie. U nas każdy jest znawcą koni!..”

„…Pragnąłbym i życzyłbym, by co rok było lepiej, co rok świetlej. A komitetowi wystawy i tym wszystkim i chrzestnym i rodzonym ojcom wystawy także zapewne o to chodzi. Więc zgoda i do zobaczenia się za rok!”
Podsumował Adam Brona.

Czy Brona skrytykował między innymi Maurycego Michniewicza z Czarnowca za wystawienie swojego „paradjera”?

Gdyby kogoś zainteresował tekst pełnego artykułu oraz inne sparawy rolnicze z 1897 roku, to można przeczytać gazetę pobraną z Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej -> (PDF)

Marek Karczewski, 15.01.2026 r.

[1] – Bulla papieska to uroczysty, oficjalny dokument papieski.
[2] – Fornalki to najczęściej określenie na zaprzęgi konne (zwykle składające się z dwóch lub czterech koni roboczych). Były one przydzielane do pracy fornalom, czyli stałym robotnikom rolnym w dawnym majątku ziemskim.
[3] – Opoje to miękkie, niebolesne obrzęki (wypukłości) występujące najczęściej w okolicach stawów lub pochewek ścięgnistych nóg u koni obciążonych pracą.

Źródła:
– cyfrowemazowsze.pl/dlibra
– skrzypiec.net/historia




Spotkali się przy kamieniu – Czerniejewski i Jaworowski.

Tak kiedyś ustalono granicę pomiędzy Ostrołęką a Dzbeninem i Czarnowcem.

W dość już starej, bo z XX wieku gazecie wydawanej na ziemi łomżyńskiej „Kontakty” wypatrzyłem taki oto wycinek:

W pobliżu drogi wiodącej z Ostrołęki do Dzbenina leży nad rzeką Narwią głaz. Okoliczna ludność uważa go za niezwykły.

Dawniej stał na nim krzyż. Na płaskiej powierzchni wielkości 3-4 metrów kwadratowych posiada odciśniętą dłoń dziecka z szeroko rozstawionymi palcami.

Ów tajemniczy kamień znajdował się w przeszłości na terenach spornych.

W końcu XIX wieku o tutejszy las toczył się konflikt pomiędzy dziedzicem Dzbenina i Czarnowca, Czerniejewskim, a właścicielem gospodarstwa rolnego, pasieki oraz młyna wodnego, Jaworowskim, który posiadał grunty w obrębie granic miejskich.

Pewnego wiosennego dnia obaj gospodarze spotkali się przy kamieniu.

I wtedy zdarzyła się rzecz niezwykła. W wyniku powodzi woda zmyła wierzchnią warstwę ziemi i odsłoniła górną część głazu. Ku zdumieniu zauważyli na kamieniu odcisk ręki dziecka. Uznali, iż nie jest to wybryk natury, lecz znak Opatrzności. Doszli między sobą do porozumienia i ustalili granicę.

Na pamiątkę pojednania pan Jaworowski ustawił na kamieniu krzyż, który został zniszczony przez Niemców w 1915 roku.”

Na poniższym zdjęciu z lat 70-tych XX wieku widzimy siedzącą Gabriellę Kuderską z Jaworowskich, znaną ostrołęcką bibliotekarkę. Górna powierzchnia kamienia znajdowała się wtedy kilkadziesiąt centymetrów nad poziomem gruntu. Zdjęcie z kolekcji Pana Bohdana Wojciechowskiego.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Legenda o kamieniu świętojańskim i Milenie oraz o diable Chachluzie.

Legenda legendą, a kamień nadal leży w tym samym miejscu – od wieków nad brzegiem Narwi, który wciąż można podziwiać. Leżał także przed konfliktem granicznym Jaworowskiego i Czerniejewskiego. Leży dziś (w styczniu 2026 r.) przy obecnie budowanej w jego sąsiedztwie, bardzo potrzebnej przeprawy mostowej przez rzekę Narew. Z nadzieją liczymy, że w tym miejscu zostanie zabezpieczony, a lokalni sympatycy historii i legend będą mogli nadal na nim zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Na stronie stowarzyszenia Ekomena z Ostrołęki możemy znaleźć artykuł o głazie, który w 2019 r. „odgrzebano” dosłownie z zalegającej na nim ziemii.
W pracach odkrywkowych pomagał członek Ekomeny Paweł Niewiadomski (obecnie prezydent miasta Ostrołęki).
Zdjęcie z prac poniżej.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Członkowie Ekomeny o kamieniu piszą tak:

„Kamień legenda, magiczne miejsce” – tak o Kamieniu Świętojańskim pisał Witold Popiołek w swojej książce „Narew pełna wspomnień”. Niestety, nie napisał nic więcej. Kiedyś kamień powszechnie znany, od wielkiej powodzi w roku 1979 zapomniany, gdyż został przysypany warstwą ziemi. Równo 40 lat nie było wiadomo, gdzie się znajduje, lecz w roku 2019 członkowie naszego Stowarzyszenia go odnaleźli i odkopali. To ogromny granitowy głaz o nietypowej, płaskiej powierzchni. Na głazie znajdują się inskrypcje – wyryte dwa krzyże. Głaz ten intrygował nas od początku, a zwłaszcza tajemnicze słowa Witolda Popiołka o legendzie i magicznym miejscu. Wiele lat zbieraliśmy strzępki informacji o nim. Z pojedynczych fragmentów udało się napisać legendę o tym kamieniu:

Siedział sobie diabeł Chachluz na bagnisku i rozmyślał: – Jak to jest, że inne diabły dorobiły się a to opuszczonego młyna, a to rozlatującej się karczmy, a diabeł Boruta w Łęczycy miał już nawet swój zamek. Za to on, mimo wielu starań, jak był czartem błotnym, tak i dalej czartem błotnym pozostał. Czyli w hierarchii diabłów stał najniżej. Śmiały się z niego inne diabły, że taki nieporadny i tylko wychodzą mu niegroźne psikusy. A to czasem zaplącze w kołtun koński ogon na pastwisku, a to porozrzuca siano w stogach, a to ukradnie kurę. Ludzie się go nie bali, raczej żartowali, czasami straszono nim małe dzieci. A i te, gdy dorosły do słusznego wieku sześciu lat, naśmiewały się z niego.
Ściemniało się. Z oddali słychać było coraz głośniejsze dźwięki rytmicznej melodii. Nadchodziła Noc Świętojańska, zwana też Nocą Kupały. Na brzegu Narwi zajaśniało ogromne ognisko. Kto żyw zmierzał w jego stronę aby bawić się do białego rana. Ocknął się Chachluz z zadumy. Czuł, że to będzie jego noc…
Na święto wybierał się także Janko, sierota. Rodzice zmarli mu wiele lat temu, podczas epidemii. Wychowywała go babcia, ale też pomarła niedawno. Od tego czasu tułał się między gospodarzami, wykonując drobne prace. Pasał krowy, pomagał w pracach gospodarskich za wikt i opierunek. Janko wykombinował sobie, że na Święcie Kupały na pewno pozna jakąś miłą pannę. Miał w końcu 17 wiosen i czas już był najwyższy. Ubrał się zatem w swój najlepszy przyodziewek i ruszył w stronę rzeki. Zabawa już się rozkręciła na dobre. Z początku wszyscy tańczyli razem. Kiedy jednak zaczęli dobierać się w pary, Janka nikt nie chciał. Dziewczęta wyśmiewały jego biedny ubiór, nieśmiałość, brak pewności siebie. Po wielu próbach Janko zwątpił. Przeklął swój los, po czym wykrzyknął w przestworza: – Oddam wszystko, żeby być takim, jak inni młodzieńcy...”

„…Kamień pozostał do tej pory na starym miejscu. Bagno z biegiem lat wokół niego wyschło. Do lat 70-tych XX wieku kamień był ogólnie znany i często odwiedzany. W roku 1979 Ostrołękę nawiedziła wielka powódź. Aby ratować miasto, zdecydowano o budowie wału. Od strony Dzbenina wał bierze początek w pobliżu głazu. W to właśnie miejsce była zwożona ziemia na budowę wału. Niewykorzystana ziemia tak podniosła okoliczny teren, że na kolejne lata głaz znalazł się pod około 20-centymetrową warstwą ziemi. Na czterdzieści lat pozostał w zapomnieniu… Ludzie powiadają, że kamień ten ma cudowne moce, pomaga nieszczęśliwie zakochanym dokonać właściwego wyboru, a tym szczęśliwie zakochanym daje siłę na różne zmartwienia i frasunki. Bije od niego pozytywna energia. Bywa nazywany kamieniem zakochanych lub kamieniem świętojańskim...”

Tu można przeczytać pełną treść artykułu o kamieniu i legendy -> EKOMENA

Poniżej zdjęcie posiadłości Państwa Jaworowskich z początków XX wieku. Obecnie (po prawej) to dzika plaża przy moście kolejowym oraz miejsce budowy nowej przeprawy mostowej przez Narew. Z prawej strony od wiatraka znajduje się kamień świętojański. Kamień kiedyś wyznaczał granice posiadłości Jaworowskich i Czerniejewskich. W tej chwili przez kamień przebiega również granica Miasta Ostrołęki i gminy Rzekuń – wsi Dzbenin. Zdjęcie z kolekcji Pana Bohdana Wojciechowskiego.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Czesław Parzych, znany poeta, regionalista, kronikarz miasta

Czesław Parzych opisał historię sporu granicznego między Wojciechem Czerniejewskim a Tomaszem Jaworowskim w swojej publikacji zatytułowanej: „Dzbenin – wieś nad Narwią” (wydanej przez Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki).
W tej monografii Parzych przytacza historyczne dokumenty (m.in. z XVIII wieku), które obrazują życie dawnej szlachty zagrodowej w okolicach Ostrołęki. Spór właściciela Czarnowca Wojciecha Czerniejewskiego z Tomaszem Jaworowskim jest tam przedstawiony jako klasyczny przykład sąsiedzkich zatargów o miedzę i granice posiadłości w dawnym Dzbeninie, co rzuca światło na ówczesne stosunki własnościowe i krewkość lokalnych właścicieli ziemskich.

Parzych opisuje spór Wojciecha, a o Walentym, Tomaszu czy Władysławie (Czerniejewskich) nie. Czy wszyscy Czerniejewscy toczyli spór z Jaworowskimi? Czy od momentu ustalenia granicy na kamieniu spory ustały?

W historycznych zestawieniach właścicieli ziemskich (do których dotarliśmy) Wojciecha Czerniejewskiego trudno znaleźć jako właściciela głównego majątku w Czarnowcu, ale w sąsiednim Dzbeninie. Głównymi i najbardziej znanymi właścicielami majątku w Czarnowcu była rodzina Wyszomirskich, która zarządzała dworem do czasu nacjonalizacji po II wojnie światowej. Wcześniej wśród właścicieli wymieniani są również przedstawiciele rodzin Michniewiczów, Doberskich, Glinki, czy Iżyckich.
Wojciech Czerniejewski (szlachcic zagrodowy) posiadał swoje dobra, które graniczyły bezpośrednio z gruntami Tomasza Jaworowskiego. To właśnie na styku tych dwóch posiadłości w miejscowości Dzbenin dochodziło do opisywanych przez Czesława Parzycha sporów granicznych.
Obie miejscowości graniczą ze sobą (Dzbenin gmina Rzekuń i Ostrołęka), historyczne dokumenty według Parzycha przypisują Wojciecha Czerniejewskiego do szlachty dzbenińskiej, oraz właścicieli folwarku w Czarnowcu.

Ludwik Jaworowski (zm. 26 grudnia 1945 r. w wieku 62 lat). Przedstawiciel rozległej dziś rodziny Jaworowskich, przybyłej do Ostrołęki z Wołynia za króla Zygmunta III Wazy. Jaworowscy byli rolnikami i młynarzami, trudnili się też pszczelarstwem, a ich grunta obejmowały tereny od wsi Drężewo do fortu, część Otoku, teren obecnego osiedla Sienkiewicza, Jaracza, Łęczysk i Piaski, granicząc z gruntami Czerniejewskich, dziedziców dworów Czarnowiec i Dzbenin.

Fot. ze strony Ekomena.org.pl (dostęp 11.01.2026 r.)

Źródła:
– Gazeta „Kontakty” str. 13, Nr 34 (825) 25.08.1996 r.
– strona www Ekomena org pl, dostęp 11.01.2026 r.
– Zeszyty Naukowe Nr III (1989)

Marek Karczewski, 11.01.2026 r.





Strzelała z dubeltówki, uczyła ochroniarki. Kim była dzierżawczyni Czarnowca sprzed wielkiej wojny

Magdalena Glinczanka z bratem Janem w 1896 roku. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Cywińskiej i Piotra Plewki.

W ostatnich tygodniach znaleźliśmy dwa źródła wskazujące na to, że dzierżawcą majątku Czarnowiec, na początku XX wieku, był Władysław Glinka z Suska, który przekazał dzierżawę w ręce swojej córki – Magdaleny.

Kim była Magdalena Glinczanka, po mężu Skarżyńska, dowiadujemy się z pośmiertnego wspomnienia zamieszczonego w „Gazecie Polskiej” z 26 lipca 1917 roku. Poniżej przytaczamy to wspomnienie w oryginalnym brzmieniu, nie poprawiając błędów, które wyglądają na błędy zecerskie, niezależne od woli autora. Kilka objaśnień do poniższego tekstu zamieszczamy na końcu.

Ś.p. Magdalena z Glinków SKARŻYŃSKA

Zakończyła żywot na obczyźnie w Moskwie świętej pamięci Magdalena z Glinków Skarżyńska.

Panna młoda,‎ ‎której‎ ‎tak‎ ‎niedawno‎ ‎składano‎ ‎weselne‎ ‎życzenia‎ ‎i‎ ‎powinszowania.‎ ‎Choroba‎ ‎była lekka‎ ‎—‎ ‎nie‎ ‎wytrzymało‎ ‎tylko‎ ‎serce…

Kim-że‎ ‎była‎ ‎ta‎ ‎istota‎ ‎przedwcześnie w‎ ‎pączku‎ ‎złamana?‎ ‎ta‎ ‎córka‎ ‎powszechnym‎ ‎szacunkiem‎ ‎i‎ ‎sympatią‎ ‎otaczanego pana‎ ‎Władysława‎ ‎Glinki,‎ ‎właściciela‎ ‎dóbr ziemskich‎ ‎w‎ ‎Łomżyńskiem‎ ‎i‎ ‎społecznego działacza,‎ ‎a‎ ‎wnuczka‎ ‎Mikołaja‎ ‎Glinki,‎ ‎znanego‎ ‎z‎ ‎gorliwości,‎ ‎z‎ ‎jaką‎ ‎pracował‎ ‎w Ameryce‎ ‎około ‎sprawy‎ ‎opieki‎ ‎nad‎ ‎polskiem‎ ‎wychodźtwem?

Magdalena przed dworem w Susku Starym ok. 1907 r.
Magdalena przed dworem w Susku Starym ok. 1907 r. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Cywińskiej i Piotra Plewki.

Cóż‎ ‎pozostaje‎ ‎zbolałej‎ ‎rodzinie‎ ‎prócz wspomnień‎ ‎w‎ ‎sercach‎ ‎najbliższych,‎ ‎kilku listów,‎ ‎i‎ ‎innych‎ ‎pamiątek,‎ ‎może‎ ‎wizerunku,‎ ‎z‎ ‎którego‎ ‎późniejsze‎ ‎pokolenia‎ ‎odgadują‎ ‎coś‎ ‎nie‎ ‎coś‎ ‎o‎ ‎młodo‎ skoszonym życiu?

Cóż‎ ‎może‎ ‎usprawiedliwić‎ ‎zawsze‎ ‎nieopatrzne,‎ ‎jeśli‎ ‎nie‎ ‎szorstkie‎ ‎i‎ ‎bolesne dotykanie‎ ‎się‎ ‎żałoby‎ ‎zacnej‎ ‎i‎ ‎zasłużonej rodziny,‎ ‎podawaniem‎ ‎do‎ ‎szerszej‎ ‎wiadomości‎ ‎rysów‎ ‎z‎ ‎życia‎ ‎nieopłakanego‎ ‎jej członka?

Św.‎ ‎pamięci‎ ‎Magdalena‎ ‎Glinczanka urodziła‎ ‎się‎ ‎w‎ ‎r.‎ ‎1893,‎ ‎w‎ ‎Łomżyńskiem maj‎ątk‎u‎ Glinków‎ ‎w‎ ‎Susku.
W‎ ‎Krakowie‎ ‎odebrała‎ ‎wykształcenie w‎ ‎klasztorze‎ ‎Sióstr‎ ‎Urszulanek,‎ ‎i‎ ‎nie‎ ‎mając‎ ‎jeszcze‎ ‎18‎ ‎lat,‎ ‎za‎ ‎osobnem‎ ‎pozwoleniem‎ ‎zdawała‎ ‎maturę.

Przedtem‎ ‎jeszcze‎ ‎korzystała‎ ‎z‎ ‎wakacji,‎ ‎by‎ ‎pójść‎ ‎za‎ ‎powołaniem‎ ‎społecznem. Zaczęła,‎ ‎jak‎ ‎tyle‎ ‎młodych‎ ‎polek‎ ‎od‎ uczenia‎ ‎dzieci‎ ‎wiejskich.

Panienka‎ ‎ze‎ ‎dwora‎ ‎utrzymywała‎ ‎tajną szkołę‎ ‎a‎ ‎ojciec‎ ‎jej,‎ ‎dziedzic,‎ ‎płacił‎ ‎kary… normalne‎ ‎polskie‎ ‎stosunki…

Oprócz‎ ‎kursów‎ ‎dla‎ ‎analfabetów miała jeszcze‎ ‎św.‎ ‎pamięci‎ ‎Magdalena‎ ‎Glinczanka‎ ‎pracę‎ ‎w‎ ‎Kółkach‎ ‎rolniczych,‎ ‎przy Tow.‎ ‎rol.‎ ‎okręgowym‎ ‎w‎ ‎Ostrołęce.

W‎ ‎r.‎ ‎1913‎ ‎kończy‎ ‎Wydział‎ ‎rolniczy na‎ ‎uniwersytecie‎ ‎Jagiellońskim‎ ‎zaczyna gospodarować,‎ ‎pomagając‎ ‎ojcu.

Wieczory‎ ‎zimowe‎ ‎spędza‎ ‎ucząc‎ ‎służbę‎ ‎i‎ ‎ludzi‎ ‎wiejskich.‎ ‎Ojciec‎ ‎bierze‎ ‎w dzierżawę‎ ‎majątek‎ ‎Czarnowiec‎ ‎i‎ ‎oddaje go‎ ‎córce.‎ ‎Był‎ ‎to‎ ‎jedyny‎ ‎w‎ ‎powiecie przykład ko‎biety,‎ ‎panny,‎ ‎gospodarującej samodzielnie,‎ ‎a‎ ‎pracowała‎ ‎wstając o czwartej‎ ‎z‎ ‎rana,‎ ‎niestrudzenie.

Wybuchła‎ ‎wojna,‎ ‎trzeba‎ ‎było‎ ‎iść‎ ‎gorzkim‎ ‎szlakiem‎ ‎wygnania.

W‎ ‎Mińsku‎ ‎odnajdujemy‎ ‎św.‎ ‎pamięci Magdalenę:‎ ‎prowadzi‎ ‎ochroną‎ ‎C.‎K.‎O. Potem‎ ‎w‎ ‎Rosławlu.‎ ‎Potem‎ ‎zaproszona przez‎ ‎Zarząd‎ ‎rejonu‎ ‎zachodniego‎ ‎C.‎‎K.O.‎ ‎obejmuje‎ ‎kierownictwo‎ ‎nad‎ ‎kolonią Kozłówka.‎

Magdalena przed stajnią w Susku Starym. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Cywińskiej i Piotra Plewki.

‎Prowadzi‎ ‎szkołę‎ ‎ochroniarek i‎ ‎odrazu‎ ‎przeciwdziała‎ ‎prądom‎ ‎wynarowienia…‎ ‎zarządza‎ ‎również‎ ‎kolonią‎ ‎200 sierot.‎ ‎Dzieli‎ ‎wszystkie‎ ‎trudy,‎ ‎niewygody i‎ ‎zimno‎ ‎ze‎ ‎swemi‎ ‎współpracowniczkami, wypuszcza‎ ‎dwa‎ ‎pokolenia‎ ‎ochroniarek‎ ‎na całą‎ ‎Rosyję.‎ ‎Po‎ ‎zamknięciu‎ ‎szkoły,‎ ‎pomaga‎ ‎w‎ ‎kierowaniu‎ ‎szkołą‎ ‎dla‎ ‎gospodyń wiejskich w Nowosiółkach.

W zeszłym czerwcu przeznacza jej los‎ ‎małżeństwo.‎ ‎Po‎ ‎miesiącu‎ ‎miodowym wyrywa‎ ‎się‎ ‎jeszcze‎ ‎do‎ ‎Nowosiółek… ‎nie może‎ ‎przestać‎ ‎pracować‎ ‎społecznie,‎ ‎gdy naród‎ ‎cierpi.‎ ‎Ale‎ ‎sama‎ ‎była‎ ‎zapomniała o‎ ‎własnych‎ ‎cierpieniach‎ ‎—‎ ‎na‎ ‎to‎ ‎nie miała‎ ‎czasu.‎ ‎Ale‎ ‎już‎ ‎dopala‎ ‎się‎ ‎światło i ‎ ‎kończy‎ ‎się‎ ‎jej‎ ‎dzień‎ ‎żniwa.
Choroba‎ ‎lekka‎ ‎—‎ ‎nie‎ ‎wytrzymało tylko‎ ‎serce.

Czytamy‎ ‎nekrologi‎ ‎znanych‎ ‎obywateli i‎ ‎nieraz‎ ‎znajdujemy‎ ‎opisy‎ ‎życia‎ ‎długiego, mniej‎ ‎pełnego‎ ‎od‎ ‎tej‎ ‎wiązki‎ ‎suchych faktów‎ ‎podanych‎ ‎o‎ ‎św.‎ ‎pamięci‎ ‎Magdalenie‎ ‎Skarżyńskiej!

Mocą‎ ‎szczęśliwsze‎ ‎krainy‎ ‎włoskie‎ ‎lub francuskie‎ ‎opłakiwać‎ ‎swe‎ ‎córy‎ ‎i‎ ‎powtarzać‎ ‎za‎ ‎poetą:

Magdalena Glinczanka. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Cywińskiej i Piotra Plewki.

„I‎ ‎życie‎ ‎róży‎ ‎miała‎ ‎ta‎ ‎wybranka,
Okres‎ ‎jednego‎ ‎poranka…”

Przypatrzmy‎ ‎się‎ ‎życiu‎ ‎tej‎ ‎jednej‎ ‎z tysiąca‎ ‎polskiej‎ ‎córy‎ ‎z‎ ‎zacnego‎ ‎domu,‎ ‎a zrozumiemy ‎uprzywilejowane‎ ‎stanowisko naszych‎ ‎kobiet‎ ‎Nie‎ ‎darmo‎ ‎stały‎ ‎się‎ ‎symbolem‎ ‎naszego‎ ‎patrjotyzmu.
Jakaż‎ ‎tradycja‎ ‎więcej‎ ‎zasługuje uznanie‎ ‎i‎ ‎pielęgnowanie,‎ ‎w‎ ‎naszem‎ ‎społecznem‎ i‎ ‎narodem‎ ‎życiu!

Św.‎ ‎pamięci‎ ‎Magdalena‎ ‎Skarżyńska zrobiła‎ ‎swoje.‎ ‎„Dobrego‎ ‎dzieła‎ ‎dokonała”.‎ ‎Nic‎ ‎z‎ ‎jej‎ ‎trudów‎ ‎nie‎ ‎pójdzie‎ ‎na marno,‎ ‎bo‎ ‎też‎ ‎w‎ ‎jej‎ ‎kobiecej‎ ‎pracy‎ ‎pomyłki‎ ‎nie‎ ‎było.‎ ‎Nie‎ ‎zwiędła‎ ‎jak‎ ‎kwiat, lub‎ ‎zżęte‎ ‎siano.‎ ‎Raczej‎ ‎zagasła‎ ‎gwiazdka na‎ ‎niebie‎ ‎wiecznej‎ ‎kobiecości‎ ‎polskiej…

Zanim‎ ‎zniknęła,‎ ‎rozsypała‎ ‎tysiące‎ iskier‎ ‎po‎ ‎naszem‎ ‎ściemnionem‎ ‎widnokręgu, zamigotały‎ ‎iskry‎ ‎polskiej‎ ‎cnoty,‎ ‎poświęcenia,‎ ‎miłości‎ ‎i‎ ‎pracy.

Nie ‎jest‎ ‎ubogim‎ ‎naród,‎ ‎który‎ ‎takiemi światły,‎ ‎jak‎ ‎klejnot‎ ‎Glinków‎ ‎połyska.

Magdalena z bratem Janem w Wenecji. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Cywińskiej i Piotra Plewki.

Franciszek-Xawery‎ ‎Pusłowski,
b.‎ ‎sekretarz‎ ‎pełnomocnika‎ ‎C.‎ ‎K.‎ ‎O.
na‎ ‎gub.‎ ‎moskiewską.

Kilka słów o autorze tego wspomnienia. Franciszek Ksawery Pusłowski był wojskowym i polskim dyplomatą. Zapisał się w historii bo w czasie konferencji w Paryżu (tej, na której podpisano traktat wersalski, sankcjonujący powstanie niepodległego państwa polskiego) pracował jako osobisty tłumacz Ignacego Jana Paderewskiego. Pusłowski, najprawdopodobniej znał się z Władysławem Glinką, a na pewno Władysław Glinka doskonale znał polityczną działalność Pusłowskiego.

Uważny czytelnik zapewne dostrzeże w powyższym tekście literówki typu „wychodźtwem” zamiast „wychodźstwem”, albo „wynarowienia” zamiast „wynarodowienia”, czy zdanie rozpoczęte od małej litery, czy niezbyt logiczne stosowanie wielkich i małych liter w nazwie wydziału i uczelni, na której studiowała, czy w końcu iście rosyjską odmianę nazwy miasta Rosław (ros. Rosławl) „Rosławlu”, zamiast „Rosławiu”. Zachowaliśmy te błędy w cytowanym tekście, bo są one świadectwem czasów, w których powstawał. Zecerzy, układający w pośpiechu odlane z ołowiu (albo ze stopu ołowiu, antymonu i cyny) czcionki, nie zawsze układali je w sposób w stu procentach odzwierciedlający brzmienie dostarczonego im tekstu. Takie były warunki powstawania gazet na czcionkach z ołowiu.

A ten nieszczęsny „Rosławl” w czasie powstawania tekstu-wspomnienia o Magdalenie był prawdopodobnie bardzo rozpowszechnionym uzusem językowym. Pamiętajmy, działo się to w czasach, gdzie urzędowy rosyjski przenikał się z naturalnym dla naszych ziem, powszechnie używanym językiem polskim. Sądzimy tak, bo w innych materiałach z tamtych czasów również występuje odmiana „w Rosławlu”. Zresztą, co tu dużo mówić – również dziś w polskiej publicystyce politycznohistorycznej bez większego trudu można trafić np. na rosyjsko odmienioną „dynastię Romanowych” zamiast dynastię Romanowów.

Niezależnie od tego warto zwrócić też uwagę, że na styl hrabiego Pusłowskiego – z jednej strony patetyczny i poetycki, z drugiej: osobisto-familiarny. Magdaleny z Glinków Skarżyńskiej nie żegnał na łamach „Gazety Polskiej” ktoś, dla kogo było to jednym z wielu obowiązków. Jest to bardzo osobiste wspomnienie.

Studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Druga od lewej: Magdalena Glinczanka. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Cywińskiej i Piotra Plewki.

Kto inny zada sobie pytanie dlaczego w tekście pojawia się „Glinczanka”. Dziś w dobie coraz powszechniejszego, niepoprawnego, nieodmieniania nazwisk nawet przez przypadki, chyba wymaga to wyjaśnienia. W dawnych czasach nazwiska żeńskie przybierały różną formę w zależności od stanu cywilnego kobiety. Gdy nazwisko w formie podstawowej kończyło się na „a”, nazwiska panien odmieniano dodając końcówkę „-anka”, a kobiet zamężnych „-yna” albo „-ina”. Żeby nie było za łatwo, to w żeńskich formach nazwiska Glinka, „k” naturalnie wymieniało się na „cz”. Zatem panna z rodu Glinków była Glinczanką, a żona męża o nazwisku Glinka była Glinczyną.

Zupełnie inną zasadę odmiany nazwisk żeńskich w zależności od stanu cywilnego nasz piękny, fleksyjny, język ojczysty przewidywał dla nazwisk zakończonych na spółgłoskę. Tu wobec panien stosowano końcówkę „-ówna”, a wobec kobiet, które przyjęły nazwisko męża – „-owa”.

Wróćmy jednak do tekstu Pusłowskiego. Wydaje się dość oczywiste, ale dla porządku wyjaśnijmy o co chodzi w zdaniu: „Panienka‎ ‎ze‎ ‎dwora‎ ‎utrzymywała‎ ‎tajną szkołę‎ ‎a‎ ‎ojciec‎ ‎jej,‎ ‎dziedzic,‎ ‎płacił‎ ‎kary”. Prowadzenie polskich szkół było w Rosji (a tereny, na których mieszkamy były wtedy częścią Rosji) zakazane pod groźbą kar.

Magdalena z narzeczonym Stefanem na krótko przed ślubem. Zdjęcie ze zbiorów Tomasza Komornickiego.

Najłagodniejsze były kary pieniężne i jak wynika z tekstu, takie właśnie nakładano na szkołę Magdaleny Glinczanki. Ktoś, kto wbrew zakazowi prowadził polską szkołę, narażał się również na więzienie, albo na zsyłkę na Syberię. O dotkliwszych karach niż pieniężne Franciszek Ksawery Pusłowski w przytoczonym tekście nie wspomina.

Wyjaśnienia wymaga również co kryje się za skrótowcem CKO, zapisywanym przez autora jako C.K.O. We współczesnej polszczyźnie w skrótowcach nie stosuje się kropek, ale – jak wspomnieliśmy – przepisaliśmy tekst z gazety dokładnie tak, jak wyglądał na łamach. Chodzi o Centralny Komitet Obywatelski – organizację społecznej samopomocy świadczonej przez Polaków, Polakom, którzy doznali krzywd z powodu I wojny światowej, zwanej wtedy wielką wojną. Komitet powstał w 1915 roku. Polskim uchodźcom wojennym udzielał pomocy żywnościowej, finansowej, kulturalno-oświatowej, religijnej, sanitarnej i w znalezieniu pracy. CKO organizował również opiekę dla dzieci i młodzieży. W tym kontekście należy czytać „dwa pokolenia ochroniarek”, ponieważ wtedy placówki opieki nad dziećmi nazywały się ochronkami.

O Magdalenie z Glinków Skarżyńskiej wiadomo jest znacznie więcej. Materiały o rodzinie Glinków niestrudzenie zbierają i opracowują Barbara Cywińska i Piotr Plewka. W naszych publikacjach zajmujemy się osobami i wydarzeniami w kontekstach ściśle związanych z Czarnowcem. Jeżeli jednak ktoś chce głębiej poznać życie dawnej dzierżawczyni Czarnowca oraz jej rodziny, powinien sięgnąć po publikacje m.in. Radia dla Ciebie, „Tygodnika Ostrołęckiego”, czy „Nowego Kuriera Mławskiego”.

Pan Piotr Plewka na prośbę Marka Karczewskiego udostępnił nam sporo materiałów o Magdalenie, zwanej przez rodzinę Madlenką. Dzięki temu mieszkańcy Czarnowca i inni czytelnicy naszej strony mogą zobaczyć również jak wyglądała ta – jak określił ją Pusłowski – panna samodzielnie gospodarująca w Czarnowcu.

Jacek Pawłowski, 6.01.2026 r.





Właściciel pięciu ślicznych pokojów chciał wyrąbać dojrzałe drzewa

Z jednego z prasowych doniesień wynika, że już na początku XX wieku władze zdawały sobie sprawę, że nie można bezrefleksyjnie wycinać drzew. Że liczba drzew jest ograniczona, a zasób ten odtwarza się bardzo wolno. W przypadku Czarnowca wycinkę drzew limitowały władze zależne od Petersburga, bo państwa polskiego wtedy nie było, a Czarnowiec znajdował się wówczas w granicach Rosji.

„Łomżyński komitet ochrony lasów na ostatnim posiedzeniu postanowił (…) odrzucić prośbę właściciela dóbr Czarnowiec w pow. ostrołęckim na wyrąb drzew dojrzałych w tych dobrach” – czytamy w „Kurjerze Warszawskim” z 30 kwietnia 1901 roku. Właścicielem dóbr Czarnowiec  był wówczas Zygmunt Doberski.

Carskie imperium słynęło z niezwykle rozbudowanego aparatu biurokratycznego. Gubernialne komitety ochrony lasów były w nim tzw. organem administracji specjalnej, czyli działającym w terenie, ale nie podlegającym gubernatorowi, tylko bezpośrednio  władzom w Moskwie. Komitety ochrony lasów podlegały więc bezpośrednio Ministerstwu Rolnictwa i Majątku Państwowego i miały pilnować w terenie przestrzegania ustawy o ochronie lasów (’położenije o sbierieżenii liesow’). W skład każdego z komitetów wchodzili: gubernator, wicegubernator, prezes sądu okręgowego (lub osoba przez niego wyznaczona), urzędowy zarządca nieruchomości państwa na terenie guberni, rewizor leśny oraz stały członek gubernialnego kolegium ds. włościańskich, prezes Gubernialnej  Dyrekcji Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego i dwóch przedstawicieli właścicieli lasów, czasem też jeden z leśniczych.

Ten ośmio- lub dziewięcioosobowy komitet miał w rękach niemałą władzę. To komitet ochrony lasów decydował które lasy są chronione, a które nie. Ale nawet w lasach niechronionych nie można było wycinać drzew jak komu się podoba. Wydawanie zezwoleń na wycinkę należało właśnie do komitetu. Komitet, jeśli dawał pozwolenie, to nakazywał również w określonym terminie ponownie sadzić drzewa na terenach po wyrębie. Chyba, że ktoś chciał przeznaczyć wyrąbany teren na cele inne niż las. Wtedy musiał się zwrócić o zgodę do… komitetu ochrony lasów. [1]

Tak wyglądały kompetencje i struktura komitetów ochrony lasów. Czy komitety te dobrze chroniły dobra leśne? Tu już nie można mieć pewności. Carska administracja uchodziła za bardzo skorumpowaną. Równie dobrze mogła kierować się innymi interesami niż potrzeba ochrony przyrody.

W gazetach z początku wieku można znaleźć też inne decyzje komitetu ochrony lasów, dotyczące Czarnowca. Na przykład rok wcześniej komitet zatwierdził „plany gospodarstw leśnych” m.in. „w majątku Czarnówiec gm. Rzekuń w pow. ostrołęckim”, o czym dowiadujemy się również z „Kurjera Warszawskiego” z 25 czerwca 1900 r.

Na tym samym posiedzeniu łomżyński komitet ochrony lasów postanowił „uznać za pustoszący i powstrzymać wyrąb lasów na przestrzeni leśnej pod wsią Przetycz gm. Długosiodło”.

Kto jeździ pociągami, ten wie, że koło wsi Przetycz biegnie linia kolejowa z Warszawy do Ostrołęki. Jest nawet stacja o nazwie Przetycz, choć znajduje się w Bosewie Starym.  Lasy, w których wkrótce doszło do „pustoszącego” wyrębu mogli podziwiać z okien pociągów letnicy przyjeżdżający na wypoczynek do Czarnowca. A bawiąc u Doberskiego wczasowicze mogli się cieszyć niewyciętym, nawet częściowo, lasem. Bo w 1899 roku (być może także w późniejszych Doberski wynajmował letnikom pokoje. I to nie byle jakie. Były to „śliczne” pokoje. Dowiadujemy się tego z ogłoszenia drobnego, zamieszczonego również w „Kurjerze Warszawskim” 3 maja 1899 r. Brzmiało ono: „Nowość! W dobrach Czarnowiec pod Ostrołęką do wynajęcia ślicznych 5 pokojów, weranda, kuchnia, etc., w oficynie murowanej w ogrodzie, las blizko, konie produkty na żądanie, miejscowość rzadko zdrowotna, 2 wiorsty od stacji. Wiadomość: Sadowa 4 mieszk. 7. rano”.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym ogłoszeniu, bo między wierszami można w nim wyczytać parę ciekawych informacji o Czarnowcu. Pokoje do wynajęcia dla letników znajdowały się w murowanej oficynie w ogrodzie, a więc nie w samym dworze. Właściciel nie dzielił więc swojego domu z letnikami. Miał dla nich osobny budynek.

Uwagę czytelnika tego ogłoszenia na pewno zwraca nieużywana dziś konstrukcja słowna: „miejscowość rzadko zdrowotna”. Dziś, gdyby przeanalizować tę frazę dosłownie, wyszłoby że Czarnowiec rzadko jest zdrowotny, częściej zdrowotny nie jest, ale to absurd. Przytoczone wyżej trzy słowa należy rozumieć, że Czarnowiec był wtedy miejscowością zdrowotną, jak rzadko która (dziś powiedzielibyśmy: „mało która”) podobna mu miejscowość.

Kto na temat letniska w Czarnowcu mógł udzielać informacji pod adresem Sadowa 4 m. 7 pozostaje na razie niewiadomą. Niech ciekawych nie zwiodą próby poszukiwania ulicy Sadowej na dzisiejszej mapie Warszawy. Owszem, w Warszawie jest taka ulica, ale w 1899 roku miejsce to było bardzo daleko od ówczesnej Warszawy. Śladem tamtej, wymienionej w ogłoszeniu, ulicy Sadowej idzie dziś śródmiejska niewielka uliczka Skorupki.

Stali czytelnicy rubryki „Historia” na stronie Czarnowiec.pl pamiętają zapewne, że pokoje letnikom wynajmowali również późniejsi właściciele czarnowieckiego dworu – Wyszomirscy. Dalsze przeszukiwanie przedwojennych gazet przyniosło ten efekt, że znaleźliśmy identyczne ogłoszenie, nadane rok później – w lipcu 1936 r. 

To jeszcze na koniec odnotujmy, że w jednej z gazet z 1917 roku (na razie rozmyślnie nie napiszemy której, ale już wkrótce to wyjawimy 🙂 ) znaleźliśmy publikację potwierdzającą to, co tuż przed Bożym Narodzeniem ub. r. zamieścił tu Marek Karczewski.  Tak, Magdalena Glinczanka z Suska dzierżawiła majątek Czarnowiec. Choć tu akurat nie zostało napisane od kogo. Wiadomo tylko, że było to w 1913 roku lub później. W artykule napisane jest tylko tyle, że jej „ojciec bierze w dzierżawę majątek Czarnowiec i oddaje go córce. Był to jedyny w powiecie  przykład kobiety, panny, gospodarującej samodzielnie, a pracowała wstając od czwartej z rana, niestrudzenie”.

W kolejnej publikacji przybliżymy postać Magdaleny Glinczanki, która dzierżawiła Czarnowiec, a w jeszcze następnych pokażemy kolejne epizody z życia naszej wsi, odtworzone na podstawie ogłoszeń urzędowych i drobnych, zamieszczanych w gazetach.

Jacek Pawłowski

[1] Umocowanie prawne i kompetencje komitetu ochrony lasów podaję za pracą Artura Góraka i Krzysztofa Latawca „Rosyjska administracja specjalna w Królestwie Polskim 1839-1918”, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2015.

PS. Na przełomie XIX i XX wieku fotografia nie była powszechną formą komunikowania. Z braku zdjęć z epoki, żeby było na czym oko zawiesić, zamieszczam stylizowane kadry z dzisiejszego spaceru po Czarnowcu 🙂






Iżycki — ludowiec, senator, który administrował Czarnowcem.

Od 2018 roku, gdy razem z Panem Jackiem Pawłowskim — społecznikiem, postanowiliśmy przywrócić pamięć o naszych czarnowieckich przodkach oraz o ważnych wydarzeniach naszej małej wioski, co jakiś czas odkrywamy kolejne karty historii.

To czy wątek historyczny pojawi się na naszych łamach, często jest zwykłym zbiegiem okoliczności, który kieruje nas na inny grunt poszukiwań.
Dnia 4 grudnia 2025 r. tak bardziej z wieczora, przy doniosłym święcie górników „Barbórce”, spotykam w kolejce do kasy w naszej otwartej od października placówce spotkań — dr Marka Niewiadomskiego. Okazuje się, że w nowej miejscówce Czarnowca można spotkać się z grupą ludzi: prasy, historii, kultury, muzyki, sztuki oraz sportu.
Pan Marek mieszka w Olszewie-Borkach, a w I Liceum Ogólnokształcącym, w Ostrołęce jest nauczycielem historii.
Zadaję Panu Markowi proste pytanie: „Czyta Pan naszą stronę Czarnowiec.pl?” Odpowiada: „Nie”. „To zapraszam, bo w dziale historia może być coś, co Pana zainteresuje”.
Pan Marek mówi: „Piszę obecnie książkę o sprawach społecznych, pod roboczym tytułem „Ostrołęka i powiat ostrołęcki w latach 1908-1914″. „Mam w niej również parę zdań o zarządcy Czarnowca Aleksandrze Iżyckim”.
I już w tym momencie ciężko było wyjść z Biedronki, aż żona zainterweniowała — moja, bo Pana Marka oczekiwała cierpliwie w aucie. 🙂

Tyle wstępem do przedstawionej tu części historii o Aleksandrze Iżyckim — zarządcy majątku Czarnowiec.
Dzięki Panu Markowi Niewiadomskiemu i Jego podesłanych materiałach o Iżyckich, Michniewiczach, Doberskich, powstaje kolejny tekst o dotychczas nieodkrytych przez nas kartach z historii „naszego” czarnowieckiego dworu.

Urodził się w Ukrainie.

Iżycki Aleksander
Data urodzenia: 16 lipca 1866 r.
Miejsce urodzenia: Kuryłówka(1), pow. uszczycki, Podole
Imię ojca: Władysław
Imię matki: Maria z Kremerów

(1) – Nie ma miejscowości o nazwie „Kuryłówka” na Podolu, na dzisiejszym obszarze Ukrainy, ale jest znana wieś Kuryłówka w Polsce (województwo podkarpackie, powiat leżajski), która leży w historycznym regionie Galicji, niedaleko granicy z Ukrainą, co może być mylone z Podolem, będącym częścią tych ziem. Jeśli chodzi o miejsca historyczne, Podole obejmowało tereny dzisiejszej Ukrainy, ale polskie miejscowości o tej nazwie są w województwie podkarpackim, co nie jest Podolem.
Wieś Kuryłówka obecnie (23.12.2025 r.) jest siedzibą gminy Kuryłówka. Leży w powiecie leżajskim, województwa podkarpackiego.
Do Kuryłówki na Podolu w powiecie uszyckim będziemy jeszcze wracać na końcu wywodu.

Ożenił się z Zofią Koźmińską.
Aleksander Iżycki miał syna — generała brygady pilota Mateusza Iżyckiego (1898-1952).
Syn Mateusz podczas II wojny światowej był dowódcą Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie.

O Iżyckim Aleksandrze w dostępnych materiałach

Po wielu, wielu latach, gdy nadarza się okazja napisania kilku zdań o byłym właścicielu Czarnowca, w odszukanych materiałach prasowych i encyklopedycznych zauważamy rozbieżności, które mogły wystąpić z powodu braku dostępu do niektórych archiwów w okresie sporządzania.

W podesłanym skanie strony przez Pana Marka Niewiadomskiego, z książki „Kto był kim w drugiej Rzeczypospolitej” widzimy błędną informację o śmierci Aleksandra Iżyckiego w Oświęcimiu. Jest ona również błędnie? powielona na pamiątkowej tablicy w Senacie RP – (zdjęcia poniżej).

Iżycki Aleksander urodził się w 1866 r. Po ukończeniu Uniwersytetu w Odessie pracował w ruchu spółdzielczym oraz brał udział w pracach towarzystw: Rolniczego i Kredytowego Ziemskiego. Po odzyskaniu niepodległości pracował w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych. Związał się z PSL „Wyzwolenie”, gdzie przewodniczył Głównej Komisji Rewizyjnej. Z ramienia tej partii wszedł z listy państwowej do Senatu II kadencji. Następnie działał w SL, pełniąc tam w I[atach] 1931-1938 funkcję prezesa Głównej Komisji Rewizyjnej. Pisał o sprawach rolnych w prasie i periodykach fachowych. Był propagatorem idei spółdzielczości na terenie woj. lubelskiego. W czasie okupacji został aresztowany i 14 VIII 1940 r. wywieziony do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarł w nie ustalonym czasie i okolicznościach.

Poniżej wypunktowane informacje pochodzą od Pana Marka Niewiadomskiego. Są to przypisy w Jego pracy. Z tych informacji możemy dowiedzieć się jak kolosalnie wielki obszar w 1913 r. (gdy Iżycki nabył majątek) – prawie 638 hektarów, miało gospodarstwo w Czarnowcu. Wiemy o 70-ciu hektarach Wyszomirskich, co było też niemałym gospodarstwem. Co zatem stało się w latach 1913 – 1930? Gdzie podziało się około 568! ha majątku?

1) Iżycki Aleksander (1866-1940)[1941] W 1912 r. Iżycki miał majątek o pow. 1138 dziesięcin, czyli 637,14 ha!
2) W 1866 r. dobra Czarnowiec należały do Tomasza i Antoniny Czerniejewskich.
3) W 1899 r., jako właściciela wymienia się Maurycego Michniewicza.
4) Aleksander Iżycki został wybrany na przewodniczącego Towarzystwa Pożyczkowo-Oszczędnościowego „Kasa Staromiejska”.
5) W 1913 r. sprzedał posiadany na Podolu majątek Sorokany swojej kuzynce Laurze Koroszewiczowej, aby jeszcze w tym samym roku zakupić majątek Czarnowiec od Zygmunta Doberskiego, który to majątek wcześniej miała w dzierżawie Magdalena Glinka z Suska.
6) Aleksander Iżycki na stałe mieszkał w Warszawie, ul. Krucza 42, a w jego imieniu majątkiem kierował zarządca.
7) Jako członka rzeczywistego Polskiego Towarzystwa Geograficznego, wymienia się właściciela majątku w Czarnowcu Stanisława Chylińskiego, który przyjęty został w poczet członków 18 XI 1918 r.

A może Iżycki w 1913 r. zarządzał obszarem całego (dzisiejszego) sołectwa?
O granicach sołectwa pisaliśmy tu ->
Granice Sołectwa Czarnowiec w 2023 roku. Długość granicy: 11581 m, powierzchnia: 678.7538 ha. Obszar sołectwa prawdopodobnie istnieje od Reformy Rolnej, przeprowadzonej w latach 1944-1948.

Urzędnicy służby zagranicznej Rzeczypospolitej Polskiej

W Serii Wydawniczej: POLSKA SŁUŻBA ZAGRANICZNA 1918–1945 – materiały źródłowe odnajdujemy szerszy opis z życiorysu Aleksandra Iżyckiego.
W Przewodniku biograficznym wydanym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych p.t.: „URZĘDNICY SŁUŻBY ZAGRANICZNEJ RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 1918 –1945”, opracowanym przez Krzysztofa Smolana, Warszawa 2020 – czytamy:

Iżycki Aleksander. Urodzony 28.07.1866 r. w Kuryłówce, powiat uszczycki[uszycki], Podole; zmarł 14.02.1941 w Warszawie. Syn Władysława i Marii z domu Kremer.
W 1884 ukończył gimnazjum w Kamieńcu Podolskim. W latach 1884–1889 studiował na Wydziale Fizyczno-Matematycznym Uniwersytetu w Odessie, ale nie złożył egzaminu końcowego. Według niektórych opracowań w 1886 r. studiował na Uniwersytecie w Petersburgu. W latach 1889–1895 mieszkał w Odessie, w tym czasie był inspektorem Warszawskiego Towarzystwa dla Ubezpieczeń od Ognia, zarządzającym okręgiem odeskim, następnie inspektorem Petersburskiego Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia. W latach 1895–1905 gospodarzył we własnym majątku na Podolu. Był w tym czasie członkiem zarządu Kamienieckiego Syndykatu Rolniczego oraz Winnickiego Towarzystwa Rolniczego.

W 1905 przeniósł się do Warszawy, jednocześnie kupił w Łomżyńskiem majątek [Czarnowiec], który prowadził do 1914 r. W 1917 ukończył kursy organizowane przy Uniwersytecie Warszawskim dla pracowników wyższej administracji i 2.11.1917 r. wstąpił do służby państwowej w Ministerstwie Sprawiedliwości Tymczasowej Rady Stanu, w którym był początkowym referentem działu kontroli Wydziału Skarbowego, a następnie zastępcą naczelnika, naczelnikiem rachuby i radcą ministerialnym. Według niektórych opracowań w 1918 r. podjął pracę w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych. Od 1920 pracował w MSZ, początkowo jako naczelnik kancelarii Konsulatu Generalnego RP w Chicago, był nim przynajmniej do 1.04.1921 r. W sierpniu 1920 r. kierownik Wydziału Depozytowo-Kasowo Gospodarczego, a od 01. do 06.1921 r. kierownik Wydziału Prezydialnego Konsulatu Generalnego RP w Chicago. Nie udało się ustalić precyzyjnej daty zwolnienia z pracy w konsulacie. Podjął pracę w Towarzystwie „Palatine” w Chicago. W 1922 r. powrócił do Polski. W 1923 r. pracował jako urzędnik kontraktowy w Głównym Urzędzie Ziemskim. W 1924 r. przeszedł do pracy w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych. Według niektórych badaczy był związany z masonerią. Działacz PSL „Wyzwolenie”, w latach 1926–1927 członek Zarządu Głównego. W latach 1931–1933 członek Rady Naczelnej PSL, a w latach 1931–1938 prezes Głównej Komisji Rewizyjnej PSL. W latach 1928–1930 senator z listy PSL „Wyzwolenie”; pełnił funkcję wiceprezesa klubu PSL „Wyzwolenie”, pracował w komisji skarbowo-budżetowej.

W czasie II wojny światowej w nieznanych okolicznościach został aresztowany 15.06.1940 r. przez Niemców i 14.08.1940 r. wywieziony do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Według części źródeł miał tam zginąć, ale najprawdopodobniej zmarł w Warszawie. Żona Zofia Kuźmińska lub Koźmińska (zmarła w 1944 r.); syn Mateusz Iżycki „de Notto” (1898–1953), generał Polskich Sił Powietrznych, zmarł we Francji, ale pochowany został w Londynie.

Publikacje: oprócz artykułów do prasy, przed I wojną światową do „Dziennika Kijowskiego”, pisał do prasy polonijnej w USA. Opublikował broszurę pt. „Z pola walki o lepsze jutro”, Warszawa 1935, wydaną przez Towarzystwo Walki z Alkoholizmem „Trzeźwość”.

Publikację „Z pola walki o lepsze jutro” można przeczytać klikając ->

Zjednoczenie ruchu ludowego dokonane!

PIAST — Tygodnik Polityczny, społeczny, oświatowy, poświęcony sprawom ludu polskiego. Organ Stronnictwa Ludowego. Kraków — Lwów, dnia 22 marca 1931 r. pisze m.in.:
„Dzień 15 marca 1931 r. pozostanie na zawsze pamiętnym w dziejach ruchu ludowego. W dniu tym bowiem dokonało się zjedno­czenie stronnictw ludowych, a to P. S. L. „Piasta”, „Wyzwolenia” i „Chłopskiego Stronnictwa”.
Do Komisji rewizyjnej wybierają Aleksandra Iżyckiego

Wybory władz naczelnych Stronnictwa Ludowego.

Wybrany jednogłośnie: na prezesa Kongresu Malinowski Maksymilian, na wiceprezesów: Maj i Tabor, na sekretarzy: Jan Nosek, poseł; Dr J. Mężyk, Jan Tepper. Radę Naczelną wybrano w liczbie 150 delegatów, zaproponowanych przez Prezydjum Kongresu.

Na prezesa Rady Naczelnej został wybrany jednogłośnie poseł Wincenty Witos.
Na wiceprezesów: Błażej Stolarski, Andrzej Waleron. Na sekretarzy: Antoni Langer, Stan. Mikołajczyk, Konstanty Pac. Do naczelnego Komitetu Wykonawczego wybrani: 1) Kazimierz Bagiński, 2) Tomasz Czermicki, 3) Bruno Gruszka, 4) Dr Wład. Kiernik, 5) Dr MIieczysław Michalkiewicz, 6) Dr Józef Piitek, 7) Maciej Rataj, 8) Jan Smoła, 9) Stanisław Wrona, 10) Andrzej Waleron, 11) Michał Woźnicki, 12) Jan Zaleski; jako zastępcy: Władysław Dobroch, Zygmunt Graliński, Jan Madejczyk, Józef Mochniej, Nosek Jan, Stanisław Osiecki.

Do Sądu partyjnego wybrani: Wład. Fijałkowski, Adw. Dr Paulin Hyży, adwokat Wiesław Malinowski, Zygmunt Nowicki, rejent, Stanisław Thugutt, Stefan Urbanowicz, adwokat, Witold Ujazdowski, Sawicki Adolf. Do Głównej Komisji rewizyjnej: A. Drabich, Aleksander Iżycki, Jerzy Kuncewicz, Jan Krysa, Józef Karwan, Henryk Wyrzykowski.

Kalendarz Ludowca na 1946 r.

W tym powojennym, obszernym kalendarzu skierowanym do rolników i całej polskiej wsi oprócz porad i przepisów prawa jest również wiele wspomnień o czasach okupacji niemieckiej. Z oczywistych względów nie można wyczytać tam nic o okupacji sowieckiej. Znajdujemy tam wspomnienia o właścicielu Czarnowca w latach 1913-1919.

„…Zamykając… nieco obszerniejsze wspomnienia o najwybitniejszych działaczach ludowych, zmarłych lub poległych w latach 1939 – 1945, na zakończenie tej żałobnej kroniki wymienię jeszcze kilka nazwisk tych działaczy, o których była wzmianka bądź to w prasie ludowej, bądź też na Zjazdach wojewódzkich P.S.L. i „Wici”.
A więc zginęli lub pomarli podczas okupacji hitlerowskiej następujący dalsi działacze ludowi:
Iżycki Aleksander, b.[yły] senator i działacz Stron[nictwa], woj. Warszaw[skie]…”

Podsumowując straty wojenne, autor podkreśla o zdecydowanej, ale często anonimowej roli rolników jako obrońców Ojczyzny.

„…Oczywista, powyższa lista strat Ruchu Ludowego ani nie jest kompletna, ani też nie omawia wyczerpująco prac i zasług tych, którzy odeszli na zawsze. Stanowi ona jedynie pierwszą próbę zwrócenia uwagi na potrzebę opracowania życiorysów tych, których życie zasługuje na trwałą pamięć następnych pokoleń. Wprawdzie do tej pory chłop występował w dziejach naszych bezimiennie, o zasługach jego nie wiele się pisało i mówiło, a jeszcze mniej wiedziało, tym niemniej, teraz kiedy się o chłopie tyle deklamuje, należy społeczeństwu przypominać, że chłopi są, byli i będą, że pracują, a gdy tego zachodzi potrzeba, to również walczą i giną w obronie Ojczyzny…”

Działacz

Powyższe zdjęcie wykonane 24 maja 1931 r. z byłym właścicielem Czarnowca Aleksandrem Iżyckim odnalezione w Narodowym Archiwum Cyfrowym.
opis pierwszy:
Uroczystość poświęcenia lokalu Polskiego Towarzystwa Walki z Alkoholizmem „Trzeźwość” w Warszawie.
Uczestnicy uroczystości. Siedzą od lewej: delegat Departamentu Służby Zdrowia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Naczelni Wydziału doktor J. Kowalczewski, profesor Zofia Daszyńska-Golińska, Tomasz Nocznicki, ksiądz profesor J. Ciemniewski, dyrektor szkoły K. Wolska, członkini Narodowej Organizacji Kobiet Z. Guerquin, członkini Towarzystwa Trzeźwości I. Chojnacka. Stoją doktor A. Kuropatwiński, prezes Polskiego Towarzystwa Walki z Alkoholizmen „Trzeźwość” Jan Szymański, doktor St. Skalski, posłanka Irena Kosmowska, prezes K. Kalinowski, prezes doktor H. Zajączkowski, senator Aleksander Iżycki, senator Wojciech Wiącek, inspektor Brauliński, inżynier Kukła, doktor St. Leszkiewicz.
opis drugi:
Uczestnicy uroczystości. Siedzą od lewej: delegat Departamentu Służby Zdrowia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Naczelni Wydziału doktor J. Kowalczewski, profesor Zofia Daszyńska-Golińska, Tomasz Nocznicki, ksiądz profesor J. Ciemniewski, dyrektor szkoły K. Wolska, członkini Narodowej Organizacji Kobiet Z. Guerquin, członkini Towarzystwa Trzeźwości I. Chojnacka. Stoją doktor A. Kuropatwiński, prezes Polskiego Towarzystwa Walki z Alkoholizmen „Trzeźwość” Jan Szymański, doktor St. Skalski, posłanka Irena Kosmowska, prezes K. Kalinowski, prezes doktor H. Zajączkowski, senator Aleksander Iżycki, senator Wojciech Wiącek, inspektor Brauliński, inżynier Kukła, doktor St. Leszkiewicz.
Autor: Dulewicz Edward

Złożyli w grobie Aleksandra Iżyckiego — senatora, właściciela Czarnowca

Do dziś nie możemy ustalić miejsca pochówku Aleksandra Iżyckiego. W rozbieżnych informacjach można wyczytać, że jego ciało złożono jednakowo na Cmentarzu Bródzieńskim (Bródnowskim) lub Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Żadna z dostępnych obecnie wyszukiwarek internetowych (10.12.2025 r.) nie wyszukuje danych o mogile Iżyckiego.
Są również różne przekazy prasowe o tym, że zginął w Oświęcimiu, wywieziony 14 sierpnia 1940 r. Jednak w dostępnych materiałach znajdujemy wpis, że na podstawie aktu zgonu z Urzędu Stanu Cywilnego zmarł w Warszawie dnia 14 lutego 1941 r.

Powrót do rozważań o Kuryłówce

Wracając jeszcze do „wątpliwego” przedstawianego wcześniej miejsca urodzenia Aleksandra, to na Podolu (obecnie Ukraina) była (możliwe, że nadal jest) taka miejscowość jak Kuryłówka vel Burnakowce.
Gdyby ktoś był zainteresowany genealogią lub jest zainteresowany historią dziadów Aleksandra Iżyckiego, to odsyłamy do publikacji z 1913 roku, w której zawartych jest wiele treści o rodzinie Iżyckich z Podola.
Litwa i Ruś – miesięcznik ->

Gdy na samym początku artykułu piszemy, że Aleksander Iżycki urodził się w Kuryłówce, w powiecie „uszczyckim”, to w materiale prasowym, datowanym rokiem 1913 możemy odnaleźć wpisy o [pradziadach?] Aleksandra. Tu wpisano nazwę powiatu jako „Uszycki”.

…Mateusz Iżycki [pradziad Aleksandra?] marszałek pow. Uszyckiego.
Mateusz i Rafaelina Iżyccy [pradziadowie Aleksandra?]

Drążąc temat ustalenia dokładnego miejsca urodzenia Aleksandra Iżyckiego — właściciela Czarnowca, docieramy do tej samej? Kuryłówki, w której urodził się Ignacy Jan Paderewski? Przyszedł on na świat w 1860 roku w Kuryłówce na Podolu…
Czyżby o sześć lat młodszy Aleksander Iżycki z Kuryłówki na Podolu był kolegą Ignacego Jana Paderewskiego i razem biegali po łąkach, lasach i polach ucząc się sztuki myśliwskiej i kompozytorskiej zarazem?…
luźne myśli…

Czy lotnik Mateusz – syn Aleksandra bywał w Czarnowcu?

Mateusz Iżycki – Wikipedia, wolna encyklopedia

Wspomniany wcześniej syn Aleksandra i Zofii Iżyckich — Mateusz (urodzony 22.02.1898 r. w Odessie) miał bardzo bogaty życiorys. Nie wiemy, czy starczyło Mateuszowi czasu za swego żywota odwiedzić Czarnowiec. A może przylatywał tu samolotem?

W krótkich, kilku zdaniach odnalezionych na stronie bohaterowie1939.pl można przedstawić sylwetkę syna właściciela Czarnowca.

Mateusz Iżycki — generał brygady. Funkcja na 1 września 1939 – dowódca lotnictwa i obrony przeciwlotniczej polskiej armii.
Urodzony 22 II 1898 w Odessie /Rosja/, syn Aleksandra i Zofii z Koźmińskich. Po ukończeniu gimnazjum od 1916 rozpoczął studia na Akademii Rolniczej w Moskwie. W tym samym roku powołany do armii rosyjskiej i wcielony do 12 p. huzarów W II 1917 przeniesiony do szkoły oficerskiej kawalerii. Od II 1918 służy w 7 p. uł. III Korpusu Polskiego w Rosji. Od XI 1918 służy w Legii Akademickiej w Warszawie, od XII 1918 do I 1921 służył w 12 p. ułanów. Jako d-ca plutonu brał udział w szwadronie odsieczy Lwowa, potem w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920 był adiutantem pułku i z-cą d-cy szwadronu. Zweryfikowany po wojnie w stopniu por. sł. st. kaw. z starszeństwem od 1 VI 1919. Następnie instruktor w Centralnej Szkole Jazdy w Grudziądzu. Od XI 1922 do X 1924 był słuchaczem WSWoj. Warszawie. Awansowany do stopnia kpt. sł. st. 15 VIII 1924. Następnie oficer w Biurze Ścisłej Rady Wojennej. Przeniesiony do lotnictwa, ukończył kurs pilotażu. Jednocześnie kontynuował studia. Od 1926 do 1927 był d-cą eskadry liniowej w 1 p. lot., a od 1927 do 1929 attaché lotniczym w Turcji. Następnie w latach 1929- 1932 dowodził 31 eskadrą liniową w 3 p. lot. w Poznaniu. W latach 1932-1934 szef sztabu Grupy Lotniczej. Awansowany do stopnia mjr dypl. sł. st. lot. 1 I 1934 W latach 1934-1936 dowodził 1, potem 2 dywizjonem w 3 p. lot. W okresie 1936- XI 1938 był wykładowcą, potem dyrektorem nauk w WSLot. Do stopnia ppłk dypl. awansowany 19 III 1938. W okresie od XI 1938-VIII 1939 z-ca d-cy 3 p. lot. Podczas kampanii Wrześniowej 1939 był d-cą lotnictwa i obrony plot Armii Łódź”, a od 10 IX do 25 IX 1939 d-cą lotnictwa Armii „Warszawa”. W końcu IX 1939 przedostał się przez Węgry do Francji, gdzie od X 1939 do VI 1940 pełnił funkcję szefa Oddziału III Operacyjnego Dowództwa Lotnictwa. Od jesieni 1940 do początku 1942 był d-cą Polskiego Oddziału Transportowego w Afryce. Awansowany 1 IX 1941 na stopień płk dypl. lot. Od początku 1942 do IX 1943 Delegatem PSP na Środkowym Wschodzie. Od 14 IX 1943 do IV 1944 Inspektor Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie, potem od IV 1944 do I 1948 d-ca Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie. Mianowany gen. bryg. WP 1 III 1944. Po demobilizacji przyjął obywatelstwo brytyjskie i dodał do nazwiska „de Notto”.
Zmarł 12 II 1952 w m. Gemeppes k. Lyonu we Francji. Pochowany na cmentarzu Northwood pod Londynem.
Żonaty z Krystyną Kackowską, z którą miał córkę Ewelinę.

Od zawsze ludowiec

Aleksander Iżycki — właściciel Czarnowca od zawsze związany był z „ludowcami”.
Czy piosenka (patriotyczna) utworzona# z wiersza Jana Szwawieja „Marsz Polski Ludowej”, zamieszczonego w „Kalendarzu Ludowca” była śpiewana bądź recytowana przez Aleksandra, gdy doglądał swoich hektarów w Czarnowcu?
Czy może być aktualna także dziś w okresie niepewności płynącej zza wschodniej granicy kraju?
Posłuchajmy…
# – muzyka utworzona przez narzędzie „Suno”.

Senator uhonorowany na tablicy pamiątkowej

W Gmachu Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przy ul. Wiejskiej w Warszawie wisi okazała tablica pamiątkowa, na której znajdujemy nazwisko właściciela Czarnowca — Aleksandra Iżyckiego.

Czas Bożego Narodzenia

W 1907 roku, gdy Jan Adamowicz-Piliński tuż przed śmiercią pisał wiersz „Na Zmartwychwstanie”, Iżycki nie przebywał jeszcze w Czarnowcu, ale w publikacjach ludowców można wypatrzeć ten świąteczny tekst.
– „Kalendarz Ludowca na 1946 r.”
Posłuchajmy utworzonej# kolędy…
# – muzyka utworzona przez narzędzie „Suno”.

Złożylji w grobie i kamiennym głazem
zawarli ciężkie czeluście mogiły.
I straż przydali okrytą żelazem.
Czciciele martwej litery i siły!

W kamiennym grobie Chrystusa zawarli
Faryzeusze na duszy umarli.

I rzekli sobie: oto naszej mocy
Nic już nie ruszy. Nie masz marzyciela,
Który lud burzył Ale trzeciej nocy
Przyszły anioły, i duch Zbawiciela
Przywdział swe ciało zdeptał śmierci żmiję,
Wszedł między żywych i z żywymi żyje.
1907 rok.

Marek Karczewski, 23.12.2025 r.





Taka historia z Wyszomirskimi? Na śmietnik!

„Notatnik czarnowiecki” Nr 3

„Każde zdjęcie ma swoją historię, niektóre historie mają swoje zdjęcia.”

W środę 26 listopada 2025 r. otrzymałem pismo od włodarza gminy Rzekuń o usunięcie historii z historii Czarnowca. 𝓒𝔃𝓪𝓻𝓷𝓸𝔀𝓲𝓮𝓬.𝓹𝓵

To w skrócie.

Gdy w kwietniu, maju 2023 r. na okoliczność organizacji wielkiego jubileuszu – 610-lecia istnienia Czarnowca, w zespole organizacyjnym postanowiliśmy upamiętnić naszą wioskę namiastką faktów historycznych zawartą w obrazach – wszyscy okazali się przychylni.
W zespole: Marek Karczewski, Jacek Pawłowski, Krzysztof Chojnowski, postanowiliśmy z kilkunastu zdjęć wybrać te, na które nas stać.
Pozyskaliśmy sponsorów i Krzysztof Chojnowski zamówił wykonanie zdjęć wielkogabarytowych.

3 czerwca 2023 r. podczas uroczystości Pan Jacek Pawłowski z Czarnowca opowiadał o historii powstania tychże oraz o historiach bohaterów zdjęć.
Można o tym przeczytać tu ->
Wideo ->
Po uroczystościach 3 i 4 czerwca 2023 r. (za decyzją wszystkich organizatorów) zdjęcia zawisły na ogrodzeniu obiektu świetlicy wiejskiej.
O uroczystości 610-lecia Czarnowca można poczytać tu ->

Wieszałem te zdjęcia z dwoma chłopcami, którzy zatrzymali się na przystanku, oczekując na autobus do Ostrołęki.
Chłopcy zmęczeni jazdą na hulajnogach po PumpTrack Rzekuń nie odmówili pomocy, aby przytrzymać sporych rozmiarów obrazy przy montażu na płotach.

Wiecie co powiedzieli Ci ok. 13-letni chłopcy?

„…ale to fajne co pan robi, można się wiele dowiedzieć z takich zdjęć historycznych. Jak będziemy teraz przejeżdżać to się zatrzymamy i poczytamy…”

Tak było.

Młodzi chłopcy widocznie niedoświadczeni i mówili rzeczy od rzeczy… Krótki materiał z tych dni ->

Dorośli, i to obecni mieszkańcy Czarnowca mają w tej kwestii odmienne zdanie (na szczęście nie wszyscy)!

Jedna z pań mieszkanek, która przyszła tu mieszkać do męża rozpowiadała w autobusie MZK relacji Rzekuń – Ostrołęka takie bezeceństwa, że aż ludzie donieśli co mówiła. Musiała się z tym nie kryć i powtarzać to w różnych miejscach oraz różnych godzinach kursowania miejskiego autobusu wielokrotnie, bo dotarły do mnie informacje od dwóch osób o jej oburzeniu.

„… Karczewski powywieszał te głupoty na płocie…”

Co miała na myśli mieszkanka niepochodząca z Czarnowca?
Wyszomirską Ludwikę, która walczyła w Powstaniu Warszawskim?
Wyszomirskiego Jana, którego zamordowali komuniści, bo pisał gazetki po polsku?
Wyszomirskiego Zygmunta, którego ruskie zastrzelili w Katyniu?
Sakowskiego Stefana, który zginął na polu bitwy pod Nysą Łużycką?
Rodzinę Cudnych, którą wybiła banda?
… kogo?

Później, za jakiś czas wszystkie zdjęcia zostały uszkodzone!

Zdjęciami targały wichury i ulewy, zdjęcia były zrywane, ale Pan Jacek Pawłowski zawsze je ratował…

Dziś kończy się krótka historia starej historii Czarnowca.

Należy bohaterów zdjąć, bo?

No właśnie, kto z zawiści i zazdrości (tylko o co?) zawnioskował o wyrzucenie naszych czarnowieckich bohaterów na śmietnik?
Sołtys?
Radna?
Komu przeszkadzały sylwetki Ludwiki Wyszomirskiej, Jana Wyszomirskiego, Zygmunta Wyszomirskiego, Stefana Sakowskiego, Cudnych
Przecież ci ludzie walczyli za Polskę i wolność naszą, a nawet za wolność obecnie obsadzonych przez wójta sołtysa i radnej!

Jak można stosować zawiść do Karczewskiego poprzez usuwanie bohaterów Czarnowca?

Wyobrażacie sobie Państwo, że którykolwiek prezydent Ostrołęki zdemontuje pomnik gen. Bema, bo pobudowali go za kadencji innego?

Jest tylko nadzieja, że sama historia oceni skrzywianie historii przez obecnych przedstawicieli wójta.

Sponsorami zdjęć byli:
1. Krzysztof Chojnowski – Czarnowiec
2. Filip Wilczynski – Czarnowiec
3. Przemysław Rykowski – Czarnowiec
4. Marek Karczewski – Czarnowiec.

Czy można wierzyć obecnej ekipie rządzących w gminie oraz w Czarnowcu, w choć jedno zdanie, które w swojej treści ma wpisane, że „projekt jest realizowany w dobrej wierze”?

Ja w to już nie wierzę.

Nie wierzę również, że kiedykolwiek (za tej ekipy) wrócą one na płot! Na płot przy świetlicy.

Wykonując kilka zdjęć z demontażu pomyślałem, że warto, aby ta historia miała swoje zdjęcie.

Pozdrawiam.
Marek Karczewski z Czarnowca, 26.11.2025 r.




Eugeniusz Kęsik – ostatni leśniczy w Czarnowcu

Eugeniusz Kęsik – ostatni (i jedyny?) leśniczy w Czarnowcu?

Ptoki – nic o tym nie wiedzą,
Krzoki – coś tam słyszały, lecz nie wiedzą, na którym drzewie ptaki śpiewały,
Pnioki – pamiętają leśniczówkę i Leśniczego Eugeniusza Kęsika.

Leśnicy nie tylko dbają o znajdujące się w lasach pozostałości po burzliwej historii naszego kraju, ale wielu z nich czynnie tę historię tworzyło i to nierzadko na pierwszej linii frontu.
Jedną z wyjątkowych postaci leśników jest obecny Leśniczy Leśnictwa Borawe, (w skład którego wchodzą lasy czarnowieckie) Pan Krzysztof Olejniczak. To pasjonat historii swojego leśnictwa!.
Dzięki niemu dowiadujemy się dziś o „naszym” ostatnim (przyp. MK – jedynym) Leśniczym w Czarnowcu.

Znaczenie lasów i leśników

Polska jest w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o powierzchnię lasów. Zajmują one ok. 29% terytorium kraju, rosną na obszarze ponad 9 mln ha. Zdecydowana większość to lasy państwowe, z czego prawie 7,6 mln ha zarządzane jest przez Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe.

Adam Loret

Lasy Państwowe mają już ponad 100 lat! Mimo historycznych zakrętów i zmian organizacja funkcjonuje do dziś, łącząc bogatą tradycję z nowoczesnością.
Tuż po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. podejmowano pierwsze decyzje ukierunkowane na tworzenie administracji leśnej.
W 1924 r. powstało przedsiębiorstwo Polskie Lasy Państwowe, któremu prezydent Polski Stanisław Wojciechowski powierzył gospodarowanie polskimi lasami.
Pierwszym dyrektor Lasów Państwowych został Adam Loret.
Gdy wybuchła II wojna światowa okupanci natychmiast wprowadzili swoją administrację leśną. Prowadzona na terenach zajętych przez hitlerowskie Niemcy i Związek sowiecki gospodarka miała charakter rabunkowy.
Wielu leśników oddało podczas walk swoje życie. Szacuje się, że łącznie na wszystkich frontach II wojny światowej walczyło ok. 11 tys. leśników. 724 z nich zostało zamordowanych w Katyniu, Miednoje i Charkowie. Adam Loret został aresztowany 19 września 1939 r. i zaginął.
Przez całą wojnę leśnicy wspierali oddziały partyzanckie, znajdujące schronienie w lasach. Bywało, że ginęły przez to całe leśne rodziny. Wydarzenia tamtego okresu upamiętniają liczne mogiły, rozsiane w lasach całego kraju. Leśnicy otaczają je opieką, aby przetrwała pamięć zmagań o wolną Polskę…

Na straży lasów od zawsze stoi leśnik.
Doglądanie drzew, sadzenie, trzebieże, usuwanie szkodników to tylko drobny wycinek jego pracy. Nie mniej ważna jest służba społeczna: działalność kulturalno-oświatowa, wychowawcza, charytatywna. Leśnicy to grupa zawodowa, w której patriotyzm zawsze odgrywał główną rolę.
Przed laty mieszkańcy mieli dużo spraw do leśniczego.
Praca w lesie od zawsze wymagała nie tylko fizycznej wytrzymałości i dobrej znajomości leśnych zagadnień, lecz także hartu ducha i społecznikowskiego zacięcia. Praca leśnika wymagała nie tylko gotowości do ciężkiego fizycznego wysiłku, lecz także odporności psychicznej. Była zarazem ściśle związana ze służbą społeczną. Kontakty z okolicznymi mieszkańcami, osobami pracującymi w lasach i nabywcami drewna dawały szerokie pole do oddziaływania, prowadzenia edukacji.

1935 r. L.P. Leśnictwo Borawe. Zdjęcie wykonane najprawdopodobniej na Stacji Ostrołęka.

„A gdy po pracy do domu zajdzie, domu oddalonego od siedzib ludzkich i otoczonego zewsząd szumiącą puszczą leśną […], to ileż to trzeba rezygnacji i samozaparcia, ażeby żyć tak miesiącami i latami całemi. Jedynym przyjacielem i towarzyszem leśnika staje się wówczas rodzina i książka oraz radio – zastąpić one winny leśnikowi szerokie areny życia miejskiego” – pisał Adam Schwarz („Zawód leśnika”, „Echa leśne” nr 3, 1933).

W Czarnowcu stała Leśniczówka. 1 listopada upływa 67 lat gdy Eugeniusz Kęsik objął stanowisko naszego leśnictwa.

Na zdjęciu obok Kęsik Eugeniusz – Leśniczy z Czarnowca.
(zdjęcie od obecnego Leśniczego Krzysztofa Olejniczaka)
Urodzony 17.10.1922 r., syn Pawła…
Ukończył Technikum Leśne w Krasiczynie.
Rozpoczął swoją pracę w Lasach Państwowych 27 stycznia 1950 r.
W Nadleśnictwie Ostrołęka zostaje zatrudniony 15 września 1952 r. (został przeniesiony z Nadleśnictwa Różan).

W Nadleśnictwie Ostrołęka pracował na stanowiskach:
– podleśniczy p.o. leśniczego Leśnictwa Dąbrówka,
– od 1 lipca 1955 r. leśniczy Leśnictwa Dąbrówka,
– od 1 listopada 1958 r. leśniczy Leśnictwa Borawe (w skład którego zawsze wchodziły i wchodzą grunty wsi Czarnowiec),
– od 31 grudnia 1982 r. uzyskuje status emerytowanego leśnika.

    Ciekawostka odnotowana przez urzędników leśnych Nadleśnictwa Ostrołęka.
    Dwóch leśniczych w jednym leśnictwie!
    Z akt leśnych:
    „W okresie od 1 do 31 grudnia 1982 r. Pan Kęsik przed przejściem na emeryturę przebywał na urlopie wypoczynkowym zaległym i bieżącym. Przekazał Leśnictwo Borawe Panu Kazimierzowi Grono, który z dniem 1 października 1982 r. został powołany na stanowisko leśniczego Leśnictwa Borawe. I tym sposobem w okresie od 1 października do 31 grudnia 1982 r. było dwóch leśniczych Leśnictwa Borawe. A to jest błąd.
    Błąd zakładu polegał na tym, że Pan Grono został powołany na stanowisko leśniczego Leśnictwa Borawe bez odwołania z tego stanowiska urzędującego leśniczego Leśnictwa Borawe Pana Kęsika Eugeniusza.”

    Czy zatem przez te trzy miesiące, dwaj leśniczy „bili” się o „stołek”, kto powinien na nim siedzieć? Z pewną dozą pewności można domniemać, że nawet tego nie zauważyli. 🙂

    Pan Kęsik, nasz czarnowiecki leśniczy to nie tylko zasłużony leśnik, ale również obywatel – patriota.

    Był wielokrotnie odznaczany. Oto Jego odznaczenia, przyznane przez Radę Państwa:

    KRZYŻ PARTYZANCKI
    Uchwała nr D-63799 z dnia 27.08.1959 r.

    Krzyż Partyzancki został ustanowiony dekretem Rady Ministrów w 1945 r. Odznaczenie to zostało ustanowione „w celu upamiętnienia bohaterskiej walki zbrojnej żołnierzy oddziałów partyzanckich z hitlerowskim okupantem o Niepodległość, Wolność i Demokrację oraz celem nagrodzenia bojowych zasług w tej walce„.

    KRZYŻ WALECZNYCH za na udział w walkach z hitlerowskim okupantem w latach 1939-1945.
    Uchwała nr DK-2629/W z dnia 5.03.1965 r.

    Krzyż Walecznych został ustanowiony rozporządzeniem Rady Obrony Państwa w 1920 r. „…celem nagrodzenia czynów męstwa i odwagi, wykazanych w boju..” przez oficerów, podoficerów i szeregowców. W wyjątkowych przypadkach mógł być nadany osobom cywilnym współdziałającym z armią czynną.

    Krzyż Walecznych Rozkazem Naczelnego Wodza z 1940 r. został uznany za odznaczenie nadawane za czyny męstwa dokonane w czasie wojny. W rozkazie podkreślono, że …każdorazowe nadanie „Krzyża Walecznych” może mieć miejsce tylko za określony oddzielny czyn męstwa i odwagi wykazanej w boju„.

    SREBRNY KRZYŻ ZASŁUGI
    Uchwała nr 3-69-71 z dnia 25.02.1969 r.

    Krzyż Zasługi ustanowiono na mocy ustawy z 1923 r. To polskie cywilne odznaczenie państwowe, nadawane za zasługi dla Państwa lub obywateli. Nadawane do chwili obecnej.

    KRZYŻ SREBRNY ORDERU VIRTUTI MILITARI
    Uchwała nr DK-8514/W z dnia 17.06.1971 r.

    Order Wojenny Virtuti Militari (Męstwu wojskowemu – (cnocie) dzielności żołnierskiej). To najwyższe polskie odznaczenie wojenne, nadawane za wybitne zasługi bojowe. Jest jednym z najstarszych orderów wojennych na świecie. Ustanowiony przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1792 r.

    Medal za udział w walkach o Berlin
    Uchwała nr 82011 z dnia 9.05.1972 r.

    Medal „Za udział w walkach o Berlin” został ustanowiony przez Sejm w 1966 r. dla uczczenia zwycięstwa nad niemieckim faszyzmem oraz wkładu ludowego Wojska Polskiego w zdobyciu Berlina w 1945 r. Zgodnie z ustawą medal stanowił uznanie dla osób, które brały udział w walkach o Berlin.

    MEDAL 30-LECIA POLSKI LUDOWEJ
    Uchwała nr 1288/74 M z dnia 22.07.1974 r.

    Medal 30-lecia Polski Ludowej został ustanowiony dekretem Rady Państwa w 1974 r. dla uczczenia trzydziestej rocznicy powstania Polski Ludowej, „dając wyraz uznaniu dla wkładu ludzi pracy w budownictwo socjalistyczne i rozwój społeczno-gospodarczy kraju” Polskie jubileuszowe, cywilne odznaczenie państwowe.

      W walce o las, skarb całego państwa i narodu, leśnik był równy żołnierzowi walczącemu na froncie o dobro ojczyzny. „Gajowy to […] żołnierz dzielny, odważny, sprytny a czujny. […] Gajowy strzeże i chroni lasu, bo wie, że las to najpiękniejszy, najcudowniejszy twór BOGA i NATURY (B. Pasztyński, Znaczenie…).

      Eugeniusz Kęsik zmarł 20 kwietnia 1985 roku, przeżywszy, tylko! 63 lata. Umiera zaledwie dwa i pół roku po odejściu na zasłużoną emeryturę. Miejscem Jego pochówku jest rzekuński cmentarz parafialny przy ul. Kościuszki. Za wskazanie miejsca dziękuję wnukowi Łukaszowi Chojnowskiemu z Czarnowca.

      Budynek leśniczówki w Czarnowcu mógł być zbudowany początkiem lat 60-tych XX wieku. Dziś (30.10.2025 r.) leśniczówka przy ul. Kasztanowej wygląda tak:



      Jak pamiętamy, na początku tekstu, zadane było pytanie „czy jednocześnie ostatni oraz jedyny?”.
      Leśniczówka w Czarnowcu powstała początkiem lat 60-tych XX wieku, tuż po nominowaniu Eugeniusza Kęsika na leśniczego. Pan Eugeniusz zamieszkał w niej razem z rodziną. Doczekał z małżonką Apolonią czterech córek (Ewa, Hanna, Jolanta, Małgorzata). Gdy w roku 1982 przeniesiono go na emeryturę, leśniczówkę niebawem sprzedano i nigdy już w niej nie zamieszkał inny leśniczy. Zatem Pan Kęsik był pierwszym i ostatnim leśniczym w Czarnowcu. Piastował swoje stanowisko przez ponad 25 lat.

      Poniżej przedstawiamy, zdjęcie od Pana Krzysztofa Olejniczaka – Leśniczego Leśnictwa Borawe, które było inspiracją do napisania paru zdań o leśniczym z Czarnowca. Na zdjęciu ok. 1970 r. stoją od lewej Mieczysław Bojarski i Eugeniusz Kęsik. Stoją przy szkółce leśnej. Starsi mieszkańcy pamiętają parking leśny w tym miejscu z nazwą „SZKÓŁKA”.

      Dodatkowo, przedstawiamy mapę Leśnictwa Borawe, z potocznymi nazwami miejsc, których używali Kęsik, Bojarski, a teraz używa Olejniczak. Czy warto znać te dość dziwaczne nazwy obszarów w „swoim” lesie?

      Z powyższej mapy, przygotowanej przez leśniczego możemy nawet w prawym, górnym rogu wypatrzeć obszar „szkółki Kęsikowej”, 🙂 która pozostała na pamiątkę, po naszym leśniczym.

      Ściana chwały w leśniczówce – obecnie Kancelarii dwóch Leśnictw (Borawe i Kruszewo).
      Prowadzi ją Pan Krzysztof Olejniczak.
      Leśnictwo Borawe trwa nieprzerwanie od 1922 roku.
      Dziękujemy za pamięć o naszych leśnikach.

      Marek Karczewski, Czarnowiec, 31.10.2025 r.

      Źródła:
      – Nadleśnictwo Ostrołęka, Leśnictwo Borawe, Krzysztof Olejniczak, Damian Piekarski
      – lasy.gov.pl
      – historia.dorzeczy.pl
      – wikipedia.org




      Rolnik, jeniec, przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej, sołtys – Stanisław Gierłowski (1909-1978)

      Rolnik, murarz, nauczyciel – każdy musiał odsłużyć swoje

      Stanisław Gierłowski urodził się w rodzinie rolniczej. Był synem rolników – Franciszka Gierłowskiego i Marianny z Malinowskich. Rodzice Stanisława z liczną rodziną gospodarzyli na czarnowieckiej, słabo urodzajnej ziemi. Gospodarstwo Gierłowskich było jednak jednym z największych we wsi i nie tylko gospodarz, ale również sześcioro Jego dzieci, mieli sporo obowiązków w obejściu. Stanisław od najmłodszych lat musiał, tak jak i jego rodzeństwo, ciężko pracować przy dobytku i na roli…

      Grodno 1933 r., karabinowy Stanisław Gierłowski (przy karabinie C.K.M.).
      Foto z kolekcji Marka Karczewskiego

      Gdy po I wojnie światowej Polska jeszcze przez wiele lat nie mogła podnieść swojej, zniszczonej przez najeźdźców gospodarki, już trzeba było szykować się do kolejnej wojny.

      Stanisława Gierłowskiego wysłano do piechoty, aby szkolił się na operatora ckm-u (ciężki karabin maszynowy) i km-u (karabin maszynowy).

      Karabinowy Gierłowski 4 marca 1933 r. trafił do jednostki wojskowej w Grodnie, gdzie został dowódcą zespołu obsługującego karabin.

      Wcielono go do 81. Pułku Piechoty. Od 17 września 1932 do 10 marca 1933 r. przeszedł szkolenie w szkole podoficerskiej. 20 września 1933 r. został przeniesiony do rezerwy.

      8 listopada 1935 r.
      dostał wezwanie na sześciotygodniowe ćwiczenia wojskowe. Otrzymał wówczas awans na stopień kaprala.

      Gdy wybuchła wojna

      1 września 1939 r. o 4.45 obrońcy Westerplatte musieli stawić czoła niemieckiemu pancernikowi Schleswig-Holstein. Czarnowiec tego poranka spał jeszcze spokojnie. Stanisław Gierłowski, jak się później okazało, niedługo po napaści Niemców zaczął dzielić pod jednym dachem (namiotem) wspólną miskę z bohaterskimi obrońcami Westerplatte.

      Z roli, mobilizacja i do obozu

      Hitler wydał wyrok na Polskę.
      Stanisława Gierłowskiego zmobilizowano do 71. Pułku Piechoty już 24 sierpnia 1939 r. Młody rolnik (lat 30), który niedawno zawarł związek małżeński, musiał zostawić ciężarną żonę oraz kilkumiesięczne dziecko. Został wcielony do wojska, a wkrótce znalazł się w niewoli w Prusach Wschodnich.
      Do wojska spakował jedynie niewielki tobołek z maszynką do golenia, mydłem i onucami.

      71. Pułk Piechoty od 1926 r. stacjonował w Zambrowie. Stanisław właśnie tutaj trafił podczas mobilizacji. Już 1 września 1939 r. rozpoczął walki z Niemcami w okolicach Zambrowa, Nowogrodu, Ostrołęki…

      Mobilizacja

      24 sierpnia, we wczesnych godzinach rannych, w koszarach w Zambrowie rozpoczęto mobilizację alarmową. Zmobilizowano kompletne pododdziały 71. Pułku Piechoty oraz dywizyjne: Samodzielną Kompanię Karabinów Maszynowych i Broni Towarzyszącej nr 12 i Kolumnę Taborową nr 110. Prace przebiegały bardzo sprawnie. Już następnego dnia rano pułk osiągnął gotowość bojową (dziesięć godzin wcześniej niż zakładały plany mobilizacyjne). W niedzielę 27 sierpnia cały pułk wziął udział w mszy polowej, podczas której nastąpiło zaprzysiężenie zmobilizowanych żołnierzy. W nocy z niedzieli na poniedziałek rozpoczął się wymarsz 71. Pułku Piechoty do rejonu koncentracji (na zachód od Łomży). Pododdziały przeszły do pobliskich wiosek, by uniknąć ewentualnych skutków nalotów.

      8 i 9 września 1939 r. 71. Pułk Piechoty, po decyzji o odwrocie, mógł przemieszczać się z Borawego przez Czarnowiec w kierunku Kleczkowa. Czy Stanisławowi pozwolono na odwiedzenie żony i córki?

      Ostrołękę i Czarnowiec wojska niemieckie zajęły 9 września 1939 r.

      Prawdopodobnie już 13 września 1939 r. Stanisław Gierłowski trafił do obozu jenieckiego Stalag IA w Stabławkach (Stablack).
      Stanisława wraz z innymi mieszkańcami okolicy Niemcy wywieźli więc prawie 200 kilometrów od domu.

      Do dziś (sierpień 2025 r.) nie dotarliśmy do dokumentów źródłowych o przebiegu walk, w których uczestniczył Stanisław. Podjęto starania o pozyskanie dokumentów z kilku źródeł. W momencie pojawienia się nowych informacji – uzupełnimy.

      Czarnowiec 1942 r. Żona Janina Gierłowska z dwójką dzieci na gospodarstwie.
      Zdjęcie z kolekcji Marka Karczewskiego.

      Na poniższym zdjęciu/mapie zaprezentowany jest szlak bojowy 71. Pułku Piechoty z Zambrowa. Widać na mapie przemieszczanie się pułku podczas kampanii wrześniowej przez Czarnowiec. Opracowanie: Jerzy Dąbrowski i córka Maria.

      Foto: mokzambrow.pl – dostęp 16.07.2025 r.

      Stalag IA – Stablack

      Stalag IA Stablack 1939 r.
      Foto: stablack.gorowoilaweckie.eu
      „…Święto Bożego Ciała w niemieckim obozie jenieckim Stalag IA Stablack – 4 czerwca 1942 roku. Zdjęcie ukazujące jak w nawet najcięższych warunkach Polacy nie tracili wiary i nadziei…”
      Foto z kolekcji Paweł Dyrkacz – Retrokolor
      1940-1944 Stalag IA
      Foto: JanuszKamiński_pegasusarchive.org
      1940-1944 Drużyna Piłkarska.
      Foto: JanuszKamiński_pegasusarchive.org

      Stalag IA Stablack to niemiecki obóz jeniecki z przeznaczeniem dla podoficerów i szeregowców wojsk lądowych, utworzony  we wrześniu 1939 roku, w północnej części dawnego niemieckiego poligonu Stablack, znajdującego się w obecnych Stabławkach i Kamińsku, w gminie Górowo Iławeckie.

      Był największym obozem jenieckim w Prusach Wschodnich.  Pierwsi jeńcy obozu to żołnierze Armii „Pomorze”, obrońcy Westerplatte, wśród których byli m.in. dowódcy mjr Henryk Sucharski oraz kpt. Franciszek Dąbrowski, następnie obrońcy Modlina i Warszawy.

      Łącznie do końca września 1939 roku do obozu trafiło ponad 40 tysięcy osób, w tym 39 458 szeregowych, 36 oficerów i 1187 jeńców cywilnych. Następnie przez cały okres wojny do Stalagu przybyły setki tysięcy jeńców z całej Europy, w tym obrońcy Dunkierki. Po wybuchu wojny między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim, w stalagu zaczęto umieszczać również jeńców rosyjskich.  Na początku, na terenie obozu nie istniały jakiekolwiek pomieszczenia mieszkalne. Teren ogrodzony był jedynie drutem kolczastym.

      W Stalagu IA Stablack dla żołnierzy września 1939 roku nie przygotowano pomieszczeń mieszkalnych, toteż początkowo spali oni pod gołym niebem. Następnie sprowadzono namioty wojskowe przeznaczone do pomieszczenia jednego plutonu, ale jeńców musiało się w nich zmieścić o wiele więcej. Budowane w następnej kolejności baraki – wiaty osłaniały ludzi jedynie od góry. Za posłania służyła jeńcom sieczka lub trociny. W późniejszym czasie zaczęło przybywać namiotów. Jedyną ich zaletą było to, że posiadały drewniane podłogi, chroniące nieco od wilgoci i chłodu.

      Tragiczne były warunki zaopatrzenia w żywność. Brakowało manierek, niezbędników, kociołków, opatrunków, leków itd. Jeńcy sami musieli zaopatrzyć się w jakieś naczynia do ciepłej strawy, najczęściej były to puszki po konserwach.

      Do wojska powoływano zarówno kapelanów, jak i księży z rezerwy. I jedni i drudzy dostali się wraz ze swymi żołnierzami do niewoli. Mieli oni prawo odprawiać nawet codziennie nabożeństwo w różnych sektorach obozu.

      Pomimo obozowych trudów rozwijało się życie kulturalne. Z zebranych książek otrzymanych w paczkach przez jeńców francuskich i belgijskich powstał zalążek biblioteki obozowej. Sporządzono też spis instrumentów muzycznych i sprzętu sportowego. Powstawały grupy teatralne.

      Jeńcy organizowali życie kulturalne w baraku-kaplicy. Latem 1942 roku powstał polski zespół  wokalny, kierowany przez p. Wiśniewskiego oraz zespół teatralny. Podczas Bożego Narodzenia organizowane były skromne choinki i śpiewano kolędy, a także piosenki patriotyczne. Robiono to, mimo że kary były bardzo dotkliwe.[2]

      Funkcjonowały także drużyny sportowe – piłkarskie, a od czasu do czasu rozgrywane były turnieje międzynarodowe pomiędzy Polakami, Włochami, Francuzami, Belgami i Rosjanami.

      Biorąc pod uwagę zachowane dokumenty zawierające numerację grobów, można zakładać, że w Stalagu IA Stablack do końca jego funkcjonowania zmarło ok. trzech tysięcy jeńców narodowości polskiej. Przypuszczalnie liczba ta była jednak co najmniej wyższa o tysiąc… [4]

      Obóz rozwiązano 25/26 stycznia 1945 r.

      Rolnicy, rzemieślnicy, robotnicy – wszyscy byli potrzebni

      Skan ze strony nr 8 paszportu jenieckiego Stanisława Gierłowskiego.
      Z kolekcji Małgorzaty Szarwackiej.

      Polscy rolnicy wywiezieni na przymusowe roboty do III Rzeszy doświadczyli tragicznych skutków w niemieckiej niewoli. Zostali poddani przymusowej pracy, wysiedleniom, a ich gospodarstwa były narażone na grabież. Sytuacja wspomnianych osób była dramatyczna i miała dalekosiężne skutki dla polskiej wsi.

      Jedynym pozytywnym aspektem sytuacji, w której się znaleźli był fakt, że po wojnie większość z nich powróciła na swoje gospodarstwa – do żon i dzieci, których nie widzieli przez długie lata.

      Oznaczenia „Berufsgruppe 1A” i „Berufsart 2C” pochodzą z niemieckiej klasyfikacji zawodów używanej w czasie II wojny światowej – szczególnie w dokumentach dotyczących jeńców wojennych. Były to kody wykorzystywane przez Wehrmacht i administrację obozową do określania przydatności jeńców do pracy.

      1. „Berufsgruppe 1A” – Grupa zawodowa

      1A oznaczała rolników, chłopów, pracowników rolnych.

      To była jedna z podstawowych kategorii – osoby pochodzące ze wsi, mające doświadczenie w rolnictwie lub gospodarstwie.

      2. „Berufsart 2C” – Rodzaj zawodu / specjalizacji

      2C oznaczało prawdopodobnie pracownika fizycznego wykwalifikowanego w sektorze budowlanym lub pomocnika budowlanego, często z umiejętnościami ciesielskimi lub murarskimi, ale bez pełnego rzemieślniczego wykształcenia. [1]

      Do dziś nie udało się nam dotrzeć do księgi osadzonych w Stalagu IA. Znajduje się ona najprawdopodobniej w którymś z niemieckich archiwów.

      Z książeczki jenieckiej Stanisława Gierłowskiego wynika, że został on osadzony w Stalagu IA we wrześniu 1939 r., a 9 grudnia 1940 r. „zwolniony” do pracy na roli w pobliskich Kumkiejmach (Kumkeim), gm. Górowo Iławeckie. Zatem ponad rok spędził w niezwykle trudnych warunkach obozowych.

      Czy po wysłaniu do właściciela ziemskiego o nazwisku Penno było mu lżej (jako rolnikowi), gdy pracował w gospodarstwie rolnym?

      Pracownik (rolnik) nie był odgrodzony żadnym murem ani płotem. Otrzymywał zadania do wykonania, które musiał sumiennie zrealizować.

      Miał tylko dwie możliwości – uciec i zginąć lub pracować, czekać na zakończenie wojny i wrócić do rodziny.
      Stanisław Gierłowski wybrał ciężką pracę oraz nadzieję na powrót do Czarnowca.

      Kumkeim (Kumkiejmy)

      Kumkiejmy to wieś w Polsce, położona w woj. warmińsko-mazurskim (pow. bartoszycki, gm. Górowo Iławeckie). W 1939 r. był to obszar przedwojennej Rzeszy.

      Z Czarnowca do Kumkiejm jest prawie 200 km, które można przejechać rowerem w około dziesięć godzin. Samochodem ten sam odcinek pokonamy w trzy godziny i 15 minut. Jak długo musielibyśmy jechać konno? Mapy Google nie podają takiej informacji.

      Dziadek w niemieckiej niewoli zajmował się uprawą roli, hodowlą zwierząt, zbiorem plonów, a także innymi pracami związanymi z zaopatrzeniem w żywność dla wojska niemieckiego. Praca była wykonywana bez odpowiedniego sprzętu, w trudnych warunkach atmosferycznych, często bez dni wolnych oraz odpoczynku. Racje żywnościowe były bardzo skąpe i nie wystarczały na pokrycie potrzeb energetycznych. Prowadziło to do osłabienia i chorób. Jeńcy byli często ubrani w zużyte i nieodpowiednie do pory roku ubrania. W połączeniu z brakiem ogrzewanych pomieszczeń prowadziło to do wyziębienia i chorób.

      Podczas niewoli zostało wykonane wspólne zdjęcie z właścicielem gospodarstwa. Do pozowanej fotografii pozwolono jeńcom ubrać garnitury świąteczne, aby po wysłaniu do rodzin nie było widać jenieckiej katorgi. Po twarzach robotników widać, że ich nieszczęścia, nawet w odświętnych strojach, nie dało się ukryć.

      Na fotografii obok stoi Stanisław Gierłowski (trzeci od lewej), który przesłał w 1941 r. swoją podobiznę (wraz z innymi pracownikami przymusowymi oraz niemieckimi gospodarzami) z oddalonego od Kumkeim (Kumkiejm) zaledwie dwa kilometry Wokelen (Wokieli). Na rewersie zdjęcia znajduje się opis: Dla kochanej żony przesyła mąż Stach, Wokelen 22-XI-41r.

      Po wojnie, gdy Polska była już „wolna”, ale wciąż pozostawała pod okupacją Związku Sowieckiego, dziadek niewiele mówił o okresie niewoli w Prusach Wschodnich. W trakcie wieczornych rozmów tylko szeptem z Panem Julianem Borkowskim (sołtysem) wymieniali się swoimi opowieściami. Gdy się spotykali babcia mówiła: … i znów się nafta w lampie wypali…

      Wokelen 1941.
      Foto z kolekcji Marka Karczewskiego
      Wokelen 1941 – rewers

      Niemiec nie zastrzelił

      Nasza babcia Janina (żona Stanisława) była odważną i zdecydowaną rolniczką.

      Czarnowiec od początku wojny znajdował się pod okupacją niemiecką, a granice sowieckiej Rosji ustalono na wschód, tuż za Rzekuniem.

      Pewnego dnia na podwórze Gierłowskich przyjechali konno niemieccy oficerowie zarekwirować konia dla potrzeb wojska. Koń był kary (miał całkowicie czarną sierść, grzywę i ogon). Nadawał się nie tylko do pracy na roli. Niemcom się spodobał i chcieli go zabrać. Janina Gierłowska stanowczo odmówiła, stwierdzając: mąż pracuje u was, a ja z dwójką malutkich dzieci na gospodarstwie bez konia sobie nie poradzę. Gdy Niemcy nie ustępowali, Janina stanęła przed koniem i powiedziała: zastrzelcie mnie, a później weźcie konia! Wtedy odjechali…

      Po wojnie był sołtysem i przewodniczącym Gromadzkiej Rady Narodowej

      Po powrocie do Czarnowca w 1945 r. jako jeden z największych gospodarzy pracował nie tylko na roli. Skupił również swoją aktywność na pracy dla dobra mieszkańców wsi i gminy.

      W 1955 r. jego podpis pod uchwałą Gromadzkiej Rady Narodowej położył fundamenty pod późniejsze powstanie Szkoły Podstawowej w Rzekuniu, którą ostatecznie otwarto w 1960 r.

      29 maja 2025 r. obchodzono w Rzekuniu hucznie jubileusz szkoły. Zapomniano o Stanisławie, który sprzedał pięć hektarów ziemi, aby później przekazać pieniądze ze sprzedaży na budowę szkoły. Pisaliśmy o tym tu ->

      W 1955 roku Gromadzka Rada Narodowa podjęła ważną uchwałę w sprawie budowy obiektu dla Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Oto ona: 

      Uchwała nr III (2) 55:
      Gromadzka Rada Narodowa w Rzekuniu na sesji swej 24 II 55 r. postana­wia wystąpić z wnioskiem do Powiatowej Rady Narodowej w Ostrołęce o wstawie­nie do planu budowy Szkoły Podstawowej w Rzekuniu.
      Uzasadnienie. Gromadzka Rada Narodowa, Komitet Rodzicielski, jak i całe społeczeństwo zdaję sobie sprawę z trudności lokalowych, jakie ma Szkoła Podsta­wowa w Rzekuniu. Mieści się ona w dwóch prywatnych budynkach, (które) nie są dostosowane do celów wychowania i nauczania dziatwy szkolnej. Sale są małe, klatka schodowa czarna, schody strome zagrażające dzieciom, brak szatni, korytarza, sali gimnastycznej, pomieszczeń na pomoce naukowe, kancelarii. Nie ma nawet kawałka boiska przed budynkiem, na którym dzieci mogłyby zabawić się w czasie przerwy. Społeczeństwo tutejsze pragnie przyjść z pomocą szkole w jej trudnych warunkach i postanowiło wytężyć swe siły, aby zbudować piękny, dostosowany całkowicie do obecnych wymogów budynek szkolny, który by przyciągał dzieci swymi jasnymi, es­tetycznymi, ogrzanymi salami. Komitet Rodzicielski doszedł do wniosku, że czas już najwyższy, by rozpocząć dzieło budowy szkoły. W miesiącach styczniu i lutym b.r. zorganizowane zostały dwie imprezy dochodowe, które dały przeszło 3 tysiące złotych czystego dochodu na cele rozpoczęcia budowy. W planie Komitetu Rodzicielskiego są przewidziane dalsze imprezy dochodowe, jak przedstawienie, loteria fantowa, majów­ka i inne w celu zebrania jak najwięcej gotówki. Całe społeczeństwo tutejsze popiera poczynania Komitetu Rodzicielskiego. W najbliższym czasie będzie przeprowadzona zbiórka kamienia na budowę fundamentów. Społeczeństwo jest gotowe opodatkować się na rzecz budowy szkoły oraz dać robociznę. Mając na uwadze piękną inicjatywę tut. społeczeństwa w jego imieniu ośmielamy się prosić Prezydium Powiatowej Rady Narodowej o przyjście z pomocą i wstawienie budowy szkoły w Rzekuniu do swoich planów inwestycyjnych.
      Niżej pieczęć i podpis
      [3]
      Gierłowski Stanisław
      Pisaliśmy o tym tu ->

      W latach powojennych (1955-1959), (1959-1964), (1964-1968) pełnił społeczną funkcję Sołtysa Czarnowca, którą ostatecznie przekazał na ręce młodszego sąsiada Mieczysława Rejcha.

      Był zmęczony i schorowany po latach pracy w Prusach Wschodnich. Siedział często w kożuchu oraz zajadał się gorącymi ziemniakami, których brakowało w obozie Stabławki oraz w Kumkiejmach.

      Stanisław Gierłowski odegrał istotną rolę w życiu publicznym Czarnowca i gminy Rzekuń po II wojnie światowej.

      Pełnił kilka znaczących funkcji w bardzo trudnych politycznie czasach.

      Był pierwszym przewodniczącym Prezydium Gminnej Rady Narodowej w Rzekuniu — objął tę funkcję po reformie administracyjnej z 1950 roku, która zlikwidowała urząd wójta i wprowadziła jednolite organy władzy państwowej.

      Zasiadał na stanowisku Przewodniczącego GRN w latach: 1955-1959, 1959-1964, 1964-1968.

      Był Inicjatorem budowy Szkoły Podstawowej w Rzekuniu — w 1955 roku podpisał uchwałę Gromadzkiej Rady Narodowej, która rozpoczęła starania o budowę nowego obiektu szkolnego. Jego zaangażowanie i mobilizacja lokalnej społeczności doprowadziły do wpisania inwestycji do ogólnopolskiego planu budowy tysiąca szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego.

      Na lata 1955–1965 powierzono mu również stanowisko sekwestratora, który jako urzędnik administracyjny był odpowiedzialny za egzekwowanie podatków i opłat – pomagał mieszkańcom w rozwiązywaniu spraw podatkowych i administracyjnych.

      Stanisław Gierłowski był nie tylko lokalnym liderem, ale też osobą, która realnie wpływała na rozwój infrastruktury i edukacji w regionie.

      Był wyjątkowo zaangażowanym i cenionym sołtysem Czarnowca.
      Był osobą szanowaną, pracowitą i oddaną swojej społeczności.


      Po wielu latach w Czarnowcu na sołtysa wsi, 8 lutego 2019 r. zostaje wybrany wnuk Stanisława – Marek Karczewski. Córka Stanisława i matka Marka – Marianna mówi: 
      Ty przejąłeś chyba papiery po swoim dziadku, który zawsze rzucał sprawy rodzinne, aby pomóc ludziom – oby Ci ludzie o Tobie kiedyś nie zapomnieli.

      Marek Karczewski:
      Nie mam wspólnego zdjęcia z dziadkiem. W pamięci pozostaje jednak wspólne jeżdżenie wozem/furmanką na pola i łąki pod Leszczynę, na Zaborze, pod Górę, na Przece, na Bagno, podczas których dziadek opowiadał:
      Marulek, to było moje [wskazywał na pole], sprzedałem [tu nazwisko, którego nie pamiętam], kolejne – sprzedałem itd. …tu jest granica z tym, a tu z tamtym… Pamiętam do dziś wakacyjne przejażdżki z dziadkiem, które dla miastowego chłopaka stanowiły dużą atrakcję. Może te pola i łąki zostały sprzedane w celu pomocy w pobudowaniu szkoły w Rzekuniu? Byłem za młody, aby o cokolwiek dziadka pytać.
      Dziś pozostaje tylko pamięć…

      Rodzina Stanisława

      Gierłowski Stanisław (25.01.1909-24.04.1978), syn Franciszka i Marianny z Malinowskich.
      Gierłowscy doczekali sześciorga dzieci: Wacława, Józefa, Antoniego, Stanisława, Wincentę i Anastazję.
      Stanisław ożenił się 26.01.1938 r. z Janiną Krupówną z Kamianki. Ze wspomnianego związku na świat przyszła trójka dzieci: Marianna-Regina (1939 r.), Stanisław-Teofil (1940-1995), Danuta (1946-2000).

      Stanisław Gierłowski spoczywa na cmentarzu rzekuńskim (w środkowej jego części), w mogile z rodzicami, siostrą Anastazją Sakowską i synem Stanisławem-Teofilem.

      Poniżej kilka wybranych fotografii Stanisława Gierłowskiego z kolekcji rodzinnych: Marianny Karczewskiej, Małgorzaty Szarwackiej, Marka Karczewskiego.

      Literatura:
      [1] – Kinga Szwed – komentarz na tablicy „Rzekuń gmina mniej znana (Rgmz) – 13.07.2025 r.
      [2] – stablack.gorowoilaweckie.eu/ – dostęp 14.07.2025 r.
      [3] – Monografia gminy Rzekuń – Jerzy Dziewirski
      [4] – https://rodzinaorlowskich1 – dostęp 14.07.2025 r.
      – pl.Wikipedia.org
      – Paweł Dyrkacz – Retrokolor
      – JanuszKamiński_pegasusarchive.org
      – www.mokzambrow.pl
      Zbiory własne: Marianna Karczewska, Marek Karczewski, Małgorzata Szarwacka

      Konsultacje: Krzysztof Dąbkowski, Jacek Pawłowski, dr Paweł Ślaza.

      W 86. rocznicę mobilizacji na wojnę.
      wnuk Stanisława Gierłowskiego

      Marek Karczewski
      24 sierpnia 2025 r.





      70 lat temu mieszkaniec Czarnowca podpisał wniosek o budowę szkoły

      70 lat temu mieszkaniec Czarnowca podpisał wniosek o budowę szkoły w Rzekuniu

      Dziś w przeddzień pięknego jubileuszu Szkoły Podstawowej im. gen. Józefa Bema w Rzekuniu chcemy mieszkańcom – przybyszom oraz mieszkańcom urodzonym w Czarnowcu, w XXI wieku wspomnieć o kilku ważnych kartach podczas wznoszenia murów szkoły.
      Swoją rękę do wzniesienia szkoły tysiąclatki przyłożył również mieszkaniec Czarnowca!

      Historia

      Szkolnictwo w gminie Rzekuń, w okresie międzywojennym

      1915 r. zabudowania w Rzekuniu, foto z tablicy FB Remigiusza Makowieckiego

      W sierpniu 1915 roku Rosjanie opuścili gminę Rzekuń i wycofali się na wschód. Na ich miejsce wkroczyło wojsko niemieckie. W początkowym okresie nowy okupant, tym razem niemiecki niezbyt chętnie szedł na ustępstwa w sprawach swobód narodowych Polaków. Z czasem jednak, gdy rosły jego trudności militarne, wówczas Niemcy mieli ważniejsze sprawy niż kwestia polskiego szkolnictwa. Poza tym chcieli jak najwięcej zaangażować Polaków do walki z Rosjanami. W takiej sytuacji musieli iść na ustępstwa w kwestii narodowej. Polacy więc zaczęli samodzielnie zakładać polskie szkoły i stawiać okupanta wobec faktów dokonanych. Wznowiła działalność Polska Macierz Szkolna, która główny wysiłek skupiła na przygotowaniu nauczycieli do polskiej szkoły. Duże ułatwienie w rozwoju polskiego szkolnictwa przyniosło ogłoszenie Aktu 5 listopada 1916 roku. Już 30 stycznia 1917 roku został powołany Departament Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, który dał dodatkowy impuls do rozwoju polskiego szkolnictwa. Ludność gminy Rzekuń liczyła w tym czasie 3737 mieszkańców. Na terenie gminy funkcjonowało wówczas trzy szkoły publiczne: w Rzekuniu, Borawem i na Stacji Kaczyny oraz pięć szkół prywatnych, utrzymywanych przez rodziców dzieci uczęszczających na zajęcia lekcyjne. W szkołach tych pracowało 8 nauczycieli i były to szkoły o jednym nauczycielu, tzw. jednoklasówki. W szkołach publicznych uczyło się 156 uczniów, w tym 60 dziewcząt, a w szkołach prywatnych uczyło się 219 uczniów, w tym 105 dziewcząt. Ogółem w gminie pobierało naukę 375 uczniów, co przypadało 100 uczniów na 1000 mieszkańców. W skali kraju oświata w Rzekuniu była zapóźniona. Do szkół w gminie Rzekuń uczęszczało 372 dzieci wyznania rzymsko-katolickiego, dwoje prawosławnego i jedno dziecko wyznania żydowskiego.

      Skan: Monografia Gminy Rzekuń

      Szkoła Powszechna w Rzekuniu

      W czasie wojny w Publicznej Szkole Powszechnej w Rzekuniu uczyła dzieci L. Kowalska. Była to szkoła jednoklasowa (o jednym nauczycielu). Po odzyskaniu niepodległości w oparciu o dekret o obowiązku szkolnym z dnia 7 lutego 1919 soku inspektorat okręgowy w Ostrołęce przystąpił do opracowania sieci szkolnej. Zaczynał się nowy etap polskiej oświaty ludowej, tworzący podstawy obowiązkowej powszechnej szkoły. Przy opracowywaniu nowej sieci szkolnej brano pod uwagę zastępujące sprawy: posiadanie lokalu na szkołę i mieszkania dla nauczyciela, dobre drogi dojściowe z pozostałych miejscowości do szkoły, nie przekraczające 3 do 4 kilometrów od siedziby szkoły. W wyniku tych zmian na terenie gminy Rzekuń zaczęło funkcjonować 9 szkół, w których uczyło 17 nauczycieli. Najwięcej nauczycieli przyjechało z Warszawy, ale byli też nauczyciele z Galicji. Byli to ludzie wychowani na patriotycznej literaturze niepodległościowej + duchu miłości do Ojczyzny, a swoją pracę traktowali jak służbę, by zmniejszyć zaniedbania oświatowe polskiej wsi. Wszystkie szkoły miały charakter publiczny, szkoły prywatne przestały już funkcjonować. Tylko dwie szkoły w gminie miały swoje budynki, pozostałe mieściły się w lokalach wynajętych.

      1941 r. Rzekuń. Fot: Fotopolska-Eu

      Szkoła Podstawowa w Rzekuniu w dalszym ciągu była zlokalizowana w prywatnym budynku zbudowanym przez Adama Mierzejewskiego. Po spaleniu budynku w 1933 roku szkoła została przeniesiona do murowanego, piętrowego budynku Wacława Jakackiego. W Publicznej Szkole Powszechnej w Rzekuniu nauczyciele zmieniali się dość często. Pracowali: L. Kowalska, Janina Komorowska, Maria Cholewicka, po wyjściu za mąż Herbaczewska. Maria Mikicińska, Apolonia Dolińska i kierownik szkoły Henryk Rogowski z małżonką Marią. Mąż Apolonii, Michał Doliński był nauczycielem-instruktorem w szkole zawodowej w Ostrołęce, ale mieszkali w Rzekuniu. Tu zamontował urządzenie (wiatraczek), wytwarzające prąd elektryczny, wykorzystywany do oświetlenia mieszkania. Na owe czasy była to wielka rewelacja techniczna.

      Po wydzieleniu placu szkolnego w wyniku przeprowadzonej w 1938 r. komasacji wsi w Rzekuniu, kierownik szkoły Henryk Rogowski wspólnie z rodzicami przystąpił do budowy budynku szkolnego. W budowie szkoły mieli dopomóc marynarze z Gdyni, którzy w ten sposób chcieli uczcić pamięć swoich kolegów marynarzy, poległych w wojnie bolszewickiej w 1920 roku i spoczywających we wspólnej mogile na cmentarzu w Rzekuniu. W celu ułatwienia dowozu materiałów budowlanych na plac szkolny została wybrukowana ulica. Zwieziono odpowiednią ilość kamieni polnych, potrzebnych do budowy fundamentów, ale dalsze prace zostały przerwane przez wybuch wojny w 1939 roku. Po wkroczeniu Niemców przygotowane materiały budowlane zostały wykorzystane do innych celów. Kierownik szkoły rzekuńskiej Henryk Rogowski został zabity przez Niemców w 1944 roku.

      Szkoła Podstawowa w Rzekuniu

      1957 r. – szkoła „u Jakackich”, nauczyciel Henryk Bobiński z uczniami klasy V. Foto ze zbiorów Anny Nosek.

      Jeszcze w czasie działań wojennych, ale już na wolnych terenach gminy trzy nauczycielki: Maria Herbaczewska, Janina Kaliszek i Eugenia Olszewska przystąpiły do zorganizowania szkoły w Rzekuniu. Została ona uruchomiona 15 lutego 1945 roku w prywatnym budynku Wacława Jakackiego. W niedługim czasie przybył do Rzekunia Jan Ogonowski, który został pierwszym kierownikiem szkoły. Do szkoły uczęszczały dzieci ze wsi: Rzekuń, Ławy, Czarnowiec i Susk Nowy. Zgłosiło się 161. uczniów z klas I – V. W 1948 roku kierownikiem szkoły został Wiktor Przybyłowski. Do szkoły w Rzekuniu dołączyły dzieci ze wsi Daniszewo.
      W 1949/1950, został zorganizowany dla ludności wsi Rzekuń kurs dla analfabetów[1], a następnie dla mieszkańców Ław i Czarnowca.

      W 1950 roku zmarł w wieku 47 lat kierownik szkoły Wiktor Przybyłowski, a na jego miejsce na stanowisko kierownika szkoły została powołana Zdzisława Piasecka. W 1953 roku funkcję kierownika szkoły objął Józef Michalak.
      Kierownictwo szkoły i Komitetu Rodzicielskiego rozpoczęło starania aby w czynie społecznym wybudować budynek szkolny. W myśl obowiązujących przepisów, przy tego rodzaju budowie szkół potrzebny był wkład społeczeństwa w kości 30% kosztów budowy. Zorganizowano wiele imprez dochodowych w loterii fantowych, zabaw tanecznych i powoli gromadzono środki finansowe.
      [1] – taką szkołę dla analfabetów prowadził również w Czarnowcu Sołtys Julian Borkowski.

      Skromny, ale bardzo ważny podpis pod uchwałą GRN, Sołtysa Gierłowskiego z Czarnowca

      Dnia 24 lutego 1955 r. na plenarnym posiedzeniu Gminnej Rady Narodowej w Rzekuniu kierownik szkoły pan Józef Michalak wystąpił z wnioskiem budowy nowej szkoły, podkreślając ciężkie warunki lokalowe. Wniosek został przyjęty przez G.R.N. Wniosek odpowiednio umotywowano i wysłano do Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Ostrołęce – tekst uchwały poniżej:

      Stanisław Gierłowski (21.01.1908 -24.04.1978) – Sołtys Czarnowca, Przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej w Rzekuniu. Foto z kolekcji Marka Karczewskiego.
      W tym budynku „u Jakackich” mieściła się szkoła do 1959 r., obecnie ul. Bema. Foto z 1999 r., z kolekcji Anny Nosek.
      W 2023 r. budynek został zburzony.

      W 1955 roku Gromadzka Rada Narodowa podjęła ważną uchwałę w sprawie budowy obiektu dla Szkoły Podstawowej w Rzekuniu.
      Oto ona: Uchwała nr III (2) 55:
      „Gromadzka Rada Narodowa w Rzekuniu na sesji swej 24 II 55 r. postana­wia wystąpić z wnioskiem do Powiatowej Rady Narodowej w Ostrołęce o wstawie­nie do planu budowy Szkoły Podstawowej w Rzekuniu.
      Uzasadnienie. Gromadzka Rada Narodowa, Komitet Rodzicielski, jak i całe społeczeństwo zdaję sobie sprawę z trudności lokalowych, jakie ma Szkoła Podsta­wowa w Rzekuniu. Mieści się ona w dwóch prywatnych budynkach, (które) nie są dostosowane do celów wychowania i nauczania dziatwy szkolnej. Sale są małe, klatka schodowa czarna, schody strome zagrażające dzieciom, brak szatni, korytarza, sali gimnastycznej, pomieszczeń na pomoce naukowe, kancelarii. Nie ma nawet kawałka boiska przed budynkiem, na którym dzieci mogłyby zabawić się w czasie przerwy. Społeczeństwo tutejsze pragnie przyjść z pomocą szkole w jej trudnych warunkach i postanowiło wytężyć swe siły, aby zbudować piękny, dostosowany całkowicie do obecnych wymogów budynek szkolny, który by przyciągał dzieci swymi jasnymi, es­tetycznymi, ogrzanymi .salami. Komitet Rodzicielski doszedł do wniosku, że czas już najwyższy, by rozpocząć dzieło budowy szkoły. W miesiącach styczniu i lutym b.r. zorganizowane zostały dwie imprezy dochodowe, które dały przeszło 3 tysiące złotych czystego dochodu na cele rozpoczęcia budowy. W planie Komitetu Rodzicielskiego są przewidziane dalsze imprezy dochodowe, jak przedstawienie, loteria fantowa, majów­ka i inne w celu zebrania jak najwięcej gotówki. Całe społeczeństwo tutejsze popiera poczynania Komitetu Rodzicielskiego. W najbliższym czasie będzie przeprowadzona zbiórka kamienia na budowę fundamentów. Społeczeństwo jest gotowe opodatkować się na rzecz budowy szkoły oraz dać robociznę. Mając na uwadze piękną inicjatywę tut. społeczeństwa w jego imieniu ośmielamy się prosić Prezydium Powiatowej Rady Narodowej o przyjście z pomocą i wstawienie budowy szkoły w Rzekuniu do swoich planów inwestycyjnych.
      Niżej pieczęć i podpis

      Gierłowski Stanisław

      Ofiarność i zapał społeczeństwa gminy Rzekuń oraz jego gotowość do wszelkich działań, by zdobywać środki finansowe na budowę szkoły spowodowały, że w późniejszym terminie została ujęta w planie budowy ty­siąca szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego.
      W styczniu 1956 r. Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Ostrołęce zaplanowało budowę szkoły w Rzekuniu w Pięciolatce 1956-1960.
      W tym roku szkolnym rodzice opodatkowali się po 50 zł na zakup kamienia pod budowę szkoły. W miesiącach: maj, czerwiec i lipiec zwieziono 48 m3 kamienia.

      W październiku 1958 r. Prezydium Powiatowej Rady Narodowej poinformowało, że budowa nowej szkoły wyszła z planu inwestycyjnego na rok 1959, z powodu braku gotówki. Mimo niepowodzeń Komitet Rodzicielski nie zaprzestał działać. Delegacje K.R. wyjeżdżały interweniować do Kuratorium Okręgu Szkolnego Warszawskiego i do Ministerstwa Oświaty. W niedługim czasie sprawa budowy szkoły w Rzekuniu wzięła zupełnie inny obrót. W związku z hasłem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej „1000 szkół pomników na 1000-lecie istnienia Państwa Polskiego” w dniu 28. lutego 1959 r. nadany został komunikat Polskiego Radia, a w dniu 2. marca 1959 r. ukazał się komunikat w Trybunie Ludu (gazecie, M.K.) o budowie Szkoły Pomnika 1000-lecia w Rzekuniu.

      Jeszcze przed przeprowadzką do nowego budynku w skład Rady Pedagogicznej w 1957 r. wchodzili: Józef Michalak – kierownik szkoły i nauczyciele: Michalak Janina, Kowalczyk Irena, Stepnowska Krystyna (z Czarnowca, M.K.), Bobiński Henryk i ks. Truskolaski Marian.

      1959 r. trwa wznoszenie budynków szkoły. Foto z kolekcji Anny Nosek.

      15 lipca 1959 roku odbyło się uroczyste wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę szkoły.
      Został sporządzony specjalny Akt i został, odczytany przy licznie zgromadzonej społeczności Rzekunia i okolic.

      „Realizując hasło (…) na <1000-lecie istnienia Państwa Polskiego 1000 szkół w czynie społecznym> z inicjatywy Społecznego Komitetu Budowy Szkoły Tysiąclecia przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych przy poparciu społeczeństwa wsi Rzekuń, Czarnowiec, Ławy, Daniszewo, część Suska Starego oraz społeczeństwa całego powiatu ostrołęckiego, biorąc udział w gromadzeniu Społecznego Funduszu Budowy Szkół w dniu 15 lipca 1959 roku kosztem 2 939 000 złotych rozpoczyna się budowę pierwszej Szkoły Pomnika Tysiąclecia imienia generała Józefa Bema w Rzekuniu…

      28. sierpnia 1960 roku następuje uroczyste otwarcie szkoły!

      W części oficjalnej odbyły się przemówienia oraz odczytanie Aktu Przekazania Szkoły Pomnika 1000-lecia im. gen. Józefa Bema w Rzekuniu.

      Treść aktu:
      „Społeczny Komitet Budowy Szkoły w dniu 28. sierpnia 1960 r. uroczyście przekazuje do użytku nowo wybudowaną, kompletnie wyposażoną szkołę podstawową oraz salę świetlicową i bibliotekę przeznaczoną dla mieszkańców Rzekunia. Obiekt ten jest Pomnikiem Tysiąclecia, wzniesionym w odpowiedzi na apel PZPR. Szkole nadaje się imię generała Józefa Bema, gorącego patrioty i bohaterskiego dowódcy…”

      1960 r. Uroczystość otwarcia szkoły tysiąclatki. Foto z kolekcji Anny Nosek.
      1962 r. – klasy VI i VII przed wejściem z nauczycielką Krystyną Stepnowską z Czarnowca. Foto z kolekcji Anny Nosek.

      1975 r. uroczystość przekazania Sztandaru. Foto z www szkoły (dostęp 20.05.2025 r.)

      SZATANDAR DLA ZBIORCZEJ SZKOŁY GMINNEJ

      24 maja 1975 r. Zbiorcza Szkoła Gminna w Rzekuniu otrzymała sztandar, ufundowany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Uroczystość przekazania sztandaru zgromadziła młodzież szkolną, mieszkańców Rzekunia i okolicznych wiosek.
      
      Młodzież szkoły serdecznie wita licznie przybyłych gości z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
      Akt przekazania Szkole Sztandaru odczytuje płk. Jerzy Szlendak.
      
      "Obiekt ten jest Pomnikiem Tysiąclecia wzniesionym (...) z dobrowolnych składek pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz Społecznego Funduszu Budowy Szkół Tysiąclecia."
      

      Historia Szkoły nie ma końca i początku

      Wejście do budynku, widok obecny (2025 r.). Foto z tablicy FB Szkoły Podstawowej w Rzekuniu.

      Historia Szkoły Podstawowej w Rzekuniu ma oczywiście swój początek i nie może mieć końca. Dyrekcja, grono pedagogiczne, uczniowie, absolwenci, byli pracownicy, dyrektorzy i członkowie Rad Rodziców – Komitetów Rodzicielskich poświęcili w jej murach wiele dni, miesięcy, lat.
      Nawet tacy absolwenci jak ja, który nigdy (w czasach szkolnych) nie cierpiał historii, bo na pewno uczono nas nie tego co powinniśmy wiedzieć; np. o ZSRR, o zbrodniczym CCPP, o kacapach i odwiecznych wrogach Polski i Polaków – ruskiej dziczy, która okupowała nasz kraj od wieków…

      Dziś czytając o historii (również mojej, uczęszczałem do niej w latach 1977-1980) szkoły brakuje mi trochę serca w przygotowaniu tak ważnych wątków z przeszłości placówki.
      Gdy czyta się krótkie streszczenie o dziejach szkoły na stronie www to chciałoby się powiedzieć – prosimy o więcej!
      Indeks historyczny kończy się na 2009 roku, a przecież w kolejnych latach szkoła rozkwitła, rozbudowała się, uczniowie zdobyli zaszczytne tytuły, a byli dyrektorzy szczycą się, że mogli tu pracować. Pamiętamy, że w latach 1999-2019 w tym samym budynku oddanym do użytku w 1960 r. funkcjonowało Gimnazjum, a szkoła została zmodernizowana i rozbudowana.
      Gdyby dyrekcja przychyliła się do zainicjowania odkrycia na nowo historii placówki to powstałaby zapewne piękna publikacja – może już na kolejną rocznicę/jubileusz?
      Można w tych, wszelakich (jeszcze nieistniejących) indeksach przytoczyć, kto i kiedy był kierownikiem, dyrektorem. Jakie, w którym roku sukcesy odnosiły szkolne chóry, drużyny sportowe, nauczyciele itp.
      W okresie 1918-2025 tak dużo się wydarzyło w budynku Szkoły Podstawowej imienia gen. Józefa Bema…

      Może w swoim wpisie za dużo się rozmarzyłem, bo zdaję sobie również sprawę, że przytaczanie i wygrzebywanie wielu historycznych kart z naszej jeszcze zapamiętanej przeszłości nie jest łatwe i pochłania setki godzin mrówczej pracy.
      Ale może komuś by się chciało czy zachciało i taką historię Szkoły Podstawowej w Rzekuniu by na nowo opracował?
      Możliwe, że taka już jest ale wcześniej się tym nie interesowałem.
      A może niezmordowana Pani Anna Nosek? Setki jak nie tysiące absolwentów zapewne z chęcią wzięłoby pozycję o historii swojej szkoły do domowej biblioteczki.

      Dzięki nieocenionej pracy Pana Jerzego Dziewirskiego – byłego dyrektora szkoły w Rzekuniu, w Jego „Monografii Gminy Rzekuń” można wyszukać wiele informacji o placówce.

      To dzięki Jego pracy, dziś przytoczone teksty w powyższym artykule są w zdecydowanej większości Jego autorstwa – „Monografia gminy Rzekuń”.

      Jerzy Dziewirski – Dyrektor i autor Monografii Gminy Rzekuń.

      Jerzy Dziewirski urodził się w 1931 r. w Ostrołęce, w rodzinie wojskowej (ojciec służył zawodowo w 5 Pułku Ułanów Zasławskich). Jest absolwentem Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Po ukończeniu studiów pracował w Liceum Ogólnokształcącym w Sobolewie, potem w Liceum Pedagogicznym w Ostrołęce i w Zespole Szkół Zawodowych nr 3, w Ostrołęce. Po utworzeniu województwa ostrołęckiego pracował w Kuratorium Oświaty i Wychowania w Ostrołęce. Następnie byt dyrektorem Szkoty Podstawowej w Rzekuniu, ostatnia praca to Zespół Kolegiów Nauczycielskich w Ostrołęce. Jest autorem licznych szkiców i artykułów publicystycznych publikowanych w prasie. oraz w wydawnictwach zbiorowych “Powstanie Styczniowe w Puszczy Zielonej’, „Mieszkańcy województwa ostrołęckiego na regularnych frontach drugiej wojny Światowej”, „Funkcjonowanie tradycji niepodległościowych z okresu powstań narodowych”, “Powstanie kościuszkowskie w symbolach kultury regionu”). Jest współautorem książki „5 Pułk Ułanów Zasławskich i autorem książek: „General Ludwik Kicki bohater nie tylko Ostrołęki”, „Rzekuń i okolice”, “Mała Troszyńska Ojczyzna”, „Goworowo i okolice” oraz „Olszewo-Borki Monografia Gminy”, “Bitwa pod Ostrołęką 26 maja 1831 roku”. W 2009 r. otrzymał doroczną nagrodę starosty ostrołęckiego za szczególne osiągnięcia w upowszechnianiu i ochronie kultury regionalnej.

      Na powyższym obrazku z dyrektorem Dziewirskim czytamy jakże aktualne przesłanie (także w 2025 r.):

      Kilka ważnych dat z życia szkoły

      1999.01.18 – budynek szkoły, widok od ul. Szkolnej. Foto z kolekcji Anny Nosek.

      (indeks skopiowany ze szkolnej strony www)
      1939 r. – wybuch II Wojny Światowej uniemożliwia planowaną budowę szkoły
      1945 r. – powstaje szkoła w kamienicy Wacława Jakackiego
      1956 r. – planowana budowa szkoły w pięciolatce 1956-1960 r.
      1960 r. – uroczyste otwarcie szkoły „Pomnika 1000 – lecia na 1000 – lecie istnienia Państwa Polskiego”. Nadanie imienia szkole
      1975 r. – Zbiorcza Szkoła Gminna otrzymuje sztandar ufundowany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych
      1977 r. – funkcje patronackie nad szkołą przejmuje Wojewódzka Komenda Milicji Obywatelskiej w Ostrołęce
      1987 r. – została wydana pierwsza szkolna gazetka
      1989 r. – Inspektor Oświaty i Wychowania Aniela Smugorzewska otrzymuje Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, a Ewa Jaroń Złoty Krzyż Zasługi, nadany przez Prezydenta Polski
      1998 r. – pierwsze w dziejach szkoły prawdziwie demokratyczne wybory do Rady Samorządu Uczniowskiego
      1999 r. – przeprowadzamy się do nowego budynku szkoły (nowy budynek przy ul. Nowej, M.K.)
      2001 r. – spotkanie przedstawicieli różnych typów samorządów
      2009 r. – uroczyste otwarcie hali sportowej oraz przekazanie nowego sztandaru szkoły

      Dziś na stronie fejsbukowej Szkoły Podstawowej w Rzekuniu znajdujemy zaproszenie na uroczystości

      Skan z informacją, z tablicy FB Szkoły – dostęp 20.05.2025 r.

      20.05.2025 r.
      „Szanowni Państwo,
      Z okazji 107 rocznicy powstania szkoły, 65 rocznicy utworzenia/pobudowania szkoły „Tysiąclatki” oraz 50 rocznicy nadania imienia[2] naszej szkole, pragniemy uczcić to wyjątkowe wydarzenie w sposób szczególny, który podkreśli nasze wspólne wspomnienia, wdzięczność i więź, jaka łączy nas ze szkołą.
      Serdecznie zapraszamy do przesyłania kartek z życzeniami jubileuszowymi.
      Wasze kartki zostaną zaprezentowane podczas jubileuszowych obchodów oraz umieszczone na tablicy, stronie facebook i stronie internetowej naszej szkoły.
      Kartki prosimy przesyłać na adres:
      Szkoła Podstawowa im. gen. Józefa Bema w Rzekuniu, ul. Nowa 7, 07-411 Rzekuń
      Termin nadsyłania kartek: 26.05.2025
      Z góry dziękujemy za każde słowo i gest pamięci.
      Razem twórzmy historię naszej szkoły!
      Z wyrazami szacunku,
      Dyrektor szkoły Ewa Borowska – Sawicka”
      [2] – prawdopodobnie chodziło o ufundowanie Sztandaru?

      I choć nie ma tu żadnej konkretnej daty, kiedy i gdzie mają się odbyć uroczystości, to warto przytoczyć zaproszenie Pani Dyrektor, bo zapewne nie wszyscy absolwenci korzystają z fejsbuka, a możliwe, że jako sympatycy szkoły chcieliby złożyć życzenia Szkole kolejnych stu lat.

      Zachęcam mieszkańców Czarnowca do składania życzeń Szkole Podstawowej w Rzekuniu z okazji pięknego jubileuszu.

      I na koniec ciekawostki technologiczne i rowerowe

      W roku szkolnym 1949/1950 szkoła została zradiofonizowana. Komitet Rodzicielski zakupił radioodbiornik firmy „Aga” oraz 3 głośniki.

      przykładowy wygląd radia AGA RSZ-F

      Dnia 10. listopada 1973 r. uczniowie otrzymali rowery. W szkole odbyło się uroczyste wręczenie.

      Skan ze strony www szkoły (dostęp 20.05.2025 r.)

      Marek Karczewski


      Źródła:
      – Rzekuń, Monografia gminy – Jerzy Dziewirski
      – strona www sprzekun.ddv.pl – dostęp 20.05.2025 r.
      – tablica FB Remigiusz Makowiecki
      – tablica FB Szkoły Podstawowej w Rzekuniu
      – strona www fotopolska.eu
      – zdjęcia z kolekcji Anny Nosek

      edit: 2025.05.23

      Pani Anna Nosek podesłała kilka zdjęć ze zjazdów absolwentów

      2000.06.03 I zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek w sukience, w kwiaty. Foto: z kolekcji Anny Nosek.
      2000.06.03 I zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek w sukience, w kwiaty. W środku, w czarnej sukience siedzi Pani Krystyna Stepnowska z Czarnowca. Foto: z kolekcji Anny Nosek.
      2000.06.03 I zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek w sukience, w kwiaty. W czarnej sukience siedzi Krystyna Stepnowska z Czarnowca. Foto: z kolekcji Anny Nosek.
      2016.06.11 II zjazd absolwentów Szkoły Podstawowej w Rzekuniu. Organizatorka Anna Nosek siedzi druga od lewej z czerwoną teczką. Foto: z kolekcji Anny Nosek.



      W Czarnowcu urodziło się trzynaścioro dzieci (aktualizacja)

      W Czarnowcu urodziło się trzynaścioro dzieci

      Dzięki starym, parafialnym aktom dowiadujemy się dziś, kto urodził się w Czarnowcu na początku dwudziestego wieku.

      Jednak sam fakt, że w archiwach państwowych są dostępne akta papierowe nie oznacza, że każdy znajdzie czas czy chęci aby pofatygować się do Łomży, Pułtuska, Warszawy lub innej odległej miejscowości.
      Są wśród nas takie osoby, dzięki którym – dzięki Ich ofiarności i mrówczej pracy możemy docierać do coraz głębszych korzeni naszych przodków.
      Taką osobą jest zapewne Pani Marta Wojciechowska z Myszyńca, która nie tylko pracuje zawodowo ale w wolnych chwilach, po pracy wyłuskuje i indeksuje na stronie geneteka.pl wszelkie dostępne akta – już w formie cyfrowej.

      Dziś podesłała nam listę nazwisk urodzonych (ochrzczonych) dzieci z Czarnowca, w latach 1904-1907 (aktual. 23.04.2025)

      Dziś, w 2025 r. w Czarnowcu po ówczesnych nazwiskach pozostała wyłącznie pamięć – za wyjątkiem jednego nazwiska. Z tą niewiedzą pozostawiam Państwa, tych którzy są tu „krzokami” i „ptokami”.

      Pokuszę się jedynie o przybliżenie (z pamięci), które rodziny mieszkały tu gdzie teraz mieszka ktoś inny (za wyjątkiem tej jedynej, która mieszka tu od początku XX wieku).
      Drobnica – tu gdzie mieszkali Cudni
      Galak – później Koziccy
      Malinowscy, Gierłowscy, Pałubińscy – teraz Karczewscy
      Pałubińscy – Sikorscy
      Złotkowscy – Chełstowscy

      Dane zdygitalizowane znajdują się m.in. na stronie geneteka.

      „Geneteka została stworzona przez Jacka Młochowskiego w 2006 roku, jeszcze przed powstaniem Polskiego Towarzystwa Genealogicznego jako realizacja dwóch pasji. Informatycznej administratora strony polskiego wsparcia CMS-a postnuke i genealogicznej użytkownika nieistniejącego dziś forum na portalu GenPol. Inspiracją był Ogólnopolski Indeks Małżeństw do 1899 r. – projekt Marka Minakowskiego. Inspiracją była potrzeba tworzenia takiej bazy ale pomysł na jej realizację był odmienny, autorski, nie opierający się na założeniach programowych innych osób, o których autor nie miał żadnej wiedzy.”
      więcej o bazie ->

      SKANOTEKA – Czarnowiec
      SKANOTEKA – Rzekuń

      Pani Marto – dziękuję serdecznie
      Marek Karczewski




      Do Czarnowca przybył ze Śniadowa

      Gdy Zygmunt Doberski, przybył z domu rodzinnego w Śniadowie, do majątku Czarnowiec, na początku XX wieku (możliwe, że był to rok 1906?)* zastał tu dobrobyt czy zadłużony majątek ziemski po Michniewiczach? Śniadowo i Czarnowiec, Rzekuń, Ostrołęka, znajdowały się wówczas w tej samej Guberni Łomżyńskiej – obok mapa Polski z 1907 r.
      * edycja dnia 22.04.2025, gdy otrzymujemy wykaz aktów urodzenia/chrztu dziecka Zygmunta – Franciszka, który w akt urodzenia ma wpisaną datę 1904 i Czarnowiec. Zatem Zygmunt z rodziną musiał przybyć na folwark w 1904 roku.
      Warszawa w tychże latach przechodziła burzliwe chwile – strajki ruchu robotniczego, zamieszki organizowane przez cukierników, malarzy, garbarzy czy metalowców, a także robotników różnego rodzaju przemysłu pod przywództwem Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy.
      Pewną poprawę przyniosło dopiero ożywienie gospodarcze, zapoczątkowane w 1910 roku. Rozpoczął się także boom inwestycyjny i budowlany, który trwał aż do 1914 roku.

      Niestety widmo I Wojny Światowej było coraz bliższe.

      Jak zatem Doberski gospodarzył w Czarnowcu, w tak niepewnych czasach?

      Mapa Polski z podziałem na Gubernie, ze strony www admhistorialomzy.pl – dostep18.03.2025 r.

      We dworze w woły czy konie?

      „Orka” w woły, Józef Chełmoński (1848-1914) – Muzeum Narodowe w Poznaniu
      Orka w konie, fot. z albumu rodzinnego Tadeusza Kowańskiego, www m.muzeum.lasochow.pl

      „Orka” jest jednym z obrazów o tematyce wiejskiej, które Chełmoński malował. Dzieło malowane było w plenerze.
      Obraz ukazuje rolnika orzącego pole przy blaskach wstającego słońca. Na pierwszym planie, na ziemi widoczne są ptaki pożywiające się robakami, które zostały odkryte w trakcie przerzucania skib. Rolnik jest zgarbiony, widać jak wiele siły wkłada w dociśnięcie lemiesza w ziemię. Odziany jest w białą sukmanę, stopy ma bose. Woły ciągnące pług prężą się pod ciężarem wtopionego w ziemię żelaza. Z pochylonego łba kapie ślina, bucha para z nozdrzy pokazując, jak wielki to wysiłek. Za postaciami rozciąga się niezmierzona połać roli, nad którą góruje niebo w odcieniach niebieskości i zieleni. Centrum dzieła rozświetlone jest wschodzącym słońcem otoczonym różową poświatą. Na drugim planie, z lewej strony pola obrazowego, w oddali rysuje się wieś, przed którą widoczny jest stojący w polu krzyż.
      Praca z wołami była wyjątkowo ciężka. Nie na darmo mówi się obecnie „uparty jak wół”. Aby zachęcić go do pracy, często trzeba mu było wiązkę siana do pyska podstawić. A jak już jemu biologiczny zegar o karmieniu przypomniał, to o pracy w ogóle nie mogło być już mowy. Było to zwierzę powolne, ale silne.

      Na przełomie XIX i XX wie­ku gle­bę wzbo­ga­ca­no głów­nie ła­twy­mi do po­zy­ska­nia na­wo­za­mi na­tu­ral­ny­mi: by­ły to przede wszyst­kim od­cho­dy zwie­rzę­ce – by­dła ro­ga­te­go, trzo­dy chlew­nej, dro­biu, ko­ni a tak­że owiec, rza­dziej ludz­kie, w dal­szej zaś ko­lej­no­ści na­wo­zy po­cho­dze­nia ro­ślinnego – li­ście, pa­pro­cie i torf, ale tak­że sa­dza, po­piół, kom­post czy gips. Na prze­ło­mie XIX i XX w. do użyt­ku wcho­dzą rów­nież na­wo­zy sztucz­ne, głów­nie fos­fo­ro­we, w mniej­szym stop­niu azo­to­we i wap­no, sto­so­wa­ne po­cząt­ko­wo je­dy­nie w ma­jąt­kach ziem­skich, póź­niej tak­że, choć na mniej­szą ska­lę, na zie­miach chłop­skich.

      W Czarnowcu, na gospodarstwie Zygmunta Doberskiego, które mogło mieć nawet ponad 500![1] ha orano ziemię w woły czy konie?
      Odpowiedź na to pytanie dziś jest niemożliwa. Przed I Wojną Światową „we dworze”, w gospodarstwach ziemskich korzystano równocześnie z wołów i koni.

      [1] – Ponadto majątki powyżej 500 ha należały do: Józefy Zambrzyckiej majątek Góry, Włodzimierza Górskiego – Jemieliste, Zdzisława Górskiego – Ponikiew Mała, wszystkie w gminie Goworowo i Franciszka Fiszera majątek Ławy, Władysława Glinki – Susk i Zygmunta Doberskiego – Czarnowiec w gminie Rzekuń; B. Szczerbińska, Ziemiaństwo w guberni łomżyńskiej na przełomie XIX i XX wieku, Łomża 2007, s. 358–359.

      Jako jedną z ciekawostek, kto uprawiał rolę w Czarnowcu, w drugiej połowie XIX wieku – zachęcamy do lektury artykułu, w którym opisano Jak car Aleksander uwłaszczył czarnowieckich chłopów (jeszcze przed właścicielami: Doberskim i Michniewiczem). Czytaj tu ->

      Czy gospodarstwo Doberskiego było w dobrej kondycji finansowej?

      Katalog osobowo-miejscowy historycznej ziemi łomżyńskiej i pogranicza mazowiecko-podlaskiego – część I, pisze o Zygmuncie Doberskim tak:
      „Zygmunt Doberski, stowarzyszony z guberni łomżyńskiej mający prawo uczestniczenia w zebraniu okręgowym Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Łomży dnia 14 kwietnia 1910 roku o godzinie 10 rano WP 2/1910; (NP1, s. 137).”

      Jaką rolę pełniło Towarzystwo Kredytowe Ziemskie? – kilka cytatów

      „Niejednokrotnie stowarzyszeni członkowie Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego wyrażali życzenie, iżby naczelne władze Towarzystwa starały się ujawniać, ile możności, działalność swoją, a tem samem utrzymywać ogół światłych i losami tej instytucyi intere sujących się obywateli kraju w świadomości o jej stanie i rozwoju. Żądaniu temu nie można odmówić słuszności; Instytucya bowiem Kredytowa, która przetrwała tyle różnego rodzaju wstrząśnień i przeciwności, a pomimo to pomyślnym cieszy się bytem i ogólnem w kraju i zagranicą uznaniem, obowiązaną jest objaśnić swych członków, jakiemi szła i idzie drogami, co osiągnęła, a do czego dojść nie była w stanie, i przedstawiając tym sposobem obraz przeszłej i obecnej swej działalności, dać możność poważnego badania, w czemby jeszcze w przyszłości do pomyślności krajowego rolnictwa przyczynić się mogła.”

      „Towarzystwo Kredytowe Ziemskie w Królestwie Polskiem założonem zostało w roku 1825 w celu spłacenia ciążących na prywatnej własności ziemskiej długów, a temsamem zachowania przy ziemi ówczesnych dóbr właścicieli oraz w celu przyjścia z pomocą finansom Królestwa przez udzielenie pożyczki na dobra narodowe. Obdłużenie prywatnych dóbr, wobec zupełnej, tak dóbr, jak i produktów rolniczych bezcenności, stawiało znaczną część właścicieli ziemskich i ich wierzycieli w położeniu, wymagającem szybkiej i wyjątkowej pomocy.”

      „Według cyfr w sposób przybliżony w roku 1824 zebranych, do czego przy urządzaniu hypotek dogodna nastręczała się podówczas sposobność, okazało się:
      że w województwach po-pruskich szacunek dóbr ziemskich wynosił przeszło 66% szacunku hypotecznego;
      że w województwach po-austryackich szacunek dóbr ziemskich wynosił przeszło 51% szacunku hypotecznego;

      Czy w pierwszej dekadzie XX wieku dobra ziemskie w Czarnowcu, w Guberni Łomżyńskiej, w Królestwie Polskim były tak samo zadłużone i dlatego dość często zmieniali się właściciele majątku w Czarnowcu? Czy posiadanie danego majątku było „kadencyjne” ze względów zadłużeń w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim?

      List Zastawny TKZ z 1899 r.
      List Zastawny TKZ z 1932 r.

      Powszechne wówczas było wypuszczanie przez Towarzystwo Kredytowe Ziemskie listów zastawnych. Zarówno przed I Wojną Światową jak i po jej zakończeniu. Wypuszczano tego typu papiery w celu finansowania i pomocy majątkom ziemskim.

      List zastawny to forma papieru wartościowego (stosowany do dziś – 2025 r.), który jest emitowany przez dany bank hipoteczny. Przede wszystkim niesie on ze sobą niskie ryzyko inwestycyjne. Inwestorzy, którzy je kupili, zarabiają na odsetkach oraz na wynagrodzeniu z racji jego wykupu.
      W hipotecznym liście zastawnym bank hipoteczny zobowiązuje się wobec posiadacza listu do spełnienia określonych świadczeń pieniężnych. Świadczenia pieniężne polegają na wypłacie odsetek i wykupie hipotecznych listów zastawnych w sposób i w terminach określonych w warunkach emisji.

      Oprócz Zygmunta Doberskiego właściciela Czarnowca, w posiedzeniach okręgowych Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Łomży uczestniczyli również właściciele majątków gminy Rzekuń, Ław, Suska i Przytuł: Franciszek Fiszer, Antoni Glinka, Władysław Glinka, Roman Grochowski, Stanisław Grochowski, Zygmunt Grochowski.

      O problemach w czasach Wielkiego Kryzysu oraz o hodowli Doberskiego pisaliśmy w artykule – Agrobiznes w Czarnowcu w czasach Wielkiego Kryzysu

      Sytuacja ziemian przed wybuchem wojny

      W Królestwie Polskim, znacząca część ziemian nie była jednak przygotowana na zmienioną niemal w jednej chwili rzeczywistość, czyli uwłaszczenie i likwidację pańszczyzny. Uwłaszczenie spowodowało nie tylko utratę ogromnych połaci ziemi, stającej się własnością chłopów, ale przede
      wszystkim przyczyniło się do zasadniczej zmiany systemu gospodarowania, na co majątki ziemiańskie pozbawione pieniędzy na najem robotników folwarcznych, zakup inwentarza i narzędzi nie były gotowe. Gotówkę trudno było zdobyć ze względu na ogromne zadłużenie majątków, przewyższające nieraz nawet wartość szacunkową dóbr. Analiza ówczesnej prasy wskazuje, iż Towarzystwo Kredytowe Ziemskie wystawiało na licytację dziesiątki dóbr ziemskich, które zostały przez nie przejęte, gdyż ich właściciele nie byli w stanie spłacać obciążających hipotekę pożyczek. Nabywców nie było jednak wielu, gdyż najczęściej wymagały one ogromnego kapitału nie tyle na ich zakup, ale przede wszystkim na modernizację.
      Położenie wielu majątków ziemskich stało się tak trudne, że ziemianie zaczęli wątpić w to, czy potrafią przetrwać w tych warunkach, i rację zaczęło mieć
      pytanie wypowiedziane przez Józefa Godlewskiego wiele lat wcześniej: „Nie stałaż się ziemia wyraźnym dla właścicieli ciężarem?”.

      Jednak zwolennicy modernizacji gospodarki rolnej w poszczególnych zaborach mogli zdobywać wiedzę, biorąc udział w pracach: Galicyjskiego Towarzystwa
      Gospodarskiego we Lwowie, Krakowskiego Towarzystwa Rolniczego w Krakowie, Centralnego Towarzystwa Rolniczego W. Ks. Poznańskiego w Poznaniu
      i Centralnego Towarzystwa Rolniczego w Warszawie, skupiającego istniejące już wcześniej towarzystwa okręgowe. Warto podkreślić, że pomiędzy tymi
      towarzystwami miała miejsce międzyzaborowa współpraca, co stwarzało większą możliwość wykorzystywania doświadczeń i osiągnięć wzorowych „rolników” różnych regionów ziem polskich.

      Czy modernizatorów majątków ziemskich na terenie ziem polskich przed wybuchem Wielkiej Wojny było wielu? Czy takim modernizatorem był również Zygmunt Doberski – właściciel Czarnowca?

      Sam fakt, że środowisko ziemiańskie bez poważnych strat przetrwało ten trudny okres transformacji od feudalizmu do kapitalizmu świadczy o tym, że
      musiało ono, z lepszym bądź gorszym skutkiem, wprowadzać nowinki agrotechniczne. Modernizować nie tylko gospodarkę folwarczną, ale i przejść określone przemiany mentalne związane z wszelkimi zmianami, będącymi konsekwencją wkraczającej na nasze ziemie cywilizacji przemysłowej. Pomimo to
      środowisko ziemiańskie z herbem w tle zachowało swoje najważniejsze wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dwór nadal był trwałym elementem polskiego krajobrazu, symbolizując ciągłość tradycji, kultury i narodowej historii, chociaż jego właścicielowi przybyło więcej zajęć, trosk i obowiązków gospodarskich.

      Niestety wybuch Wielkiej Wojny w 1914 r. stał się kolejnym poważnym ciosem dla polskiego rolnictwa. Tereny wiejskie Królestwa Polskiego i Galicji
      zostały potraktowane przez walczące strony jako zaplecze służące uzupełnianiu wszelkich zapasów. Dokonywano rekwizycji, niszczono budynki, zasiewy,
      maszyny rolnicze i zakłady produkcyjne wskutek demontażu żelaznych i miedzianych części. Nastąpił wyraźny regres w polskim rolnictwie i zostały zahamowane procesy modernizacyjne zachodzące w majątkach ziemiańskich od kilku dekad. Zmniejszył się ogólny obszar ziemi pozostającej pod uprawą
      i obniżyły się plony. Działania wojenne spowodowały ogromne spustoszenie w hodowli zwierząt, niektóre gałęzie przemysłu rolno-spożywczego niemal
      zamarły, a w innych produkcja znacznie obniżyła się. Spustoszenie majątków ziemskich na wschód od Wisły spowodowane było także poprzez działania
      wojenne podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r.
      To jednak działo się już po opuszczeniu przez Doberskich majątku w Czarnowcu. Zarządzali nim najprawdopodobniej, tylko do roku 1915.

      Właściciel ze Śniadowa i hrabianka z Wołynia, w Czarnowcu

      Doberski Zygmunt, syn Stanisława Franciszka i Józefy Teofili Blenau, urodzony w Śniadowie 3 maja 1868 r.
      Żona Wanda Ludwika Józefa Mi(ą?)onczyńska (z hrabiów Miączyńskich), córka Józefa i Jadwigi z Wołłowiczów, urodzona w Krunach na Wołyniu 17.07.1873 r. Dzieci Zygmunta i Wandy nie urodziły się w Czarnowcu:
      Jadwiga Józefa urodzona w majątku Krasiwa na Wołyniu 12.02.1897 r.;
      Maria Wanda urodzona w Zawadach gubernia Piotrków 13.05.1898 r.;
      Zofia Felicja Julia urodzona w Zawadach gubernia Piotrków 27.06.1900 r.;
      Franciszek Zygmunt urodzony w Zawadach gubernia Piotrków 24.12.1901 r.
      Można domniemywać, że rodzina Doberskich przybyła na majątek czarnowiecki w pełnym składzie, bo dzieci Doberskich w 1906 roku miały zaledwie 5, 6, 8, i 9 lat.
      Zygmunt Doberski, właściciel Czarnowca miał trzech braci: Bolesława, Stefana i Wacława. Bracia urodzili się w Chomontowie i Śniadowie.

      Hrabianka w Czarnowcu – czy tak mogła wyglądać? foto: Nowe Mody 1893, czasemancypantek.pl

      Doberski prosi o paszport

      DO JEGO EKSCELENCJI

      Do Pana Łomżyńskiego Gubernatora.

      Mieszkaniec majątku Czarnowiec, powiat Ostrołęka, Zygmunt Doberski

      PROŚBA.
      Przedstawienie starego paszportu zagranicznego do nr 455, pokornie proszę Waszą Ekscelencję o wystawienie mi nowego dokumentu na nazwisko mojej żony i dzieci na okres sześciu miesięcy.
      Paszport proszę wydać Beru Giełczyńskiemu.
      Miasto Łomża, 21 marca 1911 r.

      Podpisano: CDoberski[?]

      Artykuł powstaje przypadkowo, dzięki Pani Marcie Wojciechowskiej z Myszyńca, która podsyła i tłumaczy materiały genealogiczne.

      Dzięki Pani Marcie możemy również posłuchać i obejrzeć materiał filmowy o ojcu właściciela Czarnowca w latach 1906-1914 Zygmunta Doberskiego – Franciszku.
      Dziękujemy za podesłanie linku do strony.

      Poniżej lista dotychczas ustalonych właścicieli dóbr Czarnowca (marzec 2025 r.).

      Właściciele Czarnowca / folwarku / dóbr / dworu:

      1. Jan Żebrowski Sędzia Pokoju Obwodu Ostrołęckiego z Czarnowca. Ślub córki Jana Żebrowskiego: „MIECZYŃSKI Antoni Wincenty Kacper, dziedzic dóbr Chełchy Cibory w parafii Karniewskiej obwodzie Pułtuskim, syn Melchiora i Jadwigi Grabskiej dziedziców dóbr Pepłowa w parafii Święcienieckiej, urodzony tamże w roku 1798. Żona Julianna Żebrowska, córka (Jana Żebrowskiego)?, Sędziego Pokoju Obwodu Ostrołęckiego, dziedzica dóbr Czarnowca i Marianny, urodzona w Kaczce parafii Goworowskiej w roku 1811, w Jemielistem przy matce zamieszkała. Ślub 18.02.1828.”
      2. 1830 – Czerniejewski Tomasz? (1807-1840), s. Walentego i Rozalii Cybulskiej, Czerniejewski hrabia Korczak, vel Czerniejowski. Czerniejewscy zostali wylegitymowani ze szlachectwa w Królestwie Polskim w latach 1836-1862.
        Władysław Czerniejewski.
      3. 1894 – Michniewicz Maurycy
      4. 1900 – Michniewicz Antonina ->
      5. 1906 – Doberski Zygmunt
      6. 1915 – Iżycki Aleksander
      7. 1919 – Chyliński Stanisław ->
      8. 1920 – Skłodowski – od 1935 również dzierżawca folwarku w Susku
      9. 1930 – Wyszomirski Roman -> (1868.02.17-1935)
      10. 1935 – Wyszomirska Maria -> (1891.04.05-1956.11.05)
      11. 1945 – Komunistyczne Państwo Polskie pod wpływami sowietów
      12. 1978 – dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce ->
      13. 1979 – Gmina Rzekuń ->
      14. 1980 – rozsprzedanie majątku przez gminę Rzekuń, parcelacja[3] i likwidacja majątku.

      Majątkiem w Czarnowcu przez pewien czas zarządzała również córka Władysława Glinki, właściciela folwarku w Susku – Magdalena Glinka (ok. 1913 roku).

      UWAGA! Niektóre z podanych dat mogą się różnić od rzeczywistych okresów posiadania przez poszczególnych właścicieli. Daty są jedynie orientacyjne!

      [3] – Parcelacja – dokonanie podziału większych posiadłości ziemskich na mniejsze działki (parcele) i oddanie ich w użytkowanie indywidualnym gospodarstwom w drodze sprzedaży; także unormowany ustawą podział większych gospodarstw rolnych poprzez sprzedaż bądź nadanie.

      Marek Karczewski

      Źródła:
      – Pamiętnik Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Królestwie Polskim – Warszawa, 8 maja 1884 r.
      – Ziemiaństwo polskie a modernizacja gospodarki rolnej do 1914 r., Jarosław Kita, Uniwersytet Łódzki Instytut Historii,
      – katalogszlachty.com/metryki-szlacheckie/szlachta-zamieszkal-na-terenie-gminy-sniadowo-xix-wiek/ (dostęp: 17.03.2025 r.)
      – name.lomza.pl/2018/12/09/katalog-osobowo-miejscowy-historycznej-ziemi-lomzynskiej-i-pogranicza-mazowiecko-podlaskiego-czesc-i/ (dostęp: 17.03.2025)
      – narew.info/artykul/30146,pomnik-franciszka-doberskiego-w-sniadowie-bedzie-zrewitalizowany (dostęp: 17.03.2025 r.)
      – powiatlomzynski.pl/index.php?wiad=4679 (dostęp: 17.03.2025 r.)
      – Archiwum Państwowe w Białymstoku





      „Miesiącami nie spojrzałam na glinę…” Nowe fakty o Ludwice Wyszomirskiej

      Personalną teczkę studentki Ludwiki Wyszomirskiej przeanalizowaliśmy niedawno w archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Kryje ona nieznane wcześniej fakty z życia powstanki warszawskiej pochodzącej z Czarnowca.

      Zanim odkryjemy te fakty, przypomnijmy w skrócie co o niej wiadomo.

      • Ukończyła ostrołęckie gimnazjum w 1936 roku. Chodziła do klasy z późniejszymi żołnierzami Armii Krajowej – Norbertem Adamowiczem i Witoldem Popiołkiem. Popiołek zapamiętał, że była dowożona do szkoły bryczką.
        LINK DO ARTYKUŁU
      • Miała siostrę Zofię i dwóch braci – Zygmunta i Jana. Siostra po zamążpójściu wyprowadziła się do Warszawy. Bracia w 1939 roku zostali zmobilizowani i poszli do wojska.
        LINK DO ARTYKUŁU
      • W pierwszych dniach września 1939 roku Ludwika miała wziąć ślub z Zygmuntem Trzaską, dziedzicem z majątku Przeczki (dziś: Borowce). Wojna pokrzyżowała te plany. Narzeczony trafił do niemieckiej niewoli i wojnę spędził w oflagu Murnau pod Garmisch Partenkirchen.
        LINK DO ARTYKUŁU
      • Ludwikę i jej matkę Niemcy wypędzili z dworu w Czarnowcu. Osiedliły się w Warszawie. Prawdopodobnie u Zofii Wyszomirskiej, po mężu Żyłowskiej.
        LINK DO ARTYKUŁU
      • Ludwika brała udział w Powstaniu Warszawskim – jako sanitariuszka batalionu Czata 49. Po upadku powstania udało jej się przedrzeć na prawy brzeg Wisły. Po wojnie studiowała na Akademii Sztuk Pięknych. Wyszła za mąż za Zygmunta Trzaskę, który po wojnie powrócił z Niemiec i odnalazł narzeczoną.
        LINK DO ARTYKUŁU

      W archiwum Akademii Sztuk Pięknych zachowała się teczka personalna Ludwiki Wyszomirskiej. Odnalazł ją Marek Karczewski, a niżej podpisany przeanalizował i opracował.

      Archiwistów z ASP musiała w jakimś stopniu zainteresować nasza społeczna działalność na rzecz utrwalenia historii Czarnowca i jego mieszkańców. „A wiecie panowie, że w naszych aktach jest inna data urodzenia, niż podajecie na swojej stronie?” – pyta jeden z archiwistów. Jeszcze nie wiemy. Jeszcze do teczki nie zajrzeliśmy. Ale już wiemy, że oni czytali nasze artykuły o rodzinie Wyszomirskich.

      O społecznym, niezarobkowym i niezależnym od władz charakterze naszego utrwalania historii wsi informujemy również rektora ASP. Jego magnificencja zwalnia więc nas od opłat licencyjnych i pozwala na opublikowanie pierwszej strony podania Ludwiki o przyjęcie na uczelnię.

      „Powstanie warszawskie – i potem znów cholewki!!”

      Przejrzeliśmy teczkę Ludwiki Wyszomirskiej w archiwum ASP. Dokumenty ułożone są chronologicznie. Najstarszym jest podanie o przyjęcie na uczelnię z 1946 roku. A w nim życiorys. Kandydatka na studia pisze:

      „Nauki pobierałam w Państwowym Gimn. im. kr. St. Leszczyńskiego w Ostrołęce. Po ukończeniu 7 klas, na skutek śmierci ojca i choroby matki przerwałam naukę, aby objąć kierownictwo odziedziczonego po ojcu majątku. W roku 1938 wyjechałam do Wilna, gdzie w grudniu zdałam maturę przy Gimn. Państw. im. Elizy Orzeszkowej jako eksternistka. Wybuch wojny a następnie wysiedlenie dokonane przez Niemców zmienia całkowicie ramy mego życia. Znalazłszy się w Warszawie nauczyłam się cholewkarstwa i przez cały czas okupacji szyjąc cholewki zarabiałam na życie. Powstanie warszawskie – i potem znów cholewki!! Jeśli chodzi o moje zdolności plastyczne – to nie miałam nigdy złudzeń, pracowałam dorywczo, bardzo mię zresztą rzeźba absorbowała – ale jeśli przestałam to miesiącami nie spojrzałam na glinę. Warszawa 30 września 1946 r.”

      Pierwsza strona podania Ludwiki Wyszomirskiej z 1946 r., o przyjęcie na studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie | Reprodukcja dokumentu z archiwum ASP opublikowana za zgodą rektora.

      Już z tego pierwszego dokumentu wynikają trzy nowe fakty z życia Ludwiki.

      • Wyjazd do Wilna i eksternistyczna matura.
      • Cholewkarstwo jako źródło utrzymania w czasie okupacji. Tu wyjaśnijmy, że cholewkarz/cholewkarka to osoba zajmująca się produkcją albo naprawą cholewek do butów. Produkcja polegała na wykrawaniu, szyciu i modelowaniu cholew. Naprawa zaś na wymianie zamków, pasków, lub zszywaniu. W uproszczeniu: o ile szewcy zajmowali się dolną częścią butów – podeszwami, zelówkami, obcasami, flekami oraz poszyciem części butów bezpośrednio związanych z podeszwami. O tyle cholewkarstwo, zwane również kamasznictwem było rzemiosłem skupiającym się na wysokich butach, a konkretnie ich częściach od kostki w górę. W praktyce często te specjalności przenikały się.
      • Wywód z ostatniego zdania życiorysu jest dość niezrozumiały, ale można z niego wnioskować, że przed podjęciem studiów na ASP Ludwika pasjami rzeźbiła w glinie. Zresztą w rubryce podania zatytułowanej „dotychczasowe studia artystyczne” wpisała „samouk”.

      W tym pierwszym podaniu na studia z 1946 roku Ludwika podaje datę urodzenia 26 sierpnia 1918 roku. Dotychczas jako datę urodzenia sanitariuszki „Xeni” podawaliśmy tu 26 sierpnia 1916 roku – za biogramem opublikowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Sprawę daty urodzenia omówimy jeszcze później, jako że w dokumentach pojawia się… jeszcze inna data, różna od dwóch tu przytoczonych.

      Idźmy dalej. Kandydatka Wyszomirska nie przedstawiła władzom uczelni swojego świadectwa maturalnego. Spłonęło ono w czasie Powstania Warszawskiego. W teczce znajdujemy za to oświadczenie dwojga świadków – mieszkańców Warszawy Jana Niżnikowskiego i Cezarii Iljin -, którzy potwierdzili „pod skutkami odpowiedzialności sądowo-karnej”, że Ludwika zdała maturę i uzyskała Świadectwo Dojrzałości. To oświadczenie świadków zostało potwierdzone przez notariusza Stanisława Pliszczyńskiego.

      Urzędnik pisze „Wyszkuf”

      Załącznikiem, jaki do podania przedstawia kandydatka na studia, jest dokument o zaskakującym tytule… „zaświadczenie lojalności”, wystawione przez Starostwo Grodzkie w Warszawie.

      „Starostwo Grodzkie stwierdza na podstawie przeprowadzonego dochodzenia, że ob. Wyszomirska Ludwika, córka Romana i Marii, urodz. 25[sic! – przyp. JP].8.1918, Kręgi gm. Wyszkuf [sic! sic! – przyp. JP] zam. w Warszawie, ul. Inżynierska 11 m. 10, karana sądownie nie była, jest lojalna wobec Państwa i Narodu Polskiego i nie jest podejrzana i poszukiwana o popełnienie przestępstwa wynikającego z dekretu o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla Zdrajców Narodu Polskiego w brzmieniu ustalonym Obwieszczenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 11 grudnia 1946.

      Zaświadczenie niniejsze wydaje się ob. Wyszomirskiej Ludwice celem przedłożenia w Akademii Sztuk Pięknych.

      Za starostę grodzkiego podpisał Wrocławski Roman, Kierownik Referatu Porządku Publicznego.

      Opłatę kancelaryjną w wysokości zł 49 [dalej pieczęć nieczytelna]”

      Tu również krótkie wyjaśnienie co to za dokument. Z jednej strony wygląda na odpowiednik dzisiejszego świadectwa niekaralności. Zauważmy słowa: „karana sądownie nie była”. Ale „zaświadczenie lojalności” nie dotyczy tylko braku sądowego skazania, ale również tego, że nie toczy się wobec niej żadne postępowanie o kolaborację z niemieckim okupantem ani o szmalcownictwo. Czyli w roku 1946 przeszkodą w podjęciu studiów było samo podejrzenie kandydata/kandydatki przez organy ścigania o wyżej wspomniane przestępstwa.

      Zwróćmy też uwagę, że w „zaświadczeniu lojalności” znajduje się stwierdzenie, że Ludwika Wyszomirska „jest lojalna wobec Państwa i Narodu Polskiego”. Nie ma wątpliwości, że za życia była lojalna wobec swojej ojczyzny i współrodaków. Choć budzi ciekawość wedle jakich kryteriów starosta grodzki oceniał, że jest się lojalnym. Można zaryzykować stwierdzenie, że (w odróżnieniu od popartych sprawdzeniem w dokumentach – niekaralności i pozostawania poza podejrzeniem) – było to stwierdzenie uznaniowe albo pusta urzędowa formuła. Choć – podkreślmy to jeszcze raz – z życiorysu Ludwiki wynika, że do niej ta formuła z pewnością pasowała.

      Podaniu o przyjęcie na studia towarzyszą dwie odbitki tej samej fotografii. Jedna – przyklejona do podania. Druga jest luzem, dzięki czemu możemy przeczytać na odwrocie, że zdjęcie to zostało wykonane w atelier fotograficznym K. Floryańskiej na ulicy Stalowej 15.

      Studia u sławy i nestora polskiego rzeźbiarstwa

      Tadeusz Breyer, fresk na elewacji jednej z kamienic na ulicy Freta w Warszawie | Źródło zdjęcia: Wikimedia Commons | Olekwarszawiak – Praca własna | CC BY-SA 3.0 pl

      Z formularza podania można jeszcze wyczytać, że kandydatka Wyszomirska przedstawiła uczelni trzy swoje rzeźby.

      Kolejnym dokumentem jest karta informacyjna już studentki, a nie kandydatki. Wynika z niej, że Ludwika została przyjęta na pierwszy rok do pracowni rzeźby profesora Tadeusza Breyera. Był to wybitny rzeźbiarz okresu międzywojennego, którego jednak większość dorobku artystycznego nie przetrwała wojny. Jednak jedno z jego najbardziej emblematycznych dzieł można podziwiać do dziś na warszawskiej Woli w parku Sowińskiego. Jest to pomnik generała Józefa Sowińskiego.

      W karcie informacyjnej studentki profesora Breyera Ludwiki Wyszomirskiej można jeszcze znaleźć informację, że studentka utrzymuje się z własnych zarobków. Musiała też podać czym zajmował się jej ojciec. Romana Wyszomirskiego (nieżyjącego od 1936 roku) odkreślono w rubryce „właściciele i dzierżawcy powyżej 50 ha”. Przypomnijmy, gospodarstwo Romana Wyszomirskiego przed wojną liczyło ok. 70 hektarów.

      Pierwszy i drugi semestr w pracowni rzeźby Ludwika Wyszomirska kończy z wynikiem bardzo dobrym, co profesor Tadeusz Breyer potwierdza własnoręcznym podpisem na świadectwie z datą 25 czerwca 1947 roku. Z kolei „egzamin szczegółowy” z rysunku Ludwika zdaje z wynikiem dostatecznym.

      „W roku 1948 wyszłam za mąż…”

      Drugiego roku studiów Ludwika Wyszomirska nie ukończyła. Przerwała studia, o czym dowiadujemy się z dokumentu datowanego na 1954 rok.

      „Warszawa, dn. 28.I.1954 r.
      [Odręczny dopisek kogoś z uczelni w lewym górnym rogu] >>Dla Rady Wydz.<<
      Do Jego Magnificencji Rektora Akademii Sztuk Plastycznych w Warszawie
      Podanie Ludwiki Wyszomirskiej-Trzaskowej, zam. w Warszawie, ul. Śmiała [tu numer budynku i mieszkania – przyp. JP]. Nawiązując do ustnej rozmowy z Ob. Dziekanem Wydziału Rzeźby ASP proszę o zaliczenie mnie w poczet słuchaczów II roku Wydziału Rzeźby ASP.
      Umotywowanie: w roku 1946 wstąpiłam na Wydział Rzeźby ASP (pracownia prof. Breyera). Pierwszy rok studiów miałam zaliczony z wynikiem b. dobrym. W marcu 1948 r. nastąpiła przerwa w studiach z powodu zamążpójścia i wyjazdu z Warszawy. Obecnie znowu mieszkam w Warszawie i pragnę kontynuować studia.
      Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie na II rok studiów. Jednocześnie zobowiązuję się w ciągu bieżącego roku uzupełnić przedmioty wchodzące w zakres programu II roku na Wydziale Rzeźby.
      Ludwika Wyszomirska-Trzaska”.

      Podaniu o ponowne przyjęcie na studia towarzyszy…

      „Życiorys
      Urodziłam [się] 25.VIII. 1918 roku we wsi Kręgi, pow. Pułtusk, gmina Somianka. Uczęszczałam do Państwowego Gimnazjum im. Stanisława Leszczyńskiego w Ostrołęce ale będąc w 7mej klasie z powodów rodzinno-bytowych musiałam naukę przerwać. Pracując zarobkowo przygotowywałam się do egzaminu maturalnego, który zdałam w końcu 1938 roku jako eksternistka w Państwowym Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej w Wilnie, uzyskując świadectwo dojrzałości. W roku 1940 wysiedlona przez hitlerowców zamieszkałam w Warszawie, gdzie pracowałam w Instytucie Spraw Społecznych aż do wybuchu powstania. Po wyzwoleniu nadal pracowałam zarobkowo. W roku 1946 wstąpiłam na Wydział Rzeźby ASP.
      W roku 1948 wyszłam za mąż i ponieważ mąż pracował na prowincji, przerwałam studia i wyjechałam z Warszawy. W roku 1949 urodziłam syna, w 1950 – córkę, a w 1952 – drugiego syna.
      Obecnie mieszkam w Warszawie i mam warunki na kontynuację studiów.
      Ludwika Wyszomirska-Trzaska”

      Pamiętamy z wcześniejszych opracowań na stronie czarnowiec.pl/historia, że po wojnie Zygmunt Trzaska wrócił z obozu jenieckiego z Niemiec do Polski i w końcu odnalazł narzeczoną. Do tej pory trudno nam było to ponowne spotkanie narzeczonych po wojnie umiejscowić w konkretnym roku.

      Dziś na podstawie dokumentów z ASP można oszacować, że Zygmunt odnalazł Ludwikę w 1947 albo 1948 roku. Raczej nie wcześniej. Bo gdyby spotkali się wcześniej Ludwika z pewnością powołałaby Zygmunta na świadka swojego średniego wykształcenia i zdanej matury. Mieli się przecież pobrać w 1939 roku. Zygmunt musiał więc wiedzieć jaką szkołę z jakim świadectwem skończyła jego przyszła małżonka. Narzeczony nie wystąpił jednak w roli świadka przed wstąpieniem Ludwiki na studia. Należy zatem zakładać, że w II połowie 1946 roku Ludwika nie miała jeszcze Zygmunta pod ręką. A skoro wzięli ślub w 1948 roku, to znaczy, że najpóźniej w tym roku udało im się ponownie spotkać po latach rozłąki.

      Miejsce pracy, po którym nie ma śladu

      W drugim życiorysie Ludwiki Wyszomirskiej, zarchiwizowanym w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie nie ma ani słowa o cholewkarstwie. Ludwika twierdzi za to, że w czasie okupacji pracowała w Instytucie Spraw Społecznych. Fakt ten jest największą zagadką, jaką znaleźliśmy w teczce. I zagadki tej nie udało się nam jak dotąd rozwikłać. Przetrząsnęliśmy biblioteki i archiwa. Zasięgnęliśmy porady u pięciu historyków specjalizujących się w II wojnie światowej i okupacji Polski przez Niemców. Przeglądaliśmy opracowania dotyczące Polskiego Państwa Podziemnego. Nic! Ani słowa o Instytucie Spraw Społecznych.

      Owszem, przed wojną była organizacja pozarządowa o tej nazwie. Zajmowała się szeroko rozumianą ochroną pracy. Ale drukowane ślady po tamtym Instytucie urywają się w 1939 roku.

      Pamiętajmy, że niemieccy okupanci rozwiązali wszystkie uczelnie i instytucje naukowe w okupowanej Polsce. Jeżeli więc w latach okupacji istniała jakaś organizacja nosząca polską nazwę, a w nazwie tej „instytut”, to albo to była jakaś fasadowo-kolaboracyjna organizacja służąca hitlerowskiej propagandzie, albo była tajną instytucją Polskiego Państwa Podziemnego.

      Pierwszą możliwość, w przypadku Ludwiki, wykluczamy. Teoretycznie mogła pracować w jakiejś instytucji założonej przez okupantów. Polskie Państwo Podziemne miało bowiem swój wywiad i kontrwywiad. W niemieckich strukturach okupacyjnych prawie na pewno nie było instytutu o takiej nazwie. Poza tym jeżeli nawet Ludwika byłaby polską szpieżką w jakiejś okupacyjnej instytucji, na pewno w 1954 roku nie przyznałaby się do tego na piśmie. Ludzie związani z Polskim Państwem Podziemnym (zależnym od rządu na uchodźstwie w Londynie) byli w latach stalinizmu prześladowani, więzieni, torturowani, a nawet zabijani.

      Na podstawie rozmów z ekspertami, ukuliśmy inną hipotezę. Przedwojenny Instytut Spraw Społecznych mógł w latach okupacji – jako niesformalizowana i niemająca ram organizacyjnych grupa ekspertów – przygotowywać zasady funkcjonowania i odbudowy Polski gdy skończy się wojna. W dodatku nie musiał być związany z Polskim Państwem Podziemnym. Z przedwojennych publikacji ISP wynika, że patrząc w uproszczonych kategoriach „lewica-prawica” można dojść do wniosku, że był to instytut głoszący myśl lewicową – ochronę ludzi pracy przed wyzyskiem, zabezpieczenie socjalne, likwidację bezrobocia itd. Jeżeli tak, to nie strach było się przyznać, że współpracowało się z taką instytucją. Nawet w najmroczniejszych latach stalinizmu.

      Ale podkreślmy, to tylko nasza hipoteza. Gdybyśmy wkrótce trafili na jakieś źródła, niezwłocznie zastąpimy domysły faktami.

      Tajemnica daty urodzenia

      Tymczasem wróćmy do studenckich dokumentów Ludwiki Wyszomirskiej. Zwraca w nich uwagę jeszcze jedna zagadka. Ludwika we własnoręcznie sporządzanych wpisach w tych dokumentach podaje różne daty swego urodzenia.

      W podaniu o przyjęcia na studia pisze, że załącza metrykę urodzenia z „26.VIII.1918 r.” Rzeczywiście metryka urodzenia, wystawiona przez parafię rzymskokatolicką w Wyszkowie (w 1946 roku w Wyszkowie była jedna parafia). Na drugiej stronie podania w rubryce „data urodzenia” widnieje odręczny wpis „26.VIII.1918”. Tymczasem w omawianym wyżej „zaświadczeniu lojalności” jako dzień urodzenia Ludwiki Wyszomirskiej widnieje „25.8.1918 r.”. Zważywszy, że „zaświadczenie lojalności” sporządził urzędnik, który o Wyszkowie pisze „Wyszkuf”, można by uznać, że kolejność cyfr była mu tak samo obca, jak ortografia. Ale… data 25 sierpnia, jako dzień urodzenia Ludwiki powtarza się jeszcze w innych dokumentach – na przykład w zaświadczeniu o przyjęciu na studia, wystawionym przez Państwową Komisję Weryfikacyjno-Kwalifikacyjną dla kandydatów do szkół wyższych. Można byłoby to jeszcze złożyć na karb bałaganu w administracji. Często zdarza się tak, że błąd raz wprowadzony w system biurokratyczny system, powiela się i namnaża. I bardzo trudno jest go skorygować. Jednak i ta koncepcja nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością, bo o tym, że urodziła się 25, a nie 26 sierpnia pisze… sama Ludwika. W życiorysie towarzyszącym podaniu o ponowne przyjęcie na studia. Gdy dodać do tego, że Muzeum Powstania Warszawskiego podaje, że sanitariuszka „Xenia” urodziła się 26 sierpnia, ale 1916 roku, to mamy w urzędowym obiegu aż trzy daty urodzenia Ludwiki Wyszomirskiej.

      Trudno przesądzić która data jest najprawdziwszą z prawdziwych. Chciałoby się wierzyć tej z metryki urodzenia i chrztu – czyli 26 sierpnia 1918, ale w teczce Ludwiki Wyszomirskiej jest taki galimatias z datami, że naprawdę można się pogubić. Np. profesor Breyer w odręcznie wstawionych datach w świadectwie ukończenia pierwszego roku, pisze że Ludwika była jego studentką w roku akademickim… 1936/37 [w tamtym roku szkolnym Ludwika kończyła gimnazjum w Ostrołęce], po czym wystawia jej ocenę bardzo dobrą z poprawną już datą 25 czerwca 1947 roku. Ech, to artystyczne roztargnienie…

      Jednak po prawie osiemdziesięciu latach, poza wyeliminowaniem oczywistych nielogiczności, trudno w sprawie przytaczanych wtedy dat cokolwiek dziś przesądzać.

      Metryka wystawiona na probostwie w Wyszkowie

      Kościół św. Idziego w Wyszkowie. Widok z 2015 r. | Fot. J. Pawłowski

      Pewnie Czytelnicy są już ciekawi czy Ludwika została ponownie przyjęta na studia, czy nie. Ale jeszcze przez chwilę pozostańmy w niepewności. Spróbujmy jeszcze osadzić w historii moment przyjścia na świat Ludwiki Wyszomirskiej.

      Zakładając, że urodziła się w sierpniu 1918 roku, to przyszła na świat jako obywatelka Rosji. Państwo polskie, po 123 latach zaborów, odrodziło się oficjalnie 11 listopada 1918 roku.

      Metrykę urodzenia i chrztu Ludwiki wystawiła parafia w Wyszkowie, w której została ona ochrzczona 2 września 1918 roku, czyli dwa miesiące przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości.

      Ktoś, kto choć raz widział tamte okolice (a zakładamy, że mieszkańcy naszych stron widzieli je wiele razy), gdy czyta lub słyszy słowa „parafia w Wyszkowie”, oczyma wyobraźni widzi biały kościółek na skarpie nad Bugiem, a za nim parterową plebanię przypominającą szlachecki dworek.

      To tu, niespełna dwa lata po chrzcie Ludwiki, rozegra się jeden z najbardziej znanych epizodów wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku. To „na probostwie w Wyszkowie” [tak brzmi tytuł noweli Stefana Żeromskiego inspirowanej tamtymi wydarzeniami – przyp. JP] gdy hordy bolszewików podchodzą już pod Warszawę, instaluje się Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski złożony z Feliksa Dzierżyńskiego, Juliana Marchlewskiego i Feliksa Kona. Po wyzwoleniu zaś miasta przez polskie wojsko, kościół i probostwo odwiedza m.in. generał Józef Haller.

      To kolejny przykład tego, jak życiorysy dawnych mieszkańców Czarnowca splatają się z wielkimi wydarzeniami historycznymi. W taki właśnie sposób od pięciu lat staramy się ukazywać lokalną historię Czarnowca. Stąd też wziął się tytuł książeczki „Czarnowiec – nasza mała wielka historia” wydanej w 2022 roku.

      No dobrze, ale czy Ludwice udało się wrócić na studia, czy nie?

      Zanim odpowiemy na to pytanie, prześledźmy treść trzech kolejnych dokumentów znajdujących się w teczce zachowanej w archiwum ASP.

      „Wydział Rzeźby. Do Rektoratu A.S.P. (w miejscu). W związku z podaniem ob[ywatelki]. Ludwiki Wyszomirskiej-Trzaska z dn. 28.I.br. doświadczenie wykazało, że 5-letnia przerwa w studiach przekreśla dotychczasowe osiągnięcia w nauce, także przepisy formalne nie zezwalają kontynuować studiów po takiej przerwie bez egzaminu. Dziekan Wydziału Rzeźby A.S.P. A. Jesion”

      [Rektorat Akademii Sztuk Pięknych] „W-wa, dn. 8.4.54. Do Dziekanatu Wydziału Rzeźby w/m. W związku ze złożonym podaniem ob.[ywatelki] Wyszomirskiej-Trzaska Ludwiki oraz wnioskiem Ob.[ywatela]. Dziekana Wydz.[iału] Rzeźby, Rektorat zawiadamia, że decyzją z dn.[ia] 8 b[ieżącego] m[iesiąca] potwierdza wniosek Wydziału. O powyższym Dziekanat zechce powiadomić zainteresowaną. Rektor, prof. M. Wnuk.”

      [Pismo bez nagłówka.] „Warszawa dn. 10 kwietnia 1954 r. Ob. Ludwika Wyszomirska-Trzaska, ul. Śmiała [tu numer budynku i mieszkania – przyp. JP]. Odpowiadając na podanie Obywatelki w sprawie przyjęcia na II rok studiów Wydziału Rzeźby, Dziekanat zawiadamia, że po pięcioletniej przerwie przepisy nie zezwalają na kontynuowanie studiów bez ponownego egzaminu. Zgodnie więc z decyzją Rektora Obywatelka winna przystąpić do normalnego egzaminu wstępnego, który odbędzie się w lipcu; prace i dokumenty należy złożyć do 20 maja br. Dokładnych informacji w sprawie przyjęcia udziela Sekretariat Studencki od godz. 12-ej do 14-ej. Prof. A Jesion.”

      Jest to ostatni z chronologicznie ułożonych dokumentów w teczce studenckiej Ludwiki Wyszomirskiej. Należy więc wnioskować, że 36-letnia wówczas Ludwika nie przystąpiła do egzaminu wstępnego, albo przystąpiła i go nie zdała.


      Post scriptum

      Archiwalne dokumenty są jak mapa i ogień. Można się w nie wpatrywać godzinami i wielokrotnie. I zawsze, i za każdym razem zobaczy się coś nowego. W dokumentach Ludwiki Wyszomirskiej zwracają uwagę pozornie nieistotne szczegóły, które są jednak fascynującym świadectwem czasów, w których zaistniały.

      Dość wspomnieć, że formularz podania o przyjęcie na studia przewiduje przedstawianie „świadectwa moralności”. Należy rozumieć, że to archaiczna nazwa czegoś, co komunistyczne państwo praktykowało jako „zaświadczenie lojalności”. A może nie?

      Widać, że rubryka „stan cywilny” dla kandydatów na studia (a po wojnie, która wyrwała prawie sześć lat z normalnych życiorysów Polaków na uczelnie wstępowali stosunkowo starzy kandydaci) przewidywała tylko dwa stany cywilne: kawaler/panna; żonaty/zamężna. Druk nie zakłada, że o przyjęcie na studia mogliby się ubiegać wdowy/wdowcy i rozwódki/rozwodnicy. O ile ta ostatnia możliwość jest łatwa do wytłumaczenia – polskie prawo wprowadziło instytucję rozwodu, jednolitą dla całego kraju, dopiero w 1965 roku; o tyle niemożliwe wydaje się, że rok po wojnie wykluczono z góry z kandydowania na studia osoby, które straciły żonę bądź męża w czasie wojny. Wytłumaczenie może być tylko jedno. ASP w 1946 roku używała jeszcze przedwojennych formularzy. Na co wskazywałoby też to „świadectwo moralności”.

      Po dokumentach widać też, że linia pióra profesorskiego różni się od linii pióra kandydatki na studia. Najprawdopodobniej profesor Breyer miał drogie pióro wieczne, kreślące litery piękną nieprzerwaną linią o jednolitym nasyceniu niebieskiego koloru. Z kolei w życiorysach Ludwiki poszczególne fragmenty zdań zaczynają się intensywnym granatem, który stopniowo blaknie, aż na nowo gwałtownie odzyskuje swą intensywność. Widać więc, że Ludwika wiecznego pióra nie miała. Pisała stalówką osadzoną na obsadce, maczaną w kałamarzu.

      Tych ulotnych szczegółów w dokumentach Ludwiki są dziesiątki. Ale opowieść o nich to temat na zupełnie inną publikację.

      Marek Karczewski [namierzenie, odnalezienie teczki i pierwszy kontakt z Akademią Sztuk Pięknych]

      Jacek Pawłowski [analiza dokumentów i opracowanie artykułu]




      Wojenne losy pilota z Czarnowca

      1944-Dossel(2) - Bóg się rodzi. Wigilia 1944 - kartka świąteczna. Linoryt, na dole, pośrodku, sygnatura ołówkiem A.D., w prawym dolnym rogu, ołówkiem: Dössel-Warburg 1944_onebird

      Wojenne losy pilota z Czarnowca

      GDY BRYTYJCZYCY ZBOMBARDOWALI OBÓZ Z POLSKIMI JEŃCAMI

      1944-Dossel(7) - fb/historiajakienieznacie
      1944-Dössel(7) – fb/historiajakienieznacie

      To była jedna z najtragiczniejszych pomyłek w drugiej wojnie światowej.

      Osiemdziesiąt lat temu nalot brytyjskiego lotnictwa zrzucił bomby na obóz jeniecki Oflag VI B Dössel (dziś to miejsce znajduje się pod Warburgiem w Nadrenii Północnej-Westfalii). Zginęło 90 (!) polskich oficerów.

      Wśród zabitych lotnik z Czarnowca…

      O tym wydarzeniu ciężko znaleźć informacje choćby w brytyjskim Imperial War Museum… Pamiętniki ocalałych przechowuje dziś Centralne Muzeum Jeńców Wojennych

      …”Baraki zamieszkiwało po 100 oficerów, których odnaleziono bez głów, rąk lub nóg, zgniecionych, poranionych na twarzach. W sali teatralnej zgromadzono trupy zabitych, którzy leżeli pokotem cała sala trup obok trupa”.

      W Oflagu Dössel jeńcy zmagali się z trudnymi warunkami – długimi apelami, zatłoczonymi barakami czy niewystarczającymi racjami żywnościowymi.

      27 września 1944 w nocy zdarzyła się tragedia. Bombowce brytyjskie, mając za cel stację kolejową w Nörde, przez pomyłkę zbombardowały obóz, zabijając 90 oficerów. Łącznie w Dössel zginęło 141 jeńców.

      Oflag Dössel to nie jedyne miejsce nieszczęśliwe dla wojennej historii polskich jeńców w II wojnie światowej. W 1943 roku doszło tu do jednej z największych ucieczek jeńców. Przez wydrążony w ziemi podkop zbiegło aż 47, z czego tylko 10 udało się przeżyć ucieczkę. 37 złapano i zamordowano w Buchenwaldzie, a część w siedzibie gestapo w Dortmundzie.

      Rok później 27 września 1944 dochodzi do omyłkowego nalotu Brytyjczyków. O godzinie 22:00 trwała cisza nocna. Obóz tonął w ciemności, bo słońce skryło się na zachodzie już ponad trzy godziny wcześniej. I to zachodu przyszła hekatomba, która rozegrała się w ciągu zaledwie kilkunastu sekund. Baraki zamykano na noc do godziny 6 rano, obowiązywało zaciemnienie. Do dziś nie wiadomo dlaczego właśnie ten jeden aliancki bombowiec zrzucił ładunek nad obozem.

      „Nie miał takich rozkazów, nie miał prawa go potraktować jako cel. Ponoć pomylił go ze stacją kolejową. W relacjach jednego z jeńców, które udostępniło mi muzeum, widnieje informacja, że przy jednym z baraków strażnik nie wygasił lampki karbidowej.”
      – administrator fb/historiajakiejnieznacie

      1941-Dossel(6) - Kriegsgefangenenlager Oflag VIB in Dössel_Christof Störmer_flickr
      1941-Dössel(6) – Kriegsgefangenenlager Oflag VIB in Dössel_Christof Störmer_flickr

      „Brytyjski samolot zrzucił tylko trzy bomby i był to wielki pech jeńców, bo jedna trafiła centralnie w przepełniony barak, dwie inne obok kolejnych. Wskutek wybuchów zniszczone zostały baraki mieszkalne 19A, 21 i 22, a kaplica i świetlica obozowa z kantyną. Eksplozje od razu zabiły 90 oficerów…
      …Rannych było ponad 300… W sumie w Dössel zginęło 141 jeńców.”

      – administrator fb/historiajakiejnieznacie

      Rodzina Złotkowskich z Czarnowca

      Na naszych łamach pisaliśmy już o tej znanej rodzinie z Czarnowca. Wiktor Złotkowski wywodził się z tego samego domu co Teodor Złotkowski, Teodor Stanisław Złotkowski, Michał Złotkowski i Ryszard Złotkowski – sołtys Czarnowca. Mieszkali na początku wsi jadąc od strony Rzekunia. Obecnie stoi tu dom o numerze 3.

      Pisaliśmy tu:
      Święty kamień w polu…
      Świadectwo czeladnika urodzonego w Czarnowcu
      Złotkowski murował, prasa nie odnotowała…
      Złotkowski Ryszard

      O tejże rodzinie mamy również krótką, historyczną wzmiankę z 1920 roku: „3 sierpnia – I Batalion Pułku Morskiego oraz pododdziały 108 Pułku Ułanów Wojska Polskiego starły się pod Ostrołęką z 18 Dywizją Strzelców Armii Czerwonej. Marynarzy do Ostrołęki przywiózł pociąg pancerny „Mściciel”, który też wziął udział w walkach. Maszynistą tego pociągu był Dominik Złotkowski – mieszkaniec Czarnowca.” – wpis ten znajduje się w dziale KALENDARIUM
      To tylko wybrane opowieści o nieistniejącej już w Czarnowcu rodzinie.
      Jednego ze Złotkowskich wykształcono na lotnika…

      Wiktor Złotkowski latał wodnosamolotem CANT Z-506

      CANT Z.506 Airone
      CANT Z.506 Airone był trójsilnikowym wodnosamolotem produkowanym przez CANT od 1935 roku. Służył jako samolot transportowy i pocztowy. Wersja wojskowa okazała się jednym z najlepszych wodnosamolotów, jakie kiedykolwiek zbudowano. Pomimo drewnianej konstrukcji był w stanie operować na bardzo wzburzonym morzu. ź: en.wikipedia.org

      W notatkach o Morskim Dywizjonie Lotniczym znajdujemy taki wpis:

      1 Polska Morska Eskadra Bombowa we Włoszech
      30 sierpnia 1939 kpt. mar. pil. Antoni Wacięga przekazał obowiązki dowódcy II eskadry liniowej kpt. mar. obs. Marianowi Janczewskiemu i tego samego dnia wieczorem, razem z pięcioma podoficerami, wyjechał koleją do Warszawy. Następnego dnia w Kierownictwie Marynarki Wojennej otrzymał zadanie opracowania powrotnego lotu wodnosamolotem Cant z Włoch do Polski. 3 września razem kmdr. por. inż. Tadeuszem Kinelem, kpt. mar. obs. Wiktorem Złotkowskim i inż. Wędrychowskim udał się do Parczewa z zadaniem przygotowania bazy dla wodnosamolotów Cant na pobliskim jeziorze Siemień. 5 września razem z podległymi podoficerami wyleciał samolotem PLL LOT z lotniska polowego pod Warszawą do Budapesztu. Następnego dnia wyjechał koleją do Włoch. 7 września przybył do Monfalcone, gdzie zameldował się u przewodniczącego Komisji odbiorczej wodnosamolotów kpt. mar. pil. Feliksa Baczyńskiego. W tym samym miesiącu z rozkazu attaché wojskowego w Rzymie, płk dypl. Mariana Romeyki z członków Komisji odbiorczej wodnosamolotów i grupy kapitana Wacięgi została utworzona 1 Polska Morska Eskadra Bombowa. Na stanowisko dowódcy eskadry wyznaczony został kapitan Baczyński. Po 18 października eskadra przeniosła się do Grignano k. Triestu. W tym czasie z rozkazu płk. Romeyki do eskadry wcielonych zostało 16 podoficerów lotnictwa, którzy ewakuowali się z obozów na Węgrzech. W czasie pobytu w Grignano personel eskadry szkolił się oraz rozpoczął naukę języka angielskiego. 10 stycznia 1940 eskadra wyjechała przez Francję do Anglii. 14 stycznia przybyła do Londynu. 7 stycznia 1940 w Grignano w ewidencji eskadry znajdowało się 5 oficerów, 7 podoficerów marynarki oraz 16 majstrów wojskowych.
      ź: pl.wikipedia.org/wiki/Morski_Dywizjon_Lotniczy

      Złotkowski urodził się w Czarnowcu 23 marca

      Wiktor Złotkowski urodzony w Czarnowcu 24.03.1904 r. (choć z aktu chrztu wynika, że 23 marca!)

      Absolwent Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (3 promocja) mianowany ppor.obs. (podporucznik obserwator) 15 sierpnia 1929 r. Po promocji został przydzielony do Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku. Z braku samolotów brał udział w walkach na ziemi w obronie Helu we wrześniu 1939 r. Po kapitulacji garnizonu helskiego został wzięty do niewoli. Awansował do stopnia kapitana.

      Wiktor otrzymał przydział wojskowy jako pilot lotnictwa do Lotnictwa Marynarki Wojennej.

      Więziony od 1940 r. w Oflag VI B Dössel (Doessel) – niemieckim obozie jenieckim dla oficerów jeńców w Nadrenii Północnej-Westfalii. Obóz powstał w 1940 r., 5 km na południowy zachód od Dössel (dzisiaj część miasta Warburg).

      Początkowo trafiali tam brytyjscy i francuscy oficerowie, jednak pod koniec 1942 roku zostali przeniesieni, a do oflagu sprowadzono niemal dwa i pół tysiąca polskich oficerów, w tym 200 szeregowych, między innymi z jenieckiego obozu specjalnego w Colditz, a także wydanych przez Rumunię.

      Wiktor Złotkowski, pojmany przez Niemców, zginął jako jeniec w Dössel (Niemcy) – 27.09.1944 r.

      Akt chrztu Wiktora Złotkowskiego - tłumaczenia Marta Wojciechowska
      Akt chrztu Wiktora Złotkowskiego – tłumaczenie Marta Wojciechowska

      Poniżej wybrane skany dokumentów z Dössel, z Niemieckich archiwów państwowych – spisy zabitych polskich oficerów w dniu 27 września 1944 r.

      Ofiary tej tragicznej pomyłki zostały pochowane na miejscowym cmentarzu.

      Obóz został oswobodzony przez armię amerykańską 1 kwietnia 1945 roku.

      1945-Dossel(1) - Sygnatura: SPP_FOT_00476, Maj 1945, Dössel, Niemcy. Polscy jeńcy wojenni w Oflagu VI B Dössel, po wyzwoleniu. Fot. NN, Studium Polski Podziemnej w Londynie_fotokarta
      1945-Dössel(1) – Sygnatura: SPP_FOT_00476, Maj 1945, Dössel, Niemcy. Polscy jeńcy wojenni w Oflagu VI B Dössel, po wyzwoleniu. Fot. NN, Studium Polski Podziemnej w Londynie_fotokarta

      Ciekawostka z ostatniej chwili o Kseni (20.12.2024)

      Cmentarz Prawosławny na Woli. Fot. Warszawa w Pigułce

      O bohaterce z Czarnowca Kseni/Xseni pisaliśmy na naszych łamach wielokrotnie (Ludwika Wyszomirska).
      Dziś z opowieści najstarszej mieszkanki Czarnowca, która w latach swojej młodości mieszkała naprzeciwko licznej rodziny Złotkowskich dowiadujemy się o Kseni. Nie o „Kseni” Ludwice Wyszomirskiej ale o Kseni Złotkowskiej urodzonej w Petersburgu, która wyszła za mąż za Wiktora Złotkowskiego. Ksenia (Aksynia lub Oksana) po mężu Złotkowska z domu Czuwarowska była Ukrainką – stąd to imię. Mieszkali z Wiktorem w Warszawie przy ulicy Grochowskiej.

      Ksenia Złotkowska była starsza od „Kseni” Wyszomirskiej. Gdy Ludwika Wyszomirska przyjmowała swój pseudonim, z którego jest już znana jako chociażby uczestniczka Powstania Warszawskiego, to Ksenia (Aksynia) Złotkowska z Czuwarowskich była w tym momencie wdową po Wiktorze.
      Czy inspiracją do przyjęcia pseudonimu przez Ludwikę Wyszomirską mogło być imię wdowy po lotniku z Czarnowca?
      Możliwe, że nigdy nie rozwikłamy tej zagadki…

      Ksenia Złotkowska została pochowana na Cmentarzu Prawosławnym, na Woli.
      Ksenia i Wiktor byli bezdzietni.

      Dziękujemy za wiadomości przekazane telefonicznie: Pani Iwonie Mieszczyńskiej (Złotkowskiej) i Panu Pawłowi Złotkowskiemu.

      Poniżej zamieszczamy kilka zdjęć/skanów z 1943 r., z Obozu polskich oficerów w Dössel. Skany pochodzą ze strony Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych

      ZDJĘCIA:
      1945-Dössel(1) – Sygnatura: SPP_FOT_00476, Maj 1945, Dössel, Niemcy. Polscy jeńcy wojenni w Oflagu VI B Dössel, po wyzwoleniu. Fot. NN, Studium Polski Podziemnej w Londynie_fotokarta
      1944-Dössel(2) – Bóg się rodzi. Wigilia 1944 – kartka świąteczna. Linoryt, na dole, pośrodku, sygnatura ołówkiem A.D., w prawym dolnym rogu, ołówkiem: Dössel-Warburg 1944_onebird
      2021-Dössel(3) – Tablica pamiątkowa przy wejściu do byłego obozu jenieckiego_Christof Störmer_flickr
      2021-Dössel(4) – Pomnik grobu wojennego na cmentarzu w Dössel_Christof Störmer_flickr
      2021-Dössel(5) – Plan usytuowania z 1941 r. byłego obozu jenieckiego_Christof Störmer_flickr
      1941-Dössel(6) – Kriegsgefangenenlager Oflag VIB in Dössel_Christof Störmer_flickr
      1944-Dössel(7) – fb/historiajakienieznacie

      Marek Karczewski
      konsultacje: Jacek Pawłowski




      Jak Smoliński starał się o paszport do Ameryki w 1947 r.

      Oto kolejny dokument z kart historii Czarnowca.
      Dziś przedstawiamy Państwu wyłącznie zajawkę tego, czego dowiadujemy się z dostępnych dokumentów o rodzinie Smolińskich z Czarnowca.
      Poniższy skan dokumentu otrzymaliśmy dzięki życzliwości Pana Roberta Dąbrowskiego – prawnuka Smolińskich.
      Sam dokument jest dwustronny lecz dopiero w momencie uzyskania kolejnych informacji zaprezentujemy go w całości.

      Co Aleksander Smoliński zrobił dla Czarnowca a co dla Stanów Zjednoczonych Ameryki i co Ameryka zrobiła dla Smolińskiego będziemy pisać w kolejnych odcinkach naszych opowieści. Mamy również nadzieję, że pojawią się tu opowiadania jeszcze żyjących mieszkańców, którzy pamiętają Smolińskich – Aleksandra, Zygmunta, Rajmunda…

      Furmanka Smolińskich. Foto: Marek Karczewski 22.03.2021 r.

      Tę dzisiejszą, krótką opowieść o wydawałoby się prostym tekście w wezwaniu i o teraźniejszości – chociażby sposobie dotarcia do Ambasady z całą rodziną nie było na ówczesne czasy łatwe.
      Teraz do Ambasady z Czarnowca możemy dojechać w około dwie godziny.
      W 1947 roku Smolińscy lub sam Smoliński musiał udać się do Warszawy pociągiem relacji Ostrołęka – Warszawa. Nie mógł przecież konno podróżować do stolicy. Tu chciałbym wspomnieć, że wóz konny/furmanka Państwa Smolińskich widziana była jeszcze w tym roku (2024) przy obecnej ulicy Kasztanowej a przed laty na posiadłości Smolińskich. Ktoś, kto ją widział podczas spacerów na pewno nie raz się zastanawiał kto ją tu pozostawił.
      Smoliński Aleksander zapewne tą furmanką po paszport nie pojechał.

      Nasz czas jest cenny – droższy od pieniędzy. Chciałem dziś szybką metodą, podpowiedzianą przez wielu znajomych, że internet wszystko mi teraz zrobi w pięć sekund – zawiodłem się.
      Większość starych dokumentów jest mało czytelna, czcionka jest niewyraźna i często brakuje wielu słów. Skanowany dokument wprawdzie jest w jako takim stanie ale to co powiedziała o nim sztuczna inteligencja pozostawiam na koniec.
      Oceńcie Państwo sami, które tłumaczenie jest lepsze – człowieka czy AI.

      Wezwanie do Ambasady

      C-20
      (24 lipca 1947 r.) Proszę zgłosić się: Warszawa, ul. Piusa 3
      130.8-SMOLIŃSKI ALEX
      IB.hr.
      AMBASADA AMERYKAŃSKA
      Wydział Konsularny

      Pan ALEX SMOLIŃSKI
      wieś Czarnowiec
      poczta Ostrołęka 2

      Warszawa, dnia 12 września 1947 r.

      W związku z życzeniem Pana złożenia formalnego podania o paszport, jest Pan proszony o zgłoszenie się osobiście do Wydziału Konsularnego Ambasady Amerykańskiej w Warszawie dnia 30 września 1947 r. Bytność Pana jest konieczna, gdyż podanie winno być podpisane i zaprzysiężone w obecności Konsula Amerykańskiego. Jeżeli choroba lub jaka inna poważna przyczyna uniemożliwi przyjazd w oznaczonym terminie, trzeba natychmiast powiadomić o tym Konsulat i wskazać przypuszczalną datę, na którą chciałby Pan otrzymać nowe wezwanie.

      Zgłaszając się do Ambasady winien Pan przedstawić:
      1/ Dowód tożsamości z fotografią,
      2/ Świadectwo urodzenia lub chrztu lub naturalizacji jako obywatela amerykańskiego, przedawniony paszport amerykański lub inny przekonujący dowód.
      3/ 6 fotografii paszportowych, na jasnym tle i cienkim papierze wymiaru 7×7 cm.
      4/ Dwa adresy krewnych lub znajomych w Stanach Zjednoczonych.

      Winien Pan zgłosić się z ojcem lub matką lub innym świadkiem, który zna Pana od szeregu lat. Świadek ten również winien być raczej obywatelem Amerykańskim, chociaż może być również obywatelem Polskim. Jeśli jest Pana niemożliwością przybyć w towarzystwie świadka, niezbity dowód tożsamości winien być przedstawiony przy składaniu podania. Dowodem takim może być zaświadczenie wydane przez władze miejscowe, w miejscu zamieszkania i winno być opatrzone fotografią Pana z pieczęcią władzy która je wydała.

      Uwaga dotycząca KOBIET:
      Jeżeli ma Pani dzieci urodzone pomiędzy 24 maja 1934 r. a 13 stycznia 1941 r., może je Pani włączyć do swego paszportu. W tym celu należy sfotografować się razem z tymi dziećmi, (ale ich nie przywozić, przywozić tylko te które skończyły 12 lat), przywieźć ich metryki urodzenia i swoje świadectwo ślubu. Dzieci urodzone w innych terminach nie są obywatelami Amerykańskimi i muszą się starać o wizy wjazdowe do Stanów Zjednoczonych.

      I teraz to samo przetłumaczone/streszczone przez sztuczną inteligencję.
      Możliwe, że tak jak obecne „relacje” czy „rolki” piętnastosekundowe zamieszczane na portalach społecznościowych przebijają treścią filmy pełnometrażowe, tak może i dokument obszerny lepiej gdy będzie zastąpiony streszczeniem, bo po co tracić nasz cenny czas.
      A może lepiej oglądać rolki?

      AI
      Ambasada Amerykańska w Warszawie
      Wydział Konsularny
      Warszawa, dnia 12 września 1947r.
      Do Pana:
      Alex Smolinski
      wieś Czarnowiec, poczta Ostrołęka 2
      W związku z życzeniem Pana złożenia formalnego podania o paszport, prosimy o osobiste zgłoszenie się do Wydziału Konsularnego Ambasady Amerykańskiej:
      Adres:
      Warszawa, ul. Piusa XI nr 130
      Godziny pracy: 8:00–15:00
      Ważne informacje:
      Podanie należy podpisać i złożyć w obecności konsula amerykańskiego.
      W przypadku choroby lub innej ważnej przeszkody uniemożliwiającej zgłoszenie się w terminie, należy niezwłocznie powiadomić konsulat i wskazać przypuszczalną datę kolejnej wizyty.
      Wymagane dokumenty do przedstawienia:
      Dowód tożsamości ze zdjęciem.
      Świadectwo urodzenia, chrztu, naturalizacji jako obywatel amerykański, poprzedni paszport amerykański lub inny dokument potwierdzający obywatelstwo.
      Sześć fotografii paszportowych (na jasnym tle, cienki papier).
      Dwa adresy krewnych lub znajomych w Stanach Zjednoczonych.
      Dodatkowe informacje:
      Towarzystwo świadków:
      Jeżeli Pan nie przybędzie z żoną, mężem lub innym świadkiem, należy przedstawić dokument potwierdzający tożsamość wydany przez lokalne władze. Dokument powinien być opatrzony zdjęciem oraz pieczęcią instytucji, która go wydała.

      W przypadku kobiet posiadających dzieci:
      Jeśli dzieci urodziły się między 24 maja 1934 r. a 19 stycznia 1941 r., można wpisać je do swojego paszportu. W tym celu należy:
      Dostarczyć wspólne zdjęcie z dziećmi.
      Przedstawić ich akty urodzenia oraz swoje świadectwo ślubu.
      Dzieci poniżej 12. roku życia nie muszą być obecne podczas wizyty.
      Dzieci urodzone w innych okresach nie są obywatelami amerykańskimi i muszą ubiegać się o wizy wjazdowe do Stanów Zjednoczonych.
      Prosimy o dokładne przygotowanie wszystkich wymaganych dokumentów przed wizytą w konsulacie.

      Mam nadzieję, że ten uporządkowany format ułatwia zrozumienie tekstu! Czy mogę jeszcze w czymś pomóc? – zapytał komputer 🙂

      To wszystko o krótkim dokumencie z Ambasady Amerykańskiej.

      Dziękujemy Panu Robertowi Dąbrowskiemu za udostępnienie dokumentów.

      Więcej o rodzinie Smolińskich niebawem…

      Marek Karczewski

      Zapraszamy również do innych artykułów historycznych o Czarnowcu – poniżej indeks




      W tym niezwykłym zgrupowaniu walczyła „Ksenia”/”Xenia”

      Jak poleciłbyś komuś książkę?

      Zrób zdjęcie książki, którą chcesz polecić. Opublikuj je w mediach społecznościowych, takich jak Facebook lub Instagram. Napisz wers o tym, dlaczego książka Ci się podobała. Udostępnij post szeroko!” – mówi internet.

      Pytania są następujące: Czy każdą książkę można polecić w taki sam (według powyższego schematu) sposób? Czy każdy dziś musi mieć fejsa i insta?

      Nigdy nie byłem bibliofilem, a na dodatek nie lubiłem (bądź nie rozumiałem) historii z lat szkolnych. Tłumaczę to sobie w taki sposób, że to co było w programach nauczania nie zyskało mojej sympatii. Tak jak zawsze wybierałem pomiędzy rowerem a piłką kopaną ten pierwszy rodzaj aktywności, tak dziś wybieram naszą lokalną historię – to mi się podoba. Zaznaczam, że nie rezygnuję z przyjemności uprawiania sportu na dwóch kółkach!

      Dziś gdy wpadnie mi w ręce pozycja książkowa, która w jakimś stopniu odnosi się do naszej, lokalnej historii to już wiem, że trzeba ją polecić sympatykom okolic, w których żyjemy.
      Tę ostatnią, którą dziś w skrócie przedstawię otrzymałem do przeczytania od kolegi z pracy, Pana Mariusza Dawidko, a właściwie z biblioteczki Mai i Mariusza 🙂

      Co ciekawego wypatrzyłem w książce Bartosza Nowożyckiego „Batalion Armii Krajowej „Czata 49″”?

      Książka "Batalion Armii Krajowej "Czata 49"" - 2008 r.
      Książka „Batalion Armii Krajowej „Czata 49″” – 2008 r. – okładka

      Drodzy Czytelnicy!
      Oddajemy do Waszych rąk książkę o niezwykłym ugrupowaniu — batalionie Armii Krajowej noszącym kryptonim „Czata 49″. To jeden z najwaleczniejszych oddziałów Powstania Warszawskiego, który był przerzucany w najbardziej niebezpieczne rejony Stolicy, walcząc z ogromną przewagą wroga.

      Miejscem koncentracji batalionu była Wola i okolice Cmentarza Ewangelicko-Augsburskiego. To tam, w rejo-nie ulic Okopowej, Wolskiej i Młynarskiej, batalion rzucony był od razu w silny ogień powstańczych zmagań. Przez kilka dni walczył w rejonie Cmentarza Powązkowskiego, w ramach Zgrupowania „Radosław”. Później został skierowany na Muranów, aby wspierać broniące się Stare Miasto. Po miesiącu bohaterskich walk „Czata 49″ wykonywała również zadania tzw. desantu kanałowego ze Starego Miasta na plac Krasińskich. To nie był koniec powstańczej epopei. Oddziały „Czaty 49″ przedarły się aż na Czerniaków, gdzie walczyły o utrzymanie Przyczółka Czerniakowskiego, by pod koniec Powstania powrócić znów kanałami do Śródmieścia w rejon ulicy Kruczej. Na bohaterskim szlaku batalionu poległo oko-10 dwustu żołnierzy, w tym wielu oficerów.
      Opis tych bohaterskich zmagań „Czaty 49″ stanowi treść książki autorstwa Bartosza Nowożyckiego, który swoje lata studiów uniwersyteckich poświęcił na zebranie materiałów do jej napisania.
      Książka skomponowana jest w sposób niezwykle przejrzysty. Autor umiejętnie potrafi wciągnąć Czytelnika w fascynujące powstańcze losy tego batalionu.
      Mamy świadomość, że mimo wielu publikacji o Powstaniu Warszawskim właśnie ten odcinek zmagań walk o wolność Stolicy, który wyznaczał bojowy szlak batalionu „Czata 49″, jest stosunkowo mało znany.
      Spodziewamy się, że wszyscy Czytelnicy, a szczególnie młodzi, zainteresują się tym niezmiernie ważnym fragmentem dziejów Powstania Warszawskiego.
      Książka ta stanowi kolejny przykład niezwykłego bohaterstwa żołnierza Armii Krajowej, połączonego z wzorowym wypełnianiem żołnierskiego obowiązku w niezwykle dramatycznych warunkach.
      Zapraszamy do interesującej lektury.
      Ppłk Czesław Cywiński Prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej

      Dlaczego „Czata 49” i jego opis?

      Pisaliśmy już wielokrotnie o tym ugrupowaniu w kontekście walk powstańczych, wspominając przy tym Ludwikę Wyszomirską z Czarnowca – „Ksenię”/”Xenię”.
      Spośród wielu jednostek Armii Krajowej biorących udział w Powstaniu Warszawskim batalion „Czata 49″ jest jedną z nielicznych, które nie doczekały się dotychczas naukowego opracowania swych dziejów. Wzmianki o nim pojawiają się w pracach naukowych poświęconych Zgrupowaniu „Radosław”, którego „Czata 49″ byk częścią. Praca ma na celu przedstawienie dziejów batalionu oraz ukazanie niepośledniej roli, jaką w Powstaniu Warszawskim odegrali jego żołnierze.

      Przez 63 dni Powstania Warszawskiego batalion „Czata 49″ przeszedł bardzo długi i krwawy szlak bojowy z Woli przez Stare Miasto, Śródmieście, Czerniaków, Mokotów, skończywszy znów w Śródmieściu. Żołnierze „Czaty 49″ wzięli udział w dramatycznych i krwawych walkach o takie obiekty, jak: cmentarze na Woli, magazyny na ul. Stawki, Dworzec Gdański, szpital Św. Jana Bożego.

      Z początkowego składu batalionu, który liczył 120 osób, „Czata 49″ rozrosła się w okresie walk na Starym Mieście do ponad 300 żołnierzy. W ostatnich dniach Powstania pozostała już tylko nieliczna, około osiemdziesięcioosobowa grupa żołnierzy.

      W PRL zostali pozbawieni chwały należnej obrońcom Ojczyzny i zrównani z konfidentami oraz pospolitymi przestępcami – czytamy w książce.

      Oprócz dokładnych opisów poszczególnych walk i szlaków batalionu możemy tu znaleźć skany dokumentów (wniosków) do odznaczeń bohaterów. Jeden z wniosków dotyczy również mieszkanki Czarnowca – Ludwiki Wyszomirskiej „Xenia”.

      Podpisał: Witold mjr
      Tekst na dokumencie pisany odręcznie:
      „Płk. Wachowski
      Przedstawiam z poparciem
      D-ca Grupy „Radosław”
      12.8.44. Bolek mjr”

      Poniżej skan wniosku oraz tłumaczenie autora.

      Wybrane strony z polecanej książki.

      Zachęcam do lektury.

      Źródło (cytaty, skany, zdjęcia) – „Batalion Armii Krajowej „Czata 49″”, Bartosz Nowożycki

      Marek Karczewski




      Komendant „Zbigniew” z Czarnowca

      Legitymacja wojskowa Kazimierza Budnego. W okresie wojny to porucznik „Zbigniew”. Wydana dnia 13 października 1950 r.

      Ponownie przeżywamy okres wspomnień o naszych najbliższych, których już z nami nie ma (ciałem). Są jednak zawsze z nami Ci, o których nadal pamiętamy, mówimy, piszemy, wspominamy!
      W przeddzień Wszystkich Świętych nadarza się kolejna okazja do wspomnień o zmarłych, o których nierzadko jeszcze nie słyszeliśmy.
      Dziś chcielibyśmy przypomnieć sympatykom historii czarnowieckiej o bohaterze naszej ziemi, bo tu zaczęła się Jego droga.

      Wiele publikacji internetowych przewija się obecnie przez nasze komputery i telefony, wiele publikacji papierowych wpada w nasze ręce gdy odwiedzamy biblioteki czy czytelnie.
      Gdy wpadł mi w ręce Zeszyt Towarzystwa Przyjaciół Ostrołęki nie omieszkałem wyszukać w indeksie Czarnowca. Znalazłem tam wzmiankę o naszym ziomku, z czego bardzo się ucieszyłem. Gdy zagłębiłem się w tekst okazało się, że inspiracją do popełnienia poniższego wpisu jest moja nauczycielka Pani Zofia Gajewska, która uczyła mnie języka rosyjskiego w murach ZSZ nr 1 w Ostrołęce. Okazało się, że Pani Zofia to córka bohatera tej publikacji – urodzonego dość dawno temu, ale w „naszym” Czarnowcu.
      Foto z licznym ciałem pedagogicznym (i Panią Gajewską z Budnych) pozyskane ze strony ZSZ Nr 1 w Ostrołęce.

      Kazimierz Budny, urodzony w Czarnowcu

      Ok. 1917 r. Rodzina Kazimierza Budnego. Kazimierz w pierwszym rzędzie, stoi obok matki 
w mundurku szkolnym z zeszytem w rękach
      Ok. 1917 rok. Rodzina Kazimierza Budnego. Kazimierz w pierwszym rzędzie, stoi obok matki w mundurku szkolnym z zeszytem w rękach.

      Kazimierz Budny urodził się 14 marca 1909 roku w Czarnowcu, gmina Rzekuń, powiat ostrołęcki, syn Franciszka i Franciszki z Damięckich.
      Kazimierz wychowywał się w rodzinie wielodzietnej w Niedźwiadnej koło Pisza. Ukończył gimnazjum klasyczne w Sejnach, a potem szkołę podchorążych w Ostrowi Mazowieckiej – Komorowie. Do wybuchu II wojny światowej służył w 33 pułku piechoty w Łomży. W czasie okupacji, jako porucznik AK o pseudonimie „Zbigniew”, walczył w Obwodzie AK Sokołów Podlaski. W czerwcu 1944 roku pełnił funkcję zastępcy komendanta tego Obwodu AK.

      Sejny, jesień 1926 rok. Kazimierz Budny stoi w drugim rzędzie, pierwszy od lewej
      Sejny, jesień 1926 rok. Kazimierz Budny stoi w drugim rzędzie, pierwszy od lewej.

      Kazimierz Budny był komendantem rejonu AK na terenach miejscowości: Jabłonna Lacka, Sterdyń, Kosów Lacki i Treblinka.
      Jak wspomina w liście do Budnego z 27 lipca 1971 roku lekarz rejonowy AK na terenie wymienionego wyżej terenu – Kazimierz de Larzak, pseudonim „Orlicz”, pochodzenia francuskiego.
      Oto fragment listu lekarza de Larzaka.

      „…W 1943 roku bezpośrednio moim dowódcą, któremu podlegałem byliście Wy-poruczniku „Zbigniew” – jako komendant miejscowego rejonu AK. Obstawę oraz środki transportu, w trakcie wyjazdów do rannych, zapewniał z Waszego rozkazu „Jagoda”, dowódca plutonu do specjalnych zleceń”. („Jagoda” – Olek Tomaszewicz, syn Adama Tomaszewicza – został wywieziony, krótko po wyzwoleniu, do Lublina i tam rozstrzelany.
      Kazimierz de Larzak w liście do Budnego pisze – „…nie było tygodnia, bym raz lub dwa, nie wyjeżdżał na całą noc do naszych rannych, wszystkich miejscowych organizacji, a drugie tyle do Żydów chorych bądź rannych, tułających się po puszczy sterdyńskiej na odcinku Ceranów – Przewóz Nurski, w odległości 1 km od Bugu, na kolonii wdowy po lekarzu – pani Dobkowskiej. Tam byli zwożeni ranni…”

      Podkomendni Kazimierza Budnego (w tym lekarz de Larzak) często uczestniczyli lub organizowali akcje bojowe przeciw Niemcom w trosce o ochronę ludności tamtejszych wsi w rejonie AK lub dla ratowania Żydów. W drugiej połowie 1943 roku żołnierze porucznika „Zbigniewa” przy jego czynnym udziale i pomocy medycznej lekarza oraz jego współpracowników uratowali 17 Żydów, uciekinierów z Treblinki.
      We wspomnianym już liście lekarza do Budnego znajdują się również takie opisy akcji:

      „…Miałem wprawdzie środki przeznaczone dla rannych żołnierzy z rejonu AK, ale użycie ich dla ratowania 17 Żydów wymagało akceptacji Waszej – poruczniku „Zbigniew”. Otrzymałem nie tylko zgodę, ale jeszcze polecenie zgłoszenia się po żywność dla nich. Wciągu 3 dni doprowadziliśmy Żydów do jakiego takiego stanu i zebraliśmy odzież. Wszystko działo się w wielkim strachu, bo groziło zagładą wszystkich i także całej wsi. Dzięki Wam poruczniku i „Jagodzie” odtransportowaliśmy Żydów do puszczy ceranowskiej…”

      Legitymacja wojskowa Kazimierza Budnego. W okresie wojny to porucznik „Zbigniew”. Wydana dnia 13 października 1950 r.
      Legitymacja wojskowa Kazimierza Budnego. W okresie wojny to porucznik „Zbigniew”. Wydana dnia 13 października 1950 r.

      Dowódca I batalionu 13 pułku piechoty

      Z rozkazu i pod dowództwem Kazimierza Budnego „Zbigniewa” zorganizowana była akcja pod Dębem. We wsi Wielkopole został zamordowany przez żandarmerię kosowską w sposób bestialski członek AK-plutonowy Iwanowski. Akcja miała być odwetem za ten mord oraz za represje na ludności tamtejszej, za wywózki do Rzeszy, a jednocześnie miała sprawiać wrażenie, że w terenie działają duże grupy spadochroniarzy…
      – Ten wątek początkowo zamieściłem z myślą o uzupełnieniu go w momencie pozyskania większej ilości informacji.
      Z pomocą przyszedł niezastąpiony Jacek Pawłowski, który podesłał link do pewnego artykułu na stronie dawny.pl. W artykule Jarosława Stryjka, w ostatnim akapicie znajdujemy taki wpis o naszym komendancie:

      W obwodzie węgrowskim, z uwagi n nasycenie terenu przez wojska niemieckie, III batalionu uległ podziałowi i pozostałymi żołnierzami dowodził por. Władysław Rażmowski ps. “Poraj”, którego szczegółowej struktury nie znamy.
      Po wojnie utrwalił się pogląd, część “Poraja” stanowiła IV batalion 32 pp.
      Od lat “70, por. Władysław Rażmowski zaczął twierdzić, że był dowódcą I batalionu 13 pp.
      Ze źródeł wiemy, że I batalionem 13 pp dowodził Kazimierz Budny “Zbigniew” a II batalionem mjr Czesław Majewski “Moro”. Te dwa bataliony były odtwarzane przez Obwód AK w Sokołowie Podlaskim.

      Pod koniec II wojny światowej Kazimierz Budny został awansowany przez dowództwo AK w Londynie do stopnia kapitana. Za udział w wojnie obronnej 1939 r. i dowodzenie oddziałami partyzantów Armii Krajowej, za narażanie życia w imię wolności Ojczyzny, Kazimierz Budny został w późniejszych latach odznaczony medalami. Niestety, lata w których był odznaczany „Zbigniew” to okres (nadal) głębokiego komunizmu i ciągłych wpływów Rosji. Medale i legitymacje wręczane bohaterom przez komunistyczne władze zostały pozbawione korony z głowy orła. Korona wróciła dopiero na głowę orła 31 grudnia 1989 roku, choć zdarzył się również wyjątek. Taki wyjątkowy medal otrzymał „Zbigniew”.

      Porucznik Kazimierz Budny „Zbigniew” został odznaczony:

      Medal Zwycięstwa i Wolności 1945 r.(26 marca 1973 r.). Legitymacja

      „Medalem Zwycięstwa i Wolności 1945 r.” – 26.03.1973 r. – podpisał Henryk Jabłoński

      Medal Zwycięstwa i Wolności 1945” – polskie państwowe odznaczenie wojskowe ustanowione dekretem Rady Ministrów zatwierdzonym przez KRN z dnia 26 października 1945 roku „…w celu upamiętnienia zwycięstwa Narodu Polskiego i Jego Sprzymierzeńców nad barbarzyństwem hitlerowskim i triumfu idei wolności demokratycznej oraz dla odznaczenia osób, które swoim działaniem lub cierpieniem w kraju lub zagranicą w czasie do 9 maja 1945 roku przyczyniły się do tego zwycięstwa i triumfu…”.

      Odznaką Medalu Zwycięstwa i Wolności 1945 r. w pierwszej wersji był krążek wykonany z brązu o średnicy 33 mm. Na awersie umieszczony był Orzeł państwowy, w otoku z liści dębowych, w górnej części napis KRN, lecz wersja ta nie została wprowadzona. Ostateczna wersja, usankcjonowana przepisami w 1946 to krążek o średnicy 33 mm, patynowany na brązowo, na awersie, którego znajduje się Orzeł państwowy, a wokół medalu znajduje się napis: KRAJOWA RADA NARODOWA. W dolnej części medalu są dwa związane liście dębowe. Na rewersie medalu umieszczony jest napis w czterech wierszach oddzielonych poziomymi liniami: RP – ZWYCIĘSTWO – I WOLNOŚĆ – 9.V.1945.

      W 1945 ustanowiono wstążkę posiadającą w linii pionowej barwę po połowie czerwoną i białą. Od 1946 wstążka medalu była szerokości 35 mm i składała się z 3 pasków czerwonych i 2 białych szerokości 7 mm, rozmieszczonych na przemian. Od 1960 określono szerokości wstążki na 33 mm.

      Medal „Za udział w wojnie obronnej 1939 r.” (11 lipca 1984 r.) Legitymacja.

      Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939 r.” – 11.07.1984 r. – podpisał Henryk Jabłoński

      Medal „Za udział w wojnie obronnej 1939” – polskie pamiątkowe odznaczenie państwowe ustanowione ustawą z dnia 3 lipca 1981 roku jako wyraz uznania dla osób, które brały czynny udział w wojnie obronnej toczonej przez Polskę z niemieckim najeźdźcą w dniach od 1 września do 6 października 1939 roku.
      Powstał jako próba pozyskania przychylności społeczeństwa dopominającego się prawdy po 1980. Podobnie jak ustanowiony w tym samym czasie w podobnym celu Warszawski Krzyż Powstańczy, mógł być nadawany pośmiertnie, a także obywatelom innych państw mającym obywatelstwo polskie w chwili wydarzeń nim upamiętnianych.

      Medal ten był też pierwszym peerelowskim odznaczeniem z wizerunkiem ukoronowanego orła wojskowego.

      Medal zgodnie z ustawą nadawany był jednorazowo:

      • żołnierzom regularnych jednostek i oddziałów Wojska Polskiego, Korpusu Ochrony Pogranicza i Straży Granicznej, formacji Obrony Narodowej oraz zakładowych i terenowych oddziałów czynnej obrony przeciwlotniczej
      • członkom nieregularnych oddziałów ochotniczych oraz innych oddziałów i grup obronnych
      • członkom zmilitaryzowanych formacji pomocniczych
      • członkom organizacji szkolnych, drużyn harcerskich i innych organizacji i grup obronnych młodzieży
        pracownikom służb publicznych, zakładów użyteczności publicznej i innych zakładów pracy oraz innym osobom, które włączyły się czynnie do walki obronnej.

      Odznaka medalu „Za udział w Wojnie Obronnej 1939” została zaprojektowana przez artystę rzeźbiarza Edwarda Gorola. Odznakę stanowił krążek o średnicy 40 mm, wykonany ze stopu posrebrzanego i oksydowanego. Na awersie znajduje się orzeł według wzoru obowiązującego w Wojsku Polskim w 1939 roku oraz pod nim data 1939. Na rewersie znajdował się napis ZA UDZIAŁ W WOJNIE OBRONNEJ – OJCZYZNA. Pomiędzy dwoma ostatnimi wyrazami znajdują się dwa skrzyżowane miecze. Wstążka medalu była szara o szerokości 40 mm, a przez środek wstążki przechodzi pas w kolorach białym i amarantowym (kolory wstążki Krzyża Walecznych).

      Krzyż Partyzancki (26 lutego 1986 r.). Legitymacja

      „Krzyżem Partyzanckim” – 26.02.1986 r. – podpisał Wojciech Jaruzelski

      Dekretem Rady Ministrów z dnia 26 października 1945 roku ustanowiono wojskowe odznaczenie państwowe, tzw. Krzyż Partyzancki. Odznaczenie zatwierdzone przez Krajową Radę Narodową, zostało wprowadzone „w celu upamiętnienia bohaterskiej walki zbrojnej żołnierzy oddziałów partyzanckich z hitlerowskim okupantem o Niepodległość, Wolność i Demokrację oraz celem nagrodzenia bojowych zasług w tej walce”. Ustawa z dnia 17 lutego 1960 roku o orderach i odznaczeniach w Art. 11 wyszczególniła Krzyż Partyzancki jako odznaczenie wojenne stanowiące nagrodę za udział w walkach partyzanckich z hitlerowskim okupantem. Od 1960 Krzyż Partyzancki zajmował miejsce za Złotym Medalem Zasłużonym na Polu Chwały, a przed Medalem „Za waszą wolność i naszą”, a od 1992 roku – po obecnie obowiązujących odznaczeniach państwowych. Odznaczenie było nadawane jednorazowo organizatorom, dowódcom i członkom oddziałów partyzanckich walczących z Niemcami na terenie Polski, a także Polakom walczącym w oddziałach partyzanckich na terenie ZSRR, Jugosławii i Francji oraz cudzoziemcom walczącym w oddziałach partyzanckich na terenie Polski. Odznaczenie nadawało Prezydium Krajowej Rady Narodowej w drodze uchwały, od 1952 roku Rada Państwa, a od 1989 roku Prezydent RP.
      Z dniem 8 maja 1999 nadawanie Krzyża Partyzanckiego uznano za zakończone.

      Odznakę Krzyża Partyzanckiego stanowi mosiężny, złocony krzyż równoramienny o wymiarach 38×38 mm z brzegami zakończonymi ornamentowanym obramowaniem. Na awersie pośrodku krzyża widnieje orzeł, a na ramionach napis ZA – POLSKĘ – WOLNOŚĆ – i LUD). Na rewersie na poziomych ramionach widnieje napis PARTYZANTOM, na górnym pionowym ramieniu data 1939, a na dolnym data 1945. Wstążka odznaczenia ma kolor ciemnozielony o szerokości 35 mm, z czarnymi paskami szerokości 7 mm po bokach, umieszczonymi 2 mm od jej brzegu.

      Po wojnie Kazimierz Budny przez kilka lat mieszkał w Ostródzie. Tam ożenił się z Reginą Hurko – też byłą żołnierką AK, potem nauczycielką. W 1949 roku urodziły się Kazimierzowi i Reginie bliźniaczki – Stanisława i Zofia.

      Ojciec Reginy Budnej z Hurków – Konstanty Hurko był inżynierem budowy mostów. Jego praca wpisała się w historię Ostrołęki. Mianowicie był on budowniczym drewnianego (starego) mostu na Narwi. [Obecnie w tym miejscu zbudowany jest most im. gen. Antoniego Madalińskiego, wybudowany w 1994 r.] Foto z tablicy Pana Remigiusza Makowieckiego. Most drewniany 1912 r.
      Ojciec Reginy Budnej z Hurków – Konstanty Hurko był inżynierem budowy mostów. Jego praca wpisała się w historię Ostrołęki. Mianowicie był on budowniczym drewnianego (starego) mostu na Narwi. [Obecnie w tym miejscu stoi most im. gen. Antoniego Madalińskiego, wybudowany w 1994 r.] Foto z tablicy FB Pana Remigiusza Makowieckiego. Most drewniany 1912 r.

      W 1953 roku rodzina Budnych przeprowadziła się do Ostrołęki. Kazimierz Budny – pracował w Spółdzielni Inwalidów „Narew” na stanowisku wiceprezesa. Pracował tam aż do przejścia na emeryturę.

      Legitymacja ubezpieczeniowa Kazimierza Budnego”. Ostrołęka, 18 lipca 1960 r.
      Legitymacja ubezpieczeniowa Kazimierza Budnego”. Ostrołęka, 18 lipca 1960 r.

      Kazimierz Budny – komendant „Zbigniew” – żyjąc w wyzwolonej Polsce, niechętnie opowiadał nam dzieciom o tamtych strasznych przeżyciach wojennych zmagań z wrogiem – mówią córki Stanisława Budna i Zofia Gajewska. [Stanisława zmarła 31 marca 2024 r.]
      Czasem coś opowiedział podczas świąt Bożego Narodzenia, po wieczerzy wigilijnej lub w pierwsze święto, kiedy wytworzył się ciepły rodzinny nastrój. Wtedy otwierał się na trudne wspomnienia. O jego udziale w organizacji, w walkach AK najwięcej dowiedziałyśmy się z listu doktora de Larzaka i rozmowy z nim samym (mieszkał w Sopocie).
      edit 3.11.2024 r.: Z informacji przekazanych od jednego z absolwentów ZSZ Nr 1 dowiadujemy się, że Pani Zofia Gajewska (druga córka „Zbigniewa”) również zmarła w 2024 r.

      Po latach – w 1988 roku – współtowarzysze walk, którym udało się przeżyć, spotkali się na Zjeździe żołnierzy AK w Łomży.

      Łomża, 14 sierpnia 1988 r. Zjazd Akowców w Łomży, Kazimierz Budny drugi od lewej
      Łomża, 14 sierpnia 1988 r. Zjazd Akowców w Łomży, Kazimierz Budny drugi od lewej

      Sławomir Mierzejewski chrześniak Kazimierza Budnego zadedykował jeden ze swoich wierszy Pamięci Ojca Chrzestnego.

      Kazimierz Budny – zmarł 1 kwietnia 1991 roku, Jego małżonka Regina Budna, zmarła 26 września 2004 roku. Oboje spoczywają na ostrołęckim cmentarzu. Foto: Marek Karczewski
      Kazimierz Budny zmarł 1 kwietnia 1991 roku, małżonka Regina Budna zmarła 26 września 2004 roku, córka Stanisława Budna zmarła 31 marca 2024 r.
      Spoczywają na ostrołęckim cmentarzu parafialnym – sektor L N/21. Foto: Marek Karczewski
      Kazimierz Budny – zmarł 1 kwietnia 1991 roku, Jego małżonka Regina Budna, zmarła 26 września 2004 roku. Oboje spoczywają na ostrołęckim cmentarzu. Foto: Marek Karczewski
      Kazimierz Budny zmarł 1 kwietnia 1991 roku, małżonka Regina Budna zmarła 26 września 2004 roku, córka Stanisława Budna zmarła 31 marca 2024 r. Spoczywają na ostrołęckim cmentarzu parafialnym – sektor L N/21. Foto: Marek Karczewski

      Po oryginalny tekst opowieści córek Budnych odsyłamy do publikacji książkowej. Tam odnajdą Państwo również inne interesujące historie.

      W tym roku Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce zwróciło się do rodzin o pamiątki, w następujący sposób:

      W przeddzień uroczystości Wszystkich Świętych odwiedziliśmy cmentarz parafialny w Ostrołęce i ponad 150 grobów ostrołęczan oraz mieszkańców regionu – osób ważnych dla historii naszego miasta i okolic.
      Zmówiliśmy krótką modlitwę, zapaliliśmy skromny znicz…
      Przy zniczach znaleźć można też prośbę skierowaną do rodzin zmarłych.
      Zachęcamy do podzielenia się z Muzeum informacjami, pamiątkami po bliskich, którym Ostrołęka (i nie tylko) tak wiele zawdzięcza.

      Z góry za wszystko dziękujemy.

      Każda kolejna historia osób i zdarzeń związanych z naszą miejscowością pojawi się na naszych łamach.
      Możemy wyłącznie uchylić rąbka tajemnicy, że będzie ich jeszcze wiele…

      Źródła pozyskania informacji do powyższej publikacji:
      – Ostrołęka Pełna Wspomnień, Zeszyt 3, Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki, Ostrołęka, 2015 (cytaty, skany zdjęć i dokumentów)
      – tablica FB Remigiusza Makowieckiego
      – strona internetowa ZSZ Nr 1 w Ostrołęce (zsz1.ostroleka.edu.pl)
      – Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce
      – dawny.pl/burza-w-osrodku-wolominskim-ak/ – dostęp 30.10.2024
      – pl.Wikipedia.org

      Marek Karczewski




      Właścicielem Czarnowca był również Chyliński!

      Skan z gazety Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

      Właścicielem Czarnowca był również Chyliński!

      11 listopada 1918 roku to ustanowiona, symboliczna data odzyskania przez Polskę niepodległości i zakończenie I wojny światowej. Polska po 123 latach zaborów powróciła na mapę, odzyskując niepodległość.

      Jednak już 14 lutego 1919 roku doszło do pierwszych walk między oddziałami Wojska Polskiego i Armii Czerwonej. Był to początek wojny polsko-bolszewickiej. Polska ponownie walczyła o granice z Rosyjską Federacyjną Socjalistyczną Republiką Radziecką. Granice państwa Polskiego zmieniały się w tych latach dość często. W kraju nie było spokoju i stabilizacji.
      Poniżej mapa granic w latach 1918-1919.

      Tematy o I wojnie światowej i o wojnie bolszewickiej mogłyby być poruszane na naszych łamach, ale my skupiamy się wyłącznie na tym co w danym okresie działo się w Czarnowcu. Tak (poniżej) wyglądała mapa Polski z 1919 r., zamieszczona w „Księdze adresowej dla przemysłu, handlu i rolnictwa”. Oznaczyłem na niej Czarnowiec.

      W tych niespokojnych czasach państwo Polskie musiało sprawnie funkcjonować, niezależnie od działań wojennych na frontach.

      Tak jak granice państwa, tak i właściciele Czarnowca (folwarku-dóbr) zmieniali się w tym okresie dość często. Nie mamy dziś wiedzy, co było przyczyną dość częstej zmiany właścicieli majątku w Czarnowcu, ale dzięki poszukiwaniom internetowym i bibliotecznym dowiadujemy się o dotychczas nieznanym zarządcy majątku.

      Kim był Stanisław Chyliński?

      Z Dziennika Rozporządzeń (1919 r.) dowiadujemy się, że był ławnikiem Sądu Apelacyjnego oraz ławnikiem Sądu Okręgowego.

      Dział Urzędowy.
      209.
      PROTOKUŁ
      2 go posiedzenia Sejmiku powiatu Ostrołęckiego
      dnia 11-go kwietnia 1919 roku, początek o godzinie 11-ej min. 15 rano.
      Z 24 członków stawiło się 19-tu, oprócz przewodniczącego. Nieobecni pp. Antoni Pierzchała, Adam Żebrowski i Józef Siok.
      Protokuł prowadził Jan Bartoszewicz.

      XII. Stosownie do pisma Prezesa Sądu Okręgowego w Łomży, z dnia 7 kwietnia 1919 r. Nr 1107, na ławników Sądu Apelacyjnego zostali wybrani pp. Franciszek Babski, mieszkaniec miasta Ostrołęki, Stanisław Chyliński, właściciel majątku Czarnowiec, Stanisław Budny, właściciel majątku Pokrzywnica i Janusz Górski, właściciel majątku Ponikiew-Mała.
      Na ławników Sądu Okręgowego zostali wybrani pp. Stanisław Krystosik, mieszkaniec wsi Czernie, gm. Goworowo, Bronisław Rutkowski, właściciel majątku Buczyn, Franciszek Babski, Jan Staroń i Marceli Pęski, mieszkańcy miasta Ostrołęki, Sta­nisław Chyliński, właściciel majątku Czarnowiec, Stanisław Budny, właściciel majątku Pokrzywnica, Roman Grochowski, właściciel majątku Przytuły i Antoni Glinka, właściciel majątku Szczawin.

      Czy dowiemy się jeszcze o innych właścicielach majątku Czarnowiec?

      Poniżej przedstawiamy listę dotychczas ustalonych (z dostępnych dokumentów) właścicieli dóbr Czarnowca.
      UWAGA! Niektóre z podanych dat mogą się różnić od rzeczywistych okresów posiadania przez poszczególnych właścicieli. Daty są jedynie orientacyjne!

      Właściciele Czarnowca / folwarku / dóbr / dworu:

      1. 1830 – Czerniejewski Tomasz (1807-1840), s. Walentego i Rozalii Cybulskiej, Czerniejewski hrabia Korczak, vel Czerniejowski. Czerniejewscy zostali wylegitymowani ze szlachectwa w Królestwie Polskim w latach 1836-1862.
      2. 1864 – Czerniejewski Władysław
      3. 1894 – Michniewicz Maurycy
      4. 1900 – Michniewicz Antonina
      5. 1906 – Doberski Zygmunt
      6. 1915 – Iżycki Aleksander
      7. 1919 – Chyliński Stanisław
      8. 1920 – Skłodowski – od 1935 również dzierżawca folwarku w Susku
      9. 1930 – Wyszomirski Roman (1868.02.17-1935)
      10. 1935 – Wyszomirska Maria (1891.04.05-1956.11.05), która z córką Zofią zostały przymuszone do podpisania zobowiązania do „nie powrotu”. O tym dokumencie pisaliśmy tu: ->
      11. 1945 – komunistyczne państwo polskie pod wpływami sowietów. Ziemia dawnego majątku należała do Państwowego Funduszu Ziemi.
      12. 1978 – dwór przejęła Wojewódzka Spółdzielnia Mieszkaniowa w Ostrołęce
      13. 1979 – gmina Rzekuń
      14. 1980 – rozsprzedanie majątku przez gminę Rzekuń, parcelacja[1] i likwidacja majątku.

      Majątkiem w Czarnowcu przez pewien czas zarządzała również córka Władysława Glinki, właściciela folwarku w Susku. W razie odgrzebania materiału o okresie zarządzania Czarnowcem przez Glinkównę – napiszemy o tym.

      [1] – Parcelacja – dokonanie podziału większych posiadłości ziemskich na mniejsze działki (parcele) i oddanie ich w użytkowanie indywidualnym gospodarstwom w drodze sprzedaży; także unormowany ustawą podział większych gospodarstw rolnych poprzez sprzedaż bądź nadanie.

      Źródła:
      – Dziennik Rozporządzeń Komisarza Rządu Polskiego na Powiat Ostrołęcki. R. 2, 1919 nr 11 (1 V) – Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa
      – Monografia gminy Rzekuń, J. Dziewirski
      – Tyflomapy-pl
      – Księga Adresowa dla przemysłu handlu i rolnictwa

      Marek Karczewski




      Zakaz nacinania i rycia od 1973 roku

      Pomniki przyrody w Czarnowcu mamy już od 51 lat.

      O tym, że na terenie podworskim w Czarnowcu znajduje się kilkanaście pomnikowych drzew, wie chyba każdy. Ostatnio dotarliśmy do dokumentów źródłowych pokazujących kiedy i w jakim trybie kasztanowiec, lipy i modrzewie pomnikami przyrody zostały.

      Zanim do tego przejdziemy, nakreślmy sytuację społeczno-międzynarodową. Ustanowienie czarnowieckich pomników działo się przecież w głębokim PRL-u, a wtedy większość zebrań na jakiś konkretny – nawet branżowy, nawet lokalny – temat, zaczynała się od „nakreślenia sytuacji społeczno-międzynarodowej”. Pięknie wyszydzili to Stanisław Bareja i Jacek Fedorowicz w filmie „Poszukiwany poszukiwana”, wkładając w usta tego męża co był z zawodu dyrektorem, szczere wyznanie, że on to może nakreślić sytuację międzynarodową, ale na swojej pracy merytorycznej to on się raczej nie zna.

      No więc sytuacja społeczno-międzynarodowa na przełomie maja i czerwca 1973 roku wyglądała mniej więcej tak, że sowiecki Łunochod 2 właśnie wrócił z przejażdżki po księżycu, Helmut Kohl został przewodniczącym niemieckiej CDU i był nim aż 25 lat, Honduras Brytyjski zmienił nazwę na Belize i pod tą marką przeszedł do historii jako jeden z najsławniejszych rajów podatkowych, a Mike Oldfield wydał swój kultowy album „Tubular Bells”. Tymczasem Polska pożegnała Leonida Breżniewa, który poleciał z powrotem do Moskwy po dwudniowej oficjalnej wizycie. W Warszawie-Międzylesiu został wmurowany kamień węgielny pod Pomnik-Szpital Centrum Zdrowia Dziecka. W Chorzowie orły Górskiego pokonały Anglików 2:0 w eliminacjach do Mistrzostw Świata, a z fabryki w Bielsku-Białej wyjechał pierwszy maluch. (Jeden taki pojazd, choć nie z ’73 roku, do dziś jest widywany w Czarnowcu) 🙂

      Tak wyglądała Polska i świat na przełomie maja i czerwca 1973 roku. W tym czasie w Urzędzie Wojewódzkim w Warszawie, na placu Dzierżyńskiego (dziś to plac Bankowy, a na miejscu pomnika Dzierżyńskiego stoi nasz polski Juliusz Słowacki) trwały prace nad ustanowieniem pomników przyrody w Czarnowcu.

      Wtedy pomniki przyrody miała prawo ustanawiać „władza ochrony przyrody II instancji”. Tak mówiła ówczesna ustawa o ochronie przyrody. Tą władzą był wojewoda bądź wojewódzka rada narodowa. I oto w Dzienniku Urzędowym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Warszawie nr 12 znajdujemy trzy orzeczenia kierownika wydziału rolnictwa i leśnictwa z 5 czerwca 1973 r., uznające za pomniki przyrody:

      • jeden kasztanowiec,
      • dwa modrzewie,
      • i 18 lip drobnolistnych.

      Z orzeczeń tych wynika, że pomnik-kasztanowiec miał wówczas 332 cm obwodu pnia i wysokość około 24 metrów. Modrzewie (obwód pnia w centymetrach/wysokość w metrach) 275/24 i 210/20. Lipy (tu obwieszczenie podaje tylko obwody pni): 186, 144, 242, 224, 179, 154, 185, 259, 235, 108, 170, 223, 139, 120, 180, 165, 170, 165. Lipy te opisane są jako zrośnięte pniami do wysokości około 1 m. Orzeczenie podaje również zwyczajową nazwę tej grupy lip: altana.

      Pień pomnikowego modrzewia w Czarnowcu i okolice

      Wszystkie drzewa stały wówczas na państwowych gruntach, należących do Państwowego Funduszu Ziemi.

      Obwieszczenia przypominają na czym polega ochrona pomników przyrody. „Opisane wyżej drzewa podlegają szczególnej ochronie polegającej na zakazie wycięcia, niszczenia lub uszkadzania, zrywania pączków, kwiatów, owoców i liści, nacinania drzew, rycia napisów i znaków, umieszczania tablic oraz wszelkich innych znaków i przedmiotów. Zabrania się także zanieczyszczania terenu w pobliżu drzew, wzniecania ognia, wchodzenia na drzewa oraz wznoszenia jakichkolwiek obiektów budowlanych w promieniu 15 m od pni drzew. Kto wykracza przeciwko powyższym zakazom podlega karze grzywny do 4500 zł i karze aresztu do trzech miesięcy albo jednej z tych kar”.

      Inne były czasy i inne pieniądze. Wyjaśnijmy, że maksymalna kwota grzywny to kwota dość dotkliwa, gdyby ktoś miał ją ponieść. Przeciętne wynagrodzenie w 1973 roku wynosiło niespełna 2800 zł.

      Wszystkie trzy obwieszczenia o pomnikach przyrody w Czarnowcu podpisał zastępca kierownika wydziału rolnictwa i leśnictwa Stefan Stypułkowski.

      Przez lata zmieniał się również stan faktyczny i stan prawny czarnowieckich pomników przyrody. Dziś na oficjalnej gminnej liście widnieją kompletnie inne daty ustanowienia tych drzew pomnikami przyrody. My pokazujemy źródło lokalnego prawa, czyli taki wojewódzki odpowiednik Dziennika Ustaw. Na gminnej liście figuruje dziś jeden, a nie dwa modrzewie. Być może jeden w czasie tego półwiecza obumarł, albo stało mu się coś złego. Gminna lista pomników przyrody wymienia już tylko 16, a nie 18 lip. Prawdopodobnie na przestrzeni dziejów któreś lipy obumarły, albo połamały się.

      Tegoroczne sierpniowe wichury sprawiły, że niektóre pnie lipowej altany jeszcze bardziej pochyliły się ku ziemi. Gałęzie jednego z nich już dotykają gruntu.

      Jacek Pawłowski

      Altana lipowa, pomnik przyrody w Czarnowcu, jesień 2024
      Kasztanowiec, pomnik przyrody w Czarnowcu, jesień 2024
      Czarnowieckie kasztanowce, wideo z lotu drona.



      Wpływy warszawskie na agrobiznes czarnowiecki

      W 2018 roku, gdy zakładaliśmy stronę www Czarnowiec.pl mieliśmy wyłącznie marzenie aby była ona choć przez parę osób czytana i aby zawarte na niej treści przydały się kiedykolwiek sympatykom Czarnowca.

      Upłynęło kilka lat a naszą stronę okazuje się, że czyta stolica, czyta Podlasie, czytają również za wielką wodą. Jest to dla nas – jak nazwała w ubiegłym tygodniu „redakcji”, pewna pani z Pułtuska, wielki zaszczyt, że to co robimy przynosi malutkie efekty naszej mrówczej (społecznej) pracy.

      Gro zasług musi być w tym działaniu przypisane Panu Jackowi Pawłowskiemu – przybyszowi do Czarnowca, który nie miał tu przodków, nie był związany uczuciowo ani rodzinnie z naszą miejscowością! Dzięki Panu Jackowi i Jego wspaniałym zdolnościom powstaje mnóstwo wspaniałych rzeczy jak na tak niewielką miejscowość. Odkrywanych jest tak wiele kart z historii.

      Za artykułem o agrobiznesie w Czarnowcu, o którym pisaliśmy tu pojawiło się dość szybko co najmniej dwie wiadomości w sprawie kamienicy przy ulicy Waliców w Warszawie.

      Pierwszy odezwał się do nas historyk Pan Mariusz Nowik, który napisał:

      Znakomity tekst, wciągnąłeś mnie w historię Wyszomirskich do tego stopnia, że poszedłem tropem telefonu z ogłoszenia z „Kurjera Warszawskiego”. „Spis Abonentów Sieci Telefonicznej m. st. Warszawy” za rok 1939/40 podaje, że numer telefonu 6-60-19 przypisany był do paszteciarni „Styl” przy Krakowskim Przedmieściu 53. Telefon pod tym numerem odbierali Jerzy Grabowski, Józef Dembiński i Stanisław Kowalczyk. Być może któryś z nich przyjaźnił się z Wyszomirskimi i naganiał im bogatych letników z Warszawy. W budynku przy Waliców 10 w roku 1939 zarejestrowanych było 20 abonentów, ale żadnego pod tymi nazwiskami – można chyba założyć, że któryś z tej trójki tam mieszkał, ale informacji o „obfitym odżywianiu” i „sportach” u Wyszomirskich udzielał przez telefon należący do paszteciarni „Styl”.

      Dlaczego kandydatów na sporty do Czarnowca zapisywano w Warszawie?

      Pan Jacek w swoim artykule nawiązał do sportu kolarskiego, którego wielkim fanem jest sołtys Czarnowca.
      Sympatycy tej dyscypliny mogą pamiętać lub nie, że pierwszy klub kolarski (stowarzyszenie) w Warszawie powstał w roku 1886. To była jedna z najstarszych organizacji sportowych w Polsce. Członkami WTC byli nawet Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz. Stowarzyszenie nosiło nazwę Warszawskie Towarzystwo Cyklistów. Wśród setek kolarzy, członków WTC znaleźć można niejedno nazwisko „Grabowski”.
      Grabowski to również ojciec Marii Wyszomirskiej, a dziadek Ludwiki. Czy mogło być tak, że zięć Grabowskiego w Czarnowcu lubił jeździć rowerem tak jak Jego teść (i jego brat?) i dlatego zachęcał/zapraszał do sportów w Czarnowcu? Może Wyszomirski Roman zabierał letników na przejażdżki rowerowe po lesie rzędowym w stronę Kamianki, Borawego, Lipianki, może na rowerowe wycieczki nad Narew?

      Czy u Grabowskich na Waliców w Warszawie zachęcano do kolarstwa w Czarnowcu?
      Może tak, może nie 🙂

      Kolarz z Grabowskich?

      A może Eligiusz „Elek” Grabowski, który urodził się 15 stycznia 1935 roku w Warszawie to potomek tych Grabowskich z Waliców?
      W latach pięćdziesiątych ub. wieku był ulubieńcem kibiców kolarskich, którzy dopingowali go na trasach Wyścigu Pokoju i Dookoła Polski okrzykami: „dawaj Elek, dawaj Elek!”.
      Był zawodnikiem wszechstronnym, zdobywał tytuły mistrza Polski w różnych konkurencjach – na szosie, na torze i w przełajach. W 1957 roku uznany został za najlepszego polskiego kolarza w rankingu Polskiego Związku Kolarskiego i redakcji „Przeglądu Sportowego”.
      Podczas kariery sportowej reprezentował barwy dwóch klubów – Włókniarza Legnica oraz Gwardii Warszawa. Był także aktywnym członkiem Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów.
      Trzykrotnie był członkiem drużyny reprezentacyjnej podczas najpopularniejszej w tamtych czasach imprezy kolarskiej – Wyścigu Pokoju, także trzykrotnie plasował się w czołówce Tour de Pologne, w 1954 roku został akademickim wicemistrzem świata.
      Filigranowej postury „Elek” Grabowski zaskarbił sobie sympatię kibiców ogromną walecznością i odważnymi atakami na trasach kolarskich wyścigów.
      Pochowany na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim dnia 1 sierpnia 2021 roku.

      Tyle o kolarstwie i ewentualnym zachęcaniu przez Grabowskich do sportów w Czarnowcu.
      Ale są to tylko luźne domniemania, bo Grabowskich w Warszawie, tak jak i kraju jest wielu… [MK]

      Dziś (6.10.2024 r.) otrzymujemy taką oto korespondencję od Pana Bartłomieja Marksa z Warszawy:

      Dzień Dobry,
      regularnie śledząc z zainteresowaniem kolejne publikacje pana Jacka Pawłowskiego dotyczące historii Czarnowca i Wyszomirskich trafiłem na artykuł:
      Agrobiznes w Czarnowcu w czasach Wielkiego Kryzysu – czarnowiec.pl
      Zaintrygowała mnie w nim zagadka dotycząca tajemniczego wspólnika Wyszomirskich w biznesie turystycznym. Wydaje mi się że znalazłem jej wyjaśnienie. Kluczem okazała się osoba jednego ze współwłaścicieli Paszteciarni „Styl” – Jerzego Grabowskiego. Maria Wyszomirska (żona Romana, matka Zygmunta, Jana, Zofii i Ludwiki) była bowiem córką Jana Grabowskiego, szlachcica, który posiadał średniej wielkości majątek w Milewie-Wypychach – wiosce między Przasnyszem, Ciechanowem i Makowem Mazowieckim. Jan miał (z dwoma żonami) kilkanaścioro dzieci, z których wieku dorosłego dożyli:
      z Marianny Kołakowskiej
      – Teodor (1875-1942)
      – Apolonia (Mossakowska) (1878-1946)
      z Teofili Batogowskiej
      Antoni (1880-1966)
      Stanisława Sabina (Milewska)(1881-1969) – moja praprababcia
      Gustaw (1885-1950)
      Jan (1887-1910)
      Maria (Wyszomirska) (1891-1956)

      Teodor, z Amelią Krościcką, miał pięcioro dzieci, mi.in syna Jerzego (ur. 1906). Jerzy w 1937 r. w par. Św. Zbawiciela w Warszawie wziął ślub z Jadwigą Józefą Nieznach. Z aktu małżeństwa (przesyłam skan w załączeniu) wynika, że pan młody (z zawodu „artysta”) mieszkał pod adresem: Waliców 10. Co więcej, o ile Spis Abonentów Sieci Telefonicznych z roku 1939 faktycznie identyfikuje numer 6 60 19 jako należący do Paszteciarni „Styl”, o tyle Spisy z lat 1935 i 1937 jako jego abonenta wskazują właśnie Jerzego Grabowskiego zamieszkałego przy Waliców (w załączeniu screeny).

        Wygląda więc na to, że Maria poprosiła w 1934 r. swojego bratanka o pomoc w rozkręcaniu biznesu. Możliwe że ewentualne z niego dochody miały wspomóc Jerzego, który zapewne jako artysta kokosów nie zarabiał. Po ślubie jednak Jerzy uznał najprawdopodobniej, że czas się ustatkować i zdobyć jakieś stałe źródło dochodu zakładając z Kowalczykiem i Dembińskim paszteciarnię (do spółki wniósł telefon, który pewnie był znaczącym atutem dla nowej firmy). W załączeniu przesyłam też zdjęcie kamienicy Krakowskie Przedmieście 53 z 1937 roku (niestety ciężko stwierdzić po niewyraźnych afiszach czy już wówczas umieszczona w niej była rzeczona paszteciarnia).

        pozdrawiam
        Bartłomiej Marks

        Lata 1960-1965, kamienica przy ul. Waliców 10. fot: Fotopolska.eu

        Kolejny głos w sprawie przesłał do nas Pijący_mleko, Rowerem wokół Ostrołęki.

        Okazuje się, że już w 1899 roku zapraszano do ślicznych pokoi w dobrach Czarnowca. Weranda, kuchnia, las, konie, produkty na żądanie, 2 wiorsty* od stacji (kolejowej). W ogłoszeniu można wyczytać, że miejscowość jest „rzadko zdrowotna”.
        Czy mogło to oznaczać, że właściciele wiejskiego dworku ostrzegali potencjalnych letników o braku wygód wielkomiejskich?
        Słaba znajomość zasad utrzymania czystości dotyczyła w XIX w. wszystkich warstw społecznych. Także wśród bogatych mieszczan i ziemian trudno było o większą świadomość na temat zdrowia. W dworach rzadko pojawiała się łazienka jako odrębne pomieszczenie.
        Ale może w przypadku tego ogłoszenia z końca XIX wieku powyższe sformułowanie miało inne znaczenie?

        W przypadku tego ogłoszenia chętni na wypoczynek w Czarnowcu mieli zgłaszać się pod adresem Sadowa 4, mieszkania 7 tak bardziej z rana.
        Zagadką na tę chwilę pozostaje czy letników zapraszali już Wyszomirscy czy wcześniejsi właściciele czarnowieckiego majątku. Z dostępnych źródeł wiemy, że jeszcze w roku 1894, w Czarnowcu majątkiem rządzili Czerniejewscy i Michniewiczowie. Czy przy ulicy Sadowej 4 w Warszawie mieszkała rodzina Czerniejewskich czy Wyszomirskich, dziś (7.10.2024) nie wiemy.

        * wiorsta to rosyjska jednostka miary – po 1835 roku wynosiła 1066,78 m. Zatem z dworu w Czarnowcu do stacji kolejowej w Ostrołęce było około 2 133,56 metrów

        Marek Karczewski




        Agrobiznes w Czarnowcu w czasach Wielkiego Kryzysu

        Ostatnia pozostałość po stawach dworskich w Czarnowcu w tym roku - z powodu suszy hydrologicznej - pokazała dno.
        Ostatnia pozostałość po stawach dworskich w Czarnowcu w tym roku – z powodu suszy hydrologicznej – pokazała dno. Fot: Jacek Pawłowski

        Co najmniej dwie rodziny z Czarnowca popadły w latach 30. XX wieku w takie długi, że zostały zarządzone licytacje ich dobytku. Prosiaki, kartofle, krowy czarno-pstre i świnie starsze – wystawili na sprzedaż: komornik i urząd skarbowy.

        Ogłoszenia drobne i urzędowe, zamieszczane w gazetach, są niezwykle interesującym świadectwem czasów, w których były publikowane. Można z nich wyciągnąć nie mniej informacji niż z artykułów prasowych.

        Ostatnio przejrzeliśmy trochę ogłoszeń zamieszczanych w gazetach sprzed II wojny światowej. Udało nam się znaleźć w nich materiał wystarczający do próby naszkicowania obrazu aktywności mieszkańców Czarnowca, pośrednio lub bezpośrednio powiązanych z wytwarzaniem produktów żywnościowych, ich przetwarzaniem oraz produkcją gotowej żywności. Tego rodzaju aktywność gospodarczą obecnie nazywa się agrobiznesem. W tamtych czasach chyba jednak takiego słowa nie było.

        Jak pamiętamy z jesiennych spacerów zorganizowanych, tudzież ze spacerów indywidualnych, w okolicach osiedla Działkowego znajduje się rów i ślady urządzeń wodnych, które służyły kiedyś do regulacji poziomu wody w stawach rybnych. Stawy znajdowały się przy dworze. Do dziś przetrwał jeden. Znajduje się w okolicach ulicy Kasztanowej (patrz zdjęcie powyżej).

        Wiemy, że ryby w tych stawach hodowała rodzina Wyszomirskich – mająca w Czarnowcu przed II wojną światową 70-hektarowe gospodarstwo rolne, z siedliskiem wokół nieistniejącego dziś dworu – też w okolicach ulicy Kasztanowej. Obecnie ulica Kasztanowa biegnie mniej więcej po śladzie wjazdu na podwórze Wyszomirskich. Wiodła do niego wiejska aleja wysadzana kasztanowcami. Co najmniej jeden z tych kasztanowców jest dziś pomnikiem przyrody. Został nim ustanowiony 51 (!) lat temu. Kiedyś jeszcze o tym napiszemy.

        Ostatnio jednak dowiedzieliśmy się, że ryby w czarnowieckich stawach były hodowane jeszcze zanim Wyszomirscy sprowadzili się do Czarnowca ze Zdziebórza (dziś gm. Somianka), kupiwszy uprzednio gospodarstwo w naszej wsi. Ryby w tych stawach hodowali również poprzedni właściciele – Doberscy. Skąd to wiemy?

        Oto w „Kurjerze Warszawskim” z 10 stycznia 1911 roku ukazuje się ogłoszenie drobne. „Kroczków 40 kóp potrzebuję. Proszę adresować: poczta Ostrołęka w Czarnówcu, Doberski”.

        Kroczek to – jak podaje Słownik języka polskiego PWN – młoda ryba, otrzymywana w drugim roku hodowli. Kopa to z kolei jednostka miary wynosząca 60 sztuk. Zatem jeżeli Doberski potrzebował 40 kóp, to znaczy, że zamierzał kupić 2400 sztuk ponadrocznych rybek. O gatunku w ogłoszeniu nie ma niestety ani słowa. Tak czy inaczej, przeżywalność kroczka jest znacznie wyższa niż narybku. Doberski po latach mógł więc odłowić tyle ryby, ile wpuścił do stawu. Żadna rodzina tego nie przeje. Najprawdopodobniej część ryb sprzedawał. Dlatego stawy hodowlane Doberskiego kwalifikujemy do agrobiznesu.

        Idźmy dalej. Tym razem do prasy urzędowej. A konkretnie do „Dziennika Urzędowego Ministerstwa Sprawiedliwości”. W dodatku do tego Dziennika [R.8, Nr 108) z 13 grudnia 1924 roku znajduje się obwieszczenie, że „do rejestru handlowego, Działu A, sądu okręgowego w Łomży wciągnięto d. 29 listopada 1924 r. następujące firmy:”.

        Na liście nowowciągniętych, pod numerem 1980 znajduje się firma: „Michał Lis, sprzedaż towarów łokciowych na straganie, egzystuje od 1 lipca 1924 r. Właśc. Michał Lis. Siedziba firmy i właśc. w. Czarnowiec, gm. Rzekuń, pow. Ostrołęckiego”. Mianem towarów łokciowych określano przed wojną towary, które były sprzedawane na łokcie [przypis 1]. Bo łokieć to była jednostka miary długości. Czyli w asortyment towarów łokciowych wliczały się materiały tekstylne, wstążki, tasiemki, sznurki itp.

        Tu drobny wtręt lokalno-językoznawczy. We wpisie do ewidencji handlowej straganu Michała Lisa, zwraca uwagę słowo „egzystuje”. Słowo to obecnie ma dwa znaczenia. Po pierwsze znaczy to tyle co „istnieć, być”, po drugie: „prowadzić życie ograniczone do zaspokajania niezbędnych potrzeb”. Wydaje się, że dziś używa się słowa „egzystuje” przeważnie w tym drugim znaczeniu. Ale w Ostrołęce jest pamiątka tego, że kiedyś firmy „egzystowały” w znaczeniu „istniały”. Najstarsza w Ostrołęce cukiernia, na ulicy Głowackiego, ma wywieszony w oknie szyld. „Wyroby cukiernicze. J. Leszczyński. Firma egzystuje od 1918 roku”. Ten szyld wisi tam od zawsze.

        Handel na straganie towarami łokciowymi trudno uznać za agrobiznes w znaczeniu opisanym na początku tekstu. To tylko Kaczka Dziwaczka zjadając tasiemkę starą mówiła, że to makaron. Ludzie tasiemek nie jedzą. Zatem biznes Michała Lisa nie był stricte agrobiznesem. Ale inni ówcześni mieszkańcy Czarnowca o tym samym nazwisku, prawdopodobnie spokrewnieni lub spowinowaceni, prowadzili działalność rolną.

        Dowiadujemy się tego z obwieszczenia o licytacji dłużników. W „Przeglądzie Łomżyńskim” nr 34 z 26 sierpnia 1934 roku. „Komornik Sądu Grodzkiego w Ostrołęce II rew. zamieszkały w Ostrołęce przy ul. Szkolnej Nr 1, na zas. art. 602 i 604 K.P.C obwieszcza, że w dn. 1 września 1934 r. od godz. 9-ej w Czarnowcu gm. Rzekuń odbędzie się publiczna licytacja ruchomości, składających się z 7 prosiaków, 20 metrów żyta w słomie i 50 metrów kartofli, oszacowanych na łączną sumę 625 zł., które można oglądać na miejscu sprzedaży w czasie wyżej oznaczonym. Sprawa Państwowego Banku Rolnego Oddz. Gł. w Warszawie p-ko Leonowi Lisowi i inn.”.

        Zapewne część Czytelników w tym miejscu zdziwi się. „Jak to? Żyto na metry i kartofle na metry? Coś tu nie gra…”. Tak, ale tylko na pozór. Dawniej na wsi metr był również jednostką miary masy, a nie tylko długości. Metr to było sto kilo. Zwyczajowy metr to oficjalnie kwintal. Kto nie kupował – na metry – zapasu kartofli na zimę, ten jest młodym człowiekiem.

        W sprawie Leona Lisa istnieje jednak zagadka, czy odpowiadał za swoje, czy za cudze zobowiązania majątkowe. Oto bowiem pół roku wcześniej – 6 marca 1934 r. – sąd okręgowy w Łomży ustanowił Leona Lissa (tak, przez dwa „s” – zakładamy jednak, że to ten sam obywatel) kuratorem „dla ochrony praw i majątku, powstałego we wsi Czarnowiec, gminy Rzekuń, po nieobecnych w kraju: Feliksie, Bolesławie i Stanisławie Lissach, spadkobiercach Tomasza Lissa i Józefy Liss.” To sądowe obwieszczenie znaleźliśmy w „Kurjerze Warszawskim” nr 299 z 1934 roku.

        Ktoś, kto przeczytał obwieszczenie o licytacji ruchomości Leona Lisa, mógł w pierwszym odruchu pomyśleć: „narobił długów, to go zlicytowali, normalne”. Jednak licytacje komornicze czy skarbowe przeprowadzane w latach 30. XX wieku wymykają się temu uproszczonemu rozumowaniu.

        Lata 30. XX wieku to czas Wielkiego Kryzysu. Miał on światowy zasięg. Dotknął również polską gospodarkę, a w szczególności rolnictwo.

        Pierwszym rokiem kryzysu w rolnictwie był rok gospodarczy 1929/1930. Kryzys potoczył się lawinowo, osiągając dno w 1934/35 roku, kiedy to przychody gospodarstw chłopskich wynosiły zaledwie nieco ponad 35% przychodów z lat 1928-1929. Ceny żywności spadały, bo spadał popyt na żywność. Ludzie w miastach, których dochody też znacznie się obniżyły, albo spadły do zera bo poszli na bezrobocie, zaciskali pasa i kupowali znacznie mniej jedzenia niż kiedyś. Producenci żywności, żeby zachęcić do kupowania, jeszcze bardziej schodzili z cen, jeszcze bardziej przy tym obniżając swoje dochody. I tak ta spirala się nakręcała.

        Doszło to tego, że aby otrzymać kwotę pieniędzy taką samą jak w 1928 roku, w 1935 roku rolnik musiał sprzedać trzykrotnie większą ilość produktów.

        Jednocześnie banki i skarbówka bezwzględnie dochodziły swoich należności. W tamtym czasie podatnicy nie zrzucali się na dopłaty do produkcji rolnej. Sami rolnicy płacili zaś aż dziewięć podatków (gruntowy, dochodowy, 10-procentowy nadzwyczajny dodatek do podatku głównego, nadzwyczajna darowizna majątkowa, dodatek na interwencję zbożową, opłaty i dopłaty drogowe, podatek wyrównawczy, podatek inwestycyjny i szarwark). [przypis 2]

        Biorąc więc pod uwagę, że Bogdana Lisa bank chciał zlicytować w 1934 roku, można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że Lis był ofiarą wielkiego kryzysu w rolnictwie.

        Prawdopodobnie również z powodu złej sytuacji ekonomicznej wywołanej kryzysem w długi wobec urzędu skarbowego popadli Wyszomirscy – ziemiańska rodzina z Czarnowca mieszkająca w dworze.

        Działo się to również w 1934 roku. Urząd Skarbowy w Ostrołęce obwieścił w „Przeglądzie Łomżyńskim” (nr 11; 18 marca 1934), że „dnia 28 marca 1934 r. o godz. 10 rano celem uregulowania zaległych należności skarbowych od p. Wyszomirskiego Romana zam w Czarnówcu gm. Rzekuń odbędzie się licytacja następujących przedmiotów: 1) 2 krowy czarno-pstre 280 zł., 2) 5 sztuk jałowizny 100 zł., 3) 3 cielaki 30 zł., 4) 6 świń starszych 300 zł., 5) 8 prosiąt 8-mio miesięcznych 320 zł., 6) 19 prosiąt 19-miesięcznych 190 zł. Zajęte przedmioty można oglądać w dniu licytacji od godz. 10 rano do godz. 13-ej u zobowiązanego.” Obwieszczenie w zastępstwie kierownika urzędu skarbowego podpisał Adam Aloszyn.

        Utrata siedmiu sztuk bydła musiała być uszczerbkiem dla zdolności produkcyjnych gospodarstwa Wyszomirskich. Przypomnijmy, że mleko z ich gospodarstwa było sprzedawane w Warszawie. Pierwszy poranny pociąg do Warszawy zatrzymywał się w Czarnowcu w polu, bo nie było przecież u nas stacji, a furmani przeładowywali konwie z mlekiem z udoju w dworskiej oborze.

        Na podstawie analizy obwieszczeń o licytacjach, wiemy tylko tyle, że zostały one ogłoszone. Czy się odbyły i z jakim skutkiem – tego nie wiemy.

        Wiadomo natomiast na pewno, że Wyszomirscy poszukiwali innych źródeł dochodu niż tylko produkcja żywności. W 1935 roku wynajmowali pokoje letnikom. 2 czerwca 1935 roku w „Kurjerze Warszawskim” nr 150 zamieścili ogłoszenie o treści: „Dwór Czarnowiec, koło Ostrołęki przyjmuje gości. Obfite odżywianie. Sporty. Miejscowość lesista. Ceny przystępne. Wiadomość: Waliców 10 m. 33, telefon 6-60-19”.

        Obfite odżywianie w lesistej miejscowości i do tego „sporty”… Aż chciałoby się poodpoczywać w Czarnowcu. Rozbudza wyobraźnię jakie sporty oferowali gościom Wyszomirscy, ale poza tym jednym słowem w ogłoszeniu drobnym, nic o sportach nie wiadomo. Na pewno klubu kolarskiego wówczas w Czarnowcu nie było 🙂

        Ciekawość budzi też adres i telefon, pod które mieli się zgłaszać amatorzy agroturystyki w Czarnowcu. W „Spisie Abonentów Sieci Telefonicznej m. st. Warszawy” za rok 1939/40 wskazany w ogłoszeniu numer przypisany jest do… paszteciarni „Styl”. Ta paszteciarnia mieściła się jednak na Krakowskim Przedmieściu 53, a nie na Waliców 10. Do numeru 6 60 19 i paszteciarni „Styl” książka telefoniczna przyporządkowuje trzy nazwiska: Jerzego Grabowskiego, Józefa Dembińskiego i Stanisława Kowalczyka. Ale też żaden z nich – nie widnieje na liście lokatorów kamienicy na Waliców 10. Niewykluczone więc, że w sprzedaży wiejskiego wypoczynku u Wyszomirskich pośredniczyły, równolegle, dwa podmioty: paszteciarnia „Styl” i tajemniczy ktoś, mieszkający na Waliców 10. [przypis 3]

        I na koniec jeszcze dwa przejawy aktywności agrobiznesowej mieszkańców Czarnowca przed wojną. Rolnicy z naszej wsi postanowili się zrzeszyć. „Dnia 20 lutego 1936 roku odbyło się zebranie mieszkańców wsi Czarnowiec, gminy Rzekuń, na którem postanowiono wznowić działalność Kółka Rolniczego. Na zebraniu obecny był p. Bełczowski, kier. Pow. Zw. Roln.” – donosi „Przegląd Łomżyński” z 22 marca 1936 r.

        W tym samym numerze czasopisma znajduje się również odredakcyjna notatka, że „Dnia 9 marca w sali Zarządu Gminnego w Rzekuniu odbył się pod przew. p. Dzierżawskiego kurs ogrodniczo-pszczelarski, w którym wzięło udział około 30 osób. Po skończonym kursie postanowiono założyć przy Kółku Rolniczem w Czarnowcu Gminną Sekcję Ogrodniczo-Pszczelarską z siedzibą w Rzekuniu”.

        Przypomnijmy też, że młody dziedzic Zygmunt Wyszomirski, który był absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Cieszynie, spotykał się społecznie z rolnikami i dzielił się swoją uczelnianą i praktyczną wiedzą o rolniczych sprawach.

        Jacek Pawłowski

        [przypis 1] Podracki Jerzy, 2006, Dawne (i nowsze) jednostki miar, [w:] Czynić słowami. Studia ofiarowane Krystynie Długosz-Kurczabowej, Warszawa, s. 259-265.

        [przypis 2] Opis wielkiego kryzysu w polskim rolnictwie sporządziłem na podstawie artykułu Wiesława Musiała „Wielki kryzys ekonomiczny w rolnictwie polskim – przypomnienie i przestroga” w „Journal of Agribusiness and Rural Development” nr 3 (13) 2009, str. 155-162.

        [przypis 3] Numer telefonu z adresem skojarzył – po przeczytaniu pierwszej wersji tego tekstu – dziennikarz i historyk Mariusz Nowik. Akapit opatrzony przypisem 3 został zaktualizowany – w stosunku do wersji z 28 września – na podstawie tropów podpowiedzianych nam przez autora „Palmir” i „Krwawych dożynek – 1943”.




        80. rocznica wybuchu powstania warszawskiego

        80. rocznica wybuchu powstania warszawskiego

        Plakat wzywający do powstania – IPN

        Na mocy rozkazu dowódcy Armii Krajowej, gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” powstanie warszawskie rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 r. o 17.00, tzw. godzinie „W”. Miało na celu wyzwolenie stolicy spod niemieckiej okupacji przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej. Armia Krajowa i władze Polskiego Państwa Podziemnego zamierzały ujawnić się i wystąpić wobec Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (utworzonego w Lublinie i zależnego od woli Stalina) w roli gospodarza (jako jedyna legalna władza niepodległej Rzeczypospolitej). Powstanie, planowane na kilka dni, upadło 3 października po 63 dniach walki. W jego wyniku zginęło od 16 tys. do 18 tys. żołnierzy AK i od 150 tys. do 180 tys. cywilów. Po kapitulacji Warszawa została doszczętnie zniszczona przez Niemców.
        (IPN)

        „…Często się mawia – i nie bez racji – że historycy powinni zachowywać emocjonalny dystans wobec tego, o czym piszą. Ale jest też prawdą, że historycy, którzy zachowują całkowity dystans i trzymają się z dala od opisywanych zdarzeń, są narażeni na niebezpieczeństwo braku świadomości moralnych dylematów i emocjonalnych cierpień innych ludzi. A takiego konfliktu jakim było Powstanie Warszawskie, nie da się w pełni opisać wyłącznie w kategoriach akcji wojskowych i politycznych manewrów. Empatia i wyobraźnia są równie konieczne jak wyważone sądy…”

        Norman Davies

        To także nasza historia, historia naszej wioski i naszej gminy!
        Dziś prezentujemy indeks powstańców z gminy Rzekuń, którzy walczyli w ogarniętej wojną Warszawie, pod ciągłym ostrzałem Niemców. Mamy wielką nadzieję, że w przyszłości szerzej będziemy mogli opisać prezentowane osoby. Może dowiemy się także o innych rzekuńskich powstańcach warszawskich?


        Czajkowski Bohdan – Zabiele?

        Czajkowski Bohdan „Jamnik” Zabiele? (24.06.1924-Zabiele – 25.09.1977-Warszawa), rodzice Ludwik, Julia. Starszy strzelec.
        Oddział: II Obwód „Żywiciel” (Żoliborz) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – zgrupowanie „Żniwiarz” – pluton 230

        Przypinka, Powstanie Warszawskie Zgrupowanie „Żniwiarz”. fot. wikipedia


        Falkowska Zofia z Rośniańskich – Piotrówka

        Falkowska Zofia z Rośniańskich, „Zośka”, Piotrówka/Teodorowo (1910-1997), rodzice Piotr, Eugenia z Kowalskich. Łączniczka.
        Brak opisów szlaku powstańczego.



        Falkowska Zofia z Rośniańskich, na schodach dworu w Piotrówce - później Teodorowie
        Falkowska Zofia z Rośniańskich, na schodach dworu w Piotrówce – później Teodorowie -1987 r.
        Falkowska Zofia z Rośniańskich, na schodach dworu w Piotrówce - później Teodorowie
        Piotrówka, 1987 r. Zofia Falkowska z Rośniańskich. fot. Norbert Zgliński

        Właściciel i jego adres:
        Zofia Falkowska, Teodorowo 26, gmina Rzekuń, województwo ostrołęckie.

        Opis pochodzi z karty ewidencji zabytków założonej przez mgr inż. Sławomira Pawlika w dniu 1992.06.02
        Ośrodek dokumentacji zabytków w Warszawie – karta ewidencyjna zabytków architektury i budownictwa.
        Drewniany dworek wybudowany został w latach 1905-1907 przez generała Piotra Rośniańskiego na terenie posesji, którą generał nabył od Franz*a Fischera za sumę 15000 rubli w 1897 roku. Generał Rośniański był dowódcą stacjonującego w Wojciechowicach 22. Niżogorskiego Pułku Piechoty.
        Równocześnie z pracami przy budowie dworku prowadzone były roboty przy zagospodarowaniu przestrzennym posesji. Wykopano staw, usypano wał ziemny wzdłuż południowej granicy posiadłości, zasadzono sosny i drzewa liściaste. W ten sposób zachodnia część posiadłości (wokół dworku) została urządzona w formie parku.
        Na krótko przed wybuchem I wojny światowej, emerytowany już generał Rośniański zmarł. Po wybuchu I wojny światowej wdowa po generale Rośniańskim Eugenia (z domu Kowalska) została wraz z czteroletnią córką Zofią ewakuowana do Połtawy. Po wybuchu rewolucji w Rosji wyjechały do Bułgarii by powrótcić do Polski w 1927 roku.
        W dworku mieszkali oficerowie 5-go Pułku Ułanów Zasławskich. W tym samym roku p.Rośmiańskie odzyskały z powrotem swą posiadłość wraz z dworkiem. W 1934 roku Zofia Rośniańska wyszła za mąż za Mieczysława Falkowskiego, rotmistrza 5-go Pułku Ułanów i opuściła swą rodzinną posiadłość, Dwór pozostał pod opieką matki, Eugenii Rośniańskiej. W czasie II wojny światowej w dworku mieściła się strażnica niemiecka, a poprzez północną część parku przebiegała granica niemiecko-radziecka (do 1941 r.). W 1945 roku Zofia i Mieczysław Falkowscy powrócili do Teodorowa. Dworek był zdewastowany. Brak było okien, drzwi, podłóg, częściowo zerwany był dach. W miarę możliwóści uzupełniano ubytki. W 1970 r. pokrycie dachowe z papy zmieniono na pokrycie z blachy,

        Rodzice Zofii
        Zofia Rośniańska z rodziną

        Grobowiec rodziny Falkowskich, fot: Marek Karczewski

        Grobowiec rodziny Falkowskich na cmentarzu parafialnym w Ostrołęce
        – Zofia Falkowska (1910-1997),
        – Mieczysław Falkowski (1898-1981),
        – Zbigniew Falkowski (30.04.1935-18.041997). Urodził się w Chełmie Lubelskim, syn Mieczysława i Zofii z Rośniańskich. Magister historii. Jako robotnik pracował w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, w latach 1957-1998 zajmował się dziennikarstwem
        i pisarstwem, pracował w różnych redakcjach, opublikował w pismach ogólnopolskich. Spoczywa w grobie rodzinnym z ojcem rotmistrzem Mieczysławem (1898—1981) — oficerem Kedywu Armii
        Krajowej, ps. „Marek”, nauczycielem i matką Zofią z Rośniańskich
        (1910—1997) — nauczycielką, łączniczką Armii Krajowej, ps. „Zośka”.
        – Witold Falkowski (1941-2017)


        Kafarski Antoni – Rzekuń

        Naszywka, Powstanie Warszawskie Zgrupowanie „Bartkiewicz”. fot. specarms.pl

        Zgrupowanie Bartkiewicz było oddziałem Armii Krajowej walczącym w okresie powstania warszawskiego od 5 sierpnia do 3 października 1944. Zgrupowanie zostało zorganizowane 5 sierpnia 1944 z plutonów osłonowych dowódcy Obwodu I Śródmieście płk. Franciszka Pfeiffera „Radwana”, 100 kompanii sztabowej obwodu, oddziału NSZ, oddziału KPN oraz żołnierzy 101 kompanii WSOP, żołnierzy z innych oddziałów oraz ochotników. Zgrupowanie operowało w rejonie pomiędzy ulicami Świętokrzyską – Mazowiecką – Placem Małachowskiego – Kredytową – Królewską – Marszałkowską.

        Kafarski Antoni „Tolek”, (04.12.1912-Rzekuń – 12.09.1985-Warszawa), rodzice Antoni, Sabina. Strzelec – kapral.
        Oddział: I Obwód „Radwan” (Śródmieście) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – zgrupowanie „Bartkiewicz” – 1. kompania (dawny pluton 1114) – I pluton „Leszczyny” (Zygmunt Leszcz), ochotnik.
        Szlak bojowy: Śródmieście Północ. W dniu 4 sierpnia 1944 r. zaalarmował stacjonującą przy ul. Kredytowej 1. kompanię „Andrzeja Prawdzica” (Kazimierz Czyż) o ataku Ukraińców i Niemców na dom nr 25, sprowadził pomoc, wziął udział w rozpoznaniu i w walce podczas podpalania domów ul. Królewskiej. Zaprzysiężony, jako żołnierz AK 8 sierpnia 1944 r. z przydziałem do I plutonu 1. kompanii. Od tego dnia pełnił funkcję obserwatora na odcinku ul. Królewskiej (domy nr 25, 27, 29). Brał udział w zniszczeniu czołgu przez oddział „Roberta” (róg Marszałkowskiej i Królewskiej). Po wybuchu ,”goliata” w bramie domu nr 27 objął komendę nad I plutonem i odparł przy współudziale „Żarskiego” i reszty powstańców atak Ukraińców – za co został podany w ostatnim rozkazie do odznaczenia Krzyżem Walecznych, jednak na skutek kapitulacji ogłoszonej w następnym dniu, odznaczenia nie otrzymał.
        Losy po powstaniu: Niewola niemiecka (5.10.1944-15.04.1945) – jeniec w Stalagu XI B w Fallingbostel, następnie w Stalagu VI J w Dorsten, gdzie pracował w aptece obozowej. Numer jeniecki: 140067. Lekko ranny w ramię.
        Losy po wojnie: W okresie od 16 kwietnia do 31 lipca 1945 r. – po wyzwoleniu z niewoli przez Armie Sprzymierzone, sanitariusz w ambulatorium obozu wojskowego w Wittbeck, w oparciu o dowództwo DP w Celle organizował pomoc żywnościową dla więźniów obozu koncentracyjnego w Bergen Belsen. Od 1 sierpnia do 30 listopada 1945 r. organizował lecznictwo, mianowany przez dowództwo DP w Celle, p.o. naczelnego lekarza obozu wojskowego Unterluess koło Hannoveru. Od grudnia 1945 do czerwca 1946 uczęszczał na wykłady Wydziału Medycyny Uniwersytetu UNRRA w Monachium. Wrócił do Polski na początku czerwca 1946 roku. Zmarł 12.09.1985 r. w Warszawie.
        Ojciec „Tolka”, również Antoni był w latach 1909-1914 nauczycielem w Szkole Gminnej w Rzekuniu, która powstała w 1893 roku.


        Opęchowski Mieczysław – Dzbenin

        Opęchowski Mieczysław „Błyskawica”/”Janusz”, (02.02.1925-Dzbenin – 14.05.2010-Warszawa), rodzice Konstanty, Antonina z Olbrysiów. Starszy strzelec.
        Oddział: Armia Krajowa – I Obwód „Radwan” (Śródmieście) – zgrupowanie „Chrobry II” – I batalion „Lecha Żelaznego” – 3. kompania – III pluton
        Szlak bojowy: Śródmieście Północ
        Losy po powstaniu: Niewola niemiecka – jeniec Stalagu X B Sandbostel, od 13.11.1944 osadzony w obozie jenieckim Stalag XVIII C (Markt-Pongau). Nr jeniecki 222252
        W 1995 roku w Muzeum Woli otwarto wystawę „Dar dla przyszłych pokoleń. Pamiątki z lat 1939-1944”, na której znalazła się powstańcza broń przekazana przez Mieczysława Opęchowskiego „Błyskawicę” Mieczysław Opęchowski razem z nieżyjącym bratem Janem przechowywali broń do 1991 roku, kiedy przekazali ją Zarządowi Zgrupowania „Chrobry II”. Stamtąd karabiny, pistolety i amunicja trafiły do Muzeum Woli ( łącznie 19 sztuk broni) „Tuż po kapitulacji powstania dostaliśmy rozkaz od dowódcy zgrupowania, żeby schować broń i wydobyć ją dopiero w wolnej Polsce” wspominał Mieczysław Opęchowski w 1995 r.
        Pochowany: Warszawa, Cmentarz Północny (Wólka Węglowa) Kwatera: S-IX-1, rząd I, grób 14

        2006 r. Opęchowski Mieczysław, Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego. Ulepszenie upscaleMedia, dostęp 28.07.2024
        Naszywka, Powstanie Warszawskie Zgrupowanie „Chrobry II”. fot. specarms.pl

        Poniżej prezentujemy tekst wywiadu z Mieczysławem Opęchowskim, z 2006 r. opublikowany na stronie 1944.pl

        Nazywam się Mieczysław Opęchowski, urodziłem się 2 lutego 1925 roku w Dzbeninie powiat Ostrołęka, pseudonim „Błyskawica”, stopień plutonowy, Zgrupowanie „Chrobry II”.
        Co pan robił przed wybuchem wojny, przed 1939 rokiem? Gdzie pan mieszkał?
        W Warszawie, Krakowskie Przedmieście 15/17.
        Ale urodził się pan w powiecie Ostrołęka, to kiedy pan przyjechał do Warszawy?
        Jeszcze przed wojną. Ojciec był nauczycielem w Ostrołęce, [gdy] zmarł, matka przeniosła się i zabrała mnie do Warszawy.
        Który to był rok?
        Ojciec zmarł w 1932 roku, a przenieśliśmy się do Warszawy chyba w 1937, 1936 roku, to już dokładnie trudno mi powiedzieć.
        Tata był nauczycielem? W jakiej szkole?
        W Ostrołęce.
        Nie pamięta pan jaka to była szkoła?
        Nie.
        Jak się tata nazywał?
        Konstanty Opęchowski. Mam zdjęcia ojca, był też wojskowym, był w Legionach.
        Wtedy właśnie po śmierci taty, mama zdecydowała, żeby…
        … do Warszawy przenieść się.
        Miał pan rodzeństwo?
        Miałem trzech braci i siostrę. Siostra zmarła w czasie okupacji.
        Mieszkaliście państwo na Krakowskim Przedmieściu?
        Potem Niemcy zabrali nasze mieszkanie i przenieśliśmy się na Śliską 40, mieszkania 41.
        Jak pan zapamiętał wybuch wojny?
        Rano, bardzo wcześnie, nalot samolotów i bombardowanie Warszawy. To było straszne.
        Czy pan i pana rodzeństwo braliście udział w obronie Warszawy w 1939 roku?
        Nie, nie braliśmy udziału w obronie, bo pułkownik Umiastowski wtedy wszystkich [wezwał i] ogłosili żeby wszyscy młodzi ludzie wychodzili z Warszawy i szli na wschód.
        Pan razem z braćmi…?
        Nie, ja zostałem w Warszawie, bo byłem małym dzieckiem. Bracia starsi wyszli, później wrócili po zakończeniu wojny, to znaczy po zajęciu Warszawy przez Niemców.
        Pamięta pan jak Niemcy wkroczyli do Warszawy?
        Trudno mi powiedzieć w tej chwili, po prostu butni byli, maszerowali, stukot butów, ale unikaliśmy ich…
        Jak wspomina pan lata okupacji?
        Strasznie, bo wszystko było zbombardowane, wszystko ograniczone, łapanki na ulicach od razu, rozstrzeliwania na ulicach, jak okupacja hitlerowska.
        Wcześniej mówił pan, że musiał pan się przeprowadzić razem z mamą i z rodzeństwem. Przyszli Niemcy i powiedzieli, że to mieszkanie jest dla nich?
        Zabrali to mieszkanie dla jakiegoś Niemca, lub jakiegoś folksdojcza, nie wiem. To było przy Pałacu Potockich, oficyna Pałacu Potockich. Od razu wynosić się i powiedzieli: „Macie tam na Śliskiej jakieś mieszkania”. Bo zmniejszyli getto, Żydów ścieśnili i na to miejsce dawali mieszkania tym, co zabierali im Niemcy, lub jakiś folksdojcz zabrał. Dostaliśmy na Śliskiej dwa pokoje z kuchnią i tam do Powstania [mieszkaliśmy], w Powstanie zostało zburzone, zbombardowane.
        Z czego się utrzymywała pana rodzina w czasie okupacji?
        Troszkę z handlu różnego rodzaju.
        Czy jeździło się gdzieś poza Warszawę po mięso?
        Po mięso już później, w późniejszym czasie, od 1942 roku, jak wyjeżdżaliśmy w teren, na działania, to się zawsze coś przywiozło, kawałek mięsa, czy zboża, czy mąki, tak że było dość ciężko.
        Pana siostra umarła? Czy to była śmierć naturalna?
        Śmierć naturalna. Siostra zmarła w czasie okupacji w 1940 roku. Wyszła za mąż w Dzbeninie, tam została, męża Niemcy zabrali do obozu, a ona sama tam pracowała na gospodarstwie, które po mężu miała i wykończyła się.
        Jak miała na imię?
        Janina.
        Czy w czasie okupacji przystąpił pan do konspiracji?
        Od lutego 1942 roku do Polski Niepodległej.
        Czy ktoś z rodzeństwa czy z pana kolegów panu zaproponował?
        Raczej z rodzeństwa. Dowódcą całego zgrupowania, całej organizacji Polska Niepodległa, był „Grom” Sannicki. Natomiast rozkazy dostawaliśmy przez kapitana „Leszcza”, on był naszym dowódcą, któremu podlegaliśmy, a bezpośrednio podlegał pod komendanta Sannickiego.
        To był pan i pana bracia?
        Jeden brat Janek był, co teraz nie żyje i byli inni koledzy.
        Pamięta pan tych kolegów?
        Z nazwisk, pseudonimów. Był tam Wacław Kraska, Morozek Władysław.
        Składał pan przysięgę?
        Przysięgę tak, mam legitymację. 2 lutego 1942 roku zostałem zaprzysiężony.
        Był pan sam czy z kolegami?
        Nie, byli jeszcze inni. W lokalu przyszedł dowódca i odbierał przysięgę. Każdy z nas składał przysięgę i później już byliśmy wcielani do konkretnych plutonów, czy do konkretnych zadań. Byłem przydzielony do plutonu dywersji, który miał działania wyjazdowe na tereny przyłączone do Rzeszy: Ostrołęka, Przasnysz, Maków, Myszyniec i tereny Warszawy.
        Pan razem z bratem?
        Razem z bratem Jankiem.
        Może ze względu na to , że znał pan tamte rejony?
        Znałem i brat znał. Byliśmy troszeczkę bardziej obeznani z tymi terenami niż [osoby] z innych terenów.
        Jak odbywały się akcje? Jak przychodził rozkaz?
        Rozkaz, bez rozkazu nic nie wolno było.
        Ale jak to było? Przychodził jakiś łącznik?
        Najczęściej dostawaliśmy rozkazy bezpośrednio od kapitana „Leszcza”, który miał te rozkazy z góry i wtedy się wykonywało.
        A jakie to były zadania?
        Pani wybaczy. Były różne, nie będę się chwalił, żadnym bohaterem nie jestem. Jak trzeba było gdzieś jakąś akcję…, to się wykonywało.
        Ale tu nie chodzi o chwalenie się, tu chodzi o przekazanie historii.
        Co mogła dywersja robić? Dywersja to były różne zadania, to były zadania po prostu jakieś nawet propagandowe, żeby Polacy wiedzieli, że działa jakaś armia, że jest partyzantka, żeby nie byli tacy przygnębieni. Były jakieś zasadzki, czasem na Niemców, czasem Niemcy na nas. Nie chwalę się, że kogoś zabiłem, bo wie pani jak to jest, żołnierz strzela, Pan Bóg kule nosi.
        Pod [Ostrołęką, stacją PKP], na tamtych terenach, wysadziliśmy jeden pociąg w 1943 roku, w ten sposób, że na stacji Goworowo dyżurny ruchu zatrzymał jeden pociąg, nie przepuścił. Te, co na Ostrołękę szły, jednotorowe były i jak miał wyjechać pociąg z terenów Rzeszy, to wtedy dyżurny puścił ten pociąg, maszynista po jakimś czasie wyskoczył z polskiego pociągu i pociągi się zderzyły.
        Rozumiem, że ci kolejarze też należeli do konspiracji?
        Tak, [możliwe, że byli w konspiracji], oni nam pomagali. Przez granicę przejeżdżaliśmy nieraz w wagonach bagażowych. Oczywiście zawsze dostawali parę złotych za to.
        Po przejechaniu granicy na teren Rzeszy, nie dojeżdżając do stacji [Ostrołęka], maszynista przyhamowywał trochę, wyskakiwaliśmy w biegu z pociągu i do lasu. Potem przemarsz przez Narew. [Przepływaliśmy, bo most na Narwi był strzeżony przez Niemców].
        Panowie wsiadali w Warszawie?
        W Warszawie.
        Było uzgodnione z maszynistą, ale jechaliście już z bronią, czy odbieraliście ją na miejscu?
        Pierwszą broń to mieliśmy tu, stąd z Warszawy, a później już w Goworowie.
        Stacja Goworowo, to była wioska [Żabin], tam mieliśmy panią Śpiewakową, u niej mieliśmy placówkę, metę, to była wdowa, ale bardzo odważna kobieta, pomagała nam, [zawiadamiała, informowała] nas, opowiadała gdzie, co się dzieje i później wykonywaliśmy zadania, które były nam zlecone.
        Jakie były jeszcze inne zadania oprócz wysadzania pociągów?
        Czasem odbicie kogoś z aresztu.
        Skąd, z jakiego aresztu?
        Z Rzekunia na przykład, matkę naszego kolegi z drużyny Tadeusza Krupy.
        W Rzekuniu był areszt na plebanii, z plebanii odbijaliśmy jego matkę. Jeszcze były różne, ale już nie mogę, naprawdę trudno coś spamiętać to jest raz, a drugie nie ma co wspominać.
        To są bardzo ważne rzeczy, ważne informacje, walka z okupantem. Czy pana mama wiedziała o tym co pan robi z bratem?
        Nie, ani ja, ani brat, nie tłumaczyliśmy mamie, nie wiedziała nic, absolutnie.
        Ale takie wyjścia z domu trwały kilka dni…
        Mówiliśmy, że jedziemy na wieś za jakąś żywnością, czy coś takiego. Takie tłumaczenie było. Nawet jak do Powstania szliśmy, to też powiedzieliśmy, że tylko na trzy dni idziemy.
        Pan powiedział, że miał pan trzech braci?
        Trzech.
        Trzech, a dwóch pozostałych brało udział w konspiracji czy nie?
        Chyba tak, bo ten najstarszy był u „Radosława”, w Powstaniu był ranny, Czesław „Mściciel”. Janek „Jastrząb” był w jednym zgrupowaniu ze mną, tylko w innej kompanii, w kompanii kapitana „Kosa”.
        A trzeci brat?
        Trzeci to był małolat, on miał dwanaście lat, gazety w czasie Powstania roznosił, wiadomości. Jest tam gdzieś na zdjęciach.
        Jak on ma na imię?
        Stanisław.
        To pan nawet nie wiedział, że ten starszy brat, który później był u „Radosława”, że on w konspiracji działał?
        Nie, nie wiedziałem nic. Tylko wiedziałem z Jankiem… Najstarszy [brat] mieszkał na Żelaznej, my mieszkaliśmy gdzie indziej, na Śliskiej, to on już należał do innej organizacji.
        Po akcji zostawiali państwo broń u pani …?
        Śpiewakowej [w Żabinie].
        U pani Śpiewakowej, tam później była zostawiana broń, a wracali panowie jako…
        Tak, jako handlarze po prostu, z żywnością jakąś.
        Czy zawsze wszyscy wracali, czy było tak, że niestety, któryś z kolegów zginął lub został ranny?
        Zginął Franek Kruszewski, rozstrzelany w [Rybienku]. Z pociągu Niemcy wyciągnęli wszystkich, wtedy sam wracał, my zostaliśmy a on wracał do Warszawy, odprowadzili wszystkich mężczyzn pod lasek niedaleko [Rybienka] i wszystkich rozstrzelali. Zginął a za tydzień miał wziąć ślub ze swoją dziewczyną.
        To byli cywile, którzy zostali wyciągnięci z pociągu?
        Cywile, normalni cywile, pasażerowie, którzy byli wyciągnięci przez Niemców, bez żadnego powodu, bez niczego, kazali im się wszystkim położyć i rozstrzelali.
        Jak wyglądało życie codzienne w czasie okupacji?
        Jakie to życie codzienne mogło być?
        Miał pan jakieś dokumenty?
        Normalne kenkarty wydane przez Niemców, tak zwane dowody osobiste to były, ale w godzinę policyjną nie wolno już było wychodzić, jak się było w Warszawie. Jak się jechało na akcję na prowincję, to tam noc była nasza a nie ich, natomiast w Warszawie najczęściej noc ich była.
        Niemcy się bali?
        Bali się.
        Czy na tamtych terenach mieli panowie jakieś kontakty z miejscową partyzantką?
        Dowódcą oddziałów w Ostrołęce był „Lin”, to był sierżant przedwojenny.
        Kontaktowaliśmy się, on zresztą przesyłał nieraz meldunki, bo miał [z nami] kontakt i na jego kontakt, na jego wiadomość w dowództwie padał rozkaz, decyzja i trzeba było jechać i załatwić, czasem kogoś postraszyć.
        Polaków też?
        Jak byli tacy, którzy za bardzo się wysługiwali, czy chcieli się przymilić Niemcom, no to postraszyło się, tylko ostrzeżenie, włosy się obcięło jakiejś babce.
        Za to, że spotykała się z Niemcami?
        Tak, ale były bardzo rzadkie, przyznam się, że nie brałem nigdy udziału w takiej sytuacji.
        Ale to skutkowało?
        Skutkowało, bo na wsi, na prowincji, to się szybko roznosiło, mimo że nie było wtedy takich środków łączności jak teraz. Tak zwana poczta pantoflowa szybko [działała].
        Czy Pana odział przygotowywał się do Powstania?
        To już na kilka dni przed chodziło pantoflową pocztą o wybuchu, bo Niemcy już się wycofywali w lipcu, całe tabory ich przez Warszawę cofały się na zachód. Spodziewaliśmy się tego, na kilka dni wcześniej wiadomo już było. Dostaliśmy rozkaz nie wychodzenia, tylko pilnowania się, żeby w każdej chwili mógł łącznik powiedzieć co i jak. We wtorek pierwszego, przed ósmą rano chyba, łącznik przybiegł i powiedział, że zbiórka na Przemysłowej 9.
        Pamięta pan tego łącznika, jak się nazywał?
        To była kobieta, Stasia, tak zwana ciotka. Wie pani dlaczego ciotka? Bo one przechowywały cichociemnych, jak ich kierowali na kwaterę to mówili: „Ciotka się tobą zajmie”. Ona powiedziała, że na Przemysłowej 9 zbiórka, koncentracja i o czternastej mieliśmy odprawę.
        Co powiedział pan matce jak pan wychodził?
        Jak już na koncentrację szedłem, to już miałem chlebak, na trzy dni sucharki, ręcznik. Powiedzieli, że tylko na trzy dni wychodzimy, ale mama się coś tam domyślała.
        Brat wychodził na koncentrację Zgrupowania „Radosław”?
        Tak, ale on na Żelaznej mieszkał, mieszkał oddzielnie. Natomiast Janek dołączył do nas, mieszkał na Grochowie, ale jeszcze do niego pojechałem, powiedziałem, że zbiórka i on też. Wychodzimy z Przemysłowej 9 po odprawie, po dwóch, po trzech szliśmy przez całą Warszawę, piechotą na Plac Narutowicza. Mieliśmy za zadanie zdobyć akademik. Ci co nie mieli broni, część z nas miała broń…
        Pan miał?
        Miałem pistolet. Pluton dywersji to przeważnie [ma] swoją [broń]. [Ci co nie mieli], mieli otrzymać na placu Narutowicza. Przyszliśmy na plac Narutowicza, to było około szesnastej, wyjechały czołgi z Dworca Zachodniego, zatrzymały się przy placu Narutowicza na jezdni. Czołgiści z nich powychodzili i golili się, gdyby w tym czasie padł rozkaz żebyśmy [atakowali], to tych kilka czołgów byłoby łatwo zdobyć. Rozkazu nie było, czołgiści się ogolili, umyli, wsiedli do czołgów i pojechali w kierunku Pragi.
        Jak pojechali w kierunku Pragi, to tu krzyczą, że na moście Poniatowskiego zatrzymali samochód z bronią, miała to być przywieziona broń z Pragi. Później ktoś krzyknął: „Wawelska 60, po odbiór broni, do magazynu!”. Ci co nie mieli broni pobiegli na Wawelską 60, a za nimi Niemcy, to była zdrada jakaś chyba i wszystkich tam wybili. Natomiast ci co pozostali, to ktoś strzelił do majora niemieckiego, przechodził przez plac, to było chyba za piętnaście piąta. Z akademika odezwały się cekaemy, broń maszynowa, po placu pojechali, to my pod mur, pod akademik, żeby zejść z pola linii ostrzału. Kilka razy się do nich strzeliło w górę z pistoletu, część się wycofała, bo część Niemcy złapali na Wawelskiej 60, gdzie miała być broń, nas kilku zostało na Ochocie do wieczora. Przez całą noc siedzieliśmy w bramie i rano jak robotnicy z Dworca Zachodniego szli ze zmiany do domu, bo pracowało bardzo dużo kolejarzy, to między innymi nas trzech…
        Przedostaliśmy się, róg Towarowej i Alej Jerozolimskich, tam gdzie teraz jest Hotel Sobieski, stał na murze Niemiec z karabinem maszynowym, wszyscy szliśmy z rękami do góry, każdy trzymał w zębach, albo w ręku kenkartę. Róg Alej i Towarowej stały dwa czołgi, do siebie tyłem zwrócone, jedna lufa szła w kierunku Alej Jerozolimskich, w kierunku Pragi, druga Towarową w kierunku Woli, a przy czołgach było kilku [zabitych] powstańców.
        Pan był razem z dwoma kolegami, z tymi kolejarzami niby, udając, że wracacie z pracy?
        Tak, ktoś powiedział, że trzymać kenkarty albo w zębach, albo w rękach, ręce do góry, że wszyscy wracają. Niemcy patrzyli na nas i przepuszczali. Jak weszliśmy w Towarową, to jeszcze trzymaliśmy ręce w górze, dopiero jak doszliśmy do placu Kazimierza, stamtąd zobaczyliśmy, że tam już są powstańcy i skoczyliśmy od razu.
        Broń miał pan przy sobie, nigdzie pan jej nie zostawił?
        Z tyłu, za paskiem.
        A koledzy, tych dwóch kolegów, co szli z panem?
        Tego nie wiem. Dowiedziałem się gdzie jest dowództwo zgrupowania i z placu Kazimierza udałem się na Twardą 40. Zameldowałem się u kapitana „Proboszcza” Jaroszka. On mnie przydzielił do 3. kompanii, dał mi „Błyskawicę”. Spytał się o pseudonim, [mówię, że] „Błyskawica”. „No to masz »Błyskawicę«”. Tak trafiłem do kompanii porucznika „Zdunina” Bryma. 14 sierpnia zostałem ranny na poczcie.
        Jeszcze wracając do pierwszego dnia na Ochocie. Ktoś przyniósł jakąś mylną informację, że jest broń na Wawelskiej 60 i pana koledzy powstańcy tam zostali rozstrzelani?
        Nie widziałem jak ich rozstrzelano, tylko tego się należało domyślić, bo przecież jak Niemcy ich tam zgarnęli, to nie patyczkowali się z nimi.
        Nie pamięta pan nazwisk tych kolegów?
        Nie, bo to była kompania, to było ponad stu ludzi jak poszliśmy na Plac Narutowicza, kilku nas zostało, część wydostała się do lasów, w Lasy Janowskie, czy Chęciny, a reszta tych kilkunastu zostało, to przedostaliśmy się do Śródmieścia, zameldowaliśmy się i zostaliśmy przydzieleni.
        Tych dwóch pana kolegów, też poszli do Bryma, też się zgłosili na Twardą?
        Czy do Bryma, nie wiem, ja się zgłosiłem, a czy oni się zgłosili, trudno mi powiedzieć. Nie wiem naprawdę.
        Kiedy spotkał się pan z bratem i dowiedział, że on też jest w „Chrobrym II”?
        Z bratem się spotkałem jak już był w kompanii „Kosa”, to była 4. kompania, bo 5. to była „Janusza”. Z tym, że ja byłem do końca żołnierzem i wyszedłem 5 października, natomiast brat wyszedł wcześniej, 27 września z cywilami i gorzej trafił niż ja, bo trafił do „koncentraka” jeszcze, a ja jako żołnierz do obozu jenieckiego.
        Walczył pan na Dworcu Pocztowym?
        Na dworcu pocztowym byłem, ale jak był atak na PAST-ę na Zielnej, to z poszczególnych kompanii dowódcy delegowali swoich żołnierzy, kilku na pomoc.
        Pan zgłosił się na ochotnika?
        Każdy szedł na ochotnika. Dowódca powiedział: „Wystąp, kto chce!”. Wybierał jeszcze tych, których jego zdaniem można było wysłać i delegował, rozkaz był i się szło. PAST-ę w zasadzie zdobywał Batalion „Kilińskiego”, tylko z różnych oddziałów była jednak pomoc. Kapitan „Kos” z 4. kompanii wziął nas pod swoje rozkazy i wtedy do ataku na PAST-ę, pomagaliśmy ją zdobywać.
        Czy mógłby pan opowiedzieć przebieg zdobywania PAST-y?
        Zielna, samo zdobycie, to mógłbym opowiedzieć strasznie, ale to byłaby przesada.
        Dużo poszło powstańców z „Chrobrego II”?
        Do pomocy?
        Tak.
        No na pewno pluton, to jest około trzydziestu ludzi i to z różnych kompanii, nie tylko z kompanii „Zdunina” czy „Kosa” czy innych, ale około trzydziestu, bo tam pomoc była potrzebna. 20 sierpnia byłem przy tym jak zabraliśmy około stu Niemców do niewoli.
        Jak ci Niemcy zachowywali się, kiedy wychodzili?
        Jak tchórze.
        Bali się?
        Tak, myśleli że ich wszystkich rozwalimy od razu, ale przecież nie byliśmy zbrodniarzami, ani nie jesteśmy. Mieli lepiej w niewoli jak ich trzymaliśmy niż my.
        Gdzie byli trzymani ci Niemcy?
        W różnych [miejscach], w kinie byli trzymani, w salach kinowych…
        W których salach kinowych?
        „Polonia”, jeszcze gdzieś, ja ich nie pilnowałem, tylko wiem, że brało się Niemców, żeby rozbrajali pociski, te które nie wybuchły. Z „grubej Berty” na przykład, to taki pocisk około tysiąca kilogramów, oni rozbierali te pociski i z tego materiał wybuchowy brali nasi saperzy i wykonywali różne granaty z tego.
        Jeszcze jak były walki o PAST-ę, to pan i pana koledzy byli pod rozkazami „Kilińskiego”?
        Byliśmy pod rozkazami kapitana „Kosa”, a kapitan „Kos” był na pewno pod rozkazami dowództwa „Kilińskiego”, bo to musiało być zgrane, uzgodnione.
        Część zdobytej broni na Niemcach w budynku PAST-y otrzymał też „Chrobry II”?
        Mieliśmy swoją broń, nie braliśmy. Może otrzymali, o czym nie wiedziałem, przecież nie wszystko mogłem wiedzieć i widzieć. Mieliśmy broń, z bronią przyszliśmy i z bronią [odeszliśmy].
        Był jakiś taki moment strachu przy zdobywaniu PAST-y, czy były jakieś takie bardzo niebezpieczne chwile?
        Były niebezpieczne chwile strachu na pewno, nie wierzę tym co by twierdzili, że się nie bali, tylko że każdy szedł i emocjonalnie był tak podniecony, że jak już wpadł w ten rytm walki, to już nie zastanawiał się nad tym. Przecież dużo chłopców tam zginęło.
        Wtedy przy zdobywaniu PAST-ty?
        Tak.
        Któryś z pana kolegów?
        Nie, akurat nie, z kolegów nie.
        Później wrócił pan z powrotem do Bryma?
        Po zdobyciu PAST-y, wróciliśmy wszyscy z powrotem, ja wróciłem do 3. kompanii, inni do swoich kompanii, w których byli i na poczcie byłem do końca.
        Jak wyglądało życie codzienne w oddziale – poza polem walki. Gdzie się spało?
        Na podłodze się spało. Tam była tak zwana Poczta Dworcowa, róg Alej [Jerozolimskich] i Żelaznej, naprzeciwko Dom Turystyczny. Na podłodze po prostu, na betonie, albo w okopie, w rowie, bo mieliśmy pozycje frontowe, bo po drugiej stronie byli już Niemcy, też „ukraińcy” i krzyczeli: „Poddajcie się Lachy! Poddajcie się Polacy!”. My też im odkrzykiwaliśmy, ale to się nie nadaje, bo wulgarnie im się odpowiadało i tak do 5 października.
        Jak było z wyżywieniem?
        Było różnie z wyżywieniem, była kaszka „pluj”. Raz jak kilku z nas w nocy przeszło do garaży na niemiecką stronę, zabiliśmy wieprzka jakiegoś, ja go oczywiście nie zabijałem, bo byłem w obstawie i kilka kilogramów wieprzowiny się przyniosło, to zaraz do kotła wrzucili. Z żywnością niespecjalnie było. Od Haberbuscha zboże przynosili, nawet w młynkach do kawy mielili na zupę, tak zwaną zupę-pluj, to i jęczmień, i wszystko co tam było.
        Czy były problemy z wodą?
        Z wodą to były problemy, ale jakoś u nas na Żelaznej dawali radę, bo zawsze mieliśmy na pierwszej pozycji, zawsze ktoś nam podrzucił trochę wody.
        Czy miał pan w czasie Powstania kontakt z mamą?
        Miałem, jak zostałem ranny.
        Kiedy pan został ranny?
        14 sierpnia o siedemnastej.
        W jakiej sytuacji? Był pan na barykadzie?
        Na barykadzie, na Poczcie Dworcowej w Alejach Jerozolimskich.
        Gdzie został Pan ranny?
        W nogi dostałem z granatu. Na Śliskiej w szpitalu doktor Bojko z Joasią Roztocką, później pracowała w telewizji, wyjmowali mi odłamki. Jak byłem ranny, dostałem przepustkę i poszedłem na Śliską odwiedzić mamę. Wtedy się widziałem i potem już się nie widziałem.
        Długo pan leżał w szpitalu?
        Nie, wyjęli odłamki i tego samego dnia zaraz wyszedłem ze szpitala, tylko obandażowany byłem i laskę dostałem.
        Chociaż blisko pan miał do domu, to jednak bez przepustki nie można było…
        Nie, nie można. Jak bym wyszedł samowolnie, to mógłbym być dezerterem.
        Zdarzały się dezercje?
        Chyba nie, ja takiej nie znam. Nie widziałem, naprawdę, żeby ktoś zdezerterował.
        Pana najmłodszy brat roznosił gazety?
        Gazety, nawet w kronice to jest, kilku ich jest takich młodych sikusów.
        Spotkał się pan z nim w czasie Powstania?
        Nie.
        Czy do pana i pana kolegów dochodziły jakieś gazety?
        Przychodził „Biuletyn”, jakiś informator, różne, ale nikt nie miał czasu, żeby się zapoznawać z „Biuletynem”. Dowódca coś powiedział, ogłosił co i jak.
        Jak pan wspomina Bryma jako dowódcę?
        Jako bardzo odważnego, zdecydowanego, konkretnego [dowódcę].
        Poznał pan może „Generała” Biernackiego?
        Nie, pani mówi o pseudonimie, nie, bo on był na Kurzej Stopce, od strony Chmielnej i na Srebrnej zginął.
        Jak wyglądało życie na Dworcu Pocztowym? Czy były jakieś warty?
        Nie, to nie o wartę chodzi.
        Jak to się odbywało?
        Okopy, pierwsza linia i na tej linii było się czasami kilka godzin, czasami mniej jak przyszła zmiana, to zależało od sytuacji.
        Czy po wyjściu z okopów był jakiś czas wolny, który można było przeznaczyć na spanie?
        Gdzie kto przykucnął, to zasnął, a czy długo pospał, nie wiadomo, to zależało od sytuacji. Nie było tak, że łóżko było i zapewniony nocleg, zapewnione spanie.
        Jakie jest Pana najgorsze wspomnienie z Powstania Warszawskiego?
        Najgorsze to chyba wyjście do niewoli. To był żal, że nikt nam nie przyszedł z pomocą, bo wszyscy czekaliśmy, że będzie jakaś pomoc.
        Pamięta pan może zrzuty?
        Były zrzuty, ale ja tych zrzutów nigdy własnoręcznie nie odbierałem, inni odbierali. Ja najczęściej byłem na pierwszej linii.
        Jakie jest Pana najlepsze wspomnienie z Powstania?
        Dobre, to pierwszy zryw, wolność, chwila wolności, że już można było z opaską iść.
        Jakie wyglądały kontakty z ludnością cywilną?
        Pierwsze dni naprawdę były dobre, ludność cywilna naprawdę była bohaterska, pomagali jak mogli, bo pomagali budować barykady, przynosili co kto miał z żywności, czy z napoju jakiegoś, dzielili się wszystkim. O ludności cywilnej jak najbardziej pozytywnie, nie mam nic takiego, żebym mógł powiedzieć coś złego na ludność cywilną. Może niektórzy spotkali się z jakimś narzekaniem, to różnie było. Przyznam się szczerze, że ludność cywilna chyba więcej wycierpiała niż my żołnierze, bo my jak na pierwszej linii byliśmy, to przynajmniej nie baliśmy się tak nalotów bombowych. To była linia i Niemcy bali się, że na swoich rzucą, natomiast bezkarnie bombardowali Warszawę, bo bombardowali zaplecze całe, ludność cywilną i to oni są bohaterami. Cywile są bohaterami, że to wszystko przeżyli.
        Piękne słowa. Czy w czasie Powstania było jakieś życie religijne ?
        Kapitan „Bator” Czajkowski, to był nasz kapelan. Przychodził, trochę podtrzymywał na duchu żołnierzy.
        Taki kontakt był bardzo potrzebny?
        Tak. To był bardzo dobry kapelan, zmarł niedawno, chyba piętnaście lat temu.
        Większość pana kolegów i koleżanek to byli praktykujący katolicy?
        Tak, przyznam się szczerze, że wtedy nie wiedziałem, że są jakieś inne wyznania, tylko katolickie.
        Czy były odprawiane msze święte?
        Odprawiali. Msze święte były organizowane na podwórkach, to było masowe w całej Warszawie, zresztą prawie w każdym podwórku była kapliczka, ludzie się [modlili]. Natomiast na poczcie, jak przyszedł kapelan odprawić mszę, to kto mógł zejść na mszę, to zszedł, a kto nie mógł, to musiał stać na posterunku i pilnować.
        Zawsze służył dobrym słowem?
        Jak najbardziej i bardzo odważny był.
        Później przychodzi taki moment, że dowódca mówi, że Powstanie kończy się, że jest ewakuacja….
        „Gorlic” powiedział tak…
        Pan wtedy dostał awans na plutonowego?
        Praktycznie ostatnim rozkazem dostałem sierżanta, tylko nie przypiąłem sobie dystynkcji sierżanta, bo plutonowym byłem jeszcze wcześniej. Wyszedłem do niewoli jako plutonowy i wróciłem. Nawet w Armii Andersa później też jako plutonowy byłem i wróciłem jako plutonowy do kraju.
        Jak wyglądał wymarsz? Był wybór, że można było wyjść z cywilami.
        Tak, dowódca powiedział, że zwalnia z przysięgi, kto chce może wyjść jako cywil, a kto nie jako żołnierz. Wolałem wybrać to drugie i powiedziałem tak: „Byłem żołnierzem, jestem żołnierzem i wychodzę jako żołnierz”. Przez Ożarów szliśmy, bo cywilów wywozili przez Pruszków. W Ożarowie potem ładowali nas do bydlęcych wagonów, po osiemdziesięciu, po stu i wieźli w głąb Niemiec.
        Naszym pierwszym przystankiem był Küstrin, Kostrzyn nad Odrą, do którego ja trafiłem, bo inni trafili do Lamsdorfu, a ja zaplątałem się z 72. Pułkiem Piechoty. Później w Küstrin była odwszalnia, rozbieraliśmy się wszyscy, ubrania się kładło na kupki i przechodziliśmy przed odwszalnię. Z drugiej strony wyszliśmy, to już te ubrania czekały, to dopiero wtedy wszy były…
        Większe niż w czasie Powstania?
        Po tak zwanej mykwie, po łaźni, wtedy to dopiero wszy były… Nasze ubrania trząchaliśmy, całe masy były. Później wywieźli do Sandbostel, to jest koło Hamburga stalag XB i po dwóch, czy trzech dniach część nas z obozu przerzucili do Tyrolu do Markt Pongau stalag XVIII C. Z Markt Pongau uciekałem trzy razy i mnie łapali.
        Jak pan uciekał?
        Z niewoli.
        Sam, czy z kolegami?
        Raz z kolegą, drugi raz z kolegą.
        Pamięta pan jak ci koledzy się nazywali?
        Jednego do dziś pamiętam, bo razem z nim uciekałem, Wiesław Kowalski. W obozie w Markt Pongau byli Polacy, powstańcy, Rosjanie, Serbowie, Jugosłowianie, Anglicy, Amerykanie i Francuzi. Nasz barak był w środku, każdy barak był jeszcze ogrodzony drutami i dla nas było bardzo nieprzyjemnie, jak Francuzi z nas się wyśmiewali, krzyczeli, że za nas przegrali wojnę. Jak się dowiedzieli pantoflową pocztą, że przyjdą Amerykanie, to ich orkiestra, bo przecież oni tam mieli orkiestrę, oni tam mieli idealne warunki, szli pod stronę angloamerykańską, różne muzyki grali, puszczali. Później ktoś im powiedział, że Rosjanie przyjdą do Markt Pongau, to pod stronę rosyjską. Anglicy i Amerykanie, mówię uczciwie, mieli wystawy porobione na oknach z papierosów, margaryny i sucharów, nic nam nie dali, tylko pytali czy mamy pierścionki, czy mamy biżuterię i jak ktoś miał biżuterię, to mu rzucił papierosa. Nas jeszcze gorzej jak ruskich traktowali, jak psów. Nic nie mieliśmy, po ścianach szliśmy podparci.
        Może to się komuś nie podoba, co teraz powiem, ale proszę mi wierzyć, Rosjan brali na roboty, jak było jakieś bombardowanie, czy coś i Rosjanie jak wracali z roboty, to któryś rzucił nam albo brukiew, albo chleb przez druty i za to jestem im bardzo wdzięczny. Oni wtedy zachowali się w stosunku do nas naprawdę po koleżeńsku, jak żołnierz do żołnierza. Natomiast o Anglikach nie mam dobrych wspomnień, jak się nie dało mu zegarka, albo sygnetu, to nikt papierosa nie dostał, ani dyma. Anglik potrafił otworzyć paczkę Chesterfieldów, czy Cameli, stanąć sobie naprzeciwko, do drutów samych nie wolno było się zbliżać, bo strzelali Niemcy, pociągnął kilka razy, dmuchnął i pod but i tego papierosa zgniótł. Naszym palaczom przykro było. Takie mam wspomnienia z tamtych czasów.
        Powstańcy nie dostawali żadnych paczek?
        Po kilku miesiącach dostaliśmy.
        Jakie było wyżywienie?
        O, wyżywienie! Z wytłoków od buraków robili taką lurę i tawotem od smarowania samochodów krasili to. Miskę aluminiową takiej lury dawali, jeden chleb, tak zwany komiśniak, na ośmiu albo dwunastu, a jak było bombardowanie Niemiec, to nie dostaliśmy przez jakiś czas chleba, bo powiedzieli, że piekarnię zbombardowali. Tak że chodziliśmy na czworakach, żeby przejść do toalety, albo po ścianie się szło opierając się. Byliśmy bardzo źle traktowani.
        Jedyną pomoc powstańcy otrzymali od Rosjan?
        Jeden Rosjanin kiedyś stanął pod swoim barakiem, ja pod swoim i pyta się mnie jak mam na imię, mówię: „Mietek”. „A ojciec?” „Konstanty”. „Konstantynowiczu, kto tu przyjdzie, nasi czy Amerykanie?”. Mówię: „Nie wiem kto przyjdzie”. A on mówi: „Słuchaj, jakby tu przyszli nasi, to zrób dla mnie miejsce w waszym baraku, powiedz że ja wasz jestem”. Spytałem: „Dlaczego?”. „Słuchaj, ja jestem starym rewolucjonistą, ale pamiętaj, już tam nie chcę wracać. A Stalin jak zajmie Polskę, to już nikt mu nie odbierze tej Polski”. Taki był szczery.
        Później uciekłem z niewoli, więc nie wiem [co się z nim stało]…
        W jakich okolicznościach pan uciekł, czy w trakcie pracy?
        Nie, u nas do Kaprunia brali, do sztolni. Nie tak codziennie jak ruskich wyprowadzali, tylko wywozili i z Kaprunia uciekłem z Wiesiem Kowalskim do Italii, to był marzec.
        Z jakiego on był zgrupowania?
        Tam były różne zgrupowania, to już byliśmy pomieszani.
        Jak ta ucieczka wyglądała? ?
        Uciekaliśmy, Niemcy szli w jednym kierunku, a my po drugiej stronie nocą szliśmy, z tym że on znał dobrze niemiecki, ale unikaliśmy Niemców. Do Italii w Brennero, przez Cieśninę Brennerską się przedostaliśmy. Później usłyszeliśmy, że wojsko maszeruje, to była noc, przykucnęliśmy…
        Ile czasu trwało przejście górami?
        Oj, to trwało, ja uciekłem i około 9 marca dostałem się już do Armii Andersa. Otoczyli nas, myśleliśmy, że to Niemcy, okazało się że to murzyni byli…
        Już we Włoszech?
        Już we Włoszech, tak. Od razu się zgłosiliśmy, mieliśmy nasze numery jenieckie, mnie przydzielili do pułku, wtedy pułkownika, Rudnickiego, na Bolonię. 20 kwietnia brałem udział w walce o Bolonię. Mam za to teraz Krzyż. Do Polski wróciłem w czerwcu 1946 roku.
        Dlaczego pan się zdecydował wrócić do Polski?
        Wychodziłem z założenia, nie chcę żeby to tak jakoś brzmiało, ale powiedziałem: „Walczyłem za Polskę…”.
        Czy nawiązał pan kontakt z rodziną?
        Po powrocie przyjechałem do Warszawy, był tylko lej po domu, olbrzymi dół, pojechałem na Pragę, bo tam mieszkała rodzina na Grochowie, tam mój brat Janek miał swoje mieszkanie. Pojechałem tam i dowiedziałem się, że moja mama z rodziną żyją i mieszkają w Malborku. Szwagier „Cichoniec”, który był razem ze mną w konspiracji, powiedział: „Pojedziemy do Malborka, tylko ja pierwszy wejdę. Ty pierwszy nie wchodź, bo matka dostanie ataku”. Matka myślała, że zginąłem.
        Bo nie było żadnej wiadomości?
        Ktoś powiedział, że zginąłem. Potem radość. Żyję do tej pory jakoś.
        W Malborku był również pana młodszy brat?
        Tak. W Malborku poznałem żonę, w tym roku będziemy obchodzili sześćdziesiątą rocznicę małżeńską i tak żyjemy do dziś.
        Zdecydowaliście się państwo wrócić do Warszawy po ślubie?
        Tak, w 1948 roku wróciliśmy do Warszawy.
        Pańscy bracia też wrócili? Ten najstarszy, który był u „Radosława” to jak się nazywał?
        Czesław „Mściciel”.
        Też wrócił do Polski?
        Tak, też wrócił do Polski.
        Ten drugi, który miał pseudonim…
        …„Jastrząb” Janek, to on wcześniej, bo on jako cywil. Też miał perypetie, bo ich partyzanci polscy wyzwolili, potem ruskie ich zamknęli, to znowu ich polscy partyzanci w Tomaszowie oswobodzili.
        Pana kolega z ucieczki, pan Kowalski, też wrócił?
        Wiesław Kowalski odwiedził mnie kiedyś, jak mieszkaliśmy przez kilka miesięcy na Grochowie w Warszawie. Później kontakt się urwał, nadeszły lata reżimu stalinowskiego.
        Czy był pan represjonowany, czy ukrywał pan swoje uczestnictwo w Powstaniu?
        Pisałem, może to mnie uratowało… Jak się zgłosiłem do WKR-u miałem jeszcze prawo nosić mundur przez czternaście dni, ale musiałem się zameldować, to się nazywało WKR, Wojskowa Komenda Rejonowa, czy coś takiego. Nie ukrywałem, powiedziałem, że byłem w Powstaniu, oczywiście tylko konspiracji nie podałem, że z niewoli uciekłem, że byłem w Armii Andersa i wróciłem. Spytali czy nadal chcę być żołnierzem Wojska Polskiego, odpowiedziałem: „Dziękuję, nawojowałem się już”. Później miałem trochę trudności z pracą, do 1955 roku to było ciężko.
        Kłopoty ze znalezieniem pracy?
        Ze znalezieniem, albo zwolnili. Jak się dowiedzieli u żony w pracy nawet, że ja byłem u Andersa i byłem w Powstaniu, to żonę zwolnili z pracy. Tak do 1955 roku było, ale później jak już Gomułka doszedł do władzy, Stalina szlak trafił, to już troszeczkę odwilży było od 1956 roku, ale przeżyło się.
        Czytałam, że pan z bratem przekazał ukrytą broń. Kiedy ona została ukryta?
        Jak była już podpisana kapitulacja, to dowódca, wtedy już Brejnak, (jeszcze wcześniej to powiedział, bo później był ranny i chory, zastępował go Jeżewski), powiedział żeby schować i wydać dopiero w wolnej Polsce. Ponieważ wolnej Polski i tak nie było, to się ją przechowywało.
        Gdzie ona była przechowywana?
        W gruzach mieliśmy zakopaną. Z tym że mieliśmy znajomego kapitana Hunkiewicza z Wojska Polskiego. Jak wiedzieliśmy, że jakiś dom [idzie] do rozbiórki, a była tam nasza broń schowana, to z nim się umawialiśmy i on brał żołnierzy, samochód, jako wojsko oficjalnie zabierali tą broń i przewozili w drugie miejsce.
        Też była zakopywana?
        Też była zakopywana.
        Tak że parę razy zmieniała miejsce?
        Parę razy zmieniała [miejsce].
        Pierwszy raz gdzie była zakopana?
        Na Poczcie Dworcowej, przy Żelaznej zakopaliśmy, jak Dom Kolejowy jest.
        Do którego roku była w ziemi?
        Gdzieś do lat osiemdziesiątych. Później już można było dać do Izby Pamięci, do ZBOWiD-u. Brat Janek pracował u Szpotańskiego, tam mieli zbowidowską Izbę Pamięci, tam już oficjalnie daliśmy i była przechowywana.
        Gdzie był jej ostatnie miejsce ukrycia?
        To Szpotański, u Szpotańskiego… Później wzięliśmy tą broń w 1989 roku, chyba tak, mam protokół przekazania, przekazaliśmy do Związku Powstańców, do Zgrupowania „Chrobry II”.
        Część tej broni jest w Muzeum Woli?
        Jest. [W Muzeum na Woli przy ulicy Srebrnej].
        Na zakończenie mam ostatnie pytanie, czy jak byłaby drugi raz taka sytuacja, poszedłby pan do Powstania?
        Gdybym miał tamte lata i taka sytuacja, na pewno bym poszedł.

        Warszawa, 18 stycznia 2006 roku
        Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama


        Opęchowski Jan, Ryszard – Dzbenin

        Opęchowski Jan Ryszard „Jastrząb”/”Janik”, (8.08.1919-Dzbenin – 9.11.1991-Warszawa), rodzice Konstanty, Antonina z Olbrysiów. Strzelec.
        Oddział: Armia Krajowa – I Obwód „Radwan” (Śródmieście) – zgrupowanie „Chrobry II” – II batalion „Lecha Grzybowskiego” – 6. kompania „Jeremi” – IV pluton.
        Szlak bojowy: Śródmieście Północ
        Losy po powstaniu: Wyszedł z Warszawy z ludnością cywilną.


        Perzanowska Maria z Roszowskich – Korczaki

        Perzanowska Maria z Roszowskich „Marysia”/”Malinowska”, (18.11.1916-Radom – 24.09.1987-Warszawa), rodzice Antoni, Maria. Sanitariuszka – strzelec.
        Oddział: „Bakcyl” (Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej) – III Obwód „Waligóra” (Wola) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – Szpital Karola i Marii ul. Leszno 136, ewakuowana na Stare Miasto do Szpitala Jana Bożego przy ul. Bonifraterskiej; następnie w zgrupowaniu „Radosław” – batalion „Czata 49” – kompania kpt. „Zgody” – ochotniczka.
        Szlak bojowy: Wola – Stare Miasto – kanały (w oddziale desantu kanałowego na pl. Bankowy) – Śródmieście – Górny Czerniaków
        Ranna w nogę w nocy z 5/6.09.1944 r. podczas przechodzenia Aleją na Skarpie do Ambasady Francuskiej. Leczona w szpitalu polowym przy ul. Mokotowskiej 55.
        Odznaczenia: Krzyż Armii Krajowej, Warszawski Krzyż Powstańczy.
        Losy po powstaniu: Niewola niemiecka – od 13.10.1944 r. leczona w szpitalu jeńców AK w Zeithain. 16.06.1945 r. wyjechała do kraju. Numer jeniecki: 305395
        Udział w konspiracji 1939-1944:Od 1942 r. w Konfederacji Narodu.
        Po wyzwoleniu powróciła do Warszawy, gdzie powtórnie wyszła za mąż – za Tadeusza Koskowskiego (jej pierwszy mąż, Piotr Pierzanowski został zamordowany w 1940 r. przez NKWD w Katyniu). Mieszkała po wojnie przy ul. Fałata, a potem do końca życia przy ul. Armii Ludowej (nad Trasą Łazienkowską). Pracowała w Najwyższej Izbie Kontroli. Bezdzietna.

        Maria Perzanowska na balkonie – wypatrująca Piotra
        Przypinka, Powstanie Warszawskie, Zgrupowanie „Radosław”. fot. sppw1944.org


        Trzaska Ludwika z Wyszomirskich – Czarnowiec

        Ludwika Wyszomirska „Ksenia”/”Xsenia” (26.08.1916-Kręgi – 24.09.1987-Warszawa), rodzice Roman i Maria z Grabowskich. Sanitariuszka…


        Trzaska Wiktoria – Drwęcz

        Przypinka, Powstanie Warszawskie, Zgrupowanie „Chrobry II”. fot. Muzeum Woli

        Trzaska-Doroszkiewicz Wiktoria „Sława” (23.12.1908-Drwęcz – ??.10.1997-Warszawa), rodzice Antoni, Marianna z Kurpiewskich. Sanitariuszka.
        Oddział: Armia Krajowa – I Obwód „Radwan” (Śródmieście) – zgrupowanie „Chrobry II” – Kwatermistrzostwo – sanitariat
        Szlak bojowy: Śródmieście Północ
        Losy po powstaniu: Wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.

        Zgrupowanie „Chrobry II” zawiązało się na Woli na początku powstania, ale pełną ostateczną strukturę osiągnęło 10-12 sierpnia 1944 roku.


        Powstańcy Warszawscy pełnili istotne funkcje w powojennej Polsce, pracując w administracji, nauce, medycynie, projektując powojenną architekturę i tworząc polską kulturę. W naszej wspólnej, zbiorowej pamięci Powstańcy Warszawscy często funkcjonują jako bohaterowie, których biografie zamykają się w 63 dniach Powstania. Tymczasem nie przestali oni być Powstańcami po wojnie, ta cząstka ich życiorysów na zawsze z nimi pozostała.

        Linoryt Krauze Henryk, z kolekcji syna Andrzeja Krauzego.


        Ciekawa akcja MŻW w Ostrołęce

        Muzeum Żołnierzy Wyklętych akcją „To także nasza historia” rozpoczęło obchody 80. rocznicy Powstania Warszawskiego.
        Przy współpracy Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, Miejskiego Zakładu Komunikacji w Ostrołęce i miasta Ostrołęka – prezydenta Pawła Niewiadomskiego, rozwieszono 23 lipca 2024 r. w witrynach przystankowych 50 plakatów.
        Na plakatach zaprezentowano postaci:
        Ludwiki Wyszomirskiej (1916-1977) „Ksenia”/”Xenia”
        Marii Perzanowskiej (1916-1987) „Marysia”
        Lesława Kossowskiego (1921-?) „Leszek”, „Lech”
        Stefana Gorgonia (1923-1997) „Kurp”, „Stefan Drużbicki”
        Władysława Certowicza (1923-1944) „Żaba”

        BIBLIOGRAFIA:
        – Instytut Pamięci Narodowej,
        – Muzeum Powstania Warszawskiego,
        – Encyklopedia Medyków Powstania Warszawskiego,
        – Jerzy Dziewirski, Monografia gminy Rzekuń,
        – 1944.pl/archiwum-historii-mowionej/mieczyslaw-opechowski,661.html,
        – Jacek Karczewski, zbiory prywatne,
        Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce,

        Opracowanie: Marek Karczewski




        Dziedziczka, która została sanitariuszką

        Dziedziczka, która została sanitariuszką

        Do szkoły była dowożona bryczką. Mieszkała w Czarnowcu w pobliżu Ostrołęki. Chodziła do klasy z Norbertem Adamowiczem i Witoldem Popiołkiem. II wojna światowa i niemiecka okupacja sprawiły, że trójka licealistów z jednej klasy stała się żołnierzami Armii Krajowej. Pochodząca z Czarnowca Ludwika Wyszomirska wzięła, jako sanitariuszka, udział w powstaniu warszawskim.

        Ludwika urodziła się 26 sierpnia 1916 r. w Kręgach. Jej rodzice, Marianna i Roman Wyszomirscy, mieli majątek w nieodległym Zdziebórzu. Dziś obie te wsie znajdują się w gm. Somianka w pow. wyszkowskim. Po I wojnie światowej Roman Wyszomirski kupił dwór oraz siedemdziesięciohektarowe gospodarstwo rolne w Czarnowcu. Tutaj też zamieszkał wraz z rodziną.

        Ludwika naukę w ostrołęckim Gimnazjum i Liceum im. Króla Stanisława Leszczyńskiego skończyła latem 1936 r. Niecodzienny, jak na Ostrołękę, środek transportu młodej dziedziczki do szkoły zapamiętał i utrwalił w swoich wspomnieniach jej kolega z klasy – Witold Popiołek. Trzy lata po ukończeniu szkoły Ludwika miała wyjść za mąż. Datę ślubu z Zygmuntem Trzaską wyznaczono na początek września 1939 r. Do zawarcia małżeństwa wówczas nie doszło.

        Foto ze zbiorów Remigiusza Makowieckiego (FB). Przed wojną szkoła ta nosiła nazwę Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Króla Stanisława Leszczyńskiego. Obecnie budynek I Liceum Ogólnokształcącego.

        1. „Ksenia”/”Xsenia” – Stolica

        Zarówno narzeczony, jak i dwaj bracia Ludwiki, Zygmunt i Jan, poszli na wojnę. Ludwika pozostała sama z matką. Ojciec zmarł cztery lata przed wojną, a starsza siostra z poślubionym mężem przeprowadziła się do Warszawy. W czarnowieckim dworze mieścił się sztab obrony Ostrołęki. Wkrótce miasto oraz całą okolicę zajęli Niemcy. Gdy przyszli do dworu w Czarnowcu, kazali matce i córce spakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a następnie opuścić dom. 

        Pojechały do Warszawy. Do siostry Ludwiki – Zofii. Całą hitlerowską okupację dziedziczka spędziła więc w stolicy. Wstąpiła do Konfederacji Narodu – organizacji, która w sierpniu 1943 r. weszła w skład Armii Krajowej. Wzięła udział w powstaniu warszawskim, miała wtedy 28 lat. Była żołnierką jednego z dwóch plutonów Konfederacji Narodu, które wzięły udział w walkach. Nosiła pseudonim „Ksenia”/”Xsenia”.

        O godzinie „W” stawiła się w miejscu zgrupowania swojego oddziału – w Alejach Jerozolimskich numer 49, po sąsiedzku z fotoplastikonem warszawskim. Miejsce to w latach okupacji było wykorzystywane do celów konspiracyjnych. „Ksenia” była jedną z trzech sanitariuszek plutonu „Mieczyki”, w skład którego wchodzili chłopcy z Młodzieży Nowej Polski. W pierwszych dniach powstania pluton pełnił głównie służbę wartowniczą. Jednak już 5 sierpnia otrzymał rozkaz obsadzania rogu ulic Karolkowej i Wolskiej. Tam młodzi żołnierze dostali się pod huraganowy ogień artyleryjski. Następnie, wraz z batalionem „Czata 49” (w skład którego wchodził ich pluton) ze Zgrupowania „Radosław”, wzięli udział w natarciu na ul. Płocką. Batalion poniósł duże straty: „W czasie tej walki odznaczyła się sanitariuszka „Xenia”, która pod ogniem nieprzyjaciela opatrzyła wielu rannych.”

        Ludwika

        „Czata 49” była jednostką kadrową i elitarną. Posiadała bardzo dobrze zorganizowane służby logistyczne w postaci kompanii gospodarczej, kolumny samochodowej, rusznikarni oraz sanitariatu. Walczyło w jej szeregach, co warto podkreślić, wielu żołnierzy przeszkolonych w strukturach konspiracyjnych Polskiego Państwa Podziemnego. Żołnierze „Czaty 49” pochodzili bardzo różnych środowisk, by wspomnieć choćby o służących w niej trzech hrabiach. Uznaniem bohaterstwa żołnierzy ze strony dowództwa były liczne awanse oraz odznaczenia Virtuti Millitari oraz Krzyżem Walecznych. Warto tu przytoczyć ostatni rozkaz ppłk „Radosława”, w którym dowódca wyraził uznanie dla swoich żołnierzy:

        Zgrupowanie „Radosław”, dowodzone przez ppłk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”, wywodziło się z oddziałów dyspozycyjnych Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej oraz takich struktur jak: Centrala Zaopatrzenia Terenu i Referat „993/W” II Oddziału KG AK połączonych w okresie przedpowstańczym w samodzielną jednostkę. Przez 63 dni Powstania Warszawskiego przeszło ono krwawy szlak bojowy z Woli poprzez Stare Miasto, Śródmieście, Czerniaków, Mokotów, zakończony w Śródmieściu. Jego żołnierze wzięli udział w ciężkich i dramatycznych walkach, o czym świadczą straty sięgające 70–80% stanu początkowego, który wynosił ponad 2000 żołnierzy. Zgrupowanie stanowiło szturmową jednostkę powstańczą, wykorzystywaną do wspierania zagrożonych odcinków oraz do wykonywania szczególnie trudnych zadań bojowych. Efekty jego działań znacznie wpłynęły na rozwój wydarzeń w stolicy, choć nie różniło się ono od innych zgrupowań powstańczych. Walka powstańcza miała specyficzny charakter. Warunki, w których przyszło działać jej żołnierzom wymagały od nich wysokiego morale oraz umiejętności dostosowywania się do zmiennego pola bitwy. Wysiłek zbrojny żołnierzy Zgrupowania, zarówno w okresie konspiracji jak i Powstania Warszawskiego, był kontynuacją walki z okupantem, którą Wojsko Polskie rozpoczęło w 1939 r.

        „ Żołnierze Zgrupowania „Radosław”!
        Dwumiesięczne walki o wyzwolenie narodu weszły w końcową fazę. Bez żadnej pomocy, sami wobec przytłaczającej przewagi technicznej wroga wytrwaliśmy na najcięższych posterunkach – Wola – Stare Miasto – i Czerniaków – to szlak bohaterski waszych zmagań, na którym wskrzesiliście najpiękniejsze tradycje żołnierza-Powstańca. W toku dwumiesięcznych walk nie byliśmy ani razu rozbici, odchodziliśmy zawsze na rozkaz po wyczerpaniu ostatnich naboi. Szlak nasz znaczony setkami mogił towarzyszy broni stał się sławnym w dziejach powstania sierpniowego i dumny jestem, że dowodziłem najdzielniejszą grupą Powstańców. […] Dziękuję wszystkim d-com oddziałów i szeregowym za ich trud ofiarny, a w szczególności d-cy Brody, kpt. „Jerzemu” oraz całemu baonowi harcerskiemu, mjr „Witoldowi” i żołnierzom „Czaty”, por. Jeremiemu oraz żołnierzom Parasola, por. Szczęsnemu oraz żołnierzom Miotły, kpt. „Irmie” i zespołowi łączniczek bojowych, w sztabie mojemu z-cy płk Turowi za rzetelna żołnierską współpracę, adiutantowi Klarze i oficerom, których wspólnym wysiłkiem tworzyliśmy historię grupy.”

        Okładka książki „Batalion Armii Krajowej „Czata 49” w Powstaniu Warszawskim”.

        Foto: dzieje.pl, 20 marca 1942 r., po raz pierwszy na ulicach Warszawy pojawiła się „kotwica” – symbol Polski Walczącej. Znak odzwierciedlający nadzieje Polaków na zwycięstwo namalował na werandzie cukierni Lardellego prawdopodobnie podharcmistrz Maciej Aleksy Dawidowski, „Alek”.

        Od 8 sierpnia Ludwika Wyszomirska dostała rozkaz służby w plutonie por. Zdzisława Zołocińskiego „Piotra”.

        Pracowała w Szpitalu Karola i Marii przy ul. Leszno 136. Z Woli przedostała się na Stare Miasto. Stamtąd kanałami przeszła na plac Bankowy, a pod koniec powstania – na górny Czerniaków. Tu została ranna w rękę. Z odsłoniętą od nadgarstka do łokcia kością przedramienia ewakuowała się na brzeg Wisły przez pozostającą pod niemieckim ostrzałem ul. Solec. Rannych ewakuowali stamtąd (na pontonie) walczący u boku Armii Czerwonej żołnierze gen. Zygmunta Berlinga. 20 września Ludwika wraz z grupą rannych przepłynęła na drugą stronę Wisły. Razem z innymi chciała się dostać do szpitala polowego w Aninie. Utknęli jednak w willi na Saskiej Kępie. Sowieci, okupujący prawy brzeg Wisły, nie czekali na uciekinierów z powstania z otwartymi ramionami. Ludwika została aresztowana przez NKWD. Sanitariuszkę zwolniono z więzienia, ale na krótko. Sowiecka policja polityczna zatrzymała ją ponownie w związku z antykomunistyczną działalnością jej brata – Jana Wyszomirskiego. Janek, jako wróg ludu, został w 1945 r. rozstrzelany.

        2. Jan Wyszomirski „Wroński” (1913-1945)

        W czasie wojny Ludwika straciła dwóch braci. Zygmunt w 1939 r. skończył swój szlak bojowy pod Rawą Ruską. Tam trafił do sowieckiej niewoli. NKWD rozstrzelało go w Katyniu. Wspomnianego wcześniej Jana, który zaangażował się w antykomunistyczną działalność w prawobrzeżnej Warszawie w 1944 r., uwięziono. Został skazany na śmierć przez zależny od ZSRS sąd wojskowy. O śmierci każdego z braci rodzina Wyszomirskich dowiedziała się długo po fakcie. Nazwisko Zygmunta ukazało się na plakatach i w propagandowych gazetach niemieckich. Stało się to po tym, gdy hitlerowcy odkryli masowe groby w Lesie Katyńskim. O wykonaniu wyroku śmierci na Janie rodzinę poinformowano dopiero w 1958 r.

        3. Zygmunt Wyszomirski (1912-1940)

        Wojnę przeżył narzeczony Ludwiki. Zygmunt Trzaska pochodził z majątku Przeczki (obecnie część wsi Borowce w gm. Troszyn). W okresie niemieckiej okupacji dostał się do niewoli. Wywieziono go do III Rzeszy (Murnau niedaleko Garmisch-Partenkirchen). Gdy wrócił do kraju, odnalazł Ludwikę. Wkrótce wstąpili w związek małżeński. Doczekali się trójki potomstwa. Ludwika Wyszomirska nigdy nie zamieszkała już w Czarnowcu. Komunistyczne władze zmusiły matkę i  siostrę Ludwiki do zrzeczenia się własności dworu oraz gospodarstwa. Złożyły pisemne zobowiązanie, że nigdy nie wrócą w rodzinne strony.

        Po wojnie podjęła studia na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jej powstańcza fotografia (w furażerce z orzełkiem, biało-czerwoną opaską na ramieniu oraz torbą przewieszoną przez ramię) znalazła się na okładce tygodnika „Stolica” – w pierwszym sierpniowym numerze z 1964 r. (w dwudziestą rocznicę powstania). Fotografia umieszczona w czasopiśmie nie została konkretnie opisana (poza ogólnym stwierdzeniem, że dwadzieścia lat temu wybiła  w Warszawie godzina „W”). Na stronach wydawnictwa nie znalazł się również żaden artykuł, do którego mogłaby odsyłać wspomniana okładka. Bliscy zidentyfikowali jednak na fotografii sanitariuszkę „Ksenię”. Ludwika Wyszomirska (po mężu Trzaska) zmarła 12 lutego 1977 r.

        4. Ludwika Wyszomirska „Ksenia”/”Xsenia” (1916-1977)

        Jan Trzaska – syn Ludwiki i Zygmunta.
        Foto: Paweł KrajewskiTygodnik Ostrołęcki.

        5. Ludwika Wyszomirska (1916-1977)

        POWSTAŃ I POKAŻ, ŻE PAMIĘTASZ
        Raz w roku Warszawa zatrzymuje się na chwilę, aby powstać na nowo, tak jak przed laty Powstańcy Warszawscy powstali do nierównej walki w obronie wolności. Powstańmy razem i pokażmy, że pamiętamy. Powstając budujemy wspólnotę i kreujemy przyszłość, stajemy się silniejsi.

        1 sierpnia 1944 roku o godz. 17.00 wybuchło Powstanie Warszawskie. Do walki stanęło około 50 tys. powstańców Armii Krajowej zorganizowanych w zgrupowania obejmujące bataliony i inne formacje zbrojne. Niestety powstańcy byli bardzo słabo uzbrojeni. W momencie wybuchu Powstania żołnierze dysponowali zaledwie 40% i tak skromnych zasobów broni i amunicji. Polscy żołnierze mieli do dyspozycji wyłącznie:
        – 1.000 karabinów zwykłych
        – 300 pistoletów maszynowych
        – 60 ręcznych karabinów maszynowych
        – 7 ciężkich karabinów maszynowych
        – 35 karabinów przeciwpancernych i Piatów
        – 1.700 pistoletów zwykłych
        – 25.000 granatów
        Przeciwnik w łącznej sile około 50 tys. niemieckich żołnierzy, żandarmów, policjantów, oraz rosyjskich renegatów dysponował miażdżącą przewagą uzbrojenia. W dyspozycji miał czołgi, samoloty, pociągi pancerne, artylerię, miotacze min, dużą ilość broni maszynowej.
        Przewidziane na kilka dni Powstanie trwało w rezultacie 63 dni będąc największym tego typu zrywem wolnościowym w historii II wojny światowej. Mimo ogromnej przewagi militarnej, wojska niemieckie poniosły ogromne, blisko 50% straty: 10.000 poległych, 7.000 zaginionych, 9.000 rannych.
        W powstaniu poległo około 16.000 powstańców i około 150.000 ludności cywilnej. Tysiące osób zostało rannych.

        Tekst o powstańczej, czarnowieckiej sanitariuszce – Ludwice Wyszomirskiej ukazał się również w kwartalniku „GŁOS NIEZŁOMNY” Nr 3/2024, wydawanym przez Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce.
        Zapraszamy do lektury.

        Bibliografia:
        – Karczewski J., Śladami Niezłomnych,  Warszawa 2018.
        – Kobylańska Z., Konfederacja narodu w Warszawie, Warszawa 1999.
        – Krajewski P., Ocalić dla potomnych (tekst z 29 marca 2007 r.). Źródło: to.com.pl (dostęp 17 czerwca 2024 r.)
        – Popiołek W., Gimnazjalna przeszłość 1927-37, Ostrołęka 1992.
        – Powstańcze biogramy – Ludwika Wyszomirska. Źródło: 1944.pl. (dostęp 17 czerwca 2024 r.).
        – Siewierski T., Z dziejów Liceum Ogólnokształcącego w Ostrołęce 1913-1983, Ostrołęka 1983.
        – Muzeum Żołnierzy Wyklętych.

        Opisy zdjęć:
        1. Ludwika Wyszomirska „Ksenia” (1916-1977) w trakcie powstania warszawskiego. Źródło: „Stolica” z 2 sierpnia 1964 r., nr 31 (869), rok XIX.
        2. Jan Wyszomirski „Wroński” (1913-1945). Źródło: zbiory rodziny Wyszomirskich – Jan Trzaska.
        3. Zygmunt Wyszomirski (1912-1940). Źródło: zbiory rodziny Wyszomirskich – Jan Trzaska.
        4. Ludwika Wyszomirska „Ksenia” (1916-1977). Źródło: zbiory rodziny Wyszomirskich – Jan Trzaska.
        5. Ludwika Wyszomirska. Źródło: zbiory rodziny Wyszomirskich – Jan Trzaska.

        Opracowanie: Jacek Pawłowski/Marek Karczewski

        Muzeum Żołnierzy Wyklętych akcją „To także nasza historia” rozpoczęło obchody 80. rocznicy Powstania Warszawskiego.
        Przy współpracy Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, Miejskiego Zakładu Komunikacji w Ostrołęce i miasta Ostrołęka – prezydenta Pawła Niewiadomskiego, rozwieszono 23 lipca 2024 r. w witrynach przystankowych 50 plakatów.
        Na plakatach zaprezentowano postaci:
        Ludwiki Wyszomirskiej (1916-1977) „Ksenia”/”Xenia”
        Marii Perzanowskiej (1916-1987) „Marysia”
        Lesława Kossowskiego (1921-?) „Leszek”, „Lech”
        Stefana Gorgonia (1923-1997) „Kurp”, „Stefan Drużbicki”
        Władysława Certowicza (1923-1944) „Żaba”

        Wizerunek Ludwiki zawisł łącznie na dziesięciu przystankach w Ostrołęce i Rzekuniu.
        Dziękujemy za realizację tego pomysłu:
        Panu Dyrektorowi Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce Jackowi Karczewskiemu,
        Panu Prezydentowi miasta Ostrołęki Pawłowi Niewiadomskiemu,
        Panu Prezesowi MZK w Ostrołęce Dariuszowi Domanowskiemu

        Projekt graficzny Pani Natalia Iwańska.

        „…Pamiętając o tej okrągłej rocznicy, pragniemy wpisać ją w kontekst historii Ostrołęki i regionu.
        To także nasza historia – według dotychczasowych ustaleń, w oparciu o rejestry prowadzone przez Muzeum Powstania Warszawskiego oraz badania lokalnych historyków, liczba uczestników tego zrywu niepodległościowego związanych z Ostrołęką i powiatem ostrołęckim wynosi około 100 osób…
        …Biogramy kolejnych osób przybliżymy na wystawie plenerowej, którą można będzie oglądać na dziedzińcu Muzeum…”
        ź: MŻW






        Cudni zamordowani przez „Cygana”, „Śmiałego”, czy „Zbycha”?

        Hipoteza druga – ciąg dalszy domniemań o mordzie na rodzinie Cudnych z Czarnowca

        W czarnowieckich zbiorach historycznych gromadzonych intensywniej od 2018 roku pojawiają się „perełki”, „białe kruki” ale również dokumenty czy zdarzenia do dziś niewyjaśnione.
        Taką niewyjaśnioną do dziś historią jest zdarzenie z dnia 14 sierpnia 1947 r. gdy „banda” jak to najczęściej jest określane – wybiła cztery osoby z rodziny Cudnych.
        W pierwszej części opisaliśmy hipotezę zemsty na Cudnych za chęć przepisania gospodarstwa. Nie ma na to dokumentów tylko ludzkie opowieści (dziś osób już nieżyjących).
        Nigdzie również nie odnajdują się potwierdzone dokumenty, które jednoznacznie wskazywałyby na rzekomą współpracę zamordowanego Józefa Cudnego z ruskimi!

        Na kolejny ślad trafiliśmy przeszukując zdygitalizowane dokumenty internetowe w zasobach Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie.

        Treści, które czytamy w meldunkach funkcjonariuszy Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Ostrołęce są rozbieżne z pojawiającymi się od lat informacjami w różnych publikacjach na temat tego mordu.
        W dostępnych dotychczas materiałach czytamy:
        „W uzasadnieniu wyroku było napisane: “członkowie rodziny byli w różny sposób uwikłani w pracę dla czerwonego reżymu”. To najprawdopodobniej XV Okręg NZW z Łomży pod dowództwem “Cygana” Jerzego Dominiaka był sprawcą tej tragedii.”
        Na tę chwilę nie dotarliśmy do dokumentu – wyroku.
        O hipotezie pierwszej pisaliśmy tu ->

        Meldunki z M.O., z 1947 r.

        W skanach dokumentów, z IPN możemy wyczytać, że mord został jednak wykonany na zlecenie – z zemsty. Z zeznań naocznych świadków i ustaleń ostrołęckich milicjantów wynika, że tę obrzydliwą akcję przeprowadzili ludzie „Śmiałego”. W kolejnych natomiast dokumentach, już z października 1947 r. – (Raport specjalny Nr 96 z dnia 30.10.1947 r.) jest napisane, że zlikwidowano bandę „Zbycha”, która przyczyniła się do mordu w Czarnowcu.
        Nie wiemy zatem kto tak naprawdę zastrzelił Cudnych – „Cygan”, „Śmiały” czy „Zbych”.
        Wszystkie raporty podpisywał Komendant Milicji Obywatelskiej, pow. Ostrołęka, ppor. Józef Rzepliński.

        Ponieważ w zeskanowanych dokumentach, które obecnie mają już 77 lat! mogą występować nieczytelne słowa – obiecuję, że w momencie gdy tylko pojawi się taka możliwość (czas) – przepiszę dla Państwa wygody i dla możliwości czytania przez sztuczną inteligencję.

        Aby powiększyć skan raportu proszę kliknąć w obrazek.

        Praca biurowa i błędy milicyjnych urzędników

        Raporty pisane są niby w języku polskim, jednak ówczesne władze nie dbały o przesadną poprawność językową, a sam tekst wygląda bez mała jak dzisiejszy niechlujny SMS. W tekstach nie odnajdujemy polskich znaków diaktrytycznych, dlaczego?
        Raporty były pisane w milicyjnych komendach, na pozostawionych przez Niemców niemieckich maszynach do pisania. Tam polskich liter nie montowano.

        Poniżej zamieszczamy zdjęcia wykonane w Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, które pokazują wnętrze powojennej komendy Milicji Obywatelskiej, pokoju przesłuchań świadków lub osób represjonowanych w ostrołęckim budynku P.U.B.P. – Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Zdjęcia z marca 2024 r. (MK).

        Źródła:
        – Instytut Pamięci Narodowej,
        – Muzeum Żołnierzy Wyklętych.

        Opracowanie: Marek Karczewski




        Zobowiązanie do „nie powrotu”

        Kolejny dokument dotyczący historii Czarnowca.

        Krok po kroku wzbogacamy nasze internetowe archiwum dokumentów, zdjęć i świadectw z historii Czarnowca. Dziś – ponieważ mamy jeszcze parę nie publikowanych tu jeszcze dokumentów – powracamy do tragicznej historii Wyszomirskich.

        Przypomnijmy, to ziemiańska rodzina, właściciele dworu i siedemdziesięciohektarowego gospodarstwa rolnego w Czarnowcu – w latach przed II wojną światową. Cztery lata przed wybuchem wojny umiera Roman Wyszomirski. Jeszcze zanim wybuchnie wojna, wychodzi za mąż Zofia – jedna z dwóch córek Romana i Marii (Maria Wyszomirska – na zdjęciu obok). Z nazwiskiem po mężu – Żyłowska – wyjeżdża i osiedla się w Warszawie.

        Troje z rodzeństwa Wyszomirskich walczy z najeźdźcami. Zygmunt uczestniczy w wojnie obronnej 1939 roku. Kończy szlak bojowy na części terytorium Polski zajętej przez Sowietów. Trafia do niewoli. NKWD rozstrzela go w Katyniu, podobnie jak 22 tysiące innych polskich obywateli.

        Jan to również uczestnik kampanii wrześniowej, potem żołnierz oddziału Hubala. W czasie okupacji niemieckiej działacz konspiracyjnej Konfederacji Narodu i żołnierz Uderzeniowych Batalionów Kadrowych. Adiutant Bolesława Piaseckiego. Rozstrzelany po politycznym procesie, za działalność antykomunistyczną w Warszawie. Był to mord sądowy.
        O podkomendnym z Czarnowca pisaliśmy tu ->
        Kilka nowych ustaleń o Janie Wyszomirskim “Wrońskim” tu ->

        Ludwika była wojskową sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. Ranna ewakuowała się na prawy brzeg Wisły. Dożyła do końca wojny. Zmarła w latach 70. XX wieku.
        Zapraszamy do lektury o Ludwice -> “Xenia” i “Wroński” – rodzeństwo w konspiracji

        Matką rodzeństwa była Maria Wyszomirska. Gdy Zygmunt i Jan są w 1939 roku na wojnie, po kapitulacji Ostrołęki dwór i majątek w Czarnowcu zajmują Niemcy. Domowników, a dokładnie dwie domowniczki – matkę Marię i córkę Ludwikę, okupanci wysiedlają. Matka z córką znajdują schronienie w Warszawie u wspomnianej na początku Zofii Żyłowskiej (córki Marii, a siostry Ludwiki). Tam też spędzają cały okres niemieckiej okupacji.

        Koniec wojny oznacza nowe porządki. Nie tylko na świecie, ale również w sprawach wewnętrznych Polski. Zależne od Związku Sowieckiego nowe władze wprowadzają dekret o reformie rolnej. W myśl jego przepisów gospodarstwa rolne większe niż pięćdziesiąt hektarów miały zostać rozparcelowane, a ziemia podzielona pomiędzy małorolnych i bezrolnych chłopów. Gospodarstwo Wyszomirskich, w przedwojennym kształcie, miało hektarów siedemdziesiąt.

        Maria Wyszomirska i jej córka Zofia Żyłowska, gdy tylko nadarzyła się taka możliwość, wróciły do Czarnowca do domu. Żeby ocalić gospodarstwo przed parcelacją Maria Wyszomirska zrzekła się części lasów wchodzących w skład majątku, W ten sposób jej gospodarstwo skurczyło się poniżej 50 hektarów.
        Do lektury o dworze Wyszomirskich zapraszamy tu -> Kim byli Wyszomirscy z Czarnowca – historia w czterech częściach

        W czasie gdy Maria i jej córka Zofia podejmowały rozpaczliwe próby ocalenia rodzinnej posiadłości (pożyczyły konia, same pracowały fizycznie) [1], w Ostrołęce instalowała się nowa władza.

        Miasto, z którego po ciężkich walkach Sowieci wyparli Niemców, było zniszczone w 55 procentach. Większość ludności władze okupacyjne wysiedliły do okolicznych wsi w gminach: Czerwin, Goworowo, Piski i Troszyn. Armia sowiecka zajęła Ostrołękę we wrześniu 1944 roku, ale przez cztery miesiące nie posuwała się dalej. Po drugiej stronie Narwi znajdowały się wojska niemieckie. Dopiero w lutym 1945 roku ostrołęczanie zaczęli wracać do swojego miasta.

        W tym samym czasie działy się rzeczy, które pokazywały jaki będzie kształt nowej, powojennej Polski. 19 stycznia 1945 roku gen. Leopold Okulicki rozwiązał Armię Krajową, czyli siły zbrojne Polskiego Państwa Podziemnego działającego w okresie okupacji. W lutym na konferencji w Jałcie przywódcy ZSRS – Józef Stalin, Wielkiej Brytanii – Winston Churchill i Stanów Zjednoczonych – Franklin Roosevelt uzgodnili nowe granice Polski, kształt nowego rządu – który choć miał zostać politycznie poszerzony, to i tak w większości składał się z komunistów przysłanych przez Moskwę.

        Kamienica Ostaszewskich, w której zaraz po wojnie urzędowała milicja i bezpieka. Dziś to róg ulic Bogusławskiego i 11 Listopada.

        Nowego porządku politycznego w Polsce miała strzec Armia Czerwona, której oddziały pozostały w Polsce przez następne 48 lat, Ludowe Wojsko Polskie oraz wewnętrzne organy bezpieczeństwa – Milicja Obywatelska i Urząd Bezpieczeństwa. Cywilna bezpieka, będąca de facto policją polityczną, instytucjonalnie i często lokalowo była związana z mundurową milicją. Do samego końca jej dni.
        Tak też działo się i w Ostrołęce. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa i siedziba milicji znajdowały się w kamienicy Ostaszewskich, zwanej tak od nazwiska przedwojennych właścicieli.

        Nie wszyscy żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego złożyli broń. Część z nich nie podporządkowała się rozkazowi generała Okulickiego i na własną rękę walczyła – teraz z komunistami, którzy zaprowadzali swoje rządy w całej Polsce w jej nowych granicach.

        Liczne oddziały niepodległościowego podziemia zbrojnego znajdowały się w powiecie ostrołęckim. Do tego stopnia liczne, że potrafiły – jak w maju 1945 roku – zablokować całe miasto, otoczyć i zablokować komendę milicji i wywieźć z urzędu skarbowego kasę pancerną pełną pieniędzy [2].

        Po tym incydencie komunistyczna władza postanowiła pokazać kto rządzi w Ostrołęce. Do miasta skierowano czterdziestoosobową grupę funkcjonariuszy sowieckiej bezpieki, czyli NKWD, a wkrótce przybył specjalny oddział pacyfikacyjny Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

        Do pracy w milicji i bezpiece zgłaszali się głównie karierowicze z nizin społecznych. Była to dla nich szansa na szybki awans i poprawę sytuacji materialnej we wszechobecnej powojennej biedzie. W jednym z raportów ostrołęckiego obwodu organizacji Wolność i Niezawisłość można przeczytać, że funkcjonariusze PUBP w Ostrołęce to zwyrodnialcy traktujący jednakowo ludzi i zwierzęta.

        Na czele Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Ostrołęce komuniści postawili porucznika Stefana Koca (na zdjęciu obok), który zaraz po nominacji zmienił imię i nazwisko na Stanisław Wasilewski, motywując to względami bezpieczeństwa. We współczesnej publikacji na jego temat jawi się jako karierowicz i niezbyt rozgarnięty megaloman. [3]

        To właśnie za czasów komendantury Koca vel. Wasilewskiego do aresztu ostrołęckiej bezpieki trafia Maria Wyszomirska. Niewiele wiadomo w jakich warunkach przebywała, czym ją straszono, szantażowano, bądź w inny sposób dręczono. Wiadomo jaki był efekt jej pobytu w zamknięciu. Jesienią 1945 Maria oraz jej córka Zofia podpisały dokument, na mocy którego zrzekły się prawa własności dworu i pozostałości majątku rolnego w Czarnowcu.

        Podpisy Marii i Zofii Wyszomirskich są odręczne, natomiast zobowiązanie zostało napisane na maszynie, co każe domyślać się z dużą dozą prawdopodobieństwa, że zobowiązanie napisał funkcjonariusz, a Wyszomirskie je tylko podpisały.

        Przytoczenie tego zobowiązania w oryginalnej pisowni też daje pewien obraz poziomu intelektualnego i znajomości zasad ojczystego języka u ówczesnych komunistycznych strażników porządku publicznego.

        Reprodukcję zobowiązania, znajdującego się w zbiorach Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, na potrzeby tej publikacji, pozyskał Marek Karczewski.

        „Ostrołęka 4.X.1945 r.

        My niżej podpisane, Wyszomirska Marjia oraz moja curka Zyłowska Zofia byłe właścicielki majątku Czarnowiec gm. Rzekuń pow. Ostrołęka, kture na podstawie manifestu P.K.W.N. /o reformie rolnej/ zostaie rozparcelowany. My natomiast obieramy miejsce stałego zamieszkania w pow. Warszawskim woj. Warszawskiego.
        Własnoręcznym podpisem zobowiązujemy się do nie powrotu i ścisłego zastosowania się do zobowiązania.”

        Tak 4 października zakończyła się historia części Czarnowca należącej do Wyszomirskich zwanego urzędowo Czarnowcem Folwarkiem. Od tamtego czasu dwór i ziemia stały się własnością państwa, czyli niczyją. Dwór przez lata niszczał, aż w końcu, na początku 1979 roku zawalił się. Jego resztki zostały rozebrane w kolejnych dziesięciu latach. Dziś jedynym śladem po nim są stare kasztanowce przy pozostałościach ale wjazdowej i lipy tworzące charakterystyczną altanę.

        W pobliżu tych lip znajduje się tablica informacyjna o przedwojennych właścicielach tego kawałka naszej wsi.
        Tablica upamiętniająca Dwór Wyszomirskich zamontowana ->

        [Opracowanie: Jacek Pawłowski]

        Źródła:
        [1] Jacek Karczewski, „Śladami Niezłomnych”, Księgarnia „Naszego Dziennika” 2018, str. 18.
        [2] Jerzy Kijowski „Dzieje Ostrołęki 1944 – 2000”, Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki, 2002.
        [3] Jerzy Kurstak, „Stefan Koc – pierwszy szef PUBP w Ostrołęce”, w: „Głos Niezłomny” Pismo Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. nr 2/2022, str. 12




        Pogrzeb u Czerniejewskich i Michniewiczów właścicieli dóbr Czarnowca

        Czerniejewscy, Michniewiczowie właściciele dóbr Czarnowca
        Ta krótka historia naszej wioski, tym razem o tragicznej śmierci Janinki pokazuje obraz codzienności końca XIX wieku.

        Działo się we wsi Rzekuń 13 sierpnia /25 sierpnia 1894 roku, o jedenastej rano. Stawili się Maurycy Michniewicz, lat 37, dziedzic Folwarku Czarnowiec i Kazimierz Kuszel, lat 42 zarządca, obaj we wsi Czarnowcu zamieszkali i oświadczyli, że 12/24 sierpnia tego roku o godzinie 8.30 rano umarła we wsi Czarnowiec Janina Michniewicz, miesiące dwa mająca, córka obecnego Maurycego i Antoniny z Czernejewskich ślubnych małżonków Michniewiczów, w Warszawie urodzona. Po naocznym przekonaniu się o śmierci Janiny Michniewicz.
        Akt ten stawiającym przeczytany i przez Nas i przez nich podpisany.
        Ks. Michał Nowek proboszcz rzekuński utrzymujący akty stanu cywilnego
        Maurycy Michniewicz, Kazimierz Kuszel

        Na podstawie odnalezionego w sieci nekrologu z 1894 roku przez Panią Martę Wojciechowską z Myszyńca dowiadujemy się, że w Czarnowcu, w czasach szlachectwa Królestwa Polskiego na dworze dziś nazywanym „Wyszomirskich” zarządzali w Czarnowcu Czerniejewscy i Michniewiczowie.

        Janika Michniewicz zmarła w okresie letnim więc nie można w takiej sytuacji domniemywać śmierci z wyziębienia, co w czasach ówczesnych też miało często miejsce.
        Dlaczego więc Janika zmarła?

        Higiena w miastach i na wsiach.

        W czasach współczesnych poród jest doświadczeniem względnie bezpiecznym dla matki i dziecka. Dawniej jednak do narodzin szykowano się niemal tak samo, jak do pogrzebu. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero od XIX wieku. Tak przynajmniej było na Zachodzie. Rewolucja w higienie i opiece zdrowia, która uratowała życie dziesiątków milionów dzieci, dotarła na ziemie polskie z bardzo dużym opóźnieniem.
        Przedwojenna Polska nie znała powszechnej bezpłatnej służby zdrowia. Dostęp do lekarzy był dużo trudniejszy niż w innych krajach, nawet tych w podobnej sytuacji politycznej. Higiena, zarówno w miastach, jak i na wsi, wołała o pomstę do nieba. Brakowało też instytucji wspierających matki i najmłodsze dzieci. Wystarczy stwierdzić, że w roku 1918, gdy Polska odzyskała niepodległość, w całym państwie działało tylko około 25 przychodni sprawujących opiekę nad położnicami i niemowlętami. Według danych z 1930 roku w pierwszym roku życia umierało średnio 143 dzieci na 1000. To odsetek 37 razy wyższy niż obecnie. W samej Warszawie, gdzie opieka medyczna stała na wyższym poziomie niż na prowincji, umierało 11,8% wszystkich niemowląt.
        Ile przychodni działało w roku 1894 i ile dzieci umierało w pierwszym roku życia, możemy sami wywnioskować na podstawie statystyk z późniejszych lat.

        W czasach kiedy nie było opieki medycznej takiej jak obecnie, nasi dziadkowie na co dzień obcowali ze śmiercią. Często umierały małe dzieci, kobiety w połogu, niektórzy tylko dożywali sędziwego wieku. Dlatego chyba łatwiej niż dziś, godzono się z jej nadejściem. Większość ludzi umierała we własnym domu, w otoczeniu najbliższych, i to oni dbali o godne odejście z tego świata. Dlatego też wykształciły się różne zwyczaje i obrzędy związane ze śmiercią i pożegnaniem zmarłego.

        Gdy ktoś przeczuwał, że koniec jest już bliski, dawał rodzinie wskazówki dotyczące jego własności. Starał się również wybaczyć krzywdy, pogodzić z każdym, z kim był zwaśniony. Wzywano także księdza, aby udzielił konającemu ostatnich sakramentów. Cały czas ktoś z rodziny czuwał przy łóżku. Do rąk wkładano zapaloną gromnicę i kropiono umierającego święconą wodą. Był jeszcze zwyczaj, że domu w którym ktoś zmarł nie sprzątano, nie zamiatano, nic nie ruszano do czasu pogrzebu. Szczególnie uważano aby nie wycierać progu domu, a ludzie przychodzący na różaniec uważali żeby na progu nie stanąć.

        Straszna moda końca XIX wieku. Dziś określana jako dziwny zwyczaj.

        Zwyczaj fotografowania zmarłych należy do zapomnianej tradycji, cieszącej się popularnością przede wszystkim w krajach Europy Wschodniej i Anglii. W Polsce zdjęcia pośmiertne wykonywano od lat 40. XIX wieku, aż do końca lat 90. XX wieku. Istnieje kilka przyczyn, dla których uwieczniano ludzi dopiero w chwili odchodzenia. Najważniejszą z nich była ograniczona dostępność fotografii, zarezerwowanej tylko na wyjątkowe wydarzenia. Do połowy XX wieku rzadko portretowano ludzi za życia. Moment śmierci rodził potrzebę utrwalenia czyjejś podobizny, zachowania pamięci o danej osobie, zatrzymania jej obrazu na dłużej. Zdjęcie pośmiertne pełniło rolę cennej pamiątki, przywołującej wspomnienia oraz uczucia. Istotnym czynnikiem, który przekładał się na popularność fotografii post mortem była powszechna świadomość nieuchronności losu, a także wiara w życie pozagrobowe.
        Zamożniejsze rodziny na tę tragiczną okoliczność wykonywały sobie wisiory, brosze, pierścienie z zamieszczonym wizerunkiem bliskiej osoby. Najczęściej kobiety (matki) nosiły je wyrażając szacunek i zachowując pamięć o zmarłej osobie.

        Jak wyglądał pogrzeb na dworze Czerniejewskich i Michniewiczów?

        Gdy dziecko skonało otwierano w izbie okna, aby dusza mogła swobodnie wyjść. Zatrzymano zegar na godzinie, o której zmarło. Zasłonięto również lustra, aby się ktoś z żyjących w nich nie przeglądnął i nie zobaczył śmierci.

        Ciało przez trzy dni pozostawało w domu. Ktoś z rodziny, albo specjalnie wynajęta osoba umyła je i ubrała w odświętny strój. Dziewczynki były wtedy ubierane w białą sukienkę lub odświętny strój. Zwłoki ułożono w otwartej trumnie, na środku izby, wokół ustawiano żywe kwiaty i świece. Tak było nawet podczas największych upałów, co niestety skutkowało nieprzyjemnym zapachem. Po pogrzebie takie pomieszczenie trzeba było pomalować wapnem, a podłogę porządnie wyszorować. Do trumny włożono kwiatki polne i święte obrazki, mógł być również włożony różaniec opleciony wokół rąk i książeczka do modlenia – raczej w przypadku osób, które potrafiły się modlić. Czasami dawano jakieś drobne przedmioty należące do zmarłego.

        O śmierci zawiadomiono rodzinę i sąsiadów, dzwoniono w kościele, rozwieszano klapsydry i ogłoszono w lokalnej prasie (wycinek poniżej). W domu był przez trzy dni odprawiany różaniec, prowadzony przez jedną lub kilka osób. Przychodziły specjalnie wynajęte płaczki, które okadzały izbę, śpiewały i zawodziły. Był przesąd, że aby się nie bać zmarłego, żeby nas nie straszył, należało go dotknąć w czoło lub w rękę.

        W dniu pogrzebu do domu sprowadzono księdza lub czekał on przed kościołem. Trumnę z domu wyniesiono nogami do przodu stukając nią trzy razy w próg. Następnie przewieziono ją wozem konnym lub niesiono na ramionach.

        Gdy kondukt żałobny jechał lub szedł przez wieś to ludzie dołączali się do niego, a kto nie mógł to chociaż wychodził przed dom, aby pożegnać zmarłego. W kościele przez blisko pół godziny ksiądz z organistą śpiewali różne modlitwy i pieśni. Następnie odbyło się nabożeństwo żałobne, w czasie którego trumna była ustawiana przed ołtarzem na specjalnym katafalku, po bokach układano kwiaty i świece. Po mszy wszyscy udali się na cmentarz.

        Zmarłych w parafii Rzekuń chowano na cmentarzu wokół kościoła, później założono obecny cmentarz [święty kamień w polu]. Tam nastąpiło ostatnie pożegnanie. Na trumnę każdy z uczestników pogrzebu sypał garść ziemi, ksiądz pokropił ją święconą wodą, a trumnę zakopano w grobie familijnym (Czerniejewskich lub Michniewiczów).

        Maleńkie dzieci takie jak Janinka Michniewicz mogły nie mieć mszy, gdyż uważano, że i tak jest już w niebie.

        Po śmierci najbliższa rodzina nosiła żałobę, czyli czarny strój przez określony okres czasu. Ojciec w klapie marynarki czarną wstążkę, matka czarną chustkę na głowie.

        Po pogrzebie rodzina udała się do domu na stypę.

        fot. K. Miedziński – Polska XIX wiek
        Trumnę robił sam gospodarz albo zamawiano ją u stolarza, zazwyczaj nie płacono za nią.

        A tak wyglądał akt zgonu sporządzony przez proboszcza parafii Rzekuń, ks. Michała Noweka

        Z klapsydry możemy dowiedzieć się, że ciało Janinki zostało złożone do grobu familijnego. Czy był to grób Czerniejewskich, Michniewiczów? Tego nie napisano.
        Za treścią jednej malutkiej wzmianki zaciekawiło mnie czy na wspomnianym cmentarzu rzekuńskim odnajdę grobowiec Czerniejewskich lub Michniewiczów. Poświęcając kilka godzin na rzekuńskiej nekropolii w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po właścicielach ziemskich z Czarnowca nie odnalazłem żadnego śladu. Najstarszy grób, który oznaczony jest solidną tablicą nagrobną jest z 1909 roku.
        Domniemam, że wspomniany grób familijny Czerniejewskich lub Michniewiczów był usytuowany na starym cmentarzu – naprzeciwko kościoła. Założony w okolicach 1413 roku funkcjonował prawdopodobnie do końca XIX wieku. Obecnie (2024 r.) w tym miejscu (na starym cmentarzu) rośnie trawa i żaden znak po starych grobach nie pozostał.

        1894 r.

        Co wiemy o właścicielach dóbr w Czarnowcu?

        Znaleziony wycinek o śmierci Janiki (Janiny) co było dla rodziny Czerniejewskich i Michniewiczów tragedią, spowodował, że z zaciekawieniem zacząłem wyszukiwać nowych wątków o byłych właścicielach Czarnowca.
        Tu ponownie z pomocą przyszła Pani Marta Wojciechowska z Myszyńca, która podesłała indeks sieciowy o Czerniejewskich, zamieszczony na stronie polishgenealogy.blogspot.com
        Ma on taką oto treść:

        Materiały do Polskiego Słownika Biograficzno-Genealogicznego
        Czerniejewski h. Korczak, vel Czerniejowski, rzadko Czerniewski, rodzina czerwonoruska, pochodzenia węgierskiego lub wołoskiego, pisała się z Czerniejowa. Wedle Bonieckiego, nazwisko wzięli od dóbr Czerniejów w ziemi lwowskiej, a protoplastą ich ma być Benedykt, Węgier, kasztelan halicki 1387. Istnieje też kilka osad tej nazwy w woj. lubelskim, m. in. Czerniejów, dawniej w parafii Wola Wołoska, gmina Turno, pow. Włodawa (SGKP), obecnie powiat Parczew. Mikołaj z Czerniejowa 1459 r. kupił Załuże, a z braćmi swymi, Janem i Marcinem, był dziedzicem Kamieńca, Czerniejowa, Hołobutowa i Kłodnicy (Bon.). Antoni, podstoli halicki 1475. Jan, podczaszy lwowski 1613, podkomorzy lwowski 1615. Jan, skarbnik parnawski, poseł ziemi liwskiej na sejm 1783. Czerniejewscy byli właścicielami m. in. dóbr Czarnowiec w pow. ostrołęckim, gminie Rzekuń. Zostali wylegitymowani ze szlachectwa w Królestwie Polskim w latach 1836-1862.

        ANTONINA* (Tola) Helena Józefa Czerniejewska (ok. 1870-7 VI 1936), c. Władysława i Heleny Sampławskiej; ur. prawd. Warszawa, zm. tamże, zapisana jako Tola z Czerniejewskich Michniewiczowa (Nekrologi Warsz.); m. (1891 Warszawa) Maurycy* Władysław Michniewicz (ok. 1860-10 IV 1913), s. Władysława i Emilii Strzeszewskiej; ślub w parafii św. Aleksandra (MK Warszawa: św. Aleksander).
        * – Antonina i Maurycy – rodzice Janinki

        TOMASZ Czerniejewski (1807-po 1840), s. Walentego i Rozalii Cybulskiej, dziedzic dóbr Czarnowiec, pow. Ostrołęka, parafia i gmina Rzekuń; jego syn został wylegitymowany ze szlachectwa w Królestwie Polskim 1852 r. z herbem Korczak; ur. Postoliska, parafia Postoliska, pow. Wołomin, woj. mazowieckie, chrz. 1807 (Bon.; Urus.; Szl. Król.; MK Postoliska); ż. (1838 Warszawa) Antonina Justyna Pinińska h. Jastrzębiec (ok. 1798-po 1840), c. Wawrzyńca i Marianny Płoskiej, dziedziców dóbr Pyszkowo, parafia Chodecz, pow. Włocławek (MK Chodecz); ślub w parafii św. Jana (MK Warszawa: św. Jan); 1v. żona (1823 Chodecz) Andrzeja vel Jędrzeja Tomasza Żebrowskiego (1788-1837), uwagi: on wielmożny, ona lat 25 (MK Chodecz); dzieci: Władysław.

        Z tegoż samego źródła dowiadujemy się jak wyglądał herb Czerniejewskich.

        Z niecierpliwością czekamy na kolejne stare fotografie, dokumenty, wycinki prasowe, opowieści o starym Czarnowcu. W tych sprawach można kontaktować się poprzez email wiesczarnowiec@gmail com lub tel. 533 613 913.

        Zainteresowane osoby historią Czarnowca zapraszamy do działu HISTORIA

        Marek Karczewski

        Źródła:

        – wielkahistoria.pl/koszmar-niemowlat
        – polishgenealogy.blogspot.com. Bon. t.3/369-370; Kos. t.1; Nies.; SGKP t.1/824; Szl. Król.; Urus. t.3/10-11.
        – teologiapolityczna.pl
        – Anna Mądel, szynwald.pl
        – Mariola Tymochowicz, Magia odejścia
        – fot. 1919-Bracia Taylor
        – fot. 1900-wisiorek ze zdjęciem pośmiertnym XIX wiek-Lisak.net
        – fot. K. Miedziński – Polska XIX wiek